2010.08.31 / Wtorek / 23:35 - Zdołowana wróżka

Podoba mi się ten wielki twór zamieszczony na budynku tuż obok Złotych Tarasów. Dopiero z bliska zobaczyłem te znaczki dolara i euro, które zmieniają całą wymowę owego dzieła.

Zdjęcie zrobiłem zaraz po odprowadzeniu siostry na busa, gdyż dzisiaj rano właśnie opuściła ona nasz dom i powróciła do Puław. Chwilę później udałem się do pracy na dyżur ezoteryczny wyróżniający się tym, że byłem podczas niego oceniany. Ostatnio oceniano mnie półtora roku temu więc jest to wydarzenie warte odnotowania. Zawsze uważałem, że jestem totalnie nieudolnym pracownikiem nie posiadającym żadnych umiejętności, a jednak dzisiejsza ocena była dobra, raczej mnie chwalono niż ganiono, wytknięto mi zaledwie dwa lub trzy błędy, z czego jednym z nich było napisanie dwóch pesymistycznych wróżb. ;) Ciężko mi zwalczyć pesymistę w sobie ale jednak jako wróżka powinienem dawać ludziom nadzieję, sprzedawać im fałszywy optymizm, którego tak potrzebują... Bleeee... Optymizm jest przeceniany.

Przede mną dzień wolny. Jutro miała być jakaś randka, jakieś spotkanie, ale komu by się chciało jechać do Warszawy w taki deszcz tylko po to by spotkać się ze zdołowaną dziewczyną, która nie potrafi przestać myśleć o jakimś tam facecie z przeszłości... ;P


2010.08.31 / Wtorek / 06:00 - Panasonic Acuity is back!

Zdjęcie tematycznie zbliżone do poprzedniego... ;)

Telewizor powrócił wczoraj do naszego domu lecz nie trafił już do mojego pokoju na górze. Wnoszenie go po schodach byłoby wręcz psychopatyczną torturą dlatego dotarł on jedynie do pokoju znajdującego się na parterze. Może to i lepiej - rodzina będzie się przy nim bardziej integrować. ;)

Ech, nawet przeniesienie go z bagażnika samochodu sąsiada do pokoju na dole i pokonanie po drodze zaledwie trzech schodków było nie lada wyzwaniem. Co prawda ja sam nie przyłożyłem do tego ręki ale widziałem, że sąsiadowi i siostrze było naprawdę ciężko... ;) Przydałby się na chwilę jakiś Pudzian Pudzianowski, który zapewne bez większego wysiłku wniósłby telewizor na piętro i to sam jeden, bez niczyjej pomocy...

Dzisiaj musiałem wstać wcześnie rano bo dyżur rozpoczynam już o 9:00. Do Warszawy jadę autobusem, wraz z siostrą, która już nas opuszcza i powraca do Puław. Jej urlop dobiegł końca, mój rozpocznie się za trzy tygodnie.


2010.08.30 / Poniedziałek / 14:33 - Panorama podwórka

Po raz pierwszy wrzucam panoramę na fotobloga, choć nie jest to odpowiednie miejsce na takie eksperymenty. Sama panorama zresztą wyszła marnie, dach się lekko zakrzywił, ale nieważne, chciałem uwiecznić na serwerze otoczenie naszego domu schowanego w lesie. Na przydomowej ławce siedzi tata, a pod oknem leży Kajtek, który szybko powrócił do zdrowia po ostatnich tajemniczych zajściach.

Dzisiaj wieczorem udam się z sąsiadem i siostrą po telewizor, o ile sąsiad w ogóle będzie miał na to czas. Prawdopodobnie czeka mnie ponowne dźwiganie tego ciężaru po schodach, do czego moje mięśnie zdecydowanie nie są przystosowane. O ile w moim przypadku można mówić o jakichkolwiek mięśniach...

Środową randkę z dziewiętnastoletnią studentką psychologii na UW prawdopodobnie sam odwołam gdyż dziewczyna, która olśniła mnie swoim wyglądem nie pasuje do mnie pod względem charakteru - kolejna spięta dupa traktująca życie zbyt poważnie. Zdecydowanie za dużo jest takich na tym świecie. Nie warto tracić czasu, a przede wszystkim - pieniędzy. ;) Poszukiwania trwają nadal... :P

W firmie wielka zmiana - pierwszy raz od początku gdy tam pracuję zmieniono progi średniej, którą trzeba wyrobić by nie stracić pieniędzy. Do tej pory mogłem się zupełnie nie przykładać do pracy na ezoteryce a i tak wyrabiałem średnią, na rozrywce natomiast w ogóle niczym się nie przejmowałem bo i tak nie było możliwości na to bym średnią jakimś cudem wyrobił. Teraz będzie inaczej - na ezoteryce trzeba będzie się postarać, by nie stracić dwóch złotych za każdą godzinę, a w skrajnym przypadku nawet czterech złotych. Pojawia się dodatkowy element stresująco mobilizujący. Wizja utraty 800 złotych jest na tyle nieprzyjemna, że postanowiłem odejść natychmiast gdyby coś takiego mi się kiedykolwiek przytrafiło. Co z tego, że na rozrywce będzie teraz łatwiej, skoro ja siedzę od już praktycznie tylko na ezo. :/

Pora odejść z tej firmy. Jeszcze tylko kilka... Miesięcy? ;)


2010.08.29 / Niedziela / 02:21 - Widmo randki

Dzisiaj także się nie napracowałem... Do Warszawy pojechałem rowerem, ale to nie był dobry pomysł ze względu na deszcz, który towarzyszył mi w drodze powrotnej. Jutro na rower wsiądę tylko wtedy gdy na niebie nie będzie ani jednej chmurki. ;)

A w ogóle co ja jeszcze robię w tej firmie? Przecież wraz z początkiem września miałem odejść... Hmm, a według planów sprzed roku, z początkiem października miałem iść na studia. Tyle, że bez wsparcia ze strony jakiejkolwiek dziewczyny nie mam siły na realizację jakiegokolwiek planu... ;/

Ale... Dziewczyna z Sympatii, o której pisałem jakiś czas temu, a z którą dzisiaj pierwszy raz porozmawiałem na gg, ma mi w poniedziałek dać znać czy jest zdecydowana przyjść do naszej firmy na trzy godziny próbne. Jeśli się zdecyduje to w środę czeka mnie z nią spotkanie gdzieś w centrum Warszawy, co mnie osobiście bardzo cieszy, bo jak już wspominałem - panna Izabela bardzo mi się podoba. :) Zresztą może spotkamy się nawet wtedy gdy nie będzie zainteresowana pracą w naszej zacnej firmie, tak po prostu, by wspólnie pójść na spacer i coś zjeść.

Czyżby randka? Czyżby wreszcie coś miało się wydarzyć w moim niezwykle nudnym życiu? ;)

Cóż za ekscytacja! Aż... Idę spać.


"My name Isobel
Married to myself
My love Isobel
Living by herself"

Bjork "Isobel"


2010.08.28 / Sobota / 01:13 - Koss Porta Pro is back

Dzisiaj się nie napracowałem... Trzy dyżury do końca miesiąca. Jak dobrze pójdzie to nawet zarobię więcej niż tysiąc... :/

Od dzisiaj ponownie noszę na głowie Koss'y Porta Pro. Przypomniałem sobie ich brzmienie, pochwaliłem je za bas ale zbeształem za resztę pasma, jednak póki działają nie będę ich zmieniał. Wielka szkoda, że wielbione przeze mnie AKG tak szybko się niszczą. Chyba pora chwycić za lutownicę i przylutować do nich nowy wtyk mini-jack...

Telewizor odbiorę w poniedziałek lub środę i chyba jednak wstawię go do swojego pokoju bo nowego nie kupię tak szybko jak myślałem. Poza tym wcale nie chcę i nie potrzebuję nowego... Ewentualnie powinienem wziąć pod uwagę zakup projektora. ;)

Kupiłem bilet miesięczny ale jutro chętnie przejadę się rowerem jeśli tylko nie będzie padał deszcz. Dzisiejsze zamulanie autobusem wpłynęło na mnie przygnębiająco. ;)


2010.08.27 / Piątek / 12:07 - Trójka w komplecie

Ulubiony model rodzeństwa Górków - Nokia 6120 classic. Niby jeden model, ale poszczególne egzemplarze różnią się od siebie dosyć znacząco. Pudełko z telefonem jest jak pudłeko czekoladek - nigdy nie wiesz na co trafisz. ;)

Dzisiaj do Warszawy nie jadę już rowerem - kupię sobie bilet miesięczny, podam w pracy dyspozycje uwzględniające rozkład jazdy autobusów i w tym roku pewnie na rower już nie powrócę - pogoda szybko się popsuła. Nie szkodzi, bo dojazdy autobsem też mają swoje zalety...

Dwa dni temu dzwonił pan serwisant, by poinformować mnie, że telewizor jest już naprawiony. Mój czarny scenariusz nie sprawdził się, ale zanim zacznę tryskać optymizmem zaczekam do chwili gdy zobaczę jak naprawiony telewizor działa... Nie wierzę serwisantowi. ;)

Siostra wybrała fatalny tydzień na swój urlop więc pozostaje jej tylko siedzenie z nami w domu, a raczej leżenie i czytanie książek. Przeczytała już dwie książki Stephena Kinga i teraz zabrała się za trzecią... Może do dnia wyjazdu zdąży przeczytać i czwartą.

Ja tyram w pracy na ciężkich dyżurach ezoterycznych mając ochotę porzucić to wszystko w cholerę, ale... Nie porzucam. Musiałem zamówić sobie nowe słuchawki Koss Porta Pro - takie same jakie miałem rok temu, wyglądające dziwnie ale grające bardzo ładnie, a przede wszystkim trwałe, czego nie dało się powiedzieć o AKG, które niedawno mi się popsuły. Oby Koss'y służyły mi conajmniej przez rok.

Na słynnym już dla mnie portalu Sympatia.pl wypatrzyłem dziewczynę, którą uznałem za zdecydowanie szczególną (czyli dziwną) i... Póki co - nic z tego nie wynika, piszemy sobie. Ale chyba się... Zauroczyłem. Ach... :)


"Fizyczność jego żałosna jest
A w główce równie nieciekawie"

Hey "Niekoniecznie o mężczyźnie"


2010.08.24 / Wtorek / 15:17 - Zdziwaczały do reszty

Pacman. Ta gra nigdy się nie zestarzeje.

Dzięki uprzejmości naszego bardzo miłego sąsiada, telewizor pojechał wczoraj do naprawy, do człowieka, któremu za cholerę nie ufam. Mógłbym się nawet teraz założyć, że nie będzie on w stanie go naprawić co wywnioskowałem po jego zachowaniu i jego warsztacie, śmiem nawet twierdzić, że ten facet dodatkowo coś jeszcze w nim zepsuje... Serwisanci zawsze działali mi na nerwy i zawsze mam ochotę się z nimi kłócić...

Zniesienie telewizora na dół po schodach było raczej niezbyt przyjemnym przeżyciem. Niosłem go wraz z dwiema siostrami i nie chciałbym tego już nigdy powtarzać, choć nie było też aż tak koszmarnie jak sobie wyobrażałem. Jeśli jakimś cudem powróci on do nas sprawny, z tego lub innego serwisu, to nie będę go już wnosił do swojego pokoju - zostanie na dole, w pokoju, w którym przyjmujemy gości - najpaskudniejszym ze wszystkich w domu. ;) Ja niestety będę musiał kupić nowy - z większym ekranem, ale ważący mniej niż 58,5 kg.

Dzisiaj miałem jechać z siostrą do Warszawy ale pogoda zniechęciła nas do realizacji tego planu. Szkoda. Nie spotkałem się też z dziewczyną, z którą miałem się spotkać, a mowa cały czas o Agnieszce, z którą kilka miesięcy temu spacerowałem po Łazienkach. Cóż... Moja decyzja.

Złożyłem już podanie o tydzień urlopu pod koniec września. Na mające się wtedy odbyć wesele idę bez osoby towarzyszącej, choć siostra chyba będzie namawiać swoją koleżankę z pracy do tego, by się z nami wybrała. Nie znam jej za dobrze, ale wydaje mi się, że jest to fajna dziewczyna i dziwię się, że nie ma ona żadnego faceta... Ale cóż... Ja też jestem fajny i wolny. ;) Samotny...

Na wesele próbowałem zaprosić swoją ex-przyjaciółkę spod Dęblina, która dzisiaj się do mnie odezwała po zdecydowanie długiej przerwie. Mimo wszystko nadal bardzo ją lubię... W zasadzie niewiele jest dziewczyn, które naprawdę lubię - kilka zaledwie, z Owcą na czele. Dziewczyny jako ogół coraz bardziej mnie denerwują... Czyżbym już zdziwaczał do reszty? ;)


2010.08.22 / Niedziela / 16:18 - No to się zacznie

Jako miłośnik metra nie mogę się doczekać efektu końcowego. Czy kiedyś powstanie także trzecia linia?

Za kilka godzin przyjedzie do nas siostra, która w tej chwili jest już w pociągu. Właściwie będę ją widział tylko jutro i pojutrze, bo to moje dwa dni wolne w przyszłym tygodniu, ale już we wrześniu biorę pięciodniowy urlop, który spędzę oczywiście w Puławach. Biorę go po to by na spokojnie pójść na wesele brata, a przy okazji także odpocząć od pracy. W przyszłym roku wezmę chyba trzy miesiące urlopu, na czerwiec, lipiec i sierpień. ;) Mam więc na co czekać.

A ogólnie - nuda. We wtorek miałem się spotkać z pewną bardzo ładną dziewczyną ale chyba nic z tego nie będzie - wybieram wycieczkę rowerową z siostrą. ;)


2010.08.21 / Sobota / 17:31 - Na ratunek telewizorowi

Naprawy telewizora ciąg dalszy... Specjalista z Izabelina przyjechał, posprawdzał miernikiem to i tamto, po czym stwierdził, że jak dobrze pójdzie to za 200-300 złotych telewizor będzie mógł naprawić, ale tylko w swoim warsztacie. Niestety nie mógł go od razu zabrać ze sobą bo ma za mały samochód... Za wizytę wziął 40 złotych. :/

Mimo wahania, powziąłem pewne zdecydowane kroki - poprosiłem sąsiada, który ma odpowiedni samochód (combi), by w poniedziałek lub wtorek zawiózł wraz ze mną telewizor do Izabelina. Ciężko będzie dźwigać te 60 kilogramów, szczególnie podczas schodzenia po schodach, ale może nikt nie odniesie poważnych ran... Jeśli wszystko się dobrze skończy to może jeszcze w sierpniu telewizor powróci do mnie w pełni sprawny. Możliwe, że i tak kupię sobie nowy, a ten trafi na dół, gdzie ostatnio telewizja znowu dobrze odbiera, po wymianie wzmacniacza antenowego w antenie na dachu.

Tak czy siak, teraz idę pracować, by zarobić na to wszystko pieniądze. Przede mną dwa rozrywkowe dyżury od 20:00 do 7:00. Siostra nie przyjechała dzisiaj, ale może przyjedzie jutro...

W listopadzie koncert Renaty Przemyk w Stodole, na który pewnie się wybiorę. Nie wiem jeszcze jak będzie z koncertem Closterkeller w Puławach... Pewnie także tam wpadnę.


"Pytam czy jeszcze istnieje coś
Co pobudzi mnie
Dłużej niż na kilka chwil
Co da mi ten ciąg
Sprawi, że szybciej
W żyłach popłynie krew
Obudzę się"

Closterkeller "To muzyka"


2010.08.19 / Czwartek / 12:07 - Burza za burzą

Musiałem powrócic do tego małego, migającego badziewia, z marną animacją i rozmytym obrazem... :/

Za godzinę wyjeżdżam z domu do pracy, a tymczasem za oknem już słychać kolejną, zbliżającą się burzę... Chyba będę musiał wejść z rowerem do autobusu by się przed nią ochronić.

W tym tygodniu przyjeżdża do nas siostra, która w piątek rozpoczyna swój urlop, w tym roku mający trwać podobno tylko tydzień. Ja niespodziewanie we wtorek mam się udać na spacer po Starówce z pewną bardzo ładną dziewczyną... Chyba, że do tego czasu jeszcze zmieni ona zdanie. ;)

Dzisiaj w nocy, a może już nad ranem, miałem trzy sny o tej samej tematyce, bardzo przyjemne, dotyczące randki z inną bardzo ładną dziewczyną, mianowicie Lorelay, której przecież nie znam... ;D Dobrze pamiętam niestety tylko pierwszy z nich, w którym jechałem na ową randkę rowerem, jechałem, jechałem i nie mogłem dojechać... Później się obudziłem. Damn. :] FionaPop też była w tym śnie w jakiś sposób obecna, tylko nie pamiętam w jaki konkretnie. Jeden wielki chaos. :) Choć po obudzeniu się, żałowałem, że to były tylko sny... ;(

Jednak najważniejszym wydarzeniem dzisiejszego dnia było otarcie się mojego taty o śmierć. Montował on wzmacniacz antenowy w antenie na dachu i podczas schodzenia spadł z drabiny, a raczej z całą drabiną poleciał do tyłu. Ocaliła go jedynie lina, którą był przywiązany do komina. Ech, nie miałbym już taty, albo odwiedzałbym go w szpitalu... Dzięki Bogu za cud.

Kajtek, nasz pies, od wczoraj jest ranny. Prawdopodobnie postanowił zaatakować dzika lub rysia i wyszedł z tego starcia jako przegrany. Już nie będzie tak wesoło biegał jak przedtem i nie będzie mógł wspinać się na ogrodzenie by wymknąć się z naszego podwróka...

Ja na szczęście jestem cały i zdrowy, przynajmniej fizycznie.

Idę się myć i zmykam do pracy.


"We're covered by the sacred fire
When you come to me, you come to broke"

Cocteau Twins "Lorelei"


2010.08.18 / Środa / 20:53 - Światła stolicy

Bardzo lubię ten widok - światła stolicy odbijające się w Wiśle... Po prawej stronie mroczna Praga Północ, po lewej właściwe, cywilizowane miasto. Zapewne możnaby je sfotografować w bardziej efektowny sposób, ale obecnym aparatem mogę zdziałać ogólnie niewiele. Lustrzanki niestety póki co nie kupię, bo w październiku będę musiał pensje z dwóch miesięcy przeznaczyć na nowy telewizor...

Człowiek, który miał przyjść, by obejrzeć zepsutego Panasonica, nie zjawił się w ogóle. Jutro będę więc musiał zadzwonić do innego człowieka, mieszkającego w Izabelinie. Domyślam się, że już za sam ewentualny przyjazd policzy sobie jakieś 30 albo 50 złotych, a później powie, że takiego telewizora nie da się naprawić.

Cóż... W moim życiu nic co piękne nie trwa długo.


2010.08.18 / Środa / 04:00 - Dobra noc

Miło, ładnie, przyjemnie... Tylko szkoda, że samotnie.

A teraz idę spać.


2010.08.17 / Wtorek / 14:37 - Palenie telewizorów

Reklama papierosów? Ja już prawie nie palę...

Palę tylko telewizory. Dzisiaj czekam cały dzień na człowieka, który ma przyjechać i stwierdzić, że spalonego telewizora nie da się już naprawić. Miał się u nas zjawić rano ale teraz jest godzina 14:40, a jego jak nie było tak nie ma... Jeśli telewizora nie uda się wskrzesić, wystawię go na Allegro za 1 zł i może ktoś zechce go wtedy nabyć, może nawet kilku zainteresowanych będzie się o niego licytować. Szkoda, że tak wyszło, bo to był bardzo udany zakup... Jeden z najlepszych. :(

Cóż... Zrealizowałem hasło "Kill your TV".

Dzisiejszą noc spędzę w Warszawie, gdyż mam wyznaczony dyżur od 20:00 do 7:00. Jutro ponownie wolny dzień.


2010.08.16 / Poniedziałek / 19:12 - Stare Miasto

Warszawskie Stare Miasto jest stare tylko z nazwy, ale cóż... Taką historię ma Warszawa, a Starówka, nawet jeśli młoda i tak jest ładnym i klimatycznym miejscem, które bardzo lubię. Pokręciłem się tam rowerem, wcześniej posiedziałem w Metropolitanie i wpadłem do Merlina odebrać kolejną płytę Closterkeller. Przejechałem też koło Pałacu Prezydenckiego, przed którym nadal stoi nieszczęsny krzyż (a raczej dwie, skrzyżowane ze sobą deski), aktualnie otoczony kordonem policji i odgrodzony od ludzi barierkami. Nie wygląda to dobrze i przede wszystkim blokuje przejście, ale... Niech się dzieje co się ma dziać. Nie będę na swoim blogu rozpoczynał tematu krzyża, roli kościoła w państwie i świeckości owego państwa. Nie będę stawiał siebie po jednej ze stron konfliktu, bo wydaje mi się, że po części obie strony mają rację. Nigdy też nie wiadomo czy nie jest to konflikt wywołany specjalnie, a jeśli tak to przez kogo... W dzisiejszych czasach łatwo paść ofiarą manipulacji.

Na tym zdjęciu widzę conajmniej pięć krzyży, a centymetr za kadrem znajduje się szósty... Oby nie nadeszły kiedyś czasy gdy będą one usuwane. Jakby na to nie patrzeć, jestem jednak katolikiem. Niepraktykującym - stety albo niestety.

Amen.


2010.08.16 / Poniedziałek / 14:05 - Śmierć telewizora

Kolejna tragedia - mój wspaniały telewizor Panasonic, zakupiony na Allegro zaledwie kilka miesięcy temu, dzisiaj rano po prostu padł. Przez chwilę napięcie w sieci było zdecydowanie zbyt duże z powodu jakiejś awarii i telewizor tego nie wytrzymał - coś strzeliło, obraz znikł, a w powietrzu czuć było zapach spalonej elektroniki... ;/ Możliwe, że to tylko bezpiecznik, ale po rozkręceniu telewizora nie dopatrzyłem się nigdzie żadnego bezpiecznika... Choć jako absolwent technikum elektronicznego nie za bardzo nawet wiem jak wygląda bezpiecznik. ;) Póki co pozostaje mi czekać na przyjazd specjalisty, tylko najpierw muszę tego specjalistę wezwać... ;)

Jeśli telewizora nie da się odratować pozostanie mi tylko kupno nowego - jakiegoś podłego LCD o przekątnej ekranu co najmniej 42 cale. Szkoda, bo ten był praktycznie idealny na obecny czas i mógłby jeszcze służyć mi przez kilka kolejnych lat.

Wszystko zaczęło się od wczorajszej burzy, podczas której piorun strzelił w nasz dom lub w jeden z pobliskich słupów. Zepsuła się wtedy antena na dachu, przez co na telewizorze stojącym w pokoju na dole także nie można oglądać telewizji. Zdechły dwie latarnie postawione dwa miesiące temu na naszej ulicy, no a rano miał miejsce incydent ze zwiększonym napięciem w sieci. Wentylator działał wtedy ze trzy razy szybciej niż zazwyczaj, mało się nie rozpadając, a żarówki świeciły tak jasno jak nigdy wcześniej. Dobrze, że nic nie stało się mojemu wzmacniaczowi i komputerowi, bo takiej straty już bym nie zniósł... ;(

Czyli mam teraz tyrać jako wróżka przez dwa miesiące po to by kupić telewizor, który wcale nie będzie mi się podobał? Myślałem przecież o lustrzance... :/ Tyle, że znając życie to pewnie lustrzanka też by zdechła, zaraz po upływie okresu gwarancji. Ech. Cholerna, zawodna elektronika. Nie lubię jej.

Wsiadam na rower i jadę do Warszawy, by posiedzieć sobie w Metropolitanie albo w Łazienkach. Może upał mnie nie zabije.


2010.08.15 / Niedziela / 14:19 - Babie lato

Wracając z pracy napotkałem taką oto piękną scenerę - łąkę pełną pajęczyn, zamgloną i pięknie podświetloną przed wschodzące słońce. Zatrzymałem się, wyciągnąłem z torby aparat i przez dziesięć minut robiłem zdjęcia, marząc zarazem o posiadaniu lustrzanki. Niestety po zgraniu wszystkich siedemdziesięciu dwóch zdjęć na komputer okazało się, że ani jedno nie jest dobre... Same żenujące ujęcia. ;( Chyba nie powinienem nawet myśleć o kupnie lustrzanki bo żaden ze mnie artysta. :(

Gdybym jednak mimo braku talentu zdecydował się na kupno to pod uwagę biorę obecnie najtańszą lustrzankę-zabawkę Canona - 1000D, kosztującą około 1600 złotych, lub porządniejszą 500D, za około 2700 złtoych, obie z kitowym obiektywem. Może jeszcze w tym roku nabędę jedną z nich? ;)

Babie lato się rozpoczęło - trzeba uważać by nie wpaść pyskiem w jakąś pajęczynę rozpiętą między drzewami. Wszelkie wycieczki rowerowe po lesie odpadają... :/ Skończyły się komary to rozpoczęło się inne draństwo, na szczęście mniej dokuczliwe - chyba, że ktoś ma arachnofobię.

W tym tygodniu praca mnie wykańcza... I gorąco mi w tych długich włosach.


2010.08.14 / Sobota / 16:35 - Tajemnice losu

Od wczoraj nienawidzę polsatowskiego programu "Tajemnice losu", który ta beznadziejna telewizja puszcza o 3:00 w nocy, i który kończy się dopiero o 5:00 nad ranem... W dodatku na konkurencyjnej stacji TVN7, w tym samym czasie leci kolejny przeklęty program - "Arkana magii". :/ Nienawidzę odpowiadać na popierdolone pytania popierdolonych widzów tych dwóch programów, szczególnie na takie, w których jestem pytany o uczucia, rodzinę, karierę, finanse i zdrowie w jednym smsie. Grrrrrrrrrrr! :/

Na szczęście dzisiaj będę zmagał się z bezmyślną rozrywką...

Na nieszczęście dzisiaj rano zepsuł mi się kabel w kolejnych słuchawkach. Mimo tego, że AKG K315 brzmią świetnie, nie będę już ich kupował. Najwidoczniej firma AKG specjalnie robi takie słabe kable by co chwila się urywały i trzeba było kupować ciągle nowe słuchawki... ;( Chyba wrócę do trwałych Koss'ów Porta Pro.

Na zdjęciu Bemowo, a konkretnie granica między Wolą a Bemowem. Bemowo pełne bloków jest przyjemną i w miarę ładną dzielnicą, lubię je, choć nie tak bardzo jak swoje ulubione Ursynów. Ach, gdybym tak zamieszkał kiedyś na Ursynowie... Niestety nie znam żadnej dziewczyny, która chciałaby ze mną wynajmować mieszkanie w stolicy.


2010.08.12 / Czwartek / 00:24 - Pierwszy koncert Biomasy

Kolega perkusista, który nie pracuje w naszej firmie już od kilku miesięcy, zaprosił mnie parę dni temu na dzisiejszy koncert - pierwszy koncert ich zespołu, noszącego nazwę Biomasa. Początkowo twierdziłem, że nie będę mółg przyjść bo pracę kończę o 21:00, a koncert rozpoczyna się o 19:00, ale od czego są u nas wcześniejsze wyjścia? Skorzystałem z tej możliwości i już po pięciu godzinach skończyłem dyżur. Udałem się nad Wisłę, w okolicę Mostu Świętokrzyskiego, gdzie stoi Barka, na której w tym dniu urządzono scenę. Łącznie zagrały trzy zespoły i z tego co mi wiadomo dla dwóch z nich był to pierwszy występ przed publicznością, czyli praktycznie debiut. Na Barce, tuż obok sceny odbywały się w tym samym czasie jakieś warsztaty spawania dla studentów Politechniki, czy coś w tym stylu... Bardzo interesujące zestawienie. ;) Ktoś na koniec powiedział nawet, że to spawanie było ciekawsze niż sam koncert...

Czas mijał, zespoły rozstawiały sprzęt, a w okolicę Barki schodzili się powoli ciekawie wyglądający ludzie (w tym wiele ładnych dziewczyn), będący głównie znajomymi członków zespołów, które wystąpiły o godzinie 20:00, czyli niestety z aż godzinnym opóźnieniem. Moim zdaniem fatalna wpadka - na opóźnienie mogą sobie pozwolić prawdziwe gwiazdy, ale debiutanci powinni pilnować godziny rozpoczęcia. W każdym razie o 20:00 zaczął grać pierwszy zespół i powiało taką amatorszczyzną, że aż ciężko było wytrzymać. Praktycznie nigdy w życiu nie słyszałem niczego gorszego na żywo - beznadziejna muzyka, beznadziejny wokalista, beznadziejne utwory. Ale cóż... Lubią grać więc grają. Choć nie, w zasadzie tych dźwięków nie można było nazwać muzyką...

Po pierwszym, koszmarnym zespole, którego nazwy nie usłyszałem, gdyż wokalista miał tak żałosny głos, że nawet gdy mówił to nie za bardzo można go było usłyszeć, nadeszła pora na koncert zespołu, który najbardziej mnie interesował - Biomasy. Wcześniej słyszałem tylko na nagraniach jak grają samą muzykę i marudziłem koledze, że powinni znaleźć wokalistę lub jeszcze lepiej wokalistkę, bo co to za zespół bez wokalu i bez tekstów? Obecnie zespół wokalistę już posiada, ale jak się okazało, jest to ich najsłabszy element. Najmocniejszym jest gitarzysta, który potrafi grać z prawdziwą pasją, w sposób przejmujący i interesujący - on to po prostu czuje. Podobnie dobrze spisuje się perkusista, czyli sam kolega - on także wie o co chodzi w muzyce, także się w niej spełnia, potrafi zagrać żywiołowo i energetycznie. Na gitarze basowej się nie znam więc mogę tylko powiedzieć, że jest, a człowiek, który na niej gra wyróżnia się charyzmą i przebojowością - on najbardziej zapada w pamięć i szkoda, że nie jest przy okazji także wokalistą. Swoim zachowaniem trochę przypomina mi Muńka Staszczyka. Właściwy wokalista Biomasy drze mordę, a nawet odrobinę zachacza o śpiew, ale robi o w sposób nieprzekonujący, zwyczajnie nudny i z kiepską dykcją. Szkoda.

Same utwory także są nieprzekonujące, nie zawierają czegoś dzięki czemu wyróżniałyby się na tle utworów wszelkich innych amatorskich zespołów. Zwyczajnie brakuje w tym wszystkim artyzmu, to wszystko co usłyszałem nie było sztuką, lecz po prostu zwykłym graniem, dającym przyjemność tym, którzy grali i pewnie także tym, którzy bawili się pod sceną, ale czy ktoś chciałby to kupić? Czy ktoś chciałby tego słuchać na codzień? Póki co, płyty Biomasy nie włożyłbym do swojego odtwarzacza, mimo, że zespół tworzą bardzo fajni ludzie z pasją. Życie jest zbyt krótkie by tracić czas na muzykę, która nie jest wyjątkowa.

Podczas koncertu Biomasy nie widziałem i nie słyszałem prawdziwych artystów - prawdziwy artysta to dla mnie twórca czegoś co do mnie przemawia, co wywołuje we mnie emocje - byłem na koncercie ciekawych, fajnych ludzi, którzy dostali szansę zagrania swojej muzyki w bardzo pięknej scenerii, w samym centrum Warszawy, i tej szansy raczej nie zmarnowali. Te 40 minut koncertu dało się jakoś przeżyć, a to i tak dużo jak na debiutujący, amatorski zespół. ;) Trzeciego występu nie widziałem, gdyż pojechałem już rowerem do domu, z prawdziwą muzyką w słuchawkach.

Zaraz, zaraz... Czy ja właśnie zjechałem Biomasę? Kolega mnie wyklnie... ;) Powie, że to przez zazdrość, a to tylko przez zdrową obserwację. Siedziałem sobie samotnie, po cichu, byłem trzeźwy, słuchałem, patrzyłem, nagrywałem. Próbowałem dopatrzyć się czegoś szczególnego. Nie znalazłem.


2010.08.10 / Wtorek / 16:23 - Kasety magnetofonowe

Teoretycznie miałem dzisiaj być w Starachowicach, ale teoria nie stała się praktyką i nadal siedzę w domu. ;) W zasadzie się z tego cieszę, bo właśnie zaczął padać deszcz... Tylko czy kiedyś wreszcie spotkam się w realu z koleżanką, która zamieszkuje to miasteczko, a która przeniesie się za miesiąc do znacznie większego i jeszcze bardziej odległego?

Na zdjęciu uwieczniłem kilka kaset magnetofonowych, które chwilę później wyrzuciłem do śmietnika. Co jakiś czas pozbywam się tych kaset, które zastąpiłem płytami kompaktowymi. Nikt nie chciałby ich kupić, nikt nie chciałby ich nawet za darmo - kasety magnetofonowe odchodzą z tego świata na zawsze i zostaną tylko we wspomnieniach tych, którzy żyli w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych - w naszych wspomnieniach. Zdałem sobie sprawę z tego, że kasety to już naprawdę przeszłość gdy kolega z pracy nie wiedział jaką noszą one nazwę i mówił coś o pudełeczkach z dwoma kółkami...

Kasety magnetofonowe były ze mną od początku życia, odkąd pamiętam słuchałem z nich muzyki na monofonicznym radiomagnetofonie Unitra Wilga, choćby w roku 1985, gdy miałem trzy latka i mama odebrała telefon od rodziny, z wiadomością, że zmarł jej ojciec, czyli mój dziadzio. To jedno z pierwszych wspomnień mojego życia... Muzykę nagrywałem wtedy z radia i nawet do dzisiaj mam gdzieś te prastare nagrania, ale pod koniec lat osiemdziesiątych w naszym domu pojawiła się pierwsza "oryginalna" kaseta, a była to składanka Roxette. Piszę słowo oryginalna w cudzysłowiu ponieważ wtedy ciężko było kupić prawdziwie oryginalne, licencjonowane kasety - ustawa o ochronie praw autorskich weszła w życie dopiero w roku 1994, wcześniej małe polskie firmy mogły wydawać na kasetach co tylko im się podobało. Tym sposobem na albumie "Dangerous" Michaela Jacksona, który kupiła mi mama, brakowało dwóch utworów, a jeden kończył się w połowie. Kolejność utworów oraz okładka też była dowolna i nie miała wiele wspólnego z zamierzeniami producenta albumu.

Magnetofon Wilga używany był przez nas także do wczytywania gier i programów na mikrokomputer Zx Spectrum. Do dzisiaj fascynuje mnie ta metoda - zera i jedynki były nagrane na kasecie w postaci tonów o dwóch różnych wysokościach - gra zajmująca 48 kilobajtów wczytywała się do pamięci komputera przez około pięć minut. W dodatku w magnetofonie nie można wtedy było ściszyć głośnika, przez co konieczne było trzymanie głośności na pełny regulator i zadręczanie wszystkich w okolicy tymi chaotycznymi dźwiękami. ;) Do dzisiaj mam jeszcze kilka kaset z grami, ale nie mam już sprawnego komputera Zx Spectrum... Używam emulatora na pececie.

Z magnetofonu Wilga przesiadłem się pewnego pięknego dnia na dwukasetowy magnetofon stereofoniczny marki International. Tego pięknego zakupu dokonał tata, a ja od razu zakochałem się w dźwięku stereo i miałem ogromną radochę słuchając wtedy Roxette, Michaela Jacksona czy Kim Wilde, którą zresztą uwielbiam do dziś. Magnetofon miał nawet wyjście słuchawkowe ze zwykłym wtykiem mini-jack, a ja dostałem od taty słuchawki, które niestety szybko się zepsuły. To, że magnetofon był dwukasetowy umożliwiało robienie kopii - tworzyłem więc składanki ze swoich własnych kaset. ;)

W roku 1992 przeprowadziliśmy się do Truskawia, a ja nadal słuchałem Jacksona i innych popowych artystów z lat osiemdziesiątych, ale wtedy pojawił się zespół, który całkowicie mnie pochłonął - 2 Unlimited. To już nie był pop, to był dance połączony z rave i właśnie od tego czasu jestem wielkim miłośnikiem muzyki elektronicznej, choć trzeba przyznać, że samo 2 Unlimited to zespół dosyć żenujący. ;) Niemniej - do dzisiaj ich lubię, ta muzyka jest tak głupia, że aż piękna.

W połowie lat dziewięćdziesiątych wszedłem w wiek dojrzewania i buntu, a to pociągnęło za sobą zmianę mojego gustu muzycznego. Kolega puścił mi na walkmanie Offspringa, który wtedy wydawał mi się niezwykle ciężką, ostrą a nawet wulgarną muzyką. Słowo fuck padało w co drugiej piosence i... Właśnie tego mi było trzeba. :) Pierwszą kasetą, już oryginalną, którą zakupiłem samodzielnie był właśnie The Offspring - album "Smash". Był to rok 1996, a dzień w którym dokonałem zakupu był dniem moich pierwszych w życiu samodzielnych wagarów. Nie wysiadłem wtedy w Izabelinie przy szkole, pojechałem do Warszawy i pieszo poszedłem do centrum, choć zupełnie nie znałem miasta. Po prostu szedłem w stronę Pałacu Kultury. Na Marszałkowskiej stały wtedy stragany z kasetami i tam w moje ręce wpadł upragniony The Offspring - stałem się dorosły muzycznie. ;) Jeszcze w tym samym roku kolega puścił mi inny rodzaj muzyki - hip-hop. To było coś niesamowitego, te wszystkie sample, dziwne dźwięki, narkotyczny, hipnotyzujący rytm i klimat... Nigdy później już nie przeżyłem takiej fascynacji związanej z poznawaniem nowego, całkowicie nieznanego mi wcześniej gatunku muzyki. Był to zwłaszcza zespół Cypress Hill, z niezwykle oryginalnym, psychodelicznym głosem B-Real'a. To, że niemal każdy utwór mówił o narkotykach było wtedy czymś pociągającym - to takie dorosłe... ;) Fajne było to, że w tamtych czasach, gdy taki grzeczny chłopczyk jak ja słuchał Cypress Hill to mógł dostać w mordę od prawdziwych skate'ów - hip-hopowców, o czym przekonałem się osobiście. ;)

Miałem wtedy pecha do sprzętu bo wypasiony magnetofon International padł trupem, przez co musiałem się przesiąść na monofoniczny magnetofonik firmy Unitra, ale już nie Wilgę - jeszcze gorszy model, który dedykowany był komputerowi Zx Spectrum. Jakiś rok później kupiłem od kolegi mocno zużytą, ale za to pierwszą w moim życiu mini-wieżę, ponownie marki International. Na samym szczycie miała nawet odtwarzacz płyt gramofonowych, którego nigdy nie użyłem. Niestety brzmiała fatalnie i ledwo działała, ale jednak stanowiła jedyny sprzęt, na którym mogłem słuchać muzyki w domu. W międzyczasie kolega kupił mi walkmana - tak po prostu, bo miał dużo pieniędzy. To był bardzo dobry i wyjątkowy kolega, szkoda, że straciłem z nim kontakt kilka lat później... Walkmanów miałem zresztą więcej - konkretnie trzy. Pierwszy Thomsonic, drugi Philips, a trzeci Aiwa - same graty. Żaden z nich nie miał choćby systemu redukcji szumów Dolby B lub autorewersu. Ale nieważne, słuchanie muzyki na dworze, w autobusie, na ulicy to było coś wspaniałego.

W liceum poznałem pierwszego w życiu punka - człowieka, który totalnie mnie zafascynował. Cała ideologia punk była tym czego wtedy najbardziej mi było potrzeba - zacząłem słuchać Dezertera i Post Regiment, zacząłem kochać muzykę punkową. Świadomość tego, że nie musisz być najlepszy, że możesz być śmieciem a i tak będziesz miał taką samą wartość jak inni ludzie to coś co wtedy do mnie trafiało, choć tak naprawdę o muzykę punkową tylko się otarłem, zahaczając na szczęście o najcudowniejszy zespół z tego gatunku, wspomniany już Post Regiment. Czyż to nie jest piękne, że oni nigdy nie nagrali żadnego teledysku? Zero komerchy. Do dzisiaj twierdzę, że na tej muzyce się wychowałem i to dzięki niej jestem taki jaki jestem, a może słuchałem jej dlatego, że taki już się urodziłem.

W kolejnej szkole zacząłem słuchać tego, czego słucham dzisiaj najczęściej - śpiewających kobiet. Pierwszą była Dolores O'Riordan z The Cranberries, po niej odkryłem inne, jak choćby Bjork, zaspokajając swoją kobiecą stronę natury. ;) Pojawił się też mój nowy idol - Marilyn Manson, wtedy jeszcze niezwykle skandaliczny. Ilość kupowanych przez mnie kaset rosła z roku na rok, aż wreszcie w roku 2000 mama, po wygraniu sprawy sądowej z własnym pracodawcą i otrzymaniu pewnej większej sumy gotówki, kupiła mi miniwieżę Philips, która stoi sobie w pokoju siostry do dziś. Nie był to zbyt udany zakup, ale wieża posiadała odtwarzacz płyt kompaktowych. Wtedy kupiłem pierwszą - soundtrack z "Girl, interruputed".

Przez kilka lat nadal kupowałem kasety ale to był coraz gorszy pomysł - ich ceny urosły do 22 złotych za sztukę (za pierwszą kasetę The Offspring zapłaciłem 12 złotych), pozornie ich jakość nie była tak dobra jak płyt cd i w ogóle coraz trudniej było je kupić. W Empiku, na półkach, na których kiedyś leżały kasety, zaczęły pojawiać się płyty kompaktowe. Już sam fakt, że miały większe okładki był zachętą do tego by w nie inwestować. ;) Jedną z ostatnich kaset jakie kupiłem był album "Andergrant" Renaty Przemyk, a naprawdę ostatnią "Body Language" Kylie Minogue, którą kupiłem za jedyne 6 złotych. To były już czasy wyprzedaży kaset i pozbywania się ich ze sklepów - rok 2005, w którym po raz pierwszy poszedłem do pracy.

Powróciłem też wtedy do muzyki, od której zaczynałem - kupiłem płyty Kim Wilde i Michaela Jacksona. Nadal są świetne, a możliwość ponownego zetknięcia się z ich twórczością była bardzo przyjemna. Na chwilę cofnąłem się wtedy do czasów dzieciństwa - przeżycie jedyne w swoim rodzaju i już raczej niemożliwe do powtórzenia.

Sam nie wiem ile miałem tych kaset pod sam koniec, prawdopodobnie ponad setkę, co nie stanowi rewelacyjnego wyniku. Nie chodziło jednak o ilość a o to jak muzyka do mnie przemawiała, jak na mnie oddziaływała - o wiele intensywniej niż dziś. Znałem na pamięć każdy tekst każdego utworu, każdej kasety słuchałem setki razy... Tak mniej więcej wygląda moja przygoda z kasetami.


2010.08.09 / Poniedziałek / 00:53 - Epitafium

Okolice firmy, w której pracuję - Warszawa Wola, ulica Pańska. Ten sześcian z blachy falistej po prawej stronie zdjęcia to właśnie część budynku, w którym znajduje się firma... I pomyśleć, że kiedyś pracowaliśmy w pięknym biurowcu na pięknej ulicy Żurawiej, przy której Kuba Wojewódzki parkował swoje porsche gdy szedł coś zjeść do pobliskiej restauracji...

Trzy dni temu Warszawę nawiedziła jedna z największych ulew jakie w życiu widziałem. 50 minut intensywnego opadu połączonego z tajfunem obserwowałem na szczęście przez okno w pracy, gdyż akurat miałem przyjemność siedzieć na dyżurze... Do domu powróciłem wtedy jednak autobusem, pozostawiając rower w firmie.

Na razie odpocznę nieco od pracy, przede mną dwa dni wolne, które chętnie spożytkowałbym w jakiś sensowny sposób, ale niestety nic szczególnie emocjonującego nie przychodzi mi do głowy. Rower? Telewizor? Komputer? Książka? Łeeeee... Dziewczyna! Oto czego mi brak. A raczej kogo...

Ostatnio coraz bardziej fascynuję się zespołem Closterkeller, choć posiadam tylko ich trzy pierwsze płyty, zapewne najlepsze ze wszystkich. We wrześniu, dzień po weselu brata, odbędzie koncert Anji Orthodox i jej zespołu w Puławach, więc jest całkiem prawdopodobne, że się tam wybiorę. Szkoda tylko, że Anja to dzisiaj kobieta zbliżona wiekowo bardziej do mojej mamy niż do mnie, ale... Przecież do połowy lat dziewięćdziesiątych się nie przeniosę. ;)

Tak w ogóle to moja mama nie lubi Anji Orthodox, zwłaszcza od czasu gdy obejrzała wywiad, w którym Anja mówiła, że jest ateistką. We mnie dokonuje się chyba jakaś (zła) przemiana, bo już nie jestem wrogo nastawiony do ateistów, mogą oni liczyć na moją akceptację, a nawet sympatię, pod warunkiem, że są ludźmi mądrymi i tolerancyjnymi. Chyba niedługo zostanę masonem. ;)

Obejrzałem dziś na dvd cały koncert ukochanej Nirvany. Koncert doskonały, uznawany oficjalnie za ósmy najlepszy koncert w dziejach muzyki rockowej, ukazujący zespół Nirvana i samego Kurta Cobaina w bardzo pozytywny sposób (przynajmniej ja tak to odbieram). Kurtowi akurat kilka dni przed tym koncertem urodziła się córeczka, którą dwa lata później opuścił, popełniając samobójstwo. Miał wtedy mniej więcej tyle lat ile ja mam teraz. Koncert zarejestrowano w roku 1992 i pomyślałem sobie, że gdybym na nim był, taki jak teraz, mający 28 lat, to dzisiaj, w roku 2010 byłbym już niemal pięćdziesięciolatkiem. Ci młodzi ludzie na publiczności dzisiaj zbliżają się do pięćdziesiątki... Smutne to. Życie jest bardzo krótkie i z każdym rokiem coraz bardziej mnie to przeraża.

Po trzydziestce chyba zacznie się moja obsesja pod tytułem - muszę kogoś po sobie na tym świecie zostawić. Może będzie to tylko kolejny plan, którego nie zrealizuję... Bo nie będę miał z kim.

Idę spać. Ale najpierw zjem płatki z mlekiem.


"Moja miłość utopiona w bagnie
Woła o zemstę kiedy śpię
I jeszcze tylko to jest ważne
Gdy nie ma już połowy mnie"

Closterkeller "Epitafium"


2010.08.06 / Piątek / 03:28 - No good

Nie, nie, nie wyruszyłem na pielgrzymkę, tak źle (albo dobrze) jeszcze ze mną nie jest. :) Po prostu mijałem te kilka lub kilkanaście grup w drodze do pracy. Jeśli kiedyś miałbym wyruszyć na pielgrzymkę to wybrałbym sobie rowerową, o ile takowe w ogóle istnieją.

Praca, praca, praca. Wczoraj ezo, dzisiaj rozrywka. Poza pracą nieźle, choć nachodzą mnie złe myśli gdy skieruję je w niewłaściwą stronę. Podczas rowerowych dojazdów słucham od wczoraj tylko The Prodigy, zwłaszcza drugiego albumu i na razie muzycznie nic więcej nie jest mi potrzebne. :) Co prawa wcześniej dokonałem zakupu koncertów na dvd i wśród nich znalazły się takie wspaniałości jak Closterkeller na Przystanku Woodstock, Nirvana w Reading, Tori Amos w Montreaux i PJ Harvey ogólnie wszędzie, ale z powodu nadmiaru pracy nawet nie mam czasu obejrzeć ich wszystkich od deski do deski. Niemniej jednak to co zdążyłem wchłonąć przed snem i przed pójściem do pracy totalnie mnie zachwyciło.

W pracy, gdy mam wolną chwilę między jednym smsem a drugim, zaczytuję się od dziś w "Grze Endera", którą czytałem już dawno, dawno temu, w połowie lat dziewięćdziesiątych. Teraz odbieram tę książkę zupełnie inaczej, może za następne piętnaście lat powinienem po nią sięgnąć jeszcze raz. Do niektórych rzeczy trzeba dojrzeć.

Kiedyś może nawet dojrzeję do normalności.


"You're no good for me
I don't need nobody
Don't need no one
that's no good for me"

The Prodigy "No good"


2010.08.03 / Wtorek / 16:04 - W samym sercu kraju

Najważniejsze miejsce w naszym kraju. Jeśli ktoś chce poczuć, że stoi w samym centrum Polski, powinien stanąć właśnie tutaj, zamknąć oczy i wsłuchać się w muzykę tego pana, grającego na... Krześle. ;)

Jeszcze przed południem opuściłem Puławy i wróciłem do Warszawy bardzo nietypowym busem, w którym nie zainstalowano żadnej klimatyzacji ani żadnej wentylacji, ale za to znajdował się w nim stolik. Dobre rozwiązanie dla tych, którzy chcą grać w karty podczas jazdy. ;)

W lesie rewelacja - brak komarów. W powietrzu czuć już klimat zbliżającej się mojej ulubionej pory roku - jesieni. Wkrótce będę musiał znaleźć kolejny kasztanek, symbolizujący kolejny rok mojego życia. Tym razem poszukam wyjątkowo mizernego kasztanka, by dobrze oddawał on charakter mizernego roku 2010. Pozostaje tylko pytanie w jakie miejsce udam się na poszukiwania.


2010.08.02 / Poniedziałek / 22:29 - Najfajniejsi ludzie są na Ziemi

Przyodziany w swój dzisiejszy zakup. ;) To zdjęcie ustawiłem jako zdjęcie główne na Sympatii.pl i... Nadal nikt na mnie nie leci. Nie rozumiem czemu... ;P

Jutro po południu wrócę do domu busem, na miejscu powinienem więc być wieczorem. Na szczęście nie ma już takich komarów jakie były jeszcze miesiąc temu więc można iść przez las bez większych obaw.

W Puławach jak zwykle zmarnowałem swój wolny czas nie robiąc nic ciekawego. Z ex-przyjaciółką się nie spotkałem gdyż ostatnio ona wyłącznie milczy, całkowicie się ode mnie odcięła. Tysiąc złotych, który jest mi winna prawdopodobnie już nigdy do mnie nie wróci. Trzeba uważać przy dobieraniu sobie przyjaciół, jeszcze bardziej trzeba uważać przy pożyczaniu im pieniędzy, ale przede wszystkim trzeba się wystrzegać kobiet spod znaku raka. ;)

Przyjaciółka miała być lekiem na moje sercowe dolegliwości i przez pewien czas doskonale spełniała to zadanie, spędziłem z nią wiele niezwykle przyjemnych dni, ona sama twierdziła nawet, że mnie bardzo lubi... Później zawiodłem się na niej tak jak na nikim innym... Gratuluję.

Mimo to, jestem w stanie zaufać każdej następnej kobiecie, którą uznam, omylnie lub nie, za wartościową. Tyle, że aktualnie wokół siebie takiej kobiety nie widzę.


"I swear it wasn't meant to be
I swear I didn't mean it
Kiss me
Kiss me in the shadow of
Kiss me in the shadow of a doubt"

Sonic Youth "Shadow of a doubt"


2010.08.02 / Poniedziałek / 15:50 - Polub Lublin

Po wypiciu piwka. Ale wystarczy już tych zdjęć z Lublina - to będzie ostatnie. :)

Połowa wolnego poniedziałku minęła, zdążyłem się przez ten czas wykąpać i pójść na drugą stronę ulicy do Cropp Town, w którym nabyłem pewien bardzo fajny ciuszek, choć nie na taką pogodę jaką mamy obecnie. W sklepie z bielizną natomiast kupiłem sobie białe majtki firmy Hendersson, z tej samej serii, z której mam czarne bokserki. Wziąłem ten sam rozmiar co bokserek, czyli M i... Majtki w porównaniu do nich są trochę za ciasne. Przewidziano w nich za mało miejsca na to co najważniejsze. ;( Auuu...

Zwrotów majtek chyba nie przyjmują... ;)


2010.08.02 / Poniedziałek / 09:16 - Juś dość

Kolejne zdjęcie z Lublina - miejsce kultowe dla nieszczęsnego pana Michała. Punkt widokowy przy Teatrze Andersena, z którego kiedyś obserwowałem Lublin myśląc sobie jak jest tam pięknie, jaka piękna osoba siedzi obok mnie i jak piękne może być życie człowieka, któremu spełniają się najbardziej niezwykłe marzenia. Później wszystkie te myśli przestały mieć jakikolwiek sens, po raz kolejny okazało się, że byłem naiwny i dzisiaj już nawet w tym miejscu niczego szczególnego nie czuję, czar wspomnień uleciał gdzieś w przestworza i pozostało jedno wielkie nic, co jest zjawiskiem jak najbardziej pożądanym w takim przypadku. Wciąż jednak jest to dobre tło do zdjęć więc zapozowałem, gdyż ładny ze mnie chłopiec. ;) Co prawda niebo się prześwietliło, ale to wina siostry, która ustawiała kadr... ;P

Czy zawsze tak jest, że człowiek spoglądający w przeszłość dochodzi do wniosku pod tytułem - kiedyś byłem głupi i naiwny? Jeśli uczy się przez całe życie to pewnie tak...

A tak w ogóle - koniec tematu. Zamykam drzwi by otworzyć kolejne, których jeszcze nie widzę.

Zjem śniadanie i pójdę rozejrzeć się po sklepie z ubraniami. Może też przejdę się na cmentarz. Ot, taki wolny poniedziałek w Puławach.


"Proza życia to przyjaźni kat
Pęka cienka nić"

Perfect "Nie płacz Ewka"


2010.08.01 / Niedziela / 22:10 - Pan Michał w Lublinie

Lublin bardzo lubię więc dzisiaj odwiedziłem to miasto w drodze do Puław, mimo nadrobienia w ten sposób jakiejś setki kilometrów. Z busa wysiadłem na samym początku Alei Racławickich dzięki czemu mogłem je sobie całe przejść zanim zjawiła się siostra. Nie było aż tak fajnie jak wtedy gdy szedłem nimi w pewną niedzielę o 6:00 rano, ale i tak spacer był przyjemny a pogoda wręcz rewelacyjna. Przy okazji po raz kolejny doszedłem do wniosku, że Lublin to miasto opanowane przez dresiarstwo w stopniu znacznie większym niż taka na przykład Warszawa. W stolicy czuję się zdecydowanie bezpieczniej, choć mam tu na myśli lewobrzeżną część Warszawy, a nie tą całą przeklętą Pragę Północ...

Z siostrą posiedziałem na zamku, poszwędałem się po starym mieście odwiedzając przy okazji miejsce dla siebie kultowe (uświęcone krwią płynącą wprost z mojego serca), posiedziałem w pubie, zjadłem duuużą porcję wyjątkowo smacznych fytek, wypiłem piwo i zrobiłem setkę zdjęć. W zasadzie czasem sobie myślę, że Lublin jest takim miastem, w którym mógłbym zamieszkać, gdyby nie panujące w nim bezrobocie. Co prawda jest to miasto zalatujące nieco wioską, ale... Na tym też polega urok całej Lubelszczyzny. ;)

Nie, nie... Jest naprawdę spoko. Zawsze lubiłem to miasto, już od końca lat osiemdziesiątych, gdy sprowadziła się do niego ciocia z wujkiem i dwoma synami, dzięki czemu miałem okazję tam jeździć. Zapewne będę do Lublina wpadał od czasu do czasu przez kolejne lata... Może będę miał szczęście i żaden lubelski dresiarz nie pozbawi mnie nigdy dóbr materialnych (takich jak zęby). ;)


2010.08.01 / Niedziela / 19:56 - Remont Emilii Plater

Zdjęcie z warszawskim klimatem, choć jestem już w Puławach, świeżo po obejrzeniu w telewizji pierwszego etapu tegorocznego Tour de Pologne, który kończył się właśnie w Warszawie. Fajnie, że w tym roku Czesław Lang tak to zorganizował by finish etapu miał miejsce w stolicy, szkoda, że mnie tam nie było, ale w telewizji przyjemnie było mi oglądać kolarzy krążących po moim ukochanym mieście, a szczególnie intersującym widokiem była kraksa, do której doszło na nieco ponad kilometr przed metą, przy Łazienkach. Ostatnio wypadki rowerowe są tematem bardzo mi bliskim - do dzisiaj odczuwam bolesne skutki tego sprzed kilku dni, szczególnie w szyi.

Na zdjęciu postanowiłem uwiecznić remont ulicy, która ze wszystkich warszawskich ulic najbardziej na remont zasługiwała - Emilii Plater. To, że w samym sercu stolicy znajdowała się ulica o tak fatalnej nawierzchni, po której wręcz niebezpiecznie było jechać rowerem, to po prostu żenada, która na szczęście teraz już się skończyła.

Po lewej stronie zdjęcia widać zalążki najwyższego apartamentowca w Warszawie, którego budowa została wstrzymana jakiś rok temu i stoi tak do dziś. Myślałem, że dzieje się tak z powodu kryzysu finansowego, ale okazało się, że to mieszkańcy bloku, który także widać na zdjęciu, pozwali do sądu właściciela tego apartamentowca, czyli firmę Orco cośtam i w tym sądzie wygrali. Firma Orco cośtam traci z powodu wstrzymanej budowy 45 tysięcy złotych dziennie, właściciel twierdzi, że ktoś będzie mu za to musiał zapłacić, a mieszkańcy bloku próbują wywalczyć dla siebie pieniądze, za które będą mogli się przenieść w inne, spokojniejsze miejsce. Wojna trwa, a centrum miasta wygląda jak wygląda... Dobrze przynajmniej, że nie ma już "ozdoby" noszącej nazwę KDT. Dobrze też, że od wczoraj nie ma już handlu w okolicach byłego Stadionu Dziesięciolecia - było to zdecydowanie najpaskudniejsze miejsce jakie w życiu widziałem, ładniej wygląda nawet dworzec PKS w Rykach. ;)

Wkurwia mnie to, że mają podnieść podatek VAT o 1%. Wkurwia mnie też to, że Polska ma taki dług do spłacenia, że na każdego mieszkańca przypada go 18 tysięcy złotych. Wkurwia mnie też to, że o tym tu wspominam zupełnie bez powodu. ;)