2010.02.27 / Sobota / 13:21 - Dwie godziny i ani chwili dłużej

Siedzę sobie już w domu mimo tego, że jest dopiero godzina 13:15. :) Mój dyżur w pracy trwał dzisiaj tylko dwie godziny bo w ogóle nie było ruchu, a dodatkowo zapisałem się na wcześniejsze wyjście. Zarobiłem mniej ale za to teraz mam więcej wolnego czasu dla siebie, a po pracy nawet przeszedłem się po mieście zamiast od razu udać się do najbliższej stacji metra. Spacerek był bardzo przyjemny bo jest już naprawdę całkiem ciepło jak na luty. Już niemal czuc wiosnę w powietrzu, która niebawem do nas zawita.

Oto cała Warszawa, nowoczesne biurowce, bloki z czasów socjalizmu i zabytkowe kamienice, a wszystko wymieszane tak bardzo jak to tylko możliwe. W niektórych miejscach nowoczesne biurowce wręcz przylegają do starych, sypiących się kamienic... I także za to tak lubię stolicę. :)

Idę zjeść pierogi...


2010.02.26 / Piątek / 21:17 - Nudny dzień nudnego człowieka

Nuda raczej...

Najbardziej ekscytującym wydarzeniem dzisiejszego dnia było zablokowanie się dwóch autobusów linii 708, którą dojeżdżam do pracy. Od początku zimy autobusy te miały problemy z mijaniem się na drodze do Warszawy zwężonej z powodu zalegającego na poboczu śniegu i dzisiaj doszło do tego, że jeden autobus zachaczył lusterkiem o lusterko drugiego, jadącego z naprzeciwka. Mnie przy tym nie było, ale podobno z tego powodu ruch był wstrzymany przez godzinę i ludzie nie mieli jak dojechać do Warszawy. Ja na szczęście wsiałem do autobusu innej linii i do pracy dojechałem od drugiej strony, ale widziałem wkurzonych ludzi czekających na przystankach, a nawet troszeczkę się z nich pośmiałem. ;)

W pracy też nuda raczej... Po pracy bardzo przyjemna pseudo-kłótnia z Przyjaciółką, a raczej moje wytykanie jej błędów. ;) Ale najgorsze jest to, że doskonale wiem jak bardzo Przyjaciółka jest do mnie podobna i wszystkie błędy, które jej wytykam mógłbym równie dobrze wytknąć sobie. Buu... ;P

Szkoda, że Przyjaciółka nie zostanie w firmie po stażu, ale cóż - za mało się starała.

Ja też się w życiu w ogóle nie staram... Za napisanie standardówek na ezoterykę zabieram się od ponad roku i do dzisiaj nie napisałem jeszcze ani jednej, kurs prawa jazdy trwa u mnie już sześć miesięcy, a na studia pójdę pewnie dopiero w wieku czterdziestu lat. Żony i dzieci nie będę mieć nigdy.

Idę spać.


2010.02.25 / Czwartek / 20:25 - Dzień podobny do dnia

Skoro każdy dzień wygląda niemal tak samo to i zdjęcia powinienem tutaj zemieszczać niemal takie same... Byle były aktualne. :)

Wykrakałem. Wczoraj zacząłem się cieszyć, że mamy mały ruch w pracy więc co dzisiaj się stało? Ruch powrócił do męczącej normy. Wiedziałem, że tak będzie. Dobrze, że już prawie od roku nikt nie ocenia mojej pracy i nikt nie wytyka mi błędów bo nie staram się pracować najlepiej jak potrafię. Właściwie w ogóle się nie staram. Jakoś nie mogę się w sobie zebrać na tyle by być porządnym pracownikiem. :P

Warto odnotować w tym miejscu, że wczoraj lub dzisiaj minął dokładnie rok od czasu gdy firma zmieniła siedzibę, gdy przenieśliśmy się ze wspaniałego budynku Radia Zet w samym centrum miasta do pozbawionej klimatu nory na ulicy Miedzianej, na szczęście też niemal w samym centrum miasta. Nory, którą zresztą bardzo lubię.

Moją aukcję ze stacją dysków na Allegro obserwuje już 29 osób więc mam nadzieję, że na koniec jej cena osiągnie jakieś... 1000 złociszy. ;D


2010.02.24 / Środa / 20:36 - School is cool

Jedno zdjęcie to za mało więc wrzucam od razu drugie. :P Jak widać robiła je Przyjaciółka co można poznać po tym, że jest przechylone o około 45 stopni - to jej znak rozpoznawczy. ;) W ogóle z Przyjaciółką spędzam ostatnio duuużo czasu bo w pracy siedzimy obok siebie, a dodatkowo dzisiaj po pracy spędziliśmy kolejne dwie godziny razem. Najpierw poszliśmy do Merlina odebrać płytę (wspaniały i jedyny w swoim rodzaju Mr Oizo), a następnie pojechaliśmy na Ochotę do Cosinusa (to takie studium) skąd Przyjaciółka odebrała legitymację. Cosinus mieści się w budynku podstawówki i gimnazjum więc miałem okazję pospacerować po szkolnych korytarzach i poczuć się ponownie jak uczeń. Chyba jestem jakiś skrzywiony bo bardzo lubię te szkolne klimaty i nawet uważam, że w zawodzie nauczyciela mógłbym osiągnąć prawdziwe spełnienie, ale na to jest już za późno. ;)

Fajnie byłoby wrócić do szkoły, ech... Fajnie byłoby też mieć własne dzieci i móc przychodzić do szkoły na przykład na zebrania i wywiadówki, ech... ;) Może byłbym nawet w komitecie rodzicielskim o ile do dzisiaj coś takiego istnieje. Zapewne jednak moje dziecko miłowałoby wolność tak samo jak ja miłowałem za czasów szkolnych lat i wagarowałoby tak samo jak jego tatuś. A później mogłoby pisać bloga wypełnionego marudzeniem, że życie przemknęło obok niego. ;)

Z drugiej strony fajne jest też to, że nie muszę już chodzić do żadnej szkoły, jeeeee! ;D

Tak w ogóle to odechciało mi się iść na studia. :P Może jeszcze mi się zachce.


"I've been a bad bad girl
I've been careless
With a delicate man
And it's a sad sad world
When a girl will break a boy
Just because she can"

Fiona Apple "Criminal"


2010.02.24 / Środa / 20:23 - Bezbolesny powrót do pracy

Pierwszy dyżur po powrocie z jakże długiego urlopu okazał się być bezbolesny, a nawet przyjemny. Trwał nie osiem godzin lecz sześć ponieważ zostałem wraz z Przyjaciółką wypuszczony wcześniej do domu. Poza tym ruch był naprawdę niewielki bo podobno klienci nie chcą już do nas pisać, choć jakoś nie mogę w to uwierzyć. Kleint który nie chce pisać? Nie ma takich! ;) Okazało się też, że nie wykazałem się dobrym wyczuciem dobierając sobie urlop akurat na poprzedni tydzień ponieważ był to tydzień totalnego luzu na ezoteryce. Cóż... Mogłem robić mało ale wziąłem urlop i robiłem jezscze mniej. :)

Chyba będę zamieszczał tu więcej zdjęć i mniej tekstu z bardzo prostego powodu - nie chce mi się pisać. ;)


2010.02.23 / Wtorek / 19:48 - 50 lat dzieciństwa

Dzisiejszy dzień spędziłem w dużej części przed komputerem, konkretnie panosząc się po serwisie Allegro. Tym razem jednak nie kupowałem niczego lecz robiłem to co lubię najbardziej - wystawiałem sprzęty na sprzedaż. Sprzęty raczej dosyć wiekowe, które tata kupował jakieś 20 lat temu do naszego ówczesnego komputera Zx Spectrum, wydając na nie niekiedy równowartość całej swojej pensji. Na zdjęciu widać stację dysków FDD 3000, która wzbudziła dzisiaj największe zainteresowanie - pierwszy potencjalny nabywca znalazł się już po dwóch minutach. Mam nadzieję, że cena zostanie odpowiednio podbita bo chętnych jest już kilku ale jak zwykle czekają oni na ostatnią chwilę. Wszystkie aukcje zakończą się za dwa tygodnie i choć część sprzętów zapewne się nie sprzeda to przynajmniej będę miał poczucie, że to co było wartościowe trafiło w odpowiednie ręcę kolekcjonerów staroci. :) Właśnie, to co było nowością w moim dzieciństwie dzisiaj jest już starociem... Ja też już niedługo stanę się starociem, minie kolejne 20 lat i wtedy moje życie będzie się już praktycznie kończyć... Tyle, że przez te 20 lat wiele się może wydarzyć.

Póki co czuję się tak jakby moje dzieciństwo nadal trwało i być może w wieku pięćdziesięciu lat nadal będę się tak czuł. To bardzo prawdopodobne. :)

Jutro praca... Ech, nie wiem czy jeszcze to potrafię... Na pewno już nie potrafię pracować na rozrywce o czym przekonałem się w sobotę tydzień temu. Wypaliłem się zupełnie.


2010.02.22 / Poniedziałek / 19:47 - Kolejny zbyt krótki urlop

Jeszcze wczoraj nie wiedziałem kiedy wrócę do domu ale dzisiaj wszystko się wyjaśniło i oto już jestem w starej, dobrej, Puszczy Kampinoskiej. :) Wczoraj wieczorem zdążyłem wybrać się do Borowej pod Dęblinem, gdzie odwiedziłem Przyjaciółkę, którą zresztą widuję ostatnio codziennie w firmie... Jak zwykle było bardzo przyjemnie, cieszę się, że tam pojechałem na niecałe trzy godzinki... :)

Dzisiaj w czasie powrotu do Warszawy miałem szczęście bo dokładnie w chwili gdy zjawiłem się na puławskim dworcu PKS zjawił się na nim też autobus z Lublina do Torunia, jeżdżący oczywiście przez Warszawę. W rozkładzie go nie było ale skoro akurat podjechał to do niego wsiadłem i zakupiłem bilet za jedyne 16 złotych (dla porównania PKP na tej samej trasie kosztuje 33 złote), gdyż kierowca uznał mnie za studenta i sprzedał mi bilet ulgowy. Widocznie młodo wyglądam. Młodo i inteligentnie. ;) Super, oszczędziłem nieco grosza, no i przejechałem się przez Ryki oraz Garwolin, a już dawno nie jechałem tamtą trasą, konkretnie od czasu upadku Polskiego Expressu czyli chyba ponad dwa lata.

W Warszawie wpadłem na chwilę do firmy by podać dyspozycje i zerknąć na grafik, a później udałem się do Merlina gdzie odebrałem zamówione wszystkie trzy płyty Fiony Apple - mojego nowego odkrycia. ;) Ten rok już jest dla mnie bardzo udany pod względem muzycznym skoro odkryłem (i zakupiłem) takie wspaniałości jak Hooverphonic, The Knife, Fever Ray i Fiona Apple, choć głupio nazywać to odkryciem, właściwiej byłoby pisać o naprowadzeniu.

W domu czekał na mnie nowy-używany aparat, dokładnie taki sam jak ten, który mi się wcześniej zepsuł. Fajnie, znowu będę mógł umieszczać na photoblogu zdjęcia lepsze niż te robione telefonem i znowu będę mógł zadręczać wszystkich ludzi wokół siebie robieniem im zdjęć... Ale i tak myślę ostatnio o kupnie lustrzanki, prawdopodobnie Nikona D5000... :P

A żeby móc cokolwiek kupić będę potrzebował pieniędzy. Żeby mieć pieniądze muszę iść do pracy, zatem - żegnaj wolny czasie witaj ezoteryko!

Kolejny urlop już w czerwcu. Mam możliwość pojechać wtedy z siostrą do Wilna ale nie wiem czy mi się chce... Wystarczą mi Puławy.


2010.02.20 / Sobota / 20:36 - Po koncercie w Lublinie

Wczorajszy, kilkugodzinny pobyt w Lublinie był bardzo przyjemny, z czego niespodziewanie najprzyjemniejszą jego część stanowił sam koncert w słynnym bądź nie - Hadesie. Przyznam, że nie jechałem tam z nadzieją uczestniczenia w czymkolwiek naprawdę interesującym, zrobiłem to bardziej z obowiązku, by siostra nie musiała sama poniewierać się po Lublinie, ale ku mojemu zaskoczeniu był to bardzo sympatyczny koncert zabawnego, obdarzonego naprawdę świetnym głosem, i zapewne także przystojnego - faceta. Ba, artysty! ;) Tą płeć męską muszę podkreślić gdyż wcześniej byłem wyłącznie na koncertach kobiet (Tori, Róisin, Katarzyna, Renata). Co prawda tym razem obyło się bez jakichś szczególnych dreszczy, które występowały u mnie podczas wszystkich wcześniejszych koncertów, ale ten z pewnością był najzabawniejszy. Mógłbym nawet stwierdzić (wcale nie złośliwie), że ciekawsze było to co wokalista mówił między piosenkami niż same piosenki... Przypominam - był to koncert Marcina Różyckiego, o którym właściwie niewiele mogę napisać, bo niewiele o nim wiem, ale prawdopodobnie najważniejsza informacja jest taka, że zmagał się on z rakiem, bynajmniej nie zodiakalnym. Skoro nadal żyje to prawdopodobnie z tych zmagań wyszedł zwycięsko. Lubię twierdzić, że ma on głos podobny do Ryszarda Rynkowskiego ale podobno on sam nie lubi tego stwierdzenia więc może nie powinienem tego tutaj pisać (a nuż czyta on mojego bloga?). ;) Zresztą, posłuchajcie sami i oceńcie - poniżej znajdują się linki do kilku filmików, które nagrałem podczas koncertu by następnie wrzucić je na YouTube. Dobrze, wiem, że i tak ich nie klikniecie... ;P

Koncert zakończył się odpowiednio wcześnie byśmy mogli wraz z siostrą zdążyć na busa do Puław, dzięki czemu nie musieliśmy przez całą noc tułać się po Lublinie. W tym miejscu pozwolę sobie zauważyć, że w Lublinie spotkać można mnóstwo atrakcyjnych, pięknych dziewczyn, o wiele więcej niż w takiej na przykład Warszawie... Kto wyjaśni to zjawisko? ;) To zjawisko daje się zaobserwować zwłaszcza w Plazie.

Samo zdjęcie nie jest zbyt adekwatne do tego co tu opisuję ale nie mam innych. Jedyne dobre zrobione w Lublinie zostało zamieszczone na blogu siostry, który mam zaszczyt prowadzić. ;)

Zastanawiam się kiedy wrócić do domu - jutro czy jednak w poniedziałek? Oto jest pytanie.


2010.02.19 / Piątek / 13:25 - Koncert w Lublinie i rocznica

Wczoraj dotarły do mnie dobre wieści z domu - odnalazł się aparat, który kupiłem przez Allegro. Listonosz zawiózł go do byłej pracy mojego taty nie zważając na to, że tata już od pół roku tam nie pracuje... Beznadzieja. Dobrze, że szanowny pan sąsiad zechciał nam go stamtąd przywieźć.

Póki co zrobiłem sobie zdjęcie swoim zepsutym aparatem, w którym najwyraźniej nawaliła nie tylko elektronika związana z pomiarem światła ale także przesłona, która obecnie w ogóle się nie porusza... Nieważne, zdjęcie wyszło wcale nieźle. ;)

Za jakieś dwie godziny wyjeżdżam z siostrą do Lublina na koncert Marcina Różyckiego. Jeśli dobrze pójdzie to nawet zdążymy na ostatniego busa i szczęśliwie wrócimy do Puław. Jeśli pójdzie źle - zostaniemy zasztyletowani podczas nocnego spaceru po Lublinie. ;P

Dzisiaj mam rocznicę, którą uczciłem chlając wódkę. Dokładnie rok temu pierwszy raz w życiu całowałem się z dziewczyną... To był naprawdę fajny piątek, którego nie zapomnę nigdy... Może dzisiejszy wieczór też będzie przyjemny i wart zapamiętania. Znikam. :)

Ten siwy włos na mojej głowie jest prawie niewidoczny, prawda? ;)


2010.02.17 / Środa / 20:44 - Szczyt zamulenia

To co właśnie minęło to chyba była środa... Fajnie.

Najbardziej spektakularnym wydarzeniem dnia było wyjście z siostrą na zakupy do galerii... Buty sobie kupiła. Pewnie szykuje się na całonocne spacerowanie po Lublinie w piątek, kiedy to idziemy razem na koncert jej nowego idola. ;)

Próbowałem dzisiaj wypić wino ale okazało się być ohydne w smaku więc z niego zrezygnowałem... Za sukces jednak uznaję to, że po dziesięciu minutach szarpania się z korkiem udało mi się go samodzielnie pokonać. Poza korkociągiem przydatny okazał się też młotek.

Aktualnie siedzę przy laptopie i słucham pierwszej płyty Pati Yang. Nie jest taka beznadziejna jak mi próbowała wmówić młodsza siostra...

I gdzie jest mój aparat do cholery? Chyba mam pecha i niebawem okaże się, że został on ukradziony przez jakiegoś złośliwego pracownika poczty. :/


2010.02.16 / Wtorek / 15:00 - IUNG

Nie mogę przywyknąć do tak okropnej jakości zdjęć na moim blogu... Fuj. Tymczasem aparat zakupiony przeze mnie na Allegro gdzieś zaginął po drodze... :/

Dzisiaj pospacerowałem sobie trochę po Puławach, odwiedziłem Galerię Zieloną, a konkretnie Empik, skąd odebrałem zamówioną książkę Partchetta, później poszedłem zapłacić rachunek za prąd i na koniec odwiedziłem siostrę w pracy. Dawno tam u niej nie byłem...

To w zasadzie tyle. Dokładnie rok temu było jednak dużo ciekawiej. ;)


2010.02.15 / Poniedziałek / 15:00 - Urlop pod śniegiem

Poniedziałek. Dzień pierwszy urlopu. Dzień spędzony przed laptopem i telewizorem, choć raz nawet musiałem wyjść po zakupy, które tym razem zrobiłem za własne pieniądze. Uświadomiłem sobie przy tym, że jedzenie jest drogie, droższe nawet od płyt cd, droższe od aobnamentu za internet, droższe od biletu PKP. Właściwie jedzenie jest najdroższe. ;/

Na szczęście pieniędzy mam aktualnie całkiem sporo więc nie muszę się o nie martwić, ale gdybym tak miał żyć całkowicie sam na tym świecie... Schudłbym jeszcze bardziej. ;o

Kupiłem sobie butelkę wina ale dzisiaj nie chce mi się wprowadzać w dobry nastrój, może zrobię to dopiero jutro...

Wykorzystałem to, że siostra ma szybkie łącze z netem i wrzuciłem na YouTube kilka głupich filmików nagranych w zeszłym roku, z czego najważniejszy z nich to ten siedmiominutowy, ukazujący wspaniałe miasto jakim jest Dęblin. ;)

No nic. Pozamulam sobie dalej... Rozkosznie jest mieć świadomość, że to dopiero początek urlopu. :)


2010.02.15 / Poniedziałek / 00:15 - Urlop uważam za rozpoczęty

Z powodu braku aparatu i braku aktualnych zdjęć zamieszczam zaległą fotę zrobioną podczas koncertu. Ja niestety nie miałem się do kogo przytulać ale to nawet lepiej, mogłem skupić się na samej muzyce. ;)

Tych ludzi, którzy są ze mna na zdjęciu, czyli kolegę i jego dziewczynę, zawsze uważałem za jedną z najfajniejszych znanych mi par. :) Otrzymują ode mnie zaszczytne, drugie miejsce w moim prywatnym rankingu ulubionych par. Miejsce pierwsze zajmują Egon i Rozalka od nas z firmy.

Tak w ogóle to jestem już w Puławach. Jestem w Puławach mimo tego, że powinienem być w tej chwili w Warszawie, w pracy, na dyżurze ezoterycznym. Nie poszedłem tam jednak i z tego powodu stracę kolejne 100 złotych... Super, ale przynajmniej urlop rozpoczął się o 24 godziny wcześniej. ;)

Nie chce mi się teraz pisać więc wkleję tylko pozostałe linki do swoich marnych filmików z koncertu i powrócę tu dopiero jutro.


2010.02.13 / Sobota / 14:28 - Koncert Renaty Przemyk w CBA

CBA - Centralny Basen Artystyczny - bardzo przyjemne miejsce w Warszawie, który od razu przypadło mi do gustu. :)

Było rewelacyjnie, bez dwóch zdań. :) Kolega i jego dziewczyna nie zawiedli, zjawili się na miejscu i razem mogliśmy spędzić wczorajszy wieczór. Siostry niestety zawiodły i zamulały w domu, konkretnie jedna w domu w Truskawiu, a druga w mieszkaniu w Puławch. Ich strata.

Bilet się zmarnował ponieważ na miejscu nikt nie chciał go przyjąc ode mnie (wszyscy mieli już swoje). Co prawda na Last.fm zgłosiła się jedna dziewczyna, ale była nieco zamotana bo pomyliła datę koncertu, myślała, że odbędzie się on dopiero dzisiaj i o 19:30, gdy byłem już w środku, dostałem od niej smsa o treści "Dobra, to o 19:00 się spotkajmy na Placu Trzech Krzyży". Brawo. ;)

Renata Przemyk jest 100% artystką, a ja jestem w 100% zadowolony z koncertu. Publiczność otrzymała od niej mnóstwo pozytywnej energii. Publiczność wcale niemłoda. :)

Przede mną już tylko dwie noce w pracy i w poniedziałek rano rozpocznie się mój urlop. Jutro Walentynki... Mnie nie dotyczą. ;P


2010.02.11 / Czwartek / 18:36 - Tłusty Czwartek chudego Michała

Bez aparatu fotograficznego ciężko żyć i ciężko panować nad swoim photoblogiem z powodu braku aktualnych zdjęć. Nadal czekam na Canona zakupionego na Allegro i chyba nie doczekam się go przed wyjazdem do Puław bo utknął gdzieś na poczcie. :/

W pracy ostatnio jest nieźle, dzisiaj nawet wyszedłem dwie godziny wcześniej i pojechałem zobaczyć miejsce jutrzejszego koncertu Renaty Przemyk, czyli Centralny Basen Artystyczny. Na koncert miało iść 6 osób, w tym Klaudia i moje dwie siostry ale okazało się, że będzie to wyglądało nieco inaczej - Klaudia nie idzie bo pracuje, natomiast dwie siostry nie idą bo... Mogę chyba napisać - bo chuj wie co. Trudno, bilet weźmie ktoś inny, mam nadzieję, że przynajmniej kolega i jego dziewczyna się nie wykruszą i jutro będą mi towarzyszyć, a przede wszystkim, że oddadża mi kasę za bilety. ;)

W tym miejscu ogłaszam, że mam do oddania jeden bilet na jutrzejszy koncert Renaty Przemyk, jeśli ktoś przeczyta te słowa i wyrazi chęć uczestniczenia w koncercie to zapraszam, jutro, godzina 20:00, ulica Konopnickiej, przy Teatrze Buffo, blisko Placu Trzech Krzyży. Kontakt prze priv, komentarz, Naszą-Klasę, Grono, Last.fm, FilmWeb, Garnek, Kurnik, Digart, MySpace, Gadu Gadu, Skype lub e-mail. Ewentualnie telefon. ;)

Na zdjęciu faworki zrobione przez mamę - moje ulubione pożywienie na tym świecie. Przepyszne.

Siostra już panikuje w związku z naszym piątkowym wyjazdem do Lublina na koncert do Hadesu, po którym nie będziemy mieli gdzie nocować. Mówi coś o wynajęciu hotelu, ja twierdzę, że szkoda na to kasy i proponuję przesiedzieć gdzieś do rana przy piwie, winie bądź wódce albo po prostu pospacerować po całym mieście do czasu odjazdu pierwszego busa. Jak będzie - czas pokaże.

Przede mną tylko dwie weekendowe noce w pracy, po których zmykam do Puław i do Lublina na calutki tydzień.


2010.02.08 / Poniedziałek / 10:57 - Aparaty i fałszywy postęp

Weekend w pracy był spokojny, a nawet przyjemny. Wczoraj uznałem, że nie powinienem przedstawiać się klientom płci męskiej jako wróżka Eugenia, bo to imie może im się kojarzyć wyłącznie z jakimś starym, zgrzybiałym babsztylem. Przemianowałem się więc na wróżkę Marisę i to egzotyczne imię przyciągnęło uwagę panów - po przeprowadzonej wróżbie nie chcięli kończyć rozmowy tylko próbowali mnie zapraszać na randkę. ;) Przy okazji, po długiej dyskusji z całkiem sympatycznym klientem, który zakochał się w pewnej kobiecie bez wzajemności (jakie to typowe) mogłem przeczytać komplement - stwierdził, że bardzo mądra ze mnie kobieta. ;D

Za sprawą cudu mój aparat Canon w połowie się naprawił, nie robi już prześwietlonych zdjęć, jednak nadal wkleja na nie dziwny, regularny wzorek, który sprawia, że i tak już do niczego się on nie nadaje poza kręceniem filmów. Wczoraj postanowiłem więc odnaleźć następcę swojego poczciwego Canona, pojechałem do Arkadii by przyjrzeć się nowym aparatom-małpkom, bo taka właśnie prosta i niewielka konstrukcja jest mi potrzebna. Okazało się, że obecnie najmniejsza liczba pikseli dostępna w matrycach aparatów wynosi od 10 do 14 milionów, co jest po prostu zwykłym idiotyzmem i chwytem marketingowym. Po pierwsze jej zastosowanie zwiększa rozmiar pliku, zdjęcia zajmują coraz więcej miejsca i coraz wolniej się wgrywają gdy tymczasem tak duży ich rozmiar do niczego nie jest przydatny. Po drugie, zwiększanie rozdzielczości matrycy nie idzie w parze ze zwiększaniem jej fizycznego rozmiaru co powoduje, że zdjęcia robione przez dzisiejsze aparaty są dużo bardziej zaziarnione, mają gorsze kolory i są bardziej rozmyte co potwierdzają wszyscy, którzy stary, poczciwy aparat sprzed kilku lat zamienili na jakikolwiek współczesny. Widzę to zresztą po aparacie posiadanym przez tatę, który miał jedyne 3 miliony pikseli - przy czułości iso400 praktycznie nie widać na robionych nim zdjęciach żadnego ziarna, gdy tymczasem już na moim Canonie (7 milionów pikseli) ziarno przy tej czułości jest tak duże, że zdjęcie można uznać za zwyczajnie marne. W internecie znaleźć można tysiące zdjęć więc mogłem przyjrzeć się dokładniej tym, który były zrobione współczesnymi aparatami - mają one po prostu gorszą jakość. Wypieranie dobrego przez gorsze to chyba cecha charakterystyczna dzisiejszych czasów, a najlepszym tego przykładem jest zastępowanie telewizorów klasycznych telewizorami lcd. Oglądanie na lcd przykładowych "Piratów z Karaibów" jest załosnym doświadczeniem - wszystkie piękne kolory budujące klimat tego filmu zmieniają się na lcd w słodkie, mdłe i zupłenie nienaturalne, a ludzka skóra wygląda jakby była zrobiona z gumy. Podobnym przykładem takiego fałszywego postępu jest wyparcie płyt gramofonowych przez sztucznie brzmiące płyty kompaktowe, a nastepnie wyparcie płyt kompaktowych przez jeszcze sztuczniej brzmiące mp3. Jeszcze jeden przykład to wypieranie w swoim czasie porządnych wzmacniaczy stereofonicznych przez wielokanałowe amplitunery kina domowego, brzmiące w porównaniu z nimi jak zabawki dla dzieci. Zresztą zdjęcia cyfrowe także mają się nijak do pięknych zdjęć wykonanych aparatem analogowym - stwierdziłem to już pierwszego dnia po tym gdy tata dokonał kosztownego jak na tamte czasu zakupu naszego pierwszego cyfrowego Olympusa.

Ale wracając do tematu - potrzebowałem jakiegoś aparatu bo przecież bez niego już nie wyobrażam sobie życia. W Arkadii nie kupiłem niczego ale po powrocie do domu zacząłem poszukiwania w internecie. Pięć godzin później bolała mnie już głowa od tego wszystkiego, każdy aparat wydawał się mieć swoje zalety, których brakowało konkurencji, ale każdy z nich miał też poważne wady, które w moich oczach calkowicie go dyskfalifikowały (na przykład całkiem fajne aparaty firmy Panasonic nie posiadają szkła chroniącego ekran lcd przez zniszczeniem, a tańsze wersje Sony CyberShot nakręcają filmiki wideo tylko w rozdzielczości 320x240).

Doszedłem do prostego wniosku - potrzebny mi dokładnie taki sam aparat jaki już posiadam, tyle, że w pełni sprawny. Z pomocą przyszło mi oczywiście Allegro, oraz firma zajmująca się skupowaniem aparatów i odsprzedawaniem ich z zyskiem. Za niewielkie pieniądze nabyłem dokładnie taki sam Canon PowerShot A470 i wkrótce powinienem dostać wezwanie na pocztę po jego odbiór (bo listonosz do nas nie dociera). Oby był w 100% sprawny i posłużył mi jeszcze conajmniej przez kilka lat bo jestem do niego przyzwyczajony i zdążyłem go przez ten czas polubić mimo wad, które oczywiście posiada, jak wszystko na tym świecie.

Kiedyś jednak kupię sobie lustrzankę... Lustrzanki to inna bajka. Fizyczny rozmiar matrycy jest w nich dwudziestokrotnie większy w porównaniu do zwyłych, tanich aparatów kompaktowych. Już czuję ten ból głowy związany z koniecznością zdecydowania się na konkretną lustrzankę w przyszłości. ;)


"If man is five
Then the devil is six
And if the devil is six
Then God is seven

This monkey's gone to heaven"

The Pixies "Monkey gone to heaven"


2010.02.05 / Piątek / 21:50 - Zepsuty aparat Canon

Wczoraj działał, dzisiaj przestał - aparat Canon PowerShot A470, który kupiłem w sierpniu lub we wrześniu roku 2008 właśnie dzisiaj się zepsuł i robi teraz takie zdjęcia jak to widoczne u góry, przedstawiające Przyjaciółkę przy komputerze w firmie, totalnie zbyt jasne i w dodatku całe pokreślone dziwnym wzorkiem, którego po zmniejszeniu akurat nie widać. Coś w elektronice zdechło i sądzę, że nie da się z tym już nic zrobić, zresztą nie będę nawet próbował bo cena naprawy byłaby pewnie wyższa od ceny samego aparatu... Szkoda, bo naprawdę lubiłem tego prostego, kompaktowego Canona.

Wszystko wskazuje na to, że będę musiał nabyć nowy aparat i także będzie to Canon z serii PowerShot, tylko poczekam chyba aż najnowsza wersja będzie dostępna w sklepach i mam tu na myśli PowerShot A490 lub A495. Kilka rzeczy w tych nowych mi się nie podoba, wydają się one tandetniejsze, ale trzeba będzie się do wszystkiego przyzwyczaić... Póki co będę robił zdjęcia telefonem lub Olympusem taty. O dziwo filmy można kręcić tak jak dawniej, akurat w tej opcji nic się nie zepsuło.

Ech, kolejny niespodziewany wydatek... Najlepiej kupić jakąś lustrzankę, ale kasy niestety brak. ;) Zresztą nie, ja nie chcę lustrzanki tylko aparacik, który mieści się w kieszeni. Lustrzanka jest za mało mobilna.

W pracy miałem totalnie chory dyżur, jeden z najgorszych ezoterycznych dyżurów od bardzo, bardzo dawna. Stała liczba siedemdziesięciu klientów do odpisania to coś co zawsze wytrąca mnie z równowagi... Fajne było tylko to, że przed dyżurem mogłem poobcować sobie z Przyjaciółką, która z każdym dniem zatraca się w erotycznych smsach coraz bardziej. ;)


2010.02.04 / Czwartek / 21:33 - Z powrotem w mrocznej puszczy

Już niestety nie przebywam w Puławach gdyż wczoraj musiałem powrócić do wiecznie zimnego domu w puszczy. Nie cieszy mnie to ani trochę ale na szczęście już za dwa tygodnie znowu znajdę się w Puławach gdzie ponownie zanurzę się w wirtualnym świecie Second Life. ;) Nawiązałem tam znajomość z pewnym Pakistańczykiem noszącym imię Raza i chętnie jeszcze z nim podyskutuję na różne interesujące tematy. Moim zdaniem dopiero Second Life ujawnia prawdziwą siłę Internetu - siłę polegającą na zbliżaniu ludzi.

W pracy widuję się ostatnio z Przyjaciółką, która zatrudniła się u nas cztery dni temu i mam nadzieję, że nie porzuci ona tego zajęcia tak szybko jak szybko rezygnowała z poprzednich prac. Miło jest ją widzieć staczającą się w mroczne otchłanie obłędu i totalnego zboczenia. ;) Najważniejsze, że dzięki pracy będzie mogła spłacić zaciągniętą u mnie pożyczkę, a każdy komu pożyczyłem kiedykolwiek pieniądze wie jak bardzo staję się upierdliwy gdy chcę je odzyskać.

Może po prostu jestem materialistą? :P

Autorem dzisiejszego zdjęcia wyjątkowo nie jestem ja, tylko mój tata, który sfotografował dzisiaj tych oto dwóch podróżników, mających ambitny plan przejścia w ciągu dwóch dni przez całą Puszczę Kampinoską. Zapewne właśnie teraz nocują gdzieś w samym jej sercu, w namiocie, który ciągnęli za sobą razem z innym bagażem. Jak się ludziom nudzi to znajdują sobie różne ciekawe zajęcia...

Wszystko fajnie, tylko szkoda, że życie mojego kolegi i jego dziewczyny ostatnio jest tak ciężkie. Dzisiaj znowu miałem okazję się z nim spotkać i muszę przyznać, że jeszcze nigdy nikt z moich znajomych nie był przeze mnie widziany w takim ciężkim stanie psychicznym... Mam nadzieję, że wszystko im się jakoś ułoży. Człowiek żyje sobie spokojnie, a nagle dzieje się coś takiego co przewraca wszystko do góry nogami.

Sporo o tym wszystkim ostatnio myślę i chyba najważniejsze wnioski do jakich dochodzę to banały, takie jak to, że miłość to nie tylko zabawa i przyjemność ale także niekiedy ogromna odpowiedzialność i prawdziwa próba człowieczeństwa. Prawdziwą wartość człowieka można poznać dopiero wtedy gdy jest naprawdę ciężko. Nie wiem jak ja bym się sprawdził w takich warunkach, ale mogłoby się okazać, że po prostu słaby ze mnie człowiek, dobry tylko w teorii, a w praktyce już niezupełnie. Niesamowite, że na razie problemy życiowe mnie omijają. Pewnie do czasu.

Można też powiedzieć, że problemy mnie omijają, bo ja omijam prawdziwe życie. Żyję sobie tylko na niby.


2010.02.02 / Wtorek / 14:24 - Samotna degustacja wina

Spacerek na stację PKP był bardzo przyjemny ale niestety na miejscu dowiedziałem się, że bilet z Puław do Warszawy zdrożał o złotówkę przez co kosztuje teraz 33 złote. :/ Beznadzieja. W dodatku w drodze na stację jakaś kobiecina o lekko zdegenerowanym wyglądzie wyłudziła ode mnie dwa papierosy - prosiła o jednego ale z paczki wzięła sobie dwa, pozostawiając mi jednego, ostatniego, którego wypaliłem idąc aleją Partyzantów, przy Liceum Czartoryskich. To taka strefa, którą ciężko jest mi przekorczyć bez papierosa w dłoni. Na owej ulicy młody mężczyzna o całkowicie zdegenerowanym wyglądzie zagadał mnie słowami "Kierowniku, mam dwie sprawy - jedna to prośba o papieroska, a druga to prośba o 20 groszy bo zbieram na piwo". Niestety nie dostał ode mnie niczego biedaczek. Podobno Puławy były kiedyś prawdziwą Mekką ćpunów i degeneratów (zwanych inaczej artystami) i pewne ślady tych wspaniałych czasów pozostały w tym mieście do dzisiaj. :)

Tak w ogóle to dopiero niedawno dowiedziałem się, że punkowy zespół Siekiera został założony właśnie w Puławach. To tłumaczy czemu ich płyta nosi nazwę "Nowa Aleksandria".

W drodze powrotnej ze stacji PKP wstąpiłem do swojego ulubionego sklepu z ubraniami czyli do Croppa, gdzie nabyłem widoczne na zdjęciu spodnie i bluzkę. Nowe łaszki były udanym zakupem i w ogóle wolę robić zakupy ubraniowe w Puławch zamiast w Warszawie, ale sam do końca nie wiem dlaczego. Tutaj panuje odpowiednia do tego atmosfera, a może po prostu wybór jest mniejszy dzięki czemu łatwiej się zdecydować na coś konkretnego. Kupiłem sobie też zajebiste bokserki ale nie będę ich prezentował na zdjęciu. ;)

Aktualnie zajmuję się degustacją wina, niestety piję je samotnie gdyż obecnie żadna znana mi dziewczyna nie byłaby skłonna do tego by mnie tutaj odwiedzić w mieszkaniu siostry i dać się upioć alkoholem. Zatem seksu na dzisiaj nie przewiduję. ;(

Wypiłem dopiero jeden kieliszek a już zaczęło kręcić mi się w głowie, mam niepewny chwyt w dłoniach i wyjątkowo łatwo idzie mi pisanie notki, a za chwilę wyruszę chyba do pracy siostry by podrywać tam jej 35 letnią koleżankę, która wydaje się być całkiem fajna. ;)

Alkohol robi ze mnie człowieka. ;)


"Życie, życie to tylko chwila
Przed nami jest noc
Przed nami jest świat
Przed nami jest ślad

Bez końca
Bez końca"

Siekiera "Bez końca"


2010.02.02 / Wtorek / 11:15 - Second Life

Wczoraj wieczorem postanowiłem wykorzystać szybkie łącze z internetem by przekonać się o co właściwie chodzi w Second Life. W chwilę po krótkiej rejestracji i instalacji mogłem już przemieszczać sie po wirtualnym świecie i rozmawiać z napotkanymi postaciami, czyli ludźmi, którzy tak samo jak ja wczoraj pierwszy raz dołączyli do Drugiego Życia. Za największą zaletę Second Life uznałem możliwość rozmawiania z ludźmi z innych krajów (trafili się ludzie z Brazylii, z Włoch i z Francji), a co za tym idzie, możliwość przekonania się czy jestem w stanie przeprowadzić jakąkolwiek sensowną rozmowę w języku angielskim. Oczywiście zająłem się podrywaniem dziewczyn co nie wychodziło mi zbyt dobrze, być może z powodu marnego wyglądu mojego avatara. ;) Na szczęście już na samym początku trafiłem też na Polaka, wraz z którym przemierzałem wirtualne krainy do późnych godzin nocnych. Całość prezentuje się bardzo interesująco i chętnie spędziłbym przy tym więcej czasu ale okazało się, że siostra ma jednak zbyt wolne łącze z netem i po wczytaniu zbyt wielu obiektów i zbyt wielu postaci następuje totalna zawiecha. Gdby ktoś chciał mnie odnaleźć w Second Life to ukrywam się tam pod nazwą Shyne Pinden i przebywam ostatnio w hotelu Paradiso. ;)

Po wylogowaniu się z tego pochłaniacza wolnego czasu odnalazłem w sieci malutki programik noszący nazwę DosBox, który umożliwia odpalanie starych gier z oryginalnym dźwiękiem, takim jak na starych kartach dźwiękowych, co wydało mi się przyjemniesze od całego wypasionego, gigantycznego Second Life. Mogłem zagrać w The Secret Of Monkey Island, jedną z najlepszych gier swojego dzieciństwa. :) Nie sądziłem, że kiedykolwiek ponownie ujrzę na ekranie komputera tą arcyświetną przygodówkę.

Porzucam Second Life i wracam do swojego starego, dobrego i przede wszystkim prawdziwego First Life, by udać się w kierunku puławskiej stacji PKP po bilet na jutrzejszy dzień. Wcześnie rano wstaję i bezpośrednio z Puław jadę do pracy, w której spotkam Przyjaciółkę, gdyż wczoraj rozpoczęła ona wreszcie zarabianie pieniędzy na pierwszym płatnym dyżurze.

Bardzo dobrze.


2010.02.01 / Poniedziałek / 18:25 - W poszukiwaniu muzyki

Dobrze, że mamy ze starszą siostrą takie same telefony bo dzięki temu mogłem od niej wziąć zestaw słuchawkowy, którego siostra i tak nie używała. Ja swojego zestawu nie posiadam odkąd został on skradziony wraz z kurtką. :/ Przyda mi się on bardzo ponieważ nadal mam zepsuty telefon, w którym nie działa słuchawka. Nie chce mi się go oddawać do naprawy...

Za chwilę będę grał z młodszą siostrą w Literaki przez internet, ale zanim gra się rozpocznie zdążę jeszcze dodać kolejny wpis wyjaśniający co takiego dzisiaj robiłem ciekawego.

Otóż nic nie robiłem. :)

W międzyczasie jednak posurfowałem sobie po internecie i odkryłem kolejne dobre zespoły takie jak Hooverphonic, The Pixies i przede wszystkim The Knife - moje nowe muzyczne miłości. Wokalistka The Knife, która udziela się także na ostatniej, doskonałej płycie Royksopp, ma niesamowity głos. Muzycznie ten zespół też prezentuje to co ostatnio najbardziej w muzyce mnie kręci. W ogóle ostatnio coraz częściej skłaniam się ku muzyce elektronicznej.

Tymczasem siostra znowu robi mi frytki. :)


"With your feet in the air and your head on the ground
Try this trick and spin it, yeah
Your head will collapse
But there's nothing in it
And you'll ask yourself

Where is my mind?
Where is my mind?
Where is my mind?"

The Pixies "Where is my mind"