2010.11.30 / Wtorek / 20:17 - Pana Michała sweterek numer 3

Odziany w swój dzisiejszy zakup, którego wcale nie planowałem - czarny sweterek zapinany na zamek, szczelnie okrywający szyję - idealny na obecną pogodę i dużo lepszy od dwóch poprzednich, kupionych w tym samym sklepie - Cubus.

Udało mi się dzisiaj także zakupić dwa szaliki, które wypatrzyłem w C&A. Są kolorowe, ładne, zacne i przede wszystkim nowe. Swój poprzedni szalik - całkiem czarny - użytkowałem conajmniej prze dziesięć lat i w sumie mógłbym użytkować go nadal gdyby nie to, że ostatnio zmieniam się. ;) Ktoś poza mną dostrzega tę zmianę?

Nie zmienię jednak czapki na prawdziwe mrozy, gdyż nie mogłem dzisiaj znaleźć żadnej naprawdę fajnej. Jakiś miesiąc temu kupiłem nową, bardzo fajną czapkę, ale jest ona za cienka na mrozy, które mają nadejść... Gdy więc temperatura spadnie poniżej dwudziestu stopni, będę zakładał swoją starą, kilkunastoletnią czapkę z napisem, którego do dzisiaj nie mogę odczytać.

Niestety nie kupiłem dzisiaj pocztówki i znaczka pocztowego - nie będę więc mógł napisać do dziewczyny, w której się zakochałem... ;D Nie znam jej imienia i nazwiska więc nadałbym list do Najpiękniejszej Mieszkanki Gminy Izabelin. ;) Doszedłby?

Wydałem praktycznie wszystkie pieniądze które miałem, a nawet te, których nie miałem, co oznacza, że po raz kolejny mam dług w banku i po raz kolejny nie zobaczę całości swojej wypłaty - część pójdzie na pokrycie minusa. Konkretnie jakieś osiemdziesiąt procent... Za co więc kupię telewizor? Trzeba ponownie brać się do pracy.


2010.11.30 / Wtorek / 19:44 - Warsaw under attack

Warszawa zmagająca się z opadami śniegu to niezbyt przyjemne miejsce, na każdym kroku czycha na człowieka niebezpieczeństwo - poślizgnąć można się na chodniku, na ulicy, na schodach nieruchomych - a przecież ja nie mam ubezpieczenia zdrowotnego i musiałbym za gips płacić z własnej kieszeni.... Na szczęście dzisiaj ani razu nie leżałem, ale w jednym miejscu zatańczyłem wesoło, przypominając sobie po raz kolejny jak bardzo zdradliwymi butami są Martensy - chyba żadne inne nie mają tak śliskich podeszw. Dzisiaj żałuję tego, że kiedyś je kupiłem, ale na zimę nie mam innych butów... Pieniędzy na buty też już nie mam po dzisiejszych zakupach.

Na zdjęciu Aleje Jerozolimskie, a po lewej teoretycznie odnowiony Dworzec Centralny. Poza zmianą koloru elewacji na biały nie widzę żadnej różnicy w porównaniu do tego co było przed remontem...

Dzisiaj przez pewien czas próbowałem iść bez rękawiczek, ale doprowadziło to do całkowitego paraliżu moich palców. Przypomniałem sobie to nieprzyjemne uczucie i wszelkie inne nieprzyjemne uczucia, odczucia i całkowite braki czucia związane z zimą i zimnem. Jeśli kilka dni temu napisałem, że zima mogłaby się stać moją ulubioną porą roku to teraz cofam te słowa. ;)


2010.11.30 / Wtorek / 11:24 - Śnieżnie lubieżnie

Skończyły się żarty z białym puchem i zaczął prawdziwy, śnieżny hardcore, odkąd wczoraj spadło jakieś 30 centymetrów śniegu. Dzisiaj mam drugi dzień wolny więc mógłbym poprzestać na kontakcie wzrokowym ze śniegiem, ale jednak zdecydowałem się jechać do Warszawy po kilka rzeczy, takich jak kolejna książka, która czeka na odbiór w Merlinie lub ciepły szalik i jeszcze cieplejsza czapka, która czeka na zakup w dowolnym sklepie. Przydałby mi się ktoś kto by mi doradził, który szalik, i którą czapkę wybrać, ale wszystko wskazuje na to, że będę musiał samotnie tułać się po Arkadii... W najgorszym wypadku niczego nie kupię i będę wyglądał po staremu, oszczędzając przy okazji pieniądze. Za listopad nie zarobię tak dużo jak myślałem, bo przepracowałem tylko 139 godzin... 139 razy mniej-więcej-osiem złotych równa się... Niewiele. Przynajmniej nocki mamy teraz luźniejsze, odkąd nie obsługujemy polsatowskiego programu...

Zdjęcie mało zimowe - Metro Świętokrzyska - stacja, na której wysiadam gdy idę do pracy i wsiadam gdy z niej wracam. Zielono-szaro-różowo-niebieska. :)


"Jestem wróżką, wiele zaklęć znam"

Hey "Cudownie"


2010.11.28 / Niedziela / 17:12 - Piękniej

Wczoraj zaczął padać pierwszy prawdziwy śnieg tej jesieni i efekty widoczne są wszędzie dookoła oraz na powyższym zdjęciu - tak teraz wygląda moja droga przez las. Podoba mi się ten biały świat - śnieg i zima dobrze mi się kojarzą, być może nawet uznam kiedyś, że to właśnie zima jest moją ulubioną porą roku?

W pracy podałem wczoraj świąteczne dyspozycje, z których wynika, że będę pracował w Wigilię, pierwszego dnia świąt, drugiego dnia świąt, trzeciego i czwartego... W Sylwestra najchętniej także, ale to nie ode mnie zależy czy będę mógł wtedy przyjść na noc, choć oczywiście zapiszę się na specjalną listę. Przed Wigilią będę miał cztery dni wolne, które spędzę w Puławach, by następnie wraz z siostrą powrócić do domu w lesie, tak samo jak rok temu.

Wczoraj spóźniłem się do pracy przez to, że autobus przyjechał dwadzieścia minut po czasie... W listopadzie będę miał więc jedno spóźnienie, ale za sukces mogę uznać brak nieobecności w tym miesiącu - obiecałem dyrektorowi, że nie będę ich miał i dotrzymuję obietnicy. Na dobre mi to wyszło - zwłaszcza pod względem finansowym. Dzisiaj wyjaśni się czy utrzymałem średnią i jak dużo zarobię... Pieniądze zamierzam jednak odłożyć na jakiś poważniejszy cel, typu pięćdziesięciocalowy telewizor lub subwoofer Bowers & Wilkins... ;) Aby oszczędzać więcej pieniędzy kupiłem wczoraj bilet miesięczny na trzy miesiące zamiast na jeden. Rezygnuję też z randek, choć w sumie chętnie spotkałbym się z panną Pauliną, lub wybrałbym się do zasypanych śniegiem Kielc... ;)

Ostatnio najbardziej zainteresowany jestem jednak pewną dziewczyną z Truskawia, którą wczoraj widziałem po raz czwarty w życiu, i w której jestem już chyba zakochany... ;) Jest ona tak niezwykła, że nigdy nie byłbym w stanie normalnie się do niej odezwać - dlatego wczoraj też tego nie zrobiłem, choć miałem doskonałą okazję. Bardzo przypomina mi ona moją niedoszłą ukochaną - Owcę z Dęblina, tylko jest od niej piękniejsza i... Młodsza. ;( Ma absolutnie wyjątkowe oczy i równie wyjątkowy makijaż... Dziwne, nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi na makijaż. ;) Oczywiście nie muszę wspominać o dramacie w oczach i tym, że jest artystką... Niestety jest dla mnie za wysoka i to do reszty odbiera mi pewność siebie... Wczoraj poznałem jej adres, więc może kiedyś napiszę do niej list... ;P List od cichego, podstarzałego wielbiciela...

Ech... Nadal nie jestem normalny i nadal nie potrafię znaleźć w sobie siły do tego, by w odpowiednim momencie w normalny sposób zadziałać... Żal nad żale i alkohol niezbędny.


2010.11.27 / Sobota / 15:12 - Sens życia

Miałem wczoraj napisać co jest sensem życia, ale po pracy byłem pochłonięty oglądaniem filmów, więc napiszę to dzisiaj. Udzielę konkretnej odpowiedzi, która jest moim zdaniem najbardziej logiczna - otóż jak ostatnio ustaliłem, sensem życia jest wszystko.

Amen.


2010.11.25 / Czwartek / 23:20 - Pociąg do wieczności

Pociągi zawierają w sobie element ucieczki, a element ucieczki to coś co zawsze mnie pociągało. Nawet poszukując dziewczyny, której nigdy nie znajdę, podświadomie szukam takiej, która umożliwiłaby mi ucieczkę od mojej codzienności, dla której musiałbym opuścić swój las, swoje miasto, swoją rodzinę, swoich znajomych, dla której poświęciłbym całe swoje obecne życie. Mimo tego, że bardzo je lubię i praktycznie nie mam na co narzekać to chciałbym od niego uciec i rozpocząć gdzieś całkiem nowe, bardziej udane, mające większy sens... Pociągiem z Warszawy do takiego na przykład Rzeszowa jedzie się niemal sześć godzin - to dosyć długo, ale miejsce, w którym spodziewałbym się znaleźć to czego szukam leży znacznie, znacznie dalej... Będę tam jechał jakieś dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat, a na końcu tej podróży stwierdzę, że w sumie wolałbym jednak dojechać tylko do tego Rzeszowa, że cała dalsza podróż była zupełnie niepotrzebna i pozbawiona sensu tak samo jak pozbawione sensu są wszystkie zdania w dzisiejszym wpisie...

Ostatnio idąc przez ciemny las doszedłem do wniosku, że w wyczekiwanym przez całe życie tunelu ze światłem na końcu, chciałbym słyszeć utwór "Song to the siren" zespołu This Mortal Coil. Planuję w owym tunelu spędzić trzy minuty i trzydzieści sekund - tyle ile trwa ten piękny utwór - a następnie rozpłynąć się w świetlistej materii i połączyć ze wszystkimi i wszystkim co istniało, istnieje i będzie istnieć w przyszłości. Po pewnym czasie, choć czas zapewne wcale tam nie istnieje, narodzę się ponownie, by przeżyć kolejne życie na Ziemii lub w jednym z milionów innych światów, które zapewne istnieją gdzieś w przestrzeni kosmicznej...

Zwyczajne marzenia pana Michała, podobne do marzeń miliardów innych ludzi... Jutro postaram się być normalniejszy. Może napiszę wtedy co jest sensem życia, bo ostatnio znalazłem odpowiedź na to pytanie. ;)


2010.11.25 / Czwartek / 07:17 - Śnieg

Po obudzeniu się i rozsłonięciu zasłon ujrzałem coś białego, co w sumie całkiem lubię i co padało na mnie już wczoraj wieczorem podczas powrotu z pracy do domu. Od razu poczułem klimat zbliżających się świąt, do których pozostał równy miesiąc... Poczułem też zimno, gdyż o tej godzinie w naszym domu kaloryfery nigdy nie są ciepłe, ale cóż... Lepsze to niż tegoroczne, letnie upały, które tak mnie wykańczały.

Zabieram się za lekturę "Bastionu" Stephena Kinga i za śniadanie...


2010.11.23 / Wtorek / 22:54 - Zajączek

Najdłuższa szkoła w Warszawie - Zajączek, przy ulicy Zajączka. :) Miejsce przeze mnie znienawidzone i kochane, do którego chodziłem przez siedem lat - dwa pierwsze w pierwszej zawodówce, w której nie zdałem, dwa kolejne w drugiej zawodówce, oraz trzy w technikum zaocznym. Po tym wszystkim czekałem jeszcze rok na dopuszczenie mnie do matury.

Pierwsza zawodówka była masakryczna i nie wspominam jej dobrze ze względu na ludzi, z którymi do niej chodziłem. W pierwszej klasie jeszcze jako tako to wyglądało, bo lubił mnie kolega, który wszystkimi rządził, ale on nie zdał i w drugiej klasie popadłem w konflikty z wszelkim dresiarstwem - tym sposobem zaczął się najpodlejszy okres mojego życia, po którym mogę tylko powiedzieć, że zjawisko przemocy w szkole nie tylko nie jest mi obce ale nawet bardzo dobrze znane. Z jednej strony zamknąłem się przez to w sobie, z drugiej stałem się silniejszy, twardszy, mniej wrażliwy - jak po wojsku. Znalazłem się wtedy w naprawdę gównianej sytuacji i jedyną uczieczką od tego wszystkiego było zwyczajne uciekanie ze szkoły - wagarowanie, które doprowadziło ostatecznie do mojego nie zdania do trzeciej klasy. Nie zdać do następnej klasy w czymś tak żałosnym jak zawodówka to zapewne powód do wstydu, ale dla mnie było to wtedy najzwyklejsze wybawienie - kolejna klasa, do której chodziłem była całkowicie inna - ludzie w niej byli naprawdę w porządku, zamiast dresów nosili czarne bluzy i glany, nie doświadczyłem tam żadnej przemocy i żadnego chamstwa. Zapewne dla niektórych już samo chodzenie do zawodówki jest czymś czego człowiek powinien się wstydzić i w sumie ludzie Ci mają rację, ale jakie znaczenie w życiu dorosłym ma to czy chodziło się do zawodówki, a następnie do technikum, czy do liceum ogólnokształcącego? Moim zdaniem naprawdę niewielkie, choć akurat ja jestem złym przykładem na potwierdzenie tej teorii...

Zajączek to szkoła, w której 90% uczniów to faceci, a raczej chłopcy. Dziewczyn było niewiele, chodziły one tylko do liceum, więc w żadnej mojej klasie nie było ich nigdy. W sumie nie była to zła sytuacja, bo w takich klasach złożonych tylko z facetów jest zabawniej - jakby na to nie patrzeć to jednak męska część ludzkości ma bardziej rozwinięte poczucie humoru, choć akurat ja jestem złym przykładem na potwierdzenie tej teorii... ;)

Po zawodówce przeniosłem się do technikum zaocznego, które było rewelacyjne - dwa dni nauki w ciągu tygodnia i mnóstwo wolnego czasu. Na koniec każdego semestru miałem egzaminy, które były bardzo stresujące, ale dzięki którym matura nie była niczym szczególnym - wydawało się, że to egzamin taki sam jak każdy wcześniejszy. Udało mi się dobrnąć do matury, zdałem ją na całkiem znośne oceny i tym sposobem dokonałem czegoś czego jako mało ambitny człowiek nie planowałem - w wieku 23 lat otrzymałem świadectwo dojrzałości. Pamiętam, że podczas pożegnalnego spotkania z dyrektorem Zięciną padły z jego ust ważne słowa, w które wtedy nie uwierzyłem - powiedział, że powinniśmy na studia pójść w tym samym roku, zaraz po zdaniu matury, bo później już nie będzie nam się chciało. Ja tego nie zrobiłem i teraz jest mi coraz trudniej - rozleniwiam się, odzwyczajam od nauki, od obowiązków... Czy kiedykolwiek będę miał siłę na to, by znowu zacząć się uczyć? Podobno na naukę nigdy nie jest za późno, ale nie do końca jest to prawda.

Jutro czeka mnie kolejny bezsensowny dzień w pracy... Chciałbym obudzić się w roku 2001 i zamiast na ulicę Miedzianą udać się na Zajączka, spotkać z kolegami, którzy jeszcze nie mają dziewczyn, nie mają dzieci, nie są dorosłymi ludźmi. Dorosłość nie jest fajna.


2010.11.23 / Wtorek / 21:41 - Warszawska Szkoła Filmowa

Powyższe zdjęcie przedstawia Warszawską Szkołę Filmową, którą dzisiaj niechcący odwiedziłem. Ta duża hala z przeszklonym dachem jest mi bardzo dobrze znana, wiążą się z nią dziesiątki wspomnień z czasów gdy byłem nastolatkiem. Spędziłem na niej setki godzin w latach 1998 - 2002, choć wtedy wyglądała ona nieco inaczej, bardziej industrialnie. Jest to dawny budynek moich warsztatów szkolnych, który znajduje się przy Zespole Szkół Elektronicznych i Licealnych w Warszawie, czyli przy tak zwanym Zajączku - mojej szkole średniej, którą kończyłem zdecydowanie zbyt długo. W odległych i mrocznych czasach zawodówkowych lekcje miałem tylko przez trzy dni w tygodniu, natomiast dwa pozostałe spędzałem na warsztatach, na których miałem zdobywać praktyczne umiejętności porzebne mi do wykonywania pracy montera-elektronika. Nie wiem co wspólnego z elektroniką ma toczenie w drewnie przy pomocy tokarek, przycinanie bambusowych kijów przy pomocy pilarki, albo robienie tłuczków do ziemniaków przy pomocy maszyny do robienia tłuczków, ale tym właśnie się tam zajmowałem ja i moi koledzy podczas pierwszego roku w zawodówce. Tym, oraz zamiataniem całej hali gdy przychodziła kolej mojego dyżuru - to dopiero było przygotowanie do zawodu. ;) Pamiętam, że na pierwszym dziale, na jakim byliśmy urzędował pan Szczypczyk oraz pan Misiak, którzy już dwa lata później przenieśli się w zaświaty, pozostawiając po sobie pusty boks. Po prawej stronie znajdowało się królestwo pana Rudnika, mojego późniejszego wychowawcy, bez którego zapewne nie ukończyłbym tej szkoły, a po lewej mroczne królestwo pana pedofila-geja, który lubił klepać chłopców po tyłkach... ;/ W klasie drugiej przenieśliśmy się na górę, gdzie już naprawdę uczyliśmy się używać lutownic, ale też też mieliśmy okazję siedzieć przy starych komputerach typu XT lub 286 z monitorami Hercules albo EGA i grać w zainstalowane na nich gry. Pamiętam jak na jednej z sal prezentowałem swoje umiejętności bezwzrokowego posługiwania się klawiaturą - bez patrzenia na klawiaturę i na monitor, na co nauczyciel powiedział, że powinienem pójść do takiej pracy, w której dużo się pisze... Cóż, tak też się stało.

Warsztaty miały swój klimat, swój zapach, charakterystyczne dla siebie dźwięki i chciałem dzisiaj, podczas robienia zdjęć mojej szkoły zajrzeć na nie, by sobie je przypomnieć, a może także spotkać tam swojego dawnego wychowawcę. Niestety - czas płynie i wszystko się zmienia - warsztatów już nie ma, nie ma uczniów ubranych w charakterystyczne fartuchy, nie ma nauczycieli, nie ma boksów, tokarek, drukarni ani prywatnej firmy tekstylnej, która wykorzystywała uczniów jako darmową siłę roboczą. Odeszła na zawsze część mojego dawnego świata, pozostała tylko we wspomnieniach, które kiedyś odejdą wraz ze mną. Smutne to przemijanie... Smutne, ale i piękne zarazem. Wszystko co smutne jest piękne.

Swoją drogą ta Warszawska Szkoła Filmowa musi być całkiem interesująca... Zapisałbym się do niej gdybym był normalny. ;)


2010.11.23 / Wtorek / 11:09 - Do Warszawy mimo deszczu

Mimo niesprzyjającej aury pogodowej i tego, że mam dzisiaj dzień wolny, udam się za chwilę do Warszawy, gdzie muszę załatwić kilka drobnych spraw, takich jak choćby zakup baterii do płyty głównej starego komputera czy odebranie książki z Merlina. Jak dobrze pójdzie to pójdę też do kina... ;)


2010.11.21 / Niedziela / 17:59 - O jedno gówno mniej

Po pracy nie pojechałem jednak do Puław, siostra powróciła do nich sama, a ja odwiedzę ją pewnie dopiero przed świętami w grudniu, jak rok temu. Rano wyszedłem z firmy i udałem się nietypowo na stację metra Politechnika, oddaloną od ulicy Miedzianej o spory kawałek drogi. Przeszedłem się uroczymi, śródmiejskimi uliczkami takimi jak ta ze zdjęcia, a niektórymi z nich szedłem pierwszy raz. Niecałe dwa lata temu nasza firma znajdowała się właśnie w tej okolicy, ale pamiętnego lutego 2009 roku przeniesiono nas na Wolę, zdecydowanie mniej uroczą od Śródmieścia.

Wczorajsza noc przyniosła wspaniałą nowinę - zakończono nadawanie programu "Tajemnice losu", który zawsze zaczynał się w środku nocy na Polsacie i sprowadzał na nas dosłownie setki upierdliwych klientów. Polsat zrezygnował z tego ustrojstwa i od teraz będziemy mieli jako taki spokój - ucieszyłem się z tego conajmniej tak jak ucieszyłbym się w roku 1945 z zakończenia wojny. Luz mamy tylko jako taki, a nie całkowity, ponieważ nadal nadawany jest program "Arkana magii" na TVN7... Może kiedyś i on zniknie z anteny - wtedy nocki w pracy byłyby czystą przyjemnością, jak za dawnych, dobrych lat.

Przede mną trzy dni całkowicie wolne. Niczego nie planuję, niczego nie zamierzam, choć we wtorek może pojadę do Warszawy... Przed chwilą obejrzałem "Most do Terabithii", który nie mógł się nie spodobać takiemu miłośnikowi kina familijnego jak ja. Przez kolejne dni pewnie obejrzę jeszcze to i owo, może wyłowię coś dobrego, może coś odkryję. Ostatnio znowu sporo czasu poświęcam na oglądanie filmów, ale także na granie w gry komputerowe. Czekam na zamówione w Merlinie.pl GTA IV, które obecnie znowu jest w sprzedaży. Mam tylko nadzieję, że na moim komputerze będzie ono w miarę płynnie działać...

Niedawno obejrzałem także wszystkie części "Dekalogu" Kieślowskiego i stwierdziłem, że najlepsza to część czwarta i szósta. Dziesięć na dziesięć punktów w skali FilmWeb'u. Wszystko co obejrzę oceniam na FilmWebie - bez tego nie chciałoby mi się niczego oglądać.

Ech... Koniec lania wody.


2010.11.20 / Sobota / 15:01 - O książkach słów kilka

Oto wszystkie posiadane przeze mnie książki, czyli te, które kupiłem od czasu gdy w ogóle zacząłem kupować i czytać książki nie będące lekturami szkolnymi - od roku 2005. Pierwszą książką, którą w życiu świadomie przeczytałem od początku do końca, i którą się wtedy zachwyciłem było "W pustyni i w puszczy", miałem wtedy mniej niż 10 lat... Najbadziej podobało mi się w niej to, że Staś i Nel zostali na koniec parą - nic dziwnego, że do dziś gustuję w młodszych dziewczynach - Sienkiewicz skrzywił mi psychikę. ;) Następną książką, którą wchłonąłem przepełniony zachwytem był "Szatan z siódmej klasy" Kornela Makuszyńskiego - przeczytałem ją chyba w jedną noc - do gustu przypadło mi zwłaszcza poczucie humoru Makuszyńskiego. Trzecią książką z mojego dzieciństwa, o której koniecznie muszę wspomnieć jest "Ten obcy" Ireny Jurgielewiczowej - w niej z kolei najbardziej spodobała mi się postać tej romantycznej, smutnej dziewczyny, która miała problemy rodzinne... Od tego czasu gustuję w dziewczynach ze smutnymi oczami. ;)

W okresie dorastania niewiele czytałem, sięgnąłem wtedy tylko po kilka książek, w tym po "Kolor magii" Terrego Pratchetta, który do dziś jest jednym z moich ulubionych autorów. Dopiero we wspomnianym roku 2005 kupiłem w Empiku "Lśnienie" Stephena Kinga i od tamtego czasu regularnie kupuję książki, czytam jedną za drugą, ale robię to baaaardzo wolno - na czytanie potrafię poświęcić najwyżej godzinkę dziennie, po tym czasie zaczynam się rozkojarzać. Najlepsza książka jaką w życiu czytałem to "My, dzieci z Dworca Zoo", ale także "Wojna polsko-ruska" i "Samotność w sieci" bardzo przypadły mi do gustu, natomiast "Lalka" i "Quo Vadis" to moje ulubione lektury. Obecnie kończę "Mówcę umarłych" Orsona Scotta Carda i czekam na zamówiony w Merlnie.pl "Bastion" Stephena Kinga. Skoro czytanie książki przeciętnej grubości zajmuje mi mniej więcej dwa miesiące, to tysiącstronicowy "Bastion" będę chyba czytał pół roku... ;)

Za dno dna uznałem "Harrego Pottera", który moim zdaniem absolutnie nie zasługuje na uwagę i jest napisany w strasznie prostacki sposób - rozumiem, że może się podobać dzieciom, ale starsi czytelnicy w ogóle nie powinni po to badziewie sięgać, choć zaznaczam, że moja opinia dotyczy tylko pierwszej części - pozostałych nie czytałem i nie zamierzam.

Żałuję, że w swoim czasie nie skorzystałem z promocji w Merlinie.pl, w której każda książka Terrego Pratchetta z cyklu Świat Dysku kosztowała 9 złotych 99 groszy - powinienem wtedy kupić je wszystkie - dzisiaj za każdą z nich trzeba zapłacić 27 złotych. :(

Tyle o książkach. Niewiele ich w życiu przeczytałem i teraz jestem głupi, przez co nie mam dziewczyny. ;)

Wczoraj odbyłem kolejne dwie godziny jazd na kursie i nie jestem z nich zadowolony - znowu popełniałem głupie błędy, które już nie powinny przytrwafiać się komuś kto ma za sobą 16 godzin spędzonych na kursie. Może następnym razem pójdzie mi lepiej...

Dzisiaj idę na noc do pracy i jeszcze nie wiem czy jutro rano wybieram się do Puław czy nie... Próbuję żyć nieco oszczędniej niż dotychczas, a taki wyjazd do Puław to jednak pewien wydatek... Decyzję podejmę jutro.


2010.11.19 / Piątek / 00:59 - Renata Przemyk w Stodole

Dzisiejszy wieczór spędziłem wraz z siostrą i panną Pauliną w Stodole, na koncercie Renaty Przemyk. Było niemal tak samo jak w lutym, czyli bardzo pozytywnie, choć akurat ten lutowy koncert podobał mi się bardziej, był bardziej przebojowo-rockowy niż dzisiejszy, który nazwałbym orientalno-mistycznym. ;) Kto nigdy nie widział Renaty Przemyk na żywo ten nie wie ile pozytywnej energii ma w sobie ta artystka przez duże A - energii, którą podczas koncertu dosyć sprawnie potrafi przekazać publiczności. :)

Jutro miałem iść do kina, ale pewnie jednak nie będzie mi się chciało tego zrobić, co nie oznacza, że zostanę w domu - wieczorem i tak muszę wybrać się na kolejne dwie godziny jazdy na kursie. W sobotę czeka mnie nocka w pracy, a następnie aż trzy dni wolne, których chyba jednak nie spędzę w Puławach - zostanę w domu i będę się relaksował tutaj równie sprawnie jak robiłbym to tam.


2010.11.15 / Poniedziałek / 13:59 - 10 km nocnego spaceru

Z pracy wyszedłem już po sześciu godzinach ze względu na niezbyt duży ruch, czyli o 2:00 w nocy. Ponieważ poza piątkową i sobotnią nocą nie mam o tej porze nocnego autobusu do Truskawia, dojechałem warszawskim nocnym autobusem do Mościsk i stamtąd przyszedłem pieszo przez całą gminę Izabelin do domu, pokonując 10 kilometrów. Równo o godzinie 4:00 dotarłem do Truskawia i w tej samej chwili, w słuchawkach usłyszałem tekst pewnej piosenki, zaczynającej się słowami "Czwarta nad ranem...". Interesujący zbieg okoliczności. ;) Spacer był średnio przyjemny i rozbolały mnie od niego nogi, ale przynajmniej noc była w miarę ciepła i bezdeszczowa.

W tym tygodniu będę miał tylko trzy dyżury. Dzisiejszy wolny dzień poświęcam na bezsensowny relaks przed komputerem, choć być może zaraz wybiorę się na jakąś krótką wycieczkę rowerową. W czwartek idę z siostrą i z panną Pauliną, która jednak jeszcze się do mnie odzywa, na koncert Renaty Przemyk do Stodoły, a w piątek mam dzień wolny, który po części być może spędzę w kinie, i który zakończy się dwiema godzinami jazdy na kursie. W niedzielę także mam wolny dzień, w którym najprawdopodobniej wraz z siostrą udam się do Puław, by spędzić tam kolejne dwa dni wolne... Wolność, wolność, wolność - jej nigdy za wiele.

Na zdjęciu szkoła w Izabelinie. Po lewej stary budynek, po prawej nowy, którego za moich czasów jeszcze nie było.


"Czwarta nad ranem
Może sen przyjdzie
Może mnie odwiedzisz"

Stare Dobre Małżeństwo "Czarny blues o czwartej nad ranem"


2010.11.14 / Niedziela / 17:15 - Tęsknota za pedałami

Wczoraj w pracy nie było źle - zamiast ezoteryki miałem rozrywkę, dzięki czemu w ogóle nie musiałem myśleć... Myślenie boli. ;) Zakończenie dyżuru o godzinię 5:00 rano bardzo mi się podoba - można podziwiać wschód słońca - najpiękniejszą porę dnia.

Zrobiło się bardzo ciepło, tak ciepło, że nawet mógłbym dzisiaj wsiąść na rower i właśnie nim pojechać do pracy na kolejny nocny dyżur, ale jednak tego nie zrobię, gdyż za bardzo się rozleniwiłem. Niemniej brakuje mi jazdy na rowerze i już nie mogę się doczekać nadejścia wiosny, gdy znowu zacznę przemieszczać się na dwóch kółkach. Nie mogę się też doczekać dnia, w którym znowu pojadę rowerem do Puław. :)

W którym roku do Puław pojadę własnym samochodem?


2010.11.13 / Sobota / 14:04 - Rainy dayz

Żadnych nowych zdjęć nie zrobiłem więc zamieszczam kolejne o tematyce wioskowej - Truskaw w czasie wymiany asfaltu i budowy chodników. Mimo remontu autobus jeździł wczoraj normalnie - nic już nie rozumiem.

Dzisiejszą deszczową sobotę spędzam w domu, ale to nie znaczy, że jest ona moim wolnym dniem. Dyżur w pracy rozpoczynam o nietypowej dla mnie godzinie 22:00 i potrwa on tylko 7 godzin. Nawet bym się z tego cieszył, ale nie mam z czego, bo będę rzucony w sam środek sobotniego, ezoterycznego piekła wywołanego przez nocne programy na Polsacie i TVN7, a w dodatku schodząc o godzinie 5:00 zostawię po sobie mnóstwo smsów, które zasypią dwie osoby pracujące do 7:00. Zawsze zostają po mnie takie spady i domyślam się, że moich współpracowników to wkurza, ale cóż... Taki już ze mnie zamulacz. ;) Sam też bardzo nie lubię dostawać spadów po osobach kończących dyżur w trakcie mojego - kontynuowanie nie swojej rozmowy to zdecydowanie najgorsza część naszej pracy. :/

Planowałem w ciągu listopada zarobić znacznie więcej pieniędzy ale chyba mi się to nie uda, bo po pierwsze wszystko wskazuje na to, że nie wyrobię średniej, a po drugie dostałem mniej dyżurów niż planowałem - zamiat pięciu tylko trzy w przyszłym tygodniu. Co prawda nie będę narzekał na wolne dni, ale pieniędzy za odpoczynek jednak nie dostaję... I za co kupię sobie duży telewizor? Za co wymienię okna w puławskim mieszkaniu? ;)

Skoro ostatnio na zdjęciach tak często pojawia się Truskaw to mogę też wspomnieć o Palmirach, które znajdują się w środku lasu, mniej więcej cztery kilometry od Truskawia, a w których teraz budowane jest nowoczesne muzeum, w stylu Muzeum Powstania Warszawskiego - multimedialne, oryginalne i ogólnie interesujące. Póki co posadzono drzewa w środku budynku... Ciekawe. Podobno weekendy ma tam dojeżdżać autobus z Warszawy, ale nie będzie jeździł przez Truskaw, tylko od północy, od strony Szosy Gdańskiej. Dla mnie Palmiry były po prostu fajnym, spokojnym miejscem, w którym można było przyjemnie posiedzieć na ławce i zrelaksować się wśród grobów. Mam nadzieję, że muzeum nie zniszczy panującego tam dotychczas klimatu. Ostateczne otwarcie już w kwietniu.


2010.11.11 / Czwartek / 20:34 - Przystanek widmo

Truskaw o poranku. Jak widać mamy już nowy asfalt po jednej stronie i niemal gotowe chodniki po dwóch stronach jezdni. Miałem okazję obejrzeć sobie dzisiaj naszą zacną wioseczkę o tej porannej porze podczas spaceru na końcowy, a raczej początkowy przystanek autobusowy. Jakież było moje zdziwienie gdy w połowie drogi ujrzałem autobus 708 jadący sobie wesoło przez Truskaw prosto z Warszawy. Mimo tego, że na przystankach widniały duże napisy "Przystanek czasowo skasowany", nasz autobus jeździł dzisiaj normalnie, zapewne w drodze wyjątku, ze względu na brak robotników i robót drogowych spowodowany świętem niepodlecośtam. Do końcowego przystanku ostatecznie nie dotarłem - wsiadłem na środkowym. W Truskawiu mamy trzy przystanki - Parkowa, Wieś i Skibińskiego. Szczególnie ten środkowy ma nieco wieśniacką nazwę, tego nie da się ukryć. ;)


2010.11.10 / Środa / 21:36 - Truskawkowy zamęt

Drugie zdjęcie z mojego dzisiejszego, nietypowego powrotu do domu. Był on nietypowy ze względu na to, że właśnie dzisiaj, bez żadnego ostrzeżenia zlikwidowano nam dojazd autobusu 708 na pętlę w Truskawiu. Podobno w dzień ludzie stali na przystankach jak głupi i nie wiedzieli czemu autobus się nie pojawia, a to po prostu ZTM postanowił zrobić im taką niespodziewankę i skrócił trasę 708 w ten sposób, że obecnie dojeżdża on jedynie na początek Truskawia, na tak zwaną starą pętlę. Wszyscy, którzy mieszkają dalej muszą więc iść pieszo nawet dwa kilometry, bo właśnie taką długość ma nasza zacna wioska. Ja oczywiście musiałem iść cztery kilometry, bo do długości Truskawia należy dodać jeszcze naszą drogę przez las... Taka sytuacja nie będzie na szczęście trwała wiecznie - Truskaw ponownie stanie się cywilizowaną, podwarszawską wsią już za tydzień, gdy zakończy się wymiana asfaltu i wszystko wróci na swoje miejsce. Do tego czasu jednak czeka mnie pokonywanie pieszo czterech kilometrów w jedną stronę i czterech w drugą - taki przyjemny spacerek. ;)

Ech, w ogóle te chodniki, które są już niemal gotowe odmieniły już na zawsze wizerunek naszej wsi. A co, jeśli będę chciał się przejechać rowerem przez Truskaw taki jaki był kiedyś? Mam nadzieję, że po śmierci będę mógł swobodnie podróżować w czasie, bo mam coś takiego w planach... ;)

Na chwilę obecną mam jednak tylko jeden plan - umyć się i pójść spać. Jutro znowu praca, a muszę przecież wcześniej wyjść z domu. W przyszłym tygodniu czekają mnie na szczęście tylko trzy dni pracy, choć dyspozycje podawałem na pięć. W dodatku pod koniec, w niedzielę, udaję się wraz z siostrą do Puław na trzy dni. Już dawno mnie tam nie było. ;)


2010.11.10 / Środa / 21:21 - Kryzys wieku średniego

Już dawno mnie widać nie było na moim własnym blogu, a przecież włosy i broda wciąż rosną... To rozmyte i wcale nieciekawe zdjęcie powstało dzisiaj podczas mojego nietypowego powrotu do domu.

Odkryłem, że mam zmarszczkę mimiczną nad nosem, przy brwi, a może nawet dwie zmarszczki przy obu brwiach... W ogóle już wszędzie mam zmarszczki, bruzdy i wszelkie defekty wynikające z upływającego czasu. Największy defekt oczywiście mam na mózgu. Niewesoły stary dziad się ze mnie robi - potrzebuję jakiejś nastolatki, która pomoże mi przetrwać kryzys wieku średniego. ;)


2010.11.10 / Środa / 05:59 - Osaczeni przez dzicz

Dwa dni leżenia w domu zakończone. Obejrzałem przez ten czas kilka filmów, z czego zdecydowanie najlepszy to "Bezdroża" z 2004 roku, ale i "Beowulf" był niezły. Szkoda, że w swoim czasie nie poszedłem na to do kina. Poza patrzeniem się w telewizor praktycznie nic nie robiłem... Do Warszawy nie pojechałem, choć pogoda wcale nie była taka zła jak zapowiadałem.

Na zdjęciu widok z naszego okna wychodzącego na łąkę, która z powodu coraz większej ilości drzew przestaje przypominać prawdziwą łąkę i zmienia się w to co otacza nas z każdej strony - w las. Jesteśmy osaczeni przez dzicz. ;)

Przede mną osiem dni pracy.


2010.11.08 / Poniedziałek / 16:54 - Deszczowe, jesienne wieczory

Cieszę się pierwszym z dwóch wolnych dni, nie ruszam się z domu, słucham muzyki i oglądam filmy nagrane z telewizji na pendrive. Dzisiaj umówiłem się też na kolejne dwie godziny jazd na kursie, ale jeszcze do nich daleko... Ponad półtora tygodnia.

Jutro panna Sylwia przyjeżdża wprost z Kielc na wycieczkę klasową do Warszawy. Ja zostaję w domu, tak jak panna Sylwia sobie tego życzyła... Kolejna dziewczyna, z którą nie jestem kompatybilny? Swoją drogą pogodę na wycieczkę będą mieli dosyć podłą.

Wczoraj minęło półtora roku mojej znajomości z zapomnianą już Przyjaciółką, pisaną przez duże P. Minęło też kilka miesięcy odkąd przestała się odzywać... Szkoda, bo z nią najlepiej mi się rozmawiało - póki była normalna. Póki była fajna.

W sumie... To by było na tyle. Na zdjęciu przystanek autobusowy na pętli w Truskawiu - brudny, paskudny, żałosny.


2010.11.06 / Sobota / 18:57 - Dom, który zniknie - zdjęcie 2

Oraz ten sam dom widoczny od drugiej strony. Mam tylko nadzieję, że duch pana Gałązki nie będzie się teraz snuł po lesie, zbierając drewno na opał, tak jak jego osoba robiła to za życia. Wystarczą mi już duchy osób, które zechciały się powiesić niedaleko naszej drogi.


2010.11.06 / Sobota / 18:54 - Dom, który zniknie - zdjęcie 1

W tym małym, czerwonym budyneczku znajdującym się na końcu naszej drogi, lub na samym jej początku, gdy spojrzeć na to od innej strony, mieszkał pewien człowiek - pan Gałązka, który właśnie kilka dni temu zszedł z naszego świata. Może o zmarłych nie powinno się źle pisać, ale nie minę się z prawdą jeśli nazwę go lokalnym pijaczkiem. Przez wszystkie lata gdy tu mieszkamy jego psy biegające luzem szczekały na nas i próbowały gryźć gdy przechodziliśmy lub przejeżdżaliśmy obok na rowerach, szczególnie suka nosząca imię Żaba, o ile można w ogóle powiedzieć, że psy noszą imiona. Jeden z tych psów nawet ugryzł w tym roku mojego tatę w kostkę, doprowadzając go najwidoczniej do zrozumiałego zdenerwowania, gdyż tata zagroził wtedy nieszczęsnemu właścicielowi, że "mu wpierdoli jeśli to się powtórzy". Cóż, tata nie będzie już miał okazji owego zrobić gdyż mieszkańca tego budynku i właściciela tych psów oraz gołębi już nie ma wśród nas, jego skromne domostwo stoi teraz puste, a wkrótce ma zostać zburzone, by na jego miejsce przesunięto drogę. Korzystając z tego, że do zburzenia jeszcze nie doszło zrobiłem wczoraj kilka zdjęć uwieczniających kolejny kawałeczek świata, który wkrótce zniknie.


2010.11.05 / Piątek / 11:31 - Bezbolesny powrót za kierownicę

Jak widać ulica Emilii Plater jest już gotowa, jedynie pomiędzy dwoma pasami jezdni robotnicy budują jakiś tajemniczy murek, który prawdopodobnie będzie także obsadzony zielenią. Ładnie.

Mój wczorajszy powrót na kurs prawa jazdy był zupełnie bezbolesny, mimo tego, że pierwszy raz jeździłem w czasie deszczu i po raz drugi w nocy. Przez cały dzień stresowałem się porządnie, bo nie wiedziałem czy pozostały we mnie umiejętności nabyte podczas poprzednich trzynastu godzin jazdy, ale szybko okazało się, że jest dobrze, a nawet lepiej niż rok temu - po raz pierwszy ani razu nie zgasł mi silnik, a o 22:00 żałowałem nawet, że już muszę kończyć. ;) Jeździłem tak jak planowałem - z innym instruktorem, przesympatycznym trzydziesto-trzy latkiem z Puław, którego kojący głos wpływa na mnie uspokajająco. ;) Bardzo pozytywny człowiek lubiący swoją pracę, w przeciwieństwie do instruktora, z którym jeździłem rok temu - taksówkarza-zgreda. W tym z Puław zakochałbym się, gdybym był kobietą. ;) Kolejna jazda dopiero za dwa tygodnie, prawdopodobnie dzień po koncercie Renaty Przemyk, bo nie zdążyłem zapisać się na przyszły tydzień, a może po prostu nie chciałem... Instruktor co prawda nie mógł w samochodzie znaleźć mojej karty, więc albo ktoś wyniósł ją do sekretariatu albo po prostu wyrzucił, ale okazało się, że nie jestem najgorszy - w samochodzie była karta kogoś, kto ostatnio jeździł jesienią roku 2008. ;)

Pogoda się popsuła, ciągle pada deszcz i nasza droga w lesie jak zwykle zmieniła się w ciasto, a raczej błotnisty budyń, w który zaraz będę musiał wdepnąć idąc do pracy. Przede mną tylko trzy dyżury, a w poniedziałek i wtorek znowu mogę cieszyć się wolnością.


2010.11.03 / Środa / 20:30 - Przewrotny tytuł wpisu

Już po listopadowym święcie świętych. W poniedziałek nie odwiedziłem żadnego grobu, nie wiem nawet gdzie dokładnie leży moja babcia, czyli mama taty, której nigdy nie poznałem, i na grobie której nigdy nie byłem. Gdzie leży dziadek, czyli tata taty, też nie wiem... Może przynajmniej będę wiedział gdzie leży mój tata, gdy już przyjdzie na niego pora. W tej chwili jeszcze nie wiem co ma on w planach po śmierci... Wydaje mi się oczywiste, że tata powinien w przyszłości spocząć w Warszawie, tak samo jak to, że mama powinna spocząć w Puławach. Jakoś nie widzę rodziców w jednym grobie... W końcu zwrot "oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci" zezwala na spoczęcie w innym miejscu niż żona. ;)

W każdym razie w poniedziałek nie byłem na żadnym cmentarzu i mogłem skupić się na pracy. W takie dni piszą do nas tylko ci klienci, którzy naprawdę chcą o coś konkretnego zapytać i w sumie można ich nazwać mega-upierdliwcami - mimo niewielkiej ich liczby, pisać musiałem cały czas. Przy okazji wyrobiłem najwyższą średnią spośród wszystkich operatorów, co charakteryzuje mnie jako pracownika, który bardzo dobrze sobie radzi gdy ruch jest niewielki, ale ma problemy gdy ilość klientów się zwiększa. To źle, bo w sumie zawsze mamy zapierdziel na ezoteryce. Najważniejsze jednak jest to, że udało mi się wyrobić miesięczną średnią w październiku - wymagany próg wynosi 2,2, a ja osiągnąłem wynik... 2,2. :) To nieco podratuje moje finanse, które są najgorsze od dawien dawna, są aż tak złe, że nawet prosiłem pannę Paulinę by pieniądze za bilet na koncert Renaty Przemyk oddała mi już teraz jeśli to możliwe, wpłacając je na moje konto bankowe. ;D Od tego czasu panna Paulina, zazwyczaj i tak milcząca i nie interesująca się mną, przestała się odzywać. ;) Miejmy nadzieję, że mimo wszystko zamierza iść na ten koncert, by później już móc się ze mną pożegnać na zawsze - jak inne. ;)

Listopad w pracy powinien jednak przyczynić się już do znacznej poprawy moich finansów, gdyż planuję nie mieć ani jednej nieobecności i zawsze pracować po pięć dni w tygodniu - dać z siebie więcej niż dawałem dotychczas. Muszę, bo wczoraj obiecałem dyrektorowi, którego zresztą zawsze bardzo lubiłem, że nie będę już nigdy miał żadnej nieobecności, gdy zapytał się mnie czemu nie przyszedłem w sobotę na nocny dyżur. Koniec wagarowania. :)

W poniedziałek zauważyłem po raz kolejny, że pierwszy listopada to jedyny taki dzień w roku, w którym na ulicach, w metrze i w autobusach można spotkać całe rodziny, a to daje możliwość dostrzeżenia podobieństwa między rodzicami i ich dziećmi, z czego dla mnie najbardziej interesujące jest oczywiście podobieństwo między matkami i córkami. Podobnie jak rok temu apeluję więc do wszystkich ludzi o nieprzeciętnej urodzie - rozmnażajcie się! :) Piękni ludzie powinni mieć jak najwięcej dzieci, zwłaszcza córek. :P Przy okazji uświadomiłem sobie także po raz kolejny, że ostatnio częściej zwracam uwagę na matki niż na córki - starzeję się... Choć bez przesady - wszyscy wiedzą, że nadal oglądam się za małolatami, jak każdy pseudofacet niedojrzały emocjonalnie i psychicznie.

Skoro o dziewczynach mowa to dzisiaj mamy imieniny panny Sylwii, z tej okazji jeszcze raz składam jej serdeczne życzenia powodzenia. :) We wtorek panna Sylwia przyjeżdża do Warszawy na wycieczkę klasową, ale nie chce ona żebyśmy się spotkali. Gdybym myślał logicznie to uznałbym, że panna Sylwia zwyczajnie mnie nie polubiła i będzie mnie unikać, ale logiczne myślenie nigdy nie było moją mocną stroną. :P Mogę też dojść do wniosku, że jest to rodzaj próby - jeśli mimo wszystko przyjdę w miejsce, w którym mogę spodziewać się panny Sylwii to znaczy, że naprawdę mi na niej zależy i wykorzystam każdą możliwość, by się z nią spotkać. :P

Kobiety.... Nie rozumiem ich, choć sam jestem bardzo kobiecy. ;)

Wczoraj zacząłem sobie skromnie rozmawiać na gadu-gadu z inną dziewczyną, panną Edytą, poznaną oczywiście na wiadomym serwisie randkowym. Podczas rozmowy okazało się, że panna Edyta pochodzi z pewnego dobrze mi znanego miasta, do którego odczuwam wielki sentyment - z Dęblina. Ciekawa opcja. Na szczęście, a może na nieszczęście, nie mieszka ona na Lotnisku, tylko w nieco innym miejscu, którego akurat jeszcze nie miałem okazji poznać. :) Może kiedyś poznam?

Na zdjęciu ulica Pańska, obecna na moim blogu już kilka razy. Jutro wyruszę na warszawskie ulice samochodem, konkretnie Toyotą Yaris z literą L na dachu, gdyż o godzinie 21:00 mam 60 minut jazdy na kursie, który być może kiedyś wreszcie uda mi się ukończyć... Ciekawe jakie to uczucie gdy po roku przerwy siada się za kierownicą. Jutro się przekonam.