2010.12.31 / Piątek / 15:23 - Koniec podsumowania, koniec roku

Mało fotogeniczne te kasztany... ;)

Wrzesień - planowałem nocną wyprawdę rowerową do Puław, i nawet wziąłem sobie na ten czas wolne w pracy, ale mój pomysł upadł w dzień, a raczej w noc, wyjazdu. :) Było zbyt zimno i zbyt ciemno, by realizować ten głupi plan. Niemniej pojeździłem sobie wtedy po Warszawie i też było całkiem miło. Na Sympatii poznałem Paulinę - kolejną fajną dziewczynę, która w dziwny sposób zmotywowała mnie do tego, bym udał się wreszcie na teoretyczny egzamin wewnętrzny z prawa jazdy. Jednego wieczora nauczyłem się wtedy wszystkiego, czego nie mogłem się nauczyć przez cały rok i elegancko zdałem egzamin. Dzięki temu mogłem powrócić na jazdy, które w tym roku odbyłem w ilości trzech godzin. ;) Żal. Koniec miesiąca to czas wesela kuzyna oraz wspaniałego koncertu Closterkeller w Puławach. To także czas poznania Sylwii - jeszcze fajniejszej dziewczyny, mieszkającej jednak daleko ode mnie - w Kielcach. Jeszcze przed weselem ponownie odwiedziłem Dęblin, gdzie pochwyciłem widocznego powyżej kasztanka i gdzie po raz n-ty odwiedziłem park na Lotnisku - moje ulubione miejsce na Ziemii. W Dęblinie nie było już wtedy mojej pierwszej przyjaciółki - Owcy, gdyż zaczęła ona mieszkać i studiować w stolicy. W Dęblinie nie było też Doroty, która od tego roku zamieszkała ze swoim ukochanym w Rzeszowie. Jak miło, że jej marzenia się spełniły... To chyba ja ich połączyłem. ;D Tym sposobem Rzeszów stał się dla mnie miastem szczególnym. ;) 25 września odbyło się wesele kuzyna. Pogoda dopisała, nastrój także. Miałem napisać recenzję tego wesela ale ostatecznie się za to nie zabrałem. Kiedyś wesela były dla mnie czymś co zupełnie mnie nie dotyczyło - sprawą dorosłych ludzi i czymś czego chciałbym uniknąć, ale obserwowanie jak mój kuzyn bierze ślub i staje się mężem swojej żony, było interesującym doświadczeniem. To takie normalne... Jestem nawet w stanie wyobrazić sobie swoje własne wesele, ale póki co, tylko z jedną dziewczyną. Z żadną inną nie miałoby to dla mnie sensu, co zapewne oznacza, że mojego ślubu i wesela nigdy nie będzie. Dlatego mogę Was wszystkich zaprosić. ;) Po weselu wróciliśmy do Puław pociągiem i busem przez Radom, a następnego dnia odbył się koncert Closterkeller, na którym byłem sam. Dzień później miał miejsce najważniejszy dzień roku 2010, o którym już wcześniej pisałem. Dorota napisała wtedy do mnie tylko dlatego, że niechcący i nieświadomie zaprosiłem ją do znajomych na NK, gdy przeglądałem jej profil. Niestety przypomniałem sobie wtedy, że każde jej słowo kierowane do mnie jest czymś szczególnym, nawet jeśli jest to słowo "spierdalaj". ;) Miłość jest jak najlepszy narkotyk... Od tamtego czasu zbyt często myślę o Dorocie...

Październik - na początku października kupiłem sobie telefon Sony Ericsson k750i. Dlaczego właśnie taki? To chyba oczywiste... ;) Dzień później spotkałem się jednak z Pauliną i okazała się ona być dziewczyną na tyle fajną, że przy niej mógłbym zapomnieć, w mniejszym lub większym stopniu, o przeszłości. Stałoby się tak jednak tylko wtedy gdyby dostrzegła ona we mnie coś szczególnego i zaczęło jej na mnie zależeć, ale widocznie... Nie dostrzegła. Tak czy siak - krótka randka w kawiarni bardzo mi się podobała, tak samo jak sama Paulina. Jak wtedy pisałem - chciałbym mieć taką dziewczynę. Umówiliśmy się, że pójdziemy razem na listopadowy koncert Renaty Przemyk i tak się stało. W październiku zrobiłem sobie tydzień wolnego, nie podając w pracy dyspozycji, a zrobiłem to specjalnie, by pojechać do Sylwii, do Kielc. Wcześniej, podczas krótszej wizyty w Puławach, po raz kolejny odwiedziłem z siostrą Lublin, w którym byłem na trzecim w tym roku koncercie Marcina Różyckiego. W sumie wszystkie wyjazdy do Lublina były czystą przyjemnością i naprawdę bardzo, bardzo lubię to miasto. Posiada ono swój klimat, który być może dostrzegam tylko dlatego, że w roku 2009 spędziłem w nim dwa dni z Dorotą. Podczas słonecznego weekendu w drugiej połowie października, udałem się do Kielc, gdzie spędziłem kilka godzin z najważniejszą dziewczyną poznaną w tym roku, a zarazem dla mnie najpiękniejszą. Sytuacja wyglądała jednak podobnie do sytuacji z Pauliną - chciałbym mieć taką dziewczynę, gdyby tylko ona czuła cokolwiek do mnie... Niestety, nie poczuła tego co czułem ja, patrząc w jej piękne oczy. :) Poza tym - odległość jest przeszkodą, choć chyba tylko wtedy gdy nie ma miłości. Bo prawdziwej miłości nic nie stanie na drodze, co pięknie udowodniła w tym roku... Wiadomo kto. Aha, jeszcze przed wyjazdem do Kielc miałem się spotkać z Pauliną, ale to spotkanie nie doszło do skutku - zamiast tego spędziłem dwie godzinki z Owcą. Kupiłem wtedy trzy bilety na koncert Renaty Przemyk - trzy, bo do mnie i Pauliny dołączyła starsza siostra. Najważniejszy w październiku był więc wyjazd do Kielc - wizyta w tym mieście wzbudziła we mnie chęć podrożowania po Polsce, a zwłaszcza chęć udania się w góry, w których nigdy nie byłem. Najlepiej, gdyby były to góry w okolicach Rzeszowa. ;)

Listopad - powróciłem za kierownicę, ale tylko na chwilę... Szybko spadł śnieg, który zniechęcił mnie do jeżdżenia. W sumie listopad to miesiąc nijaki - wyjątkowo nijaki. Poszedłem co prawda na koncert Renaty Przemyk, ale nie było to szczególne wydarzenie. Pod koniec miesiąca odwiedziłem swoją starą szkołę, co uzmysłowiło mi jak szybko płynie czas i jak szybko wszystko dookoła się zmienia. Popadłem w marny nastrój, spadł śnieg, zamuliłem się całkowicie... Na pocieszenie odkryłem wtedy sens życia. ;)

Grudzień - przywitałem zamarzając na przystanku autobusowym przez ponad godzinę. Kilka dni później pojawił się u nas nowy domownik - kot, którego początkowo uważaliśmy za kotkę. Siódmego grudnia udałem się na spacer po Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie, by przywitać świąteczny nastrój. Spacerowałem wtedy samotnie, ale na pocieszenie Paulina wyraziła chęć spotkania się ze mną i udania wspólnie na taki sam spacer. Niestety do spaceru nie doszło, tak samo jak do mojego spotkania z Joanną z Płońska. Mój wyjazd do tego miasta okazał się totalną klapą i uzmysłowił mi, że niektóre dziewczyny po prostu są... Dziwne, w negatywnym znaczeniu tego słowa. Najważniejsze w grudniu było jednak złożenie mi przez kolegę propozycji pracy u niego w firmie. Na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną nie poszedłem, zapewne dlatego, że nie lubię zmian, ale obecnie mam wyznaczony termin drugiej rozmowy, na którą pójdę, zapewne dlatego, że zmiany są mi potrzebne. Pod koniec grudnia obciąłem włosy. Zmontowałem też teledysk składający się z ujęć z filmików, na których widać Dorotę i mnie. Odtwarzam go sobie, by... Sam nie wiem w jakim celu. Zacząłem rozmawiać poprzez smsy z koleżanką siostry - Asią, z którą ostatnio byliśmy na spotkaniu...

W rok 2011 wkraczam czekając na najpoważniejszą zmianę w moim życiu od niemal pięciu lat - zmianę pracy. Co prawda w roku 2009 też bawiłem się w coś podobnego, ale wtedy była to chyba tylko zabawa...

Skończy się rok 2010 - rok poszukiwań, które niczego koncertnego nie przyniosły. Rok powracania pamięcią do jedynej dziewczyny, którą naprawdę kochałem. Wiem jak bardzo jest to bezsensowne, ale póki co taki właśnie jestem - bezsensowny.

Bawcie się dobrze. Jeśli chcecie mi czegoś życzyć, to tylko tego abym w roku 2011 nie powtarzał tutaj tak często tego imienia - Dorota.


2010.12.31 / Piątek / 14:28 - Ciąg dalszy próby podsumowania

Obudziłem się, zjadłem śniadanie, obejrzałem stworzony przez siebie teledysk i jestem gotowy do kontynuowania rozpoczętych wczoraj smutów. Na czym skończyłem? Ach tak, na Dorocie. ;) Kasztanek roku 2010 pochodzi z Dęblina, z ulicy Podchorążych, czyli z miejsca ściśle związanego z Dorotą. Jest o połowę mniejszy od dwóch poprzednich kasztanków, bo wszystko w tym roku miało mniejsze znaczenie niż w latach poprzednich...

Kwiecień - rozpocząłem od wizyty w Puławach. Wiadomo - rocznica. ;) Nigdy nie sądziłem, że film "Amelia" będzie miał z tym cokolwiek wspólnego, ale tak się stało. Fajnie, bo główne przesłanie "Amelii" pasuje do tej rocznicy. Jak można je opisać? Żyj! Proste i trudne zarazem. W kwietniu w firmie rozpoczął się pogrom związany z porannym programem ezoterycznym TVN'u. Każdy dzień rozpoczynał się od dwugodzinnej męki... Jak dobrze, że te złe czasy już minęły. Dziesiątego kwietnia - tragedia. To były tak tragiczne wydarzenia, że aż przejdę obok nich obojętnie. :P Na politykę można być wyłącznie obojętnym. Tygodniowa żałoba narodowa była przede wszystkim czasem większego luzu w pracy. Kwiecień to także miesiąc ostatniego spaceru z Klaudią. Poszliśmy w moje ulubione miejsce - do Metropolitana, Klaudia chyba spacjalnie dla mnie założyła szpilki i krótką sukienkę, a później była naprawdę bardzo miła, a wręcz powiedziałbym - czuła. Wróciliśmy do jej mieszkania przytuleni do siebie, ale... To i tak był koniec. Bardziej z mojego powodu, choć nie bez powodu miałem swoje powody. ;) Reszta jest milczeniem. W kwietniu przeczytałem książkę niezwykłą - "Wojnę polsko-ruską", najlepszą jaką w tym roku czytałem. Miesiąc zakończyłem korzystając z ładnej pogody, czyli jeżdżąc na rowerze.

Maj - miesiąc matur. Ja swoją maturę zdałem kilka lat temu, ale w maju moje koleżanki podeszły do egzaminu dojrzałości i oczywiście wszystkie zdały, by następnie dostać się na studia. Gratuluję. :) Na początku miesiąca ponownie wybrałem się do Puław, a pod koniec wizyty wpadłem też do ex-Przyjaciółki, do jej domu pod Dęblinem, by wraz z nią przyjechać PKSem do Warszawy. Powstały wtedy dwa długie filmiki z przejazdem przez Dęblin, które zamieściłem na YouTube. Tak w ogóle to fajnie, że po wpisaniu na YouTube słowa "Dęblin" mój filmik pojawia się na szóstym miejscu (choć do niedawna był na trzecim). :) Dzień po przyjeździe do Warszawy nie poszedłem do pracy, tylko ponownie udałem się na wagary - tym razem wraz z ex-Przyjaciółką jeździłem po różnych fajnych firmach, w których ona szukała pracy. Ostatecznie jej nie znalazła, ale było to interesujące przeżycie. Maj to także miesiąc szansy na awans na stanowisko teamleadera w naszej firmie. Nie podjąłem się walki, z czego obecnie bardzo się cieszę - teamleaderzy mają ostatnio ręcę pełne roboty. Poza tym wybrano zdecydowanie najlepszych ludzi na te stanowiska. W maju znowu chciałem się zwalniać z pracy i byłem przekonany, że tym razem naprawdę ją porzucę, ale jak zwykle stało się inaczej. Po dwóch dniach wróciłem skruszony. ;) W firmie zauroczyłem się wtedy pewną koleżanką z Lublina, która już od dawna u nas nie pracuje. Koleżanka była absolutnie świetna i o dziwo wolna, ale to nie moja liga... ;) Jak powiedział mi kiedyś pewien człowiek o innej dziewczynie... Pod koniec maja poznałem na Sympatii Dominikę, z którą po dwóch lub trzech dniach rozmów na gg umówiłem się na spotkanie - pierwszą od dawna randkę z nieznajomą. :) Było miło i przyjemnie, ale i tak nie pasowaliśmy do siebie, więc pierwsze spotkanie było tym ostatnim. Dominika miała podjąć pracę w naszej firmie lecz po trzech godzinach próbnych wycofała się z tego pomysłu... Zauroczyła się moim kolegą-perkusistą i podczas randki ze mną zadzwoniła do niego, ale nic z tego nie wynikło. Z tego co widzę, Dominika ma dzisiaj fajnego, długowłosego chłopaka. Ładnie razem wyglądają. :)

Czerwiec - na początku czerwca zalało nam drogę w lesie. Z tego powodu zacząłem dojeżdżać do pracy rowerem inną trasą, która szybko okazała się lepsza. Czerwiec to przede wszystkim te dojazdy do pracy i czekanie na zbliżający się, miesięczny urlop. Z nudy zamieściłem na blogu zdjęcie własnego tyłka okrytego bokserkami i tym prymitywnym sposobem pobiłem rekord odwiedzin. Już od maja albo kwietnia rozmawiałem z siedemnastoletnią wtedy Agnieszką, nie za bardzo wierząc w to, że kiedykolwiek się ze mną umówi, ale jednak czerwiec był miesiącem naszego spotkania i spaceru po jakże pięknych Łazienkach. Stało się to na początku urlopu, a początek urlopu zawsze jest najpiękniejszym czasem w całym roku. :) Jednak ostatna noc przed urlopem przyniosła najkoszmarniejszy dyżur wszechczasów, który do końca życia zapamiętam jako coś okropnego. Na początku urlopu do naszego domu zawitała ex-Przyjaciółka, która spędziła tu dwie noce. Odwiozłem ją na Dworzec Wschodni, a dzień wcześniej kupiłem jej glany na urodziny. ;) To było nasze ostatnie spotkanie. Z Dworca Wschodniego udałem się na Dworzec Warszawa Wileńska i tam rozpoczęła się najprzyjemniejsza randka roku 2010 - z Agnieszką. Ta dziewczyna ma w sobie coś co sprawiło że czułem się przy niej swobodnie lub wręcz rewelacyjnie - nie przeszkadzało mi nawet to, że jest ode mnie wyższa. :) Poznałem swoje nowe ulubione miejsce w stolicy - Łazienki, zrobiłem setkę zdjęć, naprzytulałem się i podbudowałem wewnętrznie. Na koniec poszliśmy w miejce, w którym czekała na mnie moja starsza siostra, która przyjechała wtedy do stolicy na koncert. Znaczące było to, że Agnieszka z tej randki powróciła do domu z innym facetem - takim, który ma prawo jazdy i samochód. ;D Jakiś czas później zostali oni parą i z tego co wiem, są razem do dziś. Nie byłem zazdrosny, ale ta sytuacja jasno pokazała, że facet z samochodem ma u kobiet większe szanse niż facet bez samochodu. Prymitywne, ale logiczne. :) Ten piękny dzień zakończył koncert Marcina Różyckiego w Harendzie. Tak rozpoczął się mój urlop, którego czerwcową część spędziłem w Puławach - do których zamiast rowerem, pojechałem busem. Ta część urlopu była dosyć nudna i bardzo brakowało mi spotkań z ex-Przyjaciółką, takich jak sprzed roku. Niemniej nie był to czas stracony - wypad do Kazimierza Dolnego i do Końskowoli był urozmaiceniem tej bezczynności. Największym urozmaiceniem były jednak wypady do Dęblina - to właśnie wtedy zacząłem powracać myślami do Doroty. Snułem się po parku na jej osiedlu, a w urodziny udało mi się tam zaciągnąć nawet starszą siostrę. :) Właśnie w Dęblinie, w pizzerii Wenecja i w parku na Lotnisku spędziłem 29 czerwca - dzień swoich dwudziestych-ósmych urodzin. Być może stanie się to moją nową tradycją... ;) Pod koniec czerwca powróciłem do domu w lesie.

Lipiec - powróciłem do domu tylko po to, by za chwilę ponownie powrócić do Puław, tym razem na swoim rowerze. Rok bez takiej podróży byłby rokiem dziwnie pustym, dlatego ponownie przejechałem te 157 kilometrów, tak samo jak rok wcześniej, co dało mi poczucie spełnienia. :) Ponownie wraz z siostrą odwiedziłem Kazimierz Dolny, gdzie pierwszy raz byłem w Korzeniowym Dole - pięknym miejscu. Kilka dni później pierwszy raz dostałem się rowerem do Lublina. Była to kolejna wyprawa z cyklu "śladami Doroty". ;) To była piękna podróż, ale zaczęła we mnie narastać tęsknota i poczucie pustki... ;/ W takim nastroju zakończyłem urlop 2010, powracając do domu pociągiem osobowym z Dęblina, wioząc ze sobą rower. Lipiec spędzany w domu w lesie był miesiącem koszmarnych upałów. Być może przez nie zaczęło mnie boleć serce, a może te bóle to są po prostu oznaką starości... W każdym razie wtedy przestałem palić. Pod koniec lipca przyjechał do nas kuzyn, który zaprosił całą rodzinę na swoje wesele, a ja zdecydowałem się na nie iść. Ostatniego dnia miesiąca doszło do złego wydarzenia - mojego wypadku rowerowego. Potłukłem się wtedy tak, że wszystko bolało mnie przez cały kolejny tydzień. Na szczęście kask ocalił mi wtedy głowę.

Sierpień - rozpocząłem od kolejnej wizyty w Puławach, do których dostałem się przez Lublin. W Puławach kupiłem sobie swoją nową, zacną kurtko-marynarkę, którą po prostu uwielbiam. Resztę sierpnia spędziłem jeżdżąc rowerem do pracy i gnijąc w niej podczas upalnych dni. Udałem się też na koncert zespołu kolegii-perkusisty, który odbył się w bardzo wyjątkowej scenerii. Musiałem się też zająć naprawą telewizora, który kupiłem kilka miesięcy wcześniej. Zapłaciłem za to 300 złotych, ale telewizor działa do dziś, choć nie stoi już u mnie w pokoju, lecz na dole. Jedną sierpniową noc spędziłem jeżdżąc rowerem po Warszawie, choć miałem być wtedy w pracy... Było dosyć szczególnie, choć niestety samotnie. Przejeżdżając obok Stodoły zauważyłem, że na jesieni odbędzie się w niej koncert Renaty Przemyk. W sierpniu nie umawiałem się z nikim, choć na spotkanie zapraszała mnie Agnieszka. Odmówiłem z niewiadomych przyczyn... Żałuję. Pod koniec miesiąca ponownie kupiłem sobie słuchawki Koss Porta Pro, którą jednak są super. Niemal ostatniego dnia udałem się też na wycieczkę rowerową do Marek - zamiast dyżuru w pracy. Spotkała mnie wtedy kara za wagarowanie - po drodze dopadł mnie potężny deszcz, ale mimo wszystko było fajnie, odwiedziłem kilka dziwnych miejsc. Spodobały mi się nazwy ulic na warszawskim Zaciszu. Ulica Agnieszki, ulica Ewy... Nie odnalazłem jednak ulicy Doroty. ;)

Ciąg dalszy nudnego podsumowania jeszcze dziś. ;)


2010.12.30 / Czwartek / 23:01 - Próba podsumowania roku 2010

Mam wolny wieczór więc postanowiłem przejrzeć swojego fotobloga i przypomnieć sobie wydarzenia mijającego roku, by następnie opisać swoje przemyślenia. Być może nie jest to dobry pomysł, bo mam nieco zwalony nastrój, jak zwykle po powrocie do domu, ale... Nie jest to podsumowanie roku 2010, tylko ponowne opisanie tego co było... Mielenie kolejny raz tego samego. Nieważne od czego zacznę to i tak skończę na Dorocie. ;)

W każdym razie zaczynam. Pierwsze co widzę, to że rok 2010 rozpocząłem z pesymistycznym nastawieniem. Było mi smutno, że skończył się najlepszy rok mojego życia - 2009.

Styczeń - był miesiącem aktywności mojej ex-Przyjaciółki. Rok zacząłem od pójścia z nią do McDonalda, gdzie podczas rozmowy uświadomiła mi jakie to poważne zmiany zaszły w jej życiu uczuciowo-bezmyślnym dwa miesiące wcześniej. Chyba konkretnie wtedy całkiem przestało mi na niej zależeć jako na potencjalnej dziewczynie i od tego czasu stała się po prostu moją koleżanką. W styczniu przyszła do naszej firmy, ale staż rozpoczęła dopiero w lutym, z powodu wrodzonego lenistwa. "Co to za dziecko siedzi na kanapie na korytarzu? To koleżanka Euzebiusza...". ;) Tak niskiej dziewczyny nasza firma nigdy nie zatrudniała... ;) Szkoda tylko, że pożyczyłem jej wtedy pieniądze, bo nie odzyskałem ich do dziś. W styczniu nie poszedłem na finał WOŚP pod Pałac Kultury, mimo tego, że mogłem tam spotkać się z Klaudią. Cóż... Widać jak mi zależało. Przynajmniej pierwszy raz w życiu przekazałem wtedy pieniądze na rzecz WOŚP, wrzucając co nieco do puszki. Styczeń to też miesiąc, w którym zaprzyjaźniłem się z kolegą perkusistą, czyli długowłosym Piotrkiem. Fajny, inspirujący człowiek, który na pewno miał jakiś wpływ na moje życie... Jednak styczeń to przede wszystkim miesiąc, w którym odezwała się do mnie Dorota, która zarządała bym usunął ze swojego bloga wszystkie zdjęcia, na których ją widać. To był dla mnie poważny cios, ale zrobiłem tak jak chciała, choć samych wpisów nie straciłem - przeniosłem je na drugiego bloga, którego specjalnie na tę okazję założyłem. Dorota wskazała dokładnie, które zdjęcia mam usunąć, ale jedno, na którym jest widoczna, pominęła, zapewne przez nieuwagę. Cóż... Adios. Styczeń to także miesiąc, w którym naprawdę planowałem wybrać się na studia... Wybór padł na dziennikarstwo, ale pomysł szybko upadł... Bez motywacji nie ma niczego. Styczeń był miesiącem, w którym wielką radość sprawiało mi przesiadywanie w firmie obok Mariolki - najpiękniejszej koleżanki z pracy. Ach, to była dziewczyna... Szkoda, że już zajęta. Ze stycznia pamiętam jeszcze dzień, w którym zamiast do pracy, udałem się na spacer po Ursynowie, choć śniegu nasypało wtedy niemal do kolan. Było bardzo przyjemnie... ;)

Luty - to miesiąc częstych wizyt w Puławach. Podczas nich odkryłem dobrą muzykę, ale także program/grę Second Life. Mój wirtualny kolega z Pakistanu do dziś przysyła mi wiadomości, składa życzenia Happy Holidays i martwi się tym, że znikam z Second Life na całe miesiące... Raza jest ok. Pociesza mnie, że kiedyś w końcu znajdę dziewczynę. ;) W lutym zepsuł mi się aparat Canon i musiałem kupić drugi taki sam. Swoją drogą, kupując aparat zdecydowałem się na Canon, bo... Dorota mała Canon. :P Prawie ten sam model... W lutym ex-Przyjaciółka przyszła na staż do naszej firmy, gdzie utrzymała się równo przez miesiąc. Opierdalała się tak bardzo jak to tylko możliwe, dzięki czemu po miesiącu elegancko została usunięta. Gratulacje się należą. Niemniej bardzo fajnie było razem pracować. Naprawdę mi się to podobało... Luty to także miesiąc przyjemnego koncertu Renaty Przemyk w bardzo przyjemnym miejscu - Centralnym Basenie Artystycznym. Fajnie, że kolega Łukasz, brat Klaudii, wraz ze swoją dziewczyną poszedł na ten koncert, bo moje własne siostry mnie wtedy zawiodły... Po koncercie udałem się na tygodniowy urlop do Puław, by wspominać najpiękniejszy tydzień swojego życia, by uczcić rocznicę tego tygodnia i pojechać do Lublina, na koncert Marcina Rożyckiego. Był to kolejny, szczególny dzień roku 2010. Pod koniec lutego wystawiłem na Allegro stare sprzęty komputerowe, co zakończyło się wielkim sukcesem - zarobiłem ponad 1000 złotych, które następnie przeznaczyłem na panoramiczny telewizor, spełniając swoje odwieczne marzenie. Koniec lutego to także czas gdy na photoblogu odkryłem bloga FionyPop oraz jej koleżanki Lorelay. Nie wiem z jakiego świata te dziewczyny pochodzą, ale u nas takich nie ma. :) To moje idolki i przyszła elita umysłowa tego kraju. W dodatku jedna z nich jest cholernie atrakcyjna. ;P

Marzec - na początku marca wyznałem publicznie swoje smuty na temat mojej skrywanej przez lata miłości do pewnej Agnieszki z Truskawia. Kiedyś nie wyobrażałem sobie jak to będzie gdy przestanę ją widywać, a jednak stało się... Jakoś to przeżyłem. Ostatnio nawet skasowała się z NK. Dobrze, że jej zdjęcia zachowałem na dysku. Marzec to także miesiąc, w którym mogłem się spotkać w Warszawie z Igą - MetalMią, która czekała na Dworcu Zachodnim na busa lub pociąg... Pech chciał, że akurat byłem u kolegi i nie miałem czasu... :P Był to też dzień, w którym kupiłem na Allegro nowy-używany telewizor. Przez kolejne dni leżałem zafascynowany dużym i pięknym obrazem, który przez kolejne miesiące malał i malał... Dzisiaj dziwię się jak mogłem ten telewizor nazwać dużym, choć sam obraz ma dużo lepszy niż jakikolwiek LCD. ;) W marcu sprzedałem swój odtwarzacz CD, z którego byłem tak niesamowicie zadowolony w roku 2006. Sprzedałem, by kupić nowy odtwarzacz DVD i nie narzekam. Pod koniec marca pierwszy raz w tym roku pojechałem rowerem do pracy - wiosna wcześnie do nas zawitała. Kilka dni później, korzystając z ładnej pogody zrobiłem sobie kolejne przyjemne wagary - zamiast do pracy udałem się pierwszy raz w życiu na Powązki. Spacerowałem między tymi starymi grobami przez kilka godzin i czułem się niezwykle... Oto kolejny bardzo przyjemny dzień roku 2010. Wtedy kupiłem też swoją wiosenno-zimową kurtkę i jasny sweterek. ;) Pod koniec marca spotkałem się z Klaudią i poszedłem z nią na spacer po Muranowie i Śródmieściu... Z tą dziewczyną bardzo fajnie się spacerowało i obecnie trochę mi takich spacerów brakuje. :( Niemal ostatniego dnia marca wypatrzyłem jednak nowy obiekt moich westchnień - podobną do Doroty mieszkankę pobliskiej wsi - Monikę. Na żywo się do niej nie odezwałem, ale napisałem do niej na NK, by po kilkunastu dniach otrzymać odpowiedź, że... Jest zajęta. :/ Ale to tylko taka fascynacja urodą...

Opisałem trzy pierwsze miesiące roku 2010 i już chce mi się puścić pawia na klawiaturę. ;) Może jeszcze dzisiaj zbiorę się w sobie i dopiszę resztę, a może dopiero jutro... Na razie nie jest źle - opisując trzy miesiące tylko pięć razy wspomniałem o Dorocie. ;)

Mogę więc wspomnieć po raz kolejny, właśnie w tym miejscu wyjaśniając, który dzień roku 2010 był tym najpiękniejszym. Otóż był to dzień moich imienin, 29 września, w którym odebrałem na NK wiadomość od Doroty. Napisała coś w stylu "Chyba już całkiem ci na mózg padło. Adios!". To wystarczyło. Przez kilka godzin znowu to czułem, znowu było pięknie... Ponownie zrozumiałem czemu wszystko inne nie ma znaczenia.

Proszę państwa - ciąg dalszy nastąpi. Tymczasem proszę wezwać psychiatrę, bo z moim mózgiem faktycznie coś jest nie tak.


2010.12.30 / Czwartek / 17:11 - Uwaga Górki

Powróciłem do lasu, a na drodze przy domu czekała na mnie nowość - ostrzegawczy znak drogowy. Postawiono nam znak drogowy ostrzegający przed ekstremalnymi wybojami zamiast położyć asfaltową nawierzchnię. :) Jak miło.

Oho, aparat mi się psuje - przy zbliżeniu wstawia poprzeczne kreski na zdjęcie i zabarwia całość na fioletowo. :/

Idę się zamulać...


2010.12.30 / Czwartek / 04:58 - Chude rączki

Jeszcze jedno zdjęcie z wczoraj. Moja rączka to ta po lewej. :P

Wstałem o godzinie 3:35, bo myślałem, że pojadę do domu busem o 5:30, ale po odsłonięciu zasłon i przekonaniu się, że w nocy nasypało duuużo śniegu, zdecydowałem się na zmianę środka transportu. Do Warszawy dostanę się bezpieczniejszą drogą kolejową. Mam nadzieję, że pociąg o 6:30 przyjedzie na czas i nie będę musiał marznąć na peronie.

Ponieważ do odjazdu pociągu jeszcze daleko to mogę ponudzić trochę na temat muzyki. Ustaliłem niedawno, że najlepszym utworem roku 2010 jest Mason feat. Róisin Murphy - "Boadicea". Utwór jest niemal tak rewelacyjny jak pamiętny i wielbiony "Overpowered" królowej Róisin. Na jej nową płytę czekam już kilka lat i doczekać się nie mogę...

Poniżej zamieszczam link do innego utworu, a właściwie do mojego ulubionego teledysku roku 2010. Może i jest tandetny, ale posiada pewien szczególny klimat... Poza tym występują w nim trzy nastolatki (z których tylko jedna jest ładna). ;)

Royksopp wydali nową płytę i mimo tego, że nie jest ona tak cudowna jak poprzedni album "Junior" i ogólnie nie jest dobrze oceniana to i tak przypadła mi do gustu. Bardzo podobają mi się skandynawskie brzmienia. I jak tu nie kupować nowych płyt? A tak to - póki co, nie planuję zakupu. Jestem wytrwały. ;)

Jeśli nie masz sprzętu poprawnie odtwarzającego basy, nie klikaj i nie słuchaj, bo to będzie strata czasu. :P Royksopp "The Drug".


2010.12.29 / Środa / 21:33 - Adios Puławy

Wieczorne spotkanie w gronie koleżeńsko rodzinnym zakończone. :) Zakończona także moja ostatnia tegoroczna wizyta w Puławach. Za chwilę idę spać, by móc wstać wcześnie rano i opuścić to piękne miasto...

Być może panna Asia jest w wieku rodziców dziewczyn, z którymi spotykałem się w tym i tamtym roku, ale to nie zmienia faktu, że fajna z niej dziewczyna. ;) Mam nadzieję, że nie piszę tak tylko z powodu wódki, którą dzisiaj w siebie wlałem, jeszcze przed spotkaniem...

Do Puław powrócę niebawem. Zawsze tutaj powracam. Puławy są mi przeznaczone, tak samo jak samotność. ;)


2010.12.29 / Środa / 12:03 - Ostatni dzień w Puławach

Pałacu Czartoryskich dawno tu nie umieszczałem, więc dzisiaj to nadrabiam, choć na tym zdjęciu prezentuje się mało okazale.

Dzisiejsza środa to mój ostatni dzień spędzony w tym roku w Puławach. Mógłbym się już teraz zabrać za napisanie ogólnego podsumowania roku 2010, ale powstrzymam się i podsumuję rok dopiero w Sylwestra. Zrobię wtedy zdjęcie tegorocznego kasztanka i spróbuję sobie przypomnieć jakież to ważne wydarzenia miały miejsce w ciągu tego niezbyt ważnego, mijającego roku. Wpadając na pomysł z kasztankami nie wziąłem pod uwagę tego, że one nie są wcale wytrzymałe. Po kilku latach taki kasztanek zwyczajnie może się rozpaść... Powinienem je trzymać w formalinie. ;)

Jutro rano będę musiał wstać już po godzinie 3:00, by następnie udać się busem wyjeżdżającym z Puław do Warszawy o 5:30. Po dyżurze w pracy pozostanie mi już tylko czekać na Sylwestra, którego także spędzę w pracy, pisząc smsy rozrywkowe lub ezoteryczne. Wolałbym rozrywkowe, by nie musieć myśleć.

We wtorek idę na rozmowę kwalifikacyjną do nowej pracy, do firmy kolegi. Jeśli podejmę się tego nowego zajęcia, to pierwszy dyżur będę miał już 10 stycznia. W nowej pracy na nocki pracuje się w domu, siedząc przy komputerze, łącząc się z serwerem firmy przez Internet. Może to oznaczać, że będę w przyszłym roku częstym gościem w Puławach. :) Choć za dnia będę po prostu spał...

Wkrótce wiosna...


2010.12.28 / Wtorek / 19:29 - LadyZzaLady

Aniołek się powiesił... Z miłości. Na stanowisku pracy panny Asi znalazłem jeszcze drugiego aniołka oraz... Kasztanka. Czyżby był to jej kasztanek roku 2010? ;) Natomiast po zbadaniu zawartości komputera stojącego na jej biurku znalazłem zakładkę prowadzącą do bloga niejakiego Shyne'a. :P Byłem obserwowany od dawna. :P Czekam na fotobloga LadyZzaLady. :)

Tak w ogóle to uwielbiam szperać w cudzych rzeczach. Wtykanie nosa w nie swoje sprawy jest takie przyjemne... ;)

Byłem u siostry w pracy przez półtorej godziny, ale w tym czasie przyszła tylko jedna klientka. Mnie w ciągu godziny atakuje setka klientek, ale po dzisiejszym dniu doceniam to, że nie muszę mieć z nimi bezpośredniego kontaktu i widzę jedynie to co do mnie napiszą. Moja praca ma jeszcze wcześniej zalet niż myślałem.

Posiedziałem w bibliotece, porobiłem zdjęcia wszystkiego czego się dało, pozwiedzałem klimatyczny magazyn na piętrze i na koniec powróciłem do mieszkania, zjadłem obiad, zasnąłem... Na jutrzejszy dzień niczego szczególnego nie planuję, ale wieczorem idę wraz z siostrą i panną Asią w miejsce, w którym można coś zjeść i wypić. Nie wiem gdzie to jest ale grunt, że siostra wie. ;) Domyślam się, że zaprowadzi nas do osiedlowego Oscara.

Panna Asia ma coś czego nie mają inne dziewczyny, a raczej kobiety. Nie tylko to ma, ale jutro przyniesie to na spotkanie... Lustrzankę Canona! ;D Stara bo stara, ale jeszcze działa. ;)


2010.12.28 / Wtorek / 13:32 - Górka

Górka na panu Górce. ;)

W jakim miejscu ludzkiego ciała można znaleźć taki obiekt? Jedno jest pewne - moje ciało jest nieludzkie. ;)

Najadłem się niedobrych chipsów i teraz jest mi niedobrze... Nigdy więcej Chipsletten. :/ Mimo wszystko za chwilę idę do siostry, by następnie spędzić kolejny, leniwy, puławski wieczór przed telewizorem lub laptopem. Rozkosz bezczynności.


2010.12.28 / Wtorek / 11:53 - Problemy życia puławskiego

Wczoraj po dyżurze w firmie przyjechałem wraz z siostrą do Puław i spędzę tu swoje dwa dni wolne - dzisiejszy wtorek i jutrzejszą środę. Siostra spędziła u nas święta, a Sylwestra zwyczajowo planuje spędzić w Puławach, tylko jeszcze nie wie jak. ;)

Moim największym dylematem na dzień dzisiejszy jest ustalenie, którą tubkę chipsów zjem w pierwszej kolejności, którą w drugiej, a którą w trzeciej. ;) Poszedłem do Croppa, by znaleźć dla siebie coś fajnego, ale doszukałem się tam niczego interesującego, więc na pocieszenie kupiłem sobie chipsy z mączki ziemniaczanej.

Za jakąś godzinę wezmę kąpiel, a za dwie udam się do siostry, by trochę tam posiedzieć i popatrzeć jak ciężko pracuje... Nie zastanę tam panny Joanny, którą od dzisiaj będę nazywał tutaj panną Asią (by nie myliła się z niedobrą panną Joanną z Płońska). ;P Panna Asia ma aż do Sylwestra czas wolny, a skoro jest ona podwójnie wolna, w sensie - nie zajęta przez żadnego mężczyznę, to może spotka się ze mną jutro i gdzieś razem przejdziemy, albo gdzieś posiedzimy... Wspólnego leżenia póki co nie planuję. ;)

Jak będzie - zobaczymy jutro. Teraz jednak zajmę się konsumpcją chipsów i oglądaniem telewizji. Szał. :)


2010.12.26 / Niedziela / 11:11 - Michał sam w metrze

Wczoraj przed niemal dwie godziny jechałem do pracy tylko po to, by na miejscu dowiedzieć się, że nie muszę pracować. Oddałem koledze swój całonocny dyżur, za który zarobiłbym 150 złotych i powróciłem do domu. W firmie zdążyłem jeszcze usłyszeć od dwóch koleżanek, że z krótkimi włosami wyglądam lepiej, ale trzecia koleżanka miała wprost przeciwne zdanie. ;)

Szkoda tych pieniędzy, których nie zarobiłem, ale miałem okazję powrócić do domu i siedzieć w ciemności, po tym gdy z powodu awarii wysiadł u nas prąd. Panowie z elektrowni przywrócili go dopiero po 3:00 nad ranem, gdy już wszyscy spaliśmy... Super - nie ma to jak święta bez prądu.

Pieniędzy jeszcze nie zarobiłem, ale już wydaję je na rowerowe akcesoria, które przydadzą mi się podczas moich wypraw po Polsce i świecie. ;) Na Allegro zamówiłem sobie wypasiony, bezprzewodowy licznik Sigma Sport, wypasiony zestaw kluczy Crank Brothers oraz wypasioną pompkę Merida. Teraz potrzebuję jeszcze roweru, ale na ten cel będę musiał uciułać 3400 złotych, bo właśnie tyle kosztuje Author Codex, który zamierzam nabyć. Ach... Nie moge się doczekać.

W roku 2011 nie wydaję pieniędzy na płyty, w roku 2011 nie wydaję pieniędzy na sprzęt RTV lub audio, w roku 2011 nie wydaję pieniędzy na dziewczynę, której i tak nie mam. W roku 2011 wsiadam na rower i jadę przed siebię, uciekając od was wszystkich. :P

Poniżej trzy linki do mojego pedałowania w roku 2008 - to była najlepsza Masa Krytyczna na jakiej byłem. Czwarty link prowadzi do filmiku o innej tematyce niż rowerowa - do jednego z najprzyjemniejszych, a już na pewno najważniejszych dni w moim żywocie. :)


2010.12.25 / Sobota / 12:23 - Zagubiony duch świąt

Wczoraj w pracy posiedziałem na rozrywce tylko cztery godzinki, od 17:00 do 21:00, i tym sposobem zarobiłem 150 złotych na nowy rower, nowy telewizor lub nowe cokolwiek. Było w miarę przyjemnie, głównie dlatego, żę do domu poszedłem akurat wtedy gdy zaczął się zwiększać ruch.

Przed wyjściem do pracy, wraz z tatą i siostrą, obejrzałem na dvd obowiązkową pozycję świąteczną, czyli film "Witaj Święty Mikołaju" - tradycji stało się zadość, choć w tym roku było trzydziesto-dwu-calowo i panoramicznie. ;) Niestety dzisiaj nie mogę obejrzeć "Kevina samego w domu", bo będę w tym czasie w pracy. Niby mógłbym sobie nagrać na pendrive, ale... W sumie po co? ;P Bez przesady z tym Kevinem...

W tym roku z nieznanego mi powodu nie czuję świątecznego klimatu. Może jestem już za stary na święta?

Zdecydowanym numerem jeden tegorocznych świąt jest...


2010.12.24 / Piątek / 13:11 - Sms'owe Święta Bożego Narodzenia

Dzisiejszą Wigilię spędzę w pracy, tak jak sam chciałem - odpisując na smsy naszych ukochanych klientów. Mam nadzieję, że w chwili rozpoczęcia mojego dyżuru, czyli o godzinie 17:00, nie będą myśleli o pisaniu, tylko zajmą się pochłanianiem potraw ze swojego wigilijnego stołu. Ja do stołu z rodziną nie usiądę, ale to dla mnie i tak bez znaczenia - przecież ja nic nie jem. :P

Dzisiejsze zdjęcie na blogu także będzie zahaczać o tematykę sms'ów. Dziękuję wszystkim, których wczoraj zespamowałem za odpisanie i złożenie mi krótkich życzeń. :) Jak miło jest mieć przynajmniej kilku znajomych... Przyjaciół.

Wszystkim pozostałym czytelnikom mojego bloga, nawet tym, których nie znam i o których istnieniu nie mam pojęcia, życzę tego samego co przyjaciołom, choć z mniejszą mocą. ;) Ex-Przyjaciółce spod Dęblina, która nadal nie spłaciła zaciągniętego u mnie długu i w tym roku całkowicie przestała się odzywać, życzę także wszystkiego najlepszego z okazji dzisiejszych imienin. :P

Wes. Świ. Everybody.


2010.12.22 / Środa / 21:09 - Zmiany na lepsze nie są złe

Koniec Puław - wraz z siostrą przemieściliśmy się w miejsce zdecydowanie mniej przyjemne - do zimnego domu w lesie. Siostra właśnie zajęła się rozkładaniem choinki, co jest jej ukochanym zajęciem. ;)

Przed wyjazdem z Puław udałem się w miejsce w tym mieście, w którym siostra ma przyjemność i szczęście pracować. Poszedłem tam, by dostarczyć kosmetyczkę, ale też zobaczyć co się zmieniło i przy okazji zobaczyć się z widoczną na zdjęciu panną Joanną, ale nie tą z Płońska oczywiście, tylko tą fajniejszą - koleżanką siostry. ;P Być może podczas mojej kolejnej wizyty w Puławach wybiorę się z nią na spacer... ;)

Przed wyjściem z mieszkania zdążyłem jeszcze odebrać telefon od kolegi, który ostatnio zapraszał mnie do nowej firmy... Dzisiaj zapraszał mnie po raz drugi, a asystowała mu w tym koleżanka i tym razem uległem - umówiłem się na drugą, a w zasadzie pierwszą rozmowę kwalifikacyjną, która odbędzie się czwartego stycznia. Do nowej firmy będę wcielony siłą? Może ze mną zawsze trzeba na siłę...

Pierwsze o co zapytam swojego ewentualnego nowego szefa, mojego imiennika, to - kiedy urlop? ;) Mam przecież plan rowerowej wyprawy w maju lub czerwcu i nie zrezygnuję z niego. :P


2010.12.22 / Środa / 00:46 - Plan na rowerowy urlop 2011

Zrezygnowałem z przyjęcia nowej pracy, głównie z tego powodu, że w obecnej mam dużo luzu i mogę sobie brać sporo wolnego czasu, tak zwanego urlopu. Mój urlop sprzed dwóch lat był całkiem przyjemny, głównie dlatego, że miałem go z kim spędzać, jednak urlop w roku obecnym był dosyć nijaki - w sumie mógłbym go nazwać czasem zmarnowanym. Nie chciałbym w taki sam sposób spędzić urlopu w roku 2011, siedzenie w Puławach przed laptopem i jeżdżenie na krótkie wycieczki rowerowe po okolicy już mi się przejadło, pora zrobić kolejny krok i zrealizować plan, który miałem od dawna.

Jak wiadomo, bardzo, bardzo, a nawet jescze bardziej lubię jeźdzć na rowerze, szczególnie na długie dystanse, mimo, że nie mam do tego odpowiedniej kondycji. Moim rekordem życiowym jest przejechanie 157 kilometrów w ciągu jednego dnia, z tym, że mógłbym wtedy przejechać znacznie więcej - siły mi nie brakowało - po prostu dojachałem do celu, jakim były Puławy. Już siedem razy pokonywałem rowerem trasę z Warszawy do Puław lub z Puław do Warszawy, a po raz pierwszy dokonałem tego w roku 2003, jeszcze na starym, niezbyt przyjemnym rowerze Arkus Laser. Nigdy jednak nie wyruszyłem na wyprawę, która wymagałaby nocowania poza domem - na wyprawę przynajmniej dwudniową. W roku 2011 zamierzam to zmienić - wstępnie zaplanowałem trwającą około tygodnia wyprawę, składającą się z pięciu odcinków. Puławy - Lublin, Lublin - Krasnobród, Krasnobród - Rzeszów, Rzeszów - Ostrowiec Świętokrzyski, Ostrowiec Świętokrzyski - Puławy. W sumie około 500 kilometrów. W Lublinie i w Rzeszowie mam rodzinę, więc miałbym gdzie nocować, jedynie w Krasnobrodzie i Ostrowcu Świętokrzyskim musiałbym coś sobie wynająć. Póki co nie uważam, że jestem gotowy na podróżowanie z namiotem - wolę zapłacić za pokój i mieć święty spokój, choć trochę kłóci się to z ideą podróżowania rowerem. ;)

Już od dawna chciałem coś takiego zrobić - wyruszyć na dłuższą wyprawę, ale zawsze uważałem, że samotne podróżowanie rowerem jest zajęciem dosyć dziwnym, a nawet niebezpiecznym i nikt się tego nie podejmuje. Wiadomo - we dwoje lub w grupie jest na pewno raźniej, ale obecnie nie znam nikogo kto zechciałby mi towarzyszyć, lub może po prostu... Chcę odbyć tę podróż sam. Do dzisiaj uważałem, że nikt tak nie podróżuje, ale dzięki filmikowi na YouTube odnalazłem młodego człowieka - Piotra Mitko, który w roku 2009 zdecydował się na samotne podróżowanie rowerem po Polsce i nie tylko nie umarł, ale także przeżył fajną przygodę, którą opisał i uwiecznił na swojej stronie internetowej. Zresztą wcześniej odbył kilka innych podróży, a w roku 2010 był rowerem na Islandii.

Chęć podróżowania rowerem po świecie pojawiła się u mnie gdy byłem jeszcze w podstawówce i szkoła zaprosiła do nas starszego człowieka, który przejechał rowerem z Polski do Japonii. Ów starszy, nieco dziwny człowiek pokazał nam slajdy, opisał wrażenia ze swojej podróży, powiedział, że w Japonii mieszkają bardzo mili, pogodni ludzie, a ja poczułem, że takie jeżdżenie rowerem jest czymś naprawdę rewelacyjnym. W sumie do dziś uważam, że nie można na tym świecie zrobić niczego fajniejszego. Podróż tego pana zakończyła się co prawda pechowo - już po powrocie, w Polsce, ukradziono mu rower, na którym przejechał tysiące kilometrów przez Azję. ;)

Mój tata w młodości też dużo podróżował rowerem (Huraganem) po Polsce, choć akurat tata jeździł z kilkoma kolegami, z którymi nocował po prostu w stogach siana, lub w stodołach. Ja osobiście mam trzech kolegów, z których każdy lubi jeździć na rowerze, ale nie sądzę, by któryś z nich był w stanie naprawdę zdecydować się na dłuższą podróż. Zresztą, gdyby nawet tak się stało, to pewnie kolega wolałby jechać inną trasą, a ja chcę odwiedzić właśnie te, a nie inne miesca. Motywacja musi być. Co prawda mógłbym zamist Ostrowca Świętokrzyskiego odwiedzić Kielce, ale po pierwsze nie sądzę, by panna Sylwia była w czasie wakacji w swoim mieście, a po drugie to jednak zbyt daleko od Rzeszowa. Pod Ostrowcem Świętokrzyskim mieszka jeden z kolegów, a raczej ma tam swój rodzinny dom, więc może dałoby się przenocować u niego, gdyby akurat był na miejscu i nie miałby kłopotów ze zdrowiem, które dręczą go obecnie... Jackowi życzę w tym miejscu powrotu do zdrowia.

Jak będzie - zobaczymy. Plan miałem od dawna, dzisiaj przerodził się on w realną chęć i zamiary, głównie dzięki wspomnianemu już Piotrowi Mitko i jego stronie. Bardzo fajny człowiek, nieco podobny do mnie - polecam link do jego strony, znajdujący się poniżej, jak i link do filmiku, dzięki któremu na niego trafiłem.

Idę spać, marząc o tym, by ponownie wsiąść na rower wraz z nadejściem wiosny, potrenować i latem wyruszyć na pierwszą, poważniejszą wyprawę rowerową po południowym wschodzie naszego pięknego kraju. :) Wcześniej jednak przydałoby się kupić nowy rower crossowy, bo górski nie za bardzo się do takich wypraw nadaje, mimo swoich licznych zalet.


2010.12.21 / Wtorek / 15:51 - Do Czarta z tym

Dzisiaj zdrowo sypnęło śniegiem, ale nie powstrzymało mnie to przed spacerem po mieście. Założyłem słuchawki na głowę, puściłem Crystal Castles i udałem się na cmentarz, do babci i dziadzia, a następnie przeszedłem się w miejsce widoczne na zdjęciu - punkt obowiązkowy każdego sentymentalnego spaceru po Puławach - I Liceum Ogólnokształcące im. A. J. ks. Czartoryskiego, które przez ponad dwadzieścia lat było najlepszą szkołą średnią w Polsce. ;) Takie cuda miały miejsce chyba jeszcze za czasów, gdy chodziła do niej moja mama, choć myślę, że dzisiaj szkoła nadal trzyma poziom, co wywnioskowałem po inteligentnym wyglądzie uczniów. ;)

Jaka szkoda, że już jestem za stary na to, by poderwać jakąkolwiek uczennicę chodzącą do tego, lub jakiegokolwiek innego liceum. Licealistki to czyste złoto tego świata, studentki to już tylko srebro... ;) Tak samo jak złote lata każdego człowieka przypadają właśnie na okres szkoły średniej... Choć może tylko ja tak to odbieram.

Wszystko nieważne. Dzisiaj nie chce mi się już nikogo podrywać. Wypaliłem się tak samo jak wypalił się dzisiejszy papieros w moich ustach.

Jutro opuszczam Puławy, ale powrócę do nich już niebawem, za nieco ponad miesiąc. Natomiast na wiosnę lub latem pojadę gdzieś dalej na wschód... Wejdę z rowerem do pociągu, który zawiezie mnie w jakieś nowe miejsce, w którym jeszcze nigdy nie byłem, a później udam się przed siebie rowerem i zakwateruję w jakiejś kwaterze... Zniknę na dwa lub trzy dni, a może na dłużej... Wszystko to oczywiście nie będzie miało sensu, bo samotne wyprawy nigdy go nie mają.

Wolność to jedyne co mi pozostało, obok zdrowia i rodziny. Trzy wspaniałe wartości, ale jednak czegoś, lub raczej kogoś mi brak...


"Day after day,
Our love turns gray,
Like the skin on a dying man.
And night after night,
We pretend it's all right,
But I have grown older,
And you have grown colder,
And nothing is very much fun, anymore"

Pink Floyd "One of my turns"


2010.12.20 / Poniedziałek / 14:40 - Prawie jak człowiek

Dwie nogi, dwie ręce, głowa. Serce słabo bijące. Mózg chadzający własnymi ścieżkami. Prawie jak człowiek.

Jutro kolejny wolny, puławski dzień. W środę wraz z siostrą powrót do Warszawy. Powrócimy pociągiem, który dzisiaj przyjechał punktualnie. Właśnie po to poszedłem na stację, by przekonać się czy pociągi jeżdżą punktualnie. Okazało się, że nie jest tak źle jak mówią w telewizji... Tam zawsze przedstawiają wszystko w czarnych barwach...

W lutym kolejny tydzień urlopu, jak co roku, od dwóch lat.


2010.12.20 / Poniedziałek / 14:31 - Wcale już nie palę

Palę tylko w szczególnych chwilach smutku. ;)

A raczej... ;(

Kiedyś będę taki jak Czarny Roman. Będę chodził po mieście pierdoląc głupoty... Na razie głupoty pierdolę wyłącznie na blogu.

Fajnie jest się napić wina i pójść na spacer. W sumie zawsze powinienem być pijany. Wtedy nie czuje się bólu niespełnienia.

Fajnie, a nawet pięknie jest się upić winem i pójść na spacer ze słuchawkami na uszach, słuchając Closterkeller. Wtedy muzyka nabiera jeszcze większego sensu...


"Niczym, niczym jestem już
Niczym, niczym jestem już
pora odejść, niepotrzebna tu

Cały świat odwrócony plecami
Pamiętaj choć Ty
zapamiętaj mój głos
Nie pytaj już dokąd odchodzę
zobaczymy się tam
kiedy przyjdzie Twój czas
Niedługo tak będę już z wami
może ktoś podniesie wzrok"

Closterkeller "Grzech"


2010.12.20 / Poniedziałek / 11:45 - Zmiany nie są dobre

Wszystko się wyjaśniło. Nie pojechałem do Warszawy, nie poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną, nie będę zmieniał pracy, nie będę poważniejszy. Dobrze jest tak jak jest. O 13:00 nie będę rozmawiał ze swoim nowym szefem, zostanę na starych śmieciach, jeszcze na jakiś czas.

Zostałem w Puławach, kupiłem sobie tanie, czerwone wino i piję je samotnie, wsłuchując się w "Heroes" Davida Bowie. Za chwilę wyruszam na spacer po Puławach... Chyba zapalę papieroska, bo znalazłem paczkę LM'ów siostry. Jestem zgubiony.


2010.12.19 / Niedziela / 11:50 - Prawda o kłamstwach

Wczoraj do pracy nie poszedłem jednak przez Plac Grzybowski, ale najważniejsze, że do niej dotarłem. Pokusa, by zamiast do pracy, od razu udać się busem do Puław była duża, ale na szczęście kuszą mnie też pieniądze, które mogę zarobić w grudniu. Nie planuję kolejnych nieobecności w tym miesiącu... Zresztą, teraz mam cztery dni wolne, więc wolnością i tak się nacieszę - jestem już w Puławach.

Odnośnie zdjęcia - zobaczcie jak daleko od jedynego-prawdziwego-miasta w Polsce leżą te wszystkie pseudomiasta typu Lublin, Rzeszów, Kielce czy Kraków... ;)

Żartuję oczywiście.

Wczoraj w pracy zostałem zmuszony do wziącia udziału w nagraniu programu ezoterycznego, który będzie puszczany w drugi dzień świąt na ITV. Wystąpiłem w roli człowieka, który dzwoni do wróżki, by zadać jej pytanie, przedstawiłem się jako dwudziestoośmioletni Michał (dla niepoznaki) i zapytałem kiedy znajdę partnerkę życiową. Co prawda wcześniej miałem przygotowane inne pytanie, dotyczące zmiany pracy, ale zadała je koleżanka (która niechcący zdradziła na wizji, że pracuje w centrum operatoskim - może to wytną), więc musiałem szybko przygotować inne pytanie. Wróżka wyjaśniła mi, że w roku 2011 skupię się na pracy, a swoją żonę poznam w roku 2012. ;D Typowy, ezoteryczny bełkot. Dobrze, że nikt nie ogląda ITV i nikt nie będzie widział mojej porażki. Zresztą moja rozmowa była tak beznadziejna, że zapewne zostanie wycięta. ;) Na samym początku powiedziałem, że jestem już stary. ;]

Żal ludzi, którzy wierzą we wróżby. Tak właśnie wyglądają kłamstwa w telewizji - program "na żywo" nagrywany jest tydzień wcześniej, z udziałem podstawianych osób, by następnie odtworzono go z taśmy. Gdy człowiek bierze w czymś takim udział, gdy pracje w takim miejscu jak ja, nabiera przekonania, że wszystko dookoła jest fałszywe - media, kościół, władza... Sam od kilku lat sprzedaję ludziom kłastwa, w dodatku za marne grosze, które zarabiam w firmie i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia... Chyba.

Jutro jadę na rozmowę kwalifikacyjną, by po ewentualnej zmianie pracy zajmować się dokładnie tym samym. Najwidoczniej kłastwa są wpisane w moje życie, tak jak samotność... ;(


"Jesteśmy tacy sami
Mali, głupi, zarozumiali
Umiemy teraz robić
Rzeczy, którymi gardziliśmy"

Dezerter "Jesteśmy tacy sami"


2010.12.18 / Sobota / 06:55 - Warszawskie poranki

Wczorajszy poranek na Placu Grzybowskim. Bardzo zimno, ale też bardzo pięknie. Teraz do pracy chodzę właśnie tędy - ulicą Próżną i przez Plac Grzybowski, niedawno wyremontowany i przez to całkowicie odmieniony. Za nieco ponad godzinę znów tam będę... Idę do pracy, a po pracy jadę do Puław. Zapewne busem, bo kolej ostatnio szwankuje.


2010.12.17 / Piątek / 22:15 - Zmarznięta łepetyna Pana Michała

Wiem, że szalik powinno się nosić na zewnątrz, żeby było ładniej i modniej, ale cieplej mi jest gdy noszę go w taki oto sposób. Mam beznadziejną kurtkę, której nie lubię, ale może jeszcze w tym roku ją zmienię... Przydałaby się taka z kapturem i futerkiem, w New Yorkerze takie mają.

Obcięcie włosów w grudniu nie było zbyt szczęśliwym pomysłem... Marznę, marznę i jeszcze raz marznę. W domu jest mi cały czas zimno, dziś w nocy nawet spałem w ubraniu pod trzema kołdrami, dlatego jutro zmykam po pracy do Puław. W poniedziałek najprawdopodobniej wpadnę na chwilę do Warszawy, by udać się na rozmowę kwalifikacyjną do firmy kolegi, a po dwóch godzinkach powrócę do Puław, w których zostanę do środy, i z których wrócę wraz z siostrą. Miałem na tę rozmowę nie iść, ale... Chyba pójdę. W sumie jeszcze nie postanowiłem. Dziwnie myśleć o zmianie pracy, gdy w naszej firmie ostatnio jest całkiem przyjemnie. Poza tym pisanie wróżb dziwnie weszło mi w krew i po niemal dwóch latach ezoteryka wreszcie przestaje mnie stresować. Pewnie jutro będę miał koszmarny dyżur, skoro dzisiaj piszę, że jest tak fajnie... Zawsze dosięga mnie taka kara - pierdoli się wszystko to co pochwalę.

Jeśli ktoś jeszcze nie wie czym zajmowałbym się w nowej firmie, to pragnę wyjaśnić, że jest to firma działająca w tej samej branży co moja obecna. W firmie tej właśnie otwierane jest nowe centrum operatorskie sms, do którego potrzebni są operatorzy z doświadczeniem na ezoteryce. Innymi słowy - przeszedłbym do konkurencji - zajęcie to samo, ale warunki podobno lepsze. Na początek firma potrzebuje tylko sześciu lub ośmiu operatorów, ja miałbym być jednym z nich. Czy będę? Sam nie wiem czy chcę...

Wiem już jak będę pracował w święta. W Wigilię idę do pracy na godzinę 17:00 i będę tam tylko przez 5 godzin, do 22:00. Mimo tego dostanę za dyżur niemal 200 złotych, ze względu na dodatki. Pierwszego dnia świąt w pracy spędzę nockę od 20:00 do 7:00, a drugiego będę miał dzień wolny. Znalazłem się także w gronie sylwestrowych wybrańców. Chętnych było około dwadzieścia osób, ale wybrano tylko dwanaście, w tym po raz trzeci mnie. Oczywiście jestem z tego powodu bardzo zadowolony - 500 złotych piechotą nie chodzi, ale w sumie po prostu lubię spędzać Sylwestra w pracy. Zabiorę jakąś wódkę, jakiegoś szampana i będzie miło. ;)

Dręczy mnie trochę ta zmiana pracy... Nie wiem jak postąpić, może w poniedziałek będę wreszcie miał jakieś zdanie na ten temat, a może po prostu mój potencjalny nowy szef uzna, że nie warto zatrudniać kogoś takiego jak Michał Górka. Wtedy będę miał spokój... Zmiany nie są dobre Leonie.

Tata zaczął mnie naciskać bym wreszcie zajął się prawem jazdy... W końcu to on zapłacił 1500 złotych za mój kurs, ciągnący się już od ponad roku. Obiecuję sobie, że kiedyś oddam mu te pieniądze, tak samo jak obiecuję sobie, że kiedyś wreszcie zdam to prawko, ale... Brakuje mi motywacji.

A wiecie, że na kurs prawa jazdy zdecydowałem się w sumie tylko i wyłącznie przez Dorotę? Na jej blogu pojawiła się wtedy notka o tym, że pierwszy raz w życiu prowadziła ona samochód, to było 20 sierpnia poprzedniego roku i tym sposobem już na początku września byłem zapisany na kurs... To się właśnie nazywa motywacja. Czarna motywacja. Albo zwykła głupota. Szkoda tylko, że samo zapisanie się na kurs i rozpoczęcie jazd nie przyniosło póki co żadnych widocznych efektów... Tata słusznie jest zły na swojego jedynego, nieudolnego syna. Chyba nie zapisze mi w spadku swojego majątku... ;)

Idę spać.


2010.12.16 / Czwartek / 15:09 - Płyty zakupione w roku 2010

Sześćdziesiąt dwie płyty - oto bilans mijającego roku 2010, który pod względem zakupów muzycznych był bardzo udany. Co prawda rok temu zapowiadałem, że będę kupował mniej płyt, będę bardziej oszczędny, ale nie udało mi się w tym postanowieniu długo wytrwać. Przyczyną były przede wszystkim moje nowe odkrycia muzyczne, których dokonałem głównie dzięki Internetowi, ale także dzięki znajomym.

Największym tegorocznym odkryciem, które uznaję za swoje drugie najważniejsze odkrycie muzyczne ostatnich pięciu lat (numer jeden to Sonic Youth), jest osoba Karin Elisabeth Dreijer Andersson. Tę trzydziestopięcioletnią Szwedkę spokojnie można nazwać następczynią Bjork, choć ja osobiście Karin oceniam znacznie wyżej - uznaję ją za wokalistkę i artystkę idealną. W tym roku kupiłem sześć płyt, na których można usłyszeć jej szczególny głos i są to przede wszystkim płyty zespołu The Knife, w którym tworzy razem ze swoim bratem, ale także jej solowy projekt Fever Ray z zimną, surową muzyką, jej indie-rockowy zespół z lat dziewięćdziesiątych Honey Is Cool, oraz jej gościnny występ na drugiej płycie norweskiego zespołu Royksopp, w utworze "What Else Is There?", który wiele osób słusznie uznaje za niezwykły, zwłaszcza wtedy gdy obejrzą go razem z fantastycznym teledyskiem - polecam YouTube. Na The Knife trafiłem dzięki serwisowi Last.fm i od razu ich pokochałem - to absolutny numer jeden mijającego roku i nie mam pojęcia czemu wcześniej ich nie znałem, skoro płyty wydawali w połowie mijającej dekady. Od The Knife dostałem to czego mi brakowało - mocno elektroniczny, odważny pop, z pięknym wokalem i niezwykłym, skandynawskim klimatem, który często kojarzy mi się z innym krajem - z Japonią. Polecam przede wszystkim utwory "Marble House", "Heartbeats", "Pass This On", "Like A Pen", "We Share Our Mother's Health" lub "Silent Shout" - wszystkie do obejrzenia na YouTube. Ten pierwszy to zarazem najważniejszy utwór jaki usłyszałem w roku 2010.

Drugim bardzo ważnym odkryciem mijającego roku był zespół Hooverphonic - także znaleziony przeze mnie dzięki Last.fm. Po raz kolejny wokalistka, po raz kolejny nietypowa muzyka pop, miejscami bardzo zbliżona do mojego ukochanego trip-hopu. Zespół pochodzący z Belgii, mający na początku inną wokalistkę, także znakomitą, wydający płyty już od połowy lat dziewięćdziesiątych. Jakim cudem usłyszałem o nich dopiero teraz? Jestem muzyczną gapą - ot co. ;) Jeśli ktoś chce posłuchać mojej drugiej tegorocznej miłości muzycznej, niech sprawdzi na YouTube choćby "Mad About You" lub "2 Wicky". Gdybym odkrył ich wcześniej na pewno poszedłbym na zeszłoroczny koncert w Warszawie.

Trzecie odkrycie muzyczne mijającego roku to oczywiście Closterkeller, do którego przez ostatnie kilkanaście lat nie byłem przekonany z nie do końca wiadomego powodu. Uważałem to co tworzą za twór sztuczny, wydumany, zbyt prostacki - wydawało mi się, że to takie Ich Troje polskiego gotyku. Do Closterkeller próbowałem się przekonać gdy poznałem koleżankę Igę, MetalMią zwaną, ale objawieniem była dopiero scena z obejrzanego przeze mnie w tym roku filmu "Wojna polsko-ruska". Główny bohater - Silny - włącza w niej swój amplituner i słyszymy początek najlepszego utworu zespołu Closterkeller - "Scarlet". Film jest świetny, książka jeszcze lepsza, a zespół Closterkeller szybko uznałem za jeden z najważniejszych polskich zespołów, nie tylko gotyckich, choć nadal zauważam w nim tę odrobinkę tandetności. Poza utworem "Scarlet" polecam choćby moją ukochaną "Agnieszkę". ;) Kupiłem wszystkie płyty Closterkeller, które mogłem kupić - brakuje mi jednej, a we wrześniu poszedłem także na ich koncert w Puławach. Teledysk do ich najnowszego singla także postawał w Puławach.

To trzy najważniejsze odkrycia, trzy najważniejsze miłości, ale muszę wymienić także Fionę Apple, amerykańską artystkę bardzo zbliżoną do Tori Amos, nie tylko dlatego, że obie, jak twierdzą, są ofiarami gwałtu. Swoją drogą mam chyba słabość do ofiar gwałtu... Fiona Apple wydała tylko trzy płyty, z czego pierwszą już w wieku szesnastu lat, jednak wszystkie trzy są piękne. Mało przebojowe, ale jednak piękne i ambitne. Siłą Tori Amos jest większa przebojowość, większy dramatyzm, większe zróżnicowanie, ale niekiedy mam ochotę właśnie Fionę Apple ocenić wyżej od swojej rudowłosej idolki. Jeśli miałbym kogoś przekonać do Fiony Apple to poleciłbym utwór "Across The Universe", najlepiej wraz z pięknym teledyskiem, oraz na przykład "Not About Love", także koniecznie z teledyskiem. Fiony nie odkryłem dzięki Last.fm, lecz dzięki Dorocie, która najwidoczniej też ją docenia...

Następnym moim odkryciem jest niesamowity eksperymentator, przeprowadzający udane ekperymenty na muzyce elektronicznej - Mr. Oizo. Ten Francuz znany jest wszystkim z utworu "Flat Beat", który dawno temu był wykorzystany w popularnej reklamie z żółtym, pluszowym pieskiem kiwającym głową w rytm muzyki. Utwór był doskonały, ale Mr. Oizo takich utworów zrobił znacznie więcej i wszystkie wyszły rewelacyjne. Są mocno eksperymentalne, ale łatwo przyswajalne dzięki melodyjności. Zainteresowanym polecam utwór "Positif" znadujący się na YouTube. Wcześniej moimi elektronicznymi idolami byli The Chemical Brothers, ale Mr. Oizo udało się ich przebić - płyta "Lambs Anger" jest doskonała i warto było na nią wydać 60 złotych. Mr. Oizo odkryłem dzięki naszej firmowej artystce tworzącej muzykę, która w tym roku porzuciła smsy - Ilonie D.

Zespół Pixies odkryłem natomiast dzięki koledze perkusiście, który także już u nas nie pracuje. Pixies to amerykański zespół grający indie-rocka, czyli moją ulubioną odmianę rocka - gatunek dla ludzi, którzy jedną nogą swojej duszy zawsze są na tamtym świecie, dla ćpunów, którzy niekoniecznie ćpają. ;) Wydali sporo płyt, ale dwie pierwsze są najbardziej wartościowe, a utwór "Where Is My Mind?" jest jednym z najważniejszych utworów na Ziemii i mogę go słuchać nawet kilkanaście razy z rzędu, szczególnie gdy jadę rowerem. Pixies jest zbliżony do Sonic Youth, ale gra jednak mniej eksperymentalnie, czego oczywiście nie uznaję za wadę.

Muszę wspomnieć także o powstałym dwa lata temu kanadyjskim zespole Crystal Castles. Interesująca wokalistka o ćpuńskim wyglądzie - Alice Glass, mająca dopiero 22 lata, śpiewa, jęczy i krzyczy na wszelkie możliwe sposoby. To taki punk przyszłości - muzyka, która wyprzedza swój czas, jest czymś nowym lub przynajmniej stwarza takie pozory. Na płytach wiele się dzieje, jest ciekawie, jest melodyjnie i chaotycznie zarazem. Do lat osiemdziesiątych nawiązują dźwięki syntezatora rodem z mikrokomputera Atari - to także dzięki nim zespół ma swoje charakterystyczne, jedyne w swoim rodzaju brzmienie. Wyjątkowe są też teksty, dobre dla wszystkich, którzy chcą popełnić samobójstwo. ;) Mnie kupili, dzięki czemu ja kupiłem ich dwa albumy - niezbyt przebojowe, trudne, ale jednak wartościowe. Jeśli miałbym określić co jest muzyką przyszłości to wskazałbym właśnie na Crystal Castles. Polecam utwory "Baptism", "Xxzxcuzx Me" lub "Alice Practice". Ta muzyka pomaga człowiekowi gdy jest mu źle... Przynajmniej mi. Ostatnio dawkuję ją sobie regularnie.

Warto wspomnieć też o Marcinie Różyckim, który powoli zaczął mnie nawracać na poezję śpiewaną. To nie moje odkrycie, tylko mojej starszej siostry - Marcin jest artystą pochodzącym z Lublina, grającym muzykę mało popularną, która początkowo w ogóle mnie nie interesowała. W tym roku byłem jednak na jego trzech koncertach, na które poszedłem głównie po to by towarzyszyć siostrze i... Właśnie na nich Pan Marcin przekonał mnie do siebie, tak samo jak do całej poezji śpiewanej i nie tylko śpiewanej. Zrobił to lepiej niż moja pani profesor od polskiego. W efekcie przekonałem się także do Marka Grechuty, którego piosenki Marcin Różycki często śpiewa na swoich koncertach. W sumie do poezji śpiewanej nie przekonał mnie wcale Różycki, tylko Dorota, poprzez to, że słuchała Starego Dobrego Małżeństwa, ale to Różycki dokończył dzieła. Jeszcze trochę i zacznę pisać wiersze. O Dorocie oczywiście... ;) Ładna jest historia Marcina Różyckiego i jego pierwszej miłości, którą poznał w sanatorium, gdy był nastolatkiem. On z Lublina, ona z Częstochowy - poznali się w sanatorium. Jako dorośli ludzie odnaleźli się, prawdopodobnie dzięki serwisowi NK, i są ponownie razem. Jaka szkoda, że ja nie byłem w żadnym sanatorium... Może znalazłbym tam swoją miłość.

Wracając do muzyki, choć miłość i muzyka to jedno - bardzo dobra okazała się najnowsza płyta The Prodigy, bardzo marną wydał niegdyś przeze mnie kochany Goldfrapp. Interesujący jest Blonde Redhead i Flykkiller, a mało interesujący Bat For Lashes. Hey - w tym roku kupiłem kolejne ich płyty i brakuje mi już tylko jednej. Zacząłem od puławskiej Siekiery, skończyłem na Marku Grechucie. Jedno jest pewne - mam czego słuchać, ale też mam co kupować. Poza tym z pewnością pozostało coś jeszcze do odkrycia...


"And you
you knew the hand of a devil
and you
kept us awake with wolves teeth
sharing different heart beats in one night"

The Knife "Heatbeats"


2010.12.15 / Środa / 21:08 - Skończyłem się

Skończyłem się, wypaliłem, zużyłem... Rok 2010 doprowadził mnie do zresetowania, czyli w sumie do niczego konkretnego, a moja przyszłość to już tylko wegetacja. W przyszłym roku pewnie nawet na rowerze już nie będę mógł tak dużo jeździć, przez te bóle serca, które mnie nawiedzają i będą nawiedzać z coraz większą intensywnością. Dziewczyny nie znajdę już nigdy, a jak znajdę, to nie taką jakiej chcę. Pracę nawet jeśli zmienię, to na dokładnie taką samą jaką mam obecnie. Na 90% swój żywot zakończę samobójstwem, dołączając tym sposobem do innych wielkich tego świata, którzy mieli odwagę odebrać sobie życie, lub nie mieli odwagi żyć...

Innymi słowy - ściąłem włosy.


"Pani patrzy - melancholijnie
Skąd ma pani tę melancholię?"

Marek Grechuta "Pomarańcze i mandarynki"


2010.12.14 / Wtorek / 23:17 - Świąteczne centrum operatorskie

Mamy już choinkę na firmowym korytarzu i tandetne ozdoby na sali. Zrobiło się dzięki temu choć trochę świątecznie, ale w sumie nadal nie czuję klimatu zbliżających się świąt... Słyszałem dzisiaj, że w Wigilię będą u nas czternastogodzinne dyżury, od 17:00 do 7:00 rano? Nie wiem tylko czy dobrze słyszałem... W każdym razie do każdej z tych godzin należy dodać premię w postaci pięciu złotych - to mi się kalkuluje. ;)

W tym tygodniu mam aż trzy dni wolne, tak samo jak w przyszłym... Takie są zalety firmy, w której obecnie pracuję - wolność, sporo wolności. Dzięki temu mogę sobie powiedzieć, że w lutym znów pojadę na tydzień do Puław, tak jak rok temu i dwa lata temu. Mam więc na co czekać. Dzięki temu, że czekam na czas wolny łatwiej znosić samą pracę. Warto więc czekać na czerwiec, gdy ponownie będę miał miesiąc wolnego - ponownie pojadę do Puław, ale może też gdzie indziej... Może w Bieszczady? ;) Z powodów tej wolności nie przenoszę się do nowej firmy, nie idę na rozmowę kwalifikacyjną, choć kolega myśli pewnie, że przyjdę... W sobotę wybywam do Puław, by powrócić stamtąd w środę, wraz z siostrą.

Zaraz idę spać. Napiszę jeszcze tylko, że dzisiaj zostałem zrozumiany - zrozumiano moje zachowanie, moje szaleństwo, mój upadek. Taką mam przynajmniej nadzieję. To miło.

Wrzuciłem swój teledysk do telefonu i katowałem się nim dzisiaj kilkadziesiąt razy... Choćby podczas powrotu autobusem do domu odtworzyłem go jakieś dziesięc razy... Może niepotrzebnie go zmontowałem, bo ostatnio byłem w całkiem dobrym nastroju, a przez to coś ponownie zrozumiałem jak wiele utraciłem...

Nastrój poprawił mi się nieco dzięki płycie Marka Grechuty, która dzisiaj przyszła do mnie pocztą. Fajnie... To ostatnia płyta zakupiona przeze mnie w tym roku - płyta numer sześćdziesiąt jeden.

Ostatnio mam słabość do rudego koloru... W przyszłym roku muszę się zapoznać bliżej z jakąś prawdziwie rudowłosą dziewczyną.

Idę spać.


2010.12.13 / Poniedziałek / 22:17 - Zero randek, zero kobiet

Kolejne zdjęcie Płońska - skoro pierwszy i ostatni raz w życiu tam byłem, to mogę wrzucić dwa zdjęcia na bloga. Ta ulica to ścisłe centrum - największa w mieście. ;)

Już w drodze do Płońska wysłałem pannie Paulinie, z którą byłem umówiony na godzinę 17:00, smsa, w którym wyjaśniłem, że nie poszedłem do pracy, bo wybrałem się na wycieczkę do Płońska. Nie dostałem żadnej odpowiedzi. W drodze powrotnej wysłałem kilka kolejnych smsów, w których pisałem, że gdyby chciała to możemy się spotkać wcześniej, a jeśli nie, to spotkamy się tak jak planowaliśmy - o 17:00. Na te smsy też nie dostałem odpowiedzi. Po powrocie do Warszawy o godzinie 14:00 próbowałem do niej zadzwonić kilkukrotnie - nie odbierała. Miała prawo, bo przecież oficjalnie byliśmy umówieni na 17:00, wcześniej mogła więc zajmować się czym chciała. Mimo tego napisałem wtedy, że o 16:00 będę w Kinotece i jak zechce do mnie dołączyć to zapraszam... Przy Pałacu Kultury byłem już o 15:00, posiedziałem w środku, obszedłem go dookoła oglądając przy okazji bardzo fajne lodowisko - nagle zachciałem nauczyć się jeździć na łyżwach. ;) O 16:00 nie zastałem panny Pauliny w Kinotece i nadal nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Poszedłem do nie lubianych przeze mnie Złotych Tarasów i tam, około 16:15 doczekałem się wreszcie jednego smsa, z wyjaśnieniem, że nie możemy się spotkać, a raczej możemy, ale dopiero o godzinie 19:00 więc to nie ma sensu. Panna Paulina napisała coś o swoim psie i schronisku na Paluchu, o tym, że musi tam jeszcze raz jechać i dlatego nie może przyjść na spotkanie. Zapewne nie mam powodu uznawać tego za nieprawdę, ale... Moje zaufanie do panny Pauliny sięgnęło zera, tak samo jak chęć na kolejne spotkanie. Przypominam, że już wcześniej dwa spotkania z panną Pauliną były przez nią odwołane, teraz udało jej się tego dokonać po raz trzeci. Czwartej okazji raczej nie będzie miała. ;)

Na ten rok wystarczy mi już wszelkich randek - udanych i nie udanych. Wkrótce podsumuję je wszystkie na swoim blogu - tak jak podsumowuję wszystko co się da podsumować pod koniec roku. Podsumuję chyba też swoją głupotę...

W sumie wczoraj spotkała mnie kara za to, że chciałem w jednym dniu umówić się z dwiema dziewczynami. Zamiast dwóch randek miałem zero. ;D

Jutro idę do pracy - swojej starej, dobrej pracy, której nienawidzę i którą doceniam. Na dzień dzisiejszy nie wybieram się już do nowej firmy, do której zaprasza mnie kolega Sebastian. Kolega na którym zawsze można polegać, który jest bardzo porządnym człowiekiem, i który pewnie ma rację mówiąc, że w nowej firmie byłoby mi dużo lepiej. Mimo wszystko... Nie.

Może zmienię zdanie... Może nie zmienię i pojadę do Puław po sobotnim dyżurze, rezygnując z alternatywnej wersji przyszłości. Dobrze podsumowała to panna Joanna, która wczoraj wieczorem jednak ponownie się do mnie odzywała - nie chcę iść do tej firmy dlatego bo musiałbym w niej dorosnąć. Taka właśnie jest prawda.

Tak w ogóle to panna Joanna próbowała też wytłumaczyć mi czemu nie odpisywała na moje smsy, ale w sumie to nie zrozumiałem i nie uwierzyłem... :P Nie wierz nigdy kobiecie, zwłaszcza jeśli jest zodiakalnym rakiem lub ma na imię Joanna.

Dziś wieczorem zainstalowałem sobie świetny program do montażu filmów i wypróbowałem go montując teledysk składający się z filmików przedstawiających mnie i Dorotę - moją boginię na zawsze. Mam tych filmików kilkadziesiąt więc znalazłem trochę materiału idealnie nadającego się do dołowania. Jako podkład muzyczny użyty jest utwór, który zawsze kojarzył mi się z Dorotą, choć do końca nie wiem czemu, być może przez "Dzieci z dworca ZOO"... Jeden z najpiękniejszych i najsmutniejszych utworów świata.


"I, I will be king
And you, you will be queen
Though nothing will drive them away
We can be Heroes, just for one day
We can be us, just for one day"

David Bowie "Heroes"


2010.12.12 / Niedziela / 20:54 - Płońsk o zgrozo

W drodze do Płońska, tak samo jak przez całe dwa lata znajomości z panną Joanną, wyobrażałem sobie to leżące na Mazowszu miasto jako miasto. ;) Panna Joanna pracuje w szpitalu więc myślałem, że Płońsk musi rozmiarem dorównywać Puławom skoro jest w nim szpital. Nic bardziej mylnego.

Gdy wyjeżdżałem z Warszawy, panna Joanna zupełnie przestała się odzywać, choć jeszcze chwilę wcześniej była jak zwykle miła i na swój sposób zabawna. W ogóle jest to jedna z najzabawniejszych dziewczyn jakie znam. Sądziłem, że może nie odzywa się do mnie bo jest właśnie w trakcie typowo kobiecych przygotowań do spotkania z mężczyzną, którym prawie jestem. Po niemal dwóch godzinach jazdy PKS wjechał do tego czegoś co nosi nazwę Płońsk i bardzo szybko zrozumiałem w jakim błędzie byłem - popadłem w małomiasteczkową depresję prowincjonalną. ;) Po wyjściu z autobusu otrzymałem pierwszy kopniak w dupę - panny Joanny nie było na dworcu PKS. Chwilę później drugi kopniak - panna Joanna nie odbierała telefonu gdy do niej dzwoniłem. Trzeci kopniak trwał długo, przez całe dwie godziny mojej wizyty w tym smutnym pseudomieście - gdy nie otrzymałem ani jednego smsa, ani jednego wyjaśnienia... Z żalem spisałem więc pannę Joannę na straty i ruszyłem przed siebie, z mapą Targeo w telefonie - przyjechałem tam w końcu także po to by poznać nowe miasto, które szybko okazało się miastem niewartym tego, by je poznawać. ;)

Snułem się więc jak głupi - z żałosnego dworca PKS, na którym oczywiście nie ma żadnej kasy, udałem się na dworzec PKP, który swoją żałosnością przebija wszystko co widziałem w życiu, nawet najgorsze poddęblińskie wsie, w których mieszkańcy gwałcą kozy (to nie fikcja). Taki na przykład Dęblin, z którego dotychczas nieco się nabijałem, od dzisiaj jest przeze mnie uznawany za prawdziwe miasto z klasą. Po Dęblinie przynajmniej jeżdżą busy, którymi mieszkańcy mogą podróżować z jednego końca miasta na drugi, natomiast w Płońsku trzeba wszędzie chodzić pieszo. Jednak najgorsi są ludzie zamieszkujący to miasto, albo przynajmniej Ci, których w to niedzielne południe spotkałem na ulicach. Spacer doprowadził mnie do wniosku, że 90% populacji Płońska stanowią dresiarze i ich głupie dziewczyny. Nigdy w życiu nie mijałem tylu samochodów, w których na cały regulator grałoby typowe dla dresiarstwa techno z podbitymi na max basami. Nigdy nie widziałem tylu dresiarzy szwędających się po ulicach z flaszkami w ręku i tylu meneli stojących na skwerkach - nawet na Pradze Północ. Cóż, tak wygląda polska prowincja. Nie wiem jak normalni ludzie wytrzymują w takich miejscach, ale ja osobiście zapragnąłem stamtąd jak najprędzej uciec jako jedyny długowłosy chłopiec w glanach. ;)

W drodze ze stacji PKP skręciłem w niewłaściwą uliczkę, tę widoczną na zdjęciu, a następnie zgubiłem się mimo tego, że miałem przy sobie mapę. Na szczęście po chwili szczęśliwie się odnalazłem i mogłem ruszyć w stronę szpitala, który jest chyba największym budynkiem w mieście. Spod szpitala wróciłem się na dworzec PKS i kilka minut później odjechałem zapchanym PKSem do swojej ukochanej Warszawy... I nie tylko Warszawa jest ukochana - ukochany jest Truskaw, Izabelin, Laski, Mościska... Ukochane są Puławy, Dęblin i Lublin, Kazimierz Dolny, Nałęczów, a nawet Kielce i Rzeszów. Wszystko jest ukochane poza Płońskiem i innymi dziurami podobnymi do niego.

Ciekawe czy miałbym takie samo zdanie o tym mieście gdyby jednak panna Joanna przyszła się ze mną spotkać, jak normalny człowiek. :P Skoro tak się zachowują 26 letnie dziewczyny, to ja jednak wolę małolaty. :P

W Warszawie czekała mnie druga atrakcja dnia - randka z panną Pauliną. O niej w następnej notce... ;)


2010.12.12 / Niedziela / 19:43 - Pan Michał w drodze do Płońska

Wsiadłem do PKSu o godzinie 10:30, ale już godzinę wcześniej pisałem do panny Joanny, że dzisiaj zjawię się w jej mieście, tak jak to zapowiadałem od dawna, nie wyznaczając konkretnej daty. Podobno przy okazji obudziłem ją swoimi smsami, ale bardzo dobrze zrobiłem, bo dzięki temu dałem jej czas na ogarnięcie się i przyjście po mnie na dworzec PKS w Płońsku. To miała być taka spontaniczna niespodziewanka, ale...

Ciąg dalszy w kolejnej notce... ;)


2010.12.12 / Niedziela / 19:20 - Firma alternatywna

Dzień miałem dosyć interesujący, choć niekoniecznie z tych powodów z jakich bym chciał. Zaczął się od mojego spaceru z metra na ulicę Emilii Plater, przy której mieści się siedziba mojej potencjalnej, przyszłej firmy. Ulica bardzo mi się podoba, jest to ta część Śródmieścia, którą lubię najbardziej, a dziwnym trafem dopiero miesiąc temu szedłem nią pierwszy raz w życiu, na tym odcinku. Sam budynek też jest zacny i nowoczesny, z pewnością prezentuje się lepiej niż obecna siedziba obecnej firmy. Pod tymi dwoma względami bardzo mi się tam podoba - okolica i budynek mi pasują, zobaczymy jak będzie z resztą. Pewnie pódję na tę rozmowę kwalifikacyjną, nie będę sobie robił żartów skoro kolega był taki miły, że zechciał mnie o tej pracy poinformować.

Spacer na ulicę Emilii Plater sprawił, że zabrakło mi czasu na dostanie się do pracy, dlatego dzisiejszy dyżur sobie odpuściłem. Jak widać, można być wagarowiczem nawet w wieku dwudziestu ośmiu lat... ;) Trochę to żałosne, ale bardzo w moim stylu.

Postanowiłem ten dzień spędzić inaczej - udałem się na Dworzec Zachodni PKS i tam kupiłem bilet na autobus odjeżdżający do miasta, które jest oddalone od Warszawy o około 60 kilometrów i nosi nazwę Płońsk. Mieszka w nim panna Joanna, moja wirtualna koleżanka, którą znam od ponad dwóch lat, i z którą bardzo często rozmawiam poprzez smsy oraz Internet, ale z którą nigdy się nie spotkałem, a nawet nie rozmawiałem przez telefon, bo nie odbiera ona telefonów. Nie znam też jej nazwiska, ale przynajmniej widziałem ją na trzech zdjęciach... ;) Pojechałem więc do jej miasta, by po raz pierwszy w życiu się z nią spotkać i...

O tym w następnej notce. :)


2010.12.12 / Niedziela / 06:42 - Zakochaj się w Warszawie

Pamiętam jak ogłoszono konkurs na hasło promujące Warszawę i wygrało wtedy "Zakochaj się w Warszawie", które bardzo mi się podoba, ze względu na swoją dwuznaczność. Ciężko byłoby wymyślić lepsze.

Za chwilę wyjdę z domu, by udać się na kolejny dyżur w pracy, a osiem godzin później wyjdę z pracy, by udać się na spotkanie z Pauliną. Nie wiadomo czy pójdziemy na spacer po Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie, bo pogoda raczej do tego nie zachęca, ale możliwe, że i tak będzie miło, zwłaszcza jeśli wpadnę w dobry nastrój, co nie jest łatwe bez wódki... ;) To zwykłe, koleżeńskie spotkanie, bo wszystkie moje tegoroczne spotkania z dziewczynami miały charakter koleżeński. To w sumie sympatyczne, ale jednak chciałbym się wreszcie spotykać z kimś w bardziej "intensywnym" celu, lub po prostu - spotykać się z kimś bardziej intensywnym. ;) Choć sam osobiście nie jestem ani intensywny, ani fascynujący, ani niczym nie mogę imponować, to przynajmniej mam cel, którym jest związek, zakochanie, miłość i inne wzniosłości. :) Byłoby to możliwe tylko z kimś, z kim naprawdę dobrze się rozumiem, kto nie obraża się na mnie z powodu mojej wrodzonej złośliwości i czarnego poczucia humoru, kto nie liczy tylko na komplementy i słodkości. Z kimś podobnym do mnie. :)

To co pisałem dwie notki temu, że uroda jest najważniejsza to czysta gównoprawda, wiem o tym i z tą wiedzą kontynuuję swoje poszukiwania potencjalnej partnerki. W międzyczasie zawsze mogę się spotkać z jakąś koleżanką, choćby taką jak Paulina, która zapewne wkrótce przestanie się ze mną spotykać.

Jako dziewczyna unikałbym spotkań z Panem Michałem. Ani to ładne, ani zaradne, ani opiekuńcze, ani inteligentne. Jak niefajnie być mną i ze mną. :)


2010.12.11 / Sobota / 22:28 - MNI beze mnie?

Nasz piękny i nowoczesny inaczej biurowiec przy ulicy Miedzianej stoi tak jak stał. Pierwszy raz na tą ulicę zawitałem jakieś osiem lat temu, gdy przyprowadził mnie na nią tata, snujący opowieść o swojej kamienicy, w której żył jako dziecko. Kilka lat później często przejeżdżałem tą ulicą rowerem, w drodze do firmy, która wtedy miała swoją siedzibę na Żurawiej. Nigdy jednak nie zwracałem uwagi na ten czteropiętrowy budynek i nigdy nie przyszło mi do głowy, że nasza firma się do niego przeniesie. Niestety w roku 2009 stało się to faktem - przeprowdzka była sporą nieprzyjemnością, warunki znacząco się pogorszyły i przy okazji zagubił się gdzieś klimat, który panował w budynku Radia Zet - klimat sukcesu. ;) Z kapitalizmu trafiliśmy do PRLu. Nie odczułem tego wszystkiego dotkliwie tylko z tego powodu, że byłem wtedy zajęty innymi - oczywistymi sprawami.

Jeśli teraz zdecyduję się odejść z MNI, by przenieść się do firmy kolegi, to czeka mnie kolejna poważna zmiana w moim spokojnym życiu, a ja nie lubię zmian - jestem zwolennikiem stabilizacji. W związku z tym zaczęły mi dzisiaj przychodzić do głowy pomysły, by w ogóle nie iść na tę rozmowę kwalifikacyjną, a raczej na spotkanie ze swoim przyszłym szefem, tylko zostać w MNI na kolejne tygodnie, miesiące, lata... Tak do trzydziestki albo i dłużej. Przy okazji mógłbym dzięki temu pojechać do Puław. ;)

Zatrudniłem się w MNI gdy miałem 23 lata, teraz mam lat 28. Jestem jednym z tych operatorów, którzy tkwią w tej firmie najdłużej. Właściwie z tego co się orientuję to jedynie nasza firmowa artystka-malarka i zarazem jedna z najpiękniejszych i najsympatyczniejszych znanych mi dziewczyn - Rozalka - pracuje w niej dłużej ode mnie, czyli ponad sześć lat, oraz jeden kolega, który zwalniał się już kilka razy i zawsze powracał. Zasiedziałem się strasznie w tym miejscu, wrosłem w nie, stałem się jego częścią, choć nie jestem w nim nikim znaczącym i nigdy nawet nie starałem się wykonywać swojej pracy jak najlepiej. Tak jak pisałem - lubię stabilizację, nie lubię zmian. Nienawidzę swojej pracy, ale bardzo lubię samą firmę, choć w sumie w tej firmie tak naprawdę się nie pracuje, to jest tylko zabawa w pracę...

Ciężko będzie odejść...

Poniżej link do starej, któtkiej notki, w której wspominam o ulicy Miedzianej - nie miałem wtedy pojęcia, że będę przy niej kiedyś pracował, tak samo jak dawno temu nie miałem pojęcia, że będę mieszkał dziesięć kilometrów od Warszawy. W sumie już wtedy bardzo lubiłem stolicę, w swoim dzieciństwie, gdy przyjeżdżałem z tatą do dziadka lub po ważniejsze zakupy, takie jak komputer. Wszystko było wtedy takie wielkie...


2010.12.10 / Piątek / 20:32 - Nowy rok, nowa praca?

W skrócie będzie, bo notka, która stworzyłem nie przypadła mi do gustu...

Wczoraj obejrzałem film "Czerdziestoletni prawiczek" i dostrzegłem wielkie podobieństwo między tą postacią, a mną samym, mimo, że prawiczkiem już chyba nie jestem... Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić w jakim konkretnie momencie mężczyzna przestaje być prawiczkiem? Bo mam problemy z ustaleniem daty...

Wczoraj zadzwonił do mnie kolega Sebastian, który odszedł z naszej firmy niemal rok temu i zaproponował mi, żebym wraz z początkiem stycznia podjął pracę u niego w firmie. Otwierają tam nowy dział, do którego być może pasowałbym idealnie. Jestem umówiony na rozmowę kwalifikacyjną, która odbędzie się dwudziestego grudnia. Wtedy też podejmę decyzję jak postąpić.

W związku z rozmową kwalifikacyjną nie mogę jechać do Puław przed świętami, tak jak planowałem, na cztery, a nawet pięć dni. Szkoda.

Miałem dzisiaj w firmie wytypować dla kolegi osoby, które są na tyle solidne, by nadawały się do tej nowej pracy - wytypowałem dwie koleżanki - jedna z nich jest zainteresowana. Spośród kilkudziesięciu pracowników nikogo poza tymi dwiema dziewczynami nie uznałem za ludzi solidnych.

Dzisiaj do pracy wybrałem się późniejszym autobusem, którym jeździ najpiękniejsza-dziewczyna-z-Truskawia, ale nie ta, o której ostatnio pisałem i do której miałem wysłać list, tylko ta pierwsza-najpiękniejsza, w którą wpatruję się już od ponad roku. Bez kitu - jestem w niej zakochany - jak zwykle. ;) Odezwę się do niej, tylko jeszcze nie teraz, choć właśnie teraz jest wolna... Kiedyś zdechnę z żalu gdy zobaczę, że już kogoś ma. Niebieskooka blondynka z gitarą... Choć oczywiście nie zawsze ma przy sobie gitarę. ;)

Panna Paulina także jest świetną i piękną dziewczyną, ale nie jestem w niej zakochany. Tak samo jak w pannie Sylwii nie jestem zakochany. I we wszystkich innych. Jestem pojebanym człowiekiem i lubię sobie mówić, że jestem w kimś zakochany tylko dlatego, że ta osoba mi się nieziemsko podoba. Wygląd jest najważniejszy, nie tylko na początku... Pierwsze wrażenie jest zajebiście ważne.

Nigdy już nie będę próbował być z kimś w kim nie jestem zakochany...

Cholera, ta notka też nie przypadła mi do gustu, ale nie będę jej już kasował... Chyba w związku z dylematem zawodowym jestem w dziwnym nastroju.


"Zmiany nie są dobre Leonie"

Cytat z filmu "Leon"


2010.12.08 / Środa / 22:03 - Angel of suffering

Byłem w pracy tylko cztery i pół godziny - uroczo, zajebiście, pięknie. Wpisałem się na listę chętnych do odbycia dyżuru w Sylwestra, oraz w... Wigilię. :) Na Sylwestra chce przyjść wielu pracowników, ale na listę Wigilijną zapisało się tylko dwóch... Ja nie przepadam za Wigilią w domu, dlatego chętnie wybiorę się wtedy do pracy, zarabiając przy okazji dodatkową stówę... Nie będę musiał dzielić się opłatkiem, uff. ;)

Ogólnie jestem od wczoraj w przeciętnej formie psycho-schizo-fizycznej i znowu chcę mi się palić, ale palenie rzuciłem już kilka miesięcy temu. Nie mogę już wrócić do tego nałogu ze względu na moje słabe serce, które daje o sobie znać po każdym wypalonym papierosku. Moje serce jest tak samo słabe jak mózg.

Poza tym uświadomiłem sobie, że nie mam od kogo zarazić się opryszczką i zrobiło mi się smutno z tego powodu... Tym bardziej potrzebuję niedzielnego spotkania z panną Pauliną - jeśli znowu coś jej wypadnie, zapalę papierosa, który mnie zabije.

Dobrze, że ostatnio przynajmniej jest w miarę ciepło... Zacząłem słuchać smutnych piosenek i Crystal Castles.

Koniec pierdolenia - idę spać.


2010.12.08 / Środa / 12:13 - Warszawa vs Bieszczady

Kolejne zdjęcie z mojego wczorajszego spaceru po najpiękniejszych ulicach Warszawy. Dzisiaj będę miał kolejny spacer - od stacji metra do mojej firmy na Miedzianej... :/ Przez kolejne pięć dni pracuję, ale za to w niedzielę, po pracy, jestem umówiony na spacer z panną Pauliną. Spacer po miejscu widocznym na tym zdjęciu i kilku innych. Yes, cieszę się. :) Gorącza czekolada na pewno się przyda - w niedzielę ma powrócić prawdziwy mróz...

Zmykam wróżyć.


2010.12.07 / Wtorek / 21:11 - Nowy Świat świątecznie

Swój trzeci wolny dzień spędziłem w domu, gdzie przez ponad godzinę nie było prądu, a następnie w Warszawie, spacerując samotnie po Śródmieściu. Najpierw przeszedłem się do Radia Zet, by sprawdzić co tam się zmieniło - w sumie nic poza recepcją, która teraz jest totalnie wystrzelona w kosmos, no i poza tym, że na trzecim piętrze już nie ma naszej firmy. Z ulicy Żurawiej udałem się na Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście, by obejrzeć tą samą dekorację, która wisiała tam rok temu i dwa lata temu... W sumie bardzo ładnie, nastrojowo, świątecznie... W dodatku wcale nie było mi smutno, że spaceruję samotnie - ostatnio lubię swoją samotność. Panna Paulina wspominała, że moglibyśmy tam razem pójść, więc może jeszcze w grudniu się spotkamy, a jeśli nie... Da się z tym żyć. Pewnie powinienem być bardziej zdecydowany i chętniej się umawiać na wszelkie spotkania, zwłaszcza z panną Pauliną, ale... Zapadam chyba w uczuciowy sen zimowy...

Poniżej zamieszczam link do zdjęcia ukazującego to samo miejsce dwa lata temu. Wszystko wyglądało wtedy tak samo, ale mój blog był jednak fajniejszy. ;) Miałem wtedy jakiś cel, jakieś marzenia... Dziś nie ma we mnie już niczego.

Dzisiaj na PhotoBlogu zaszły zmiany, których jeszcze do końca nie ogarniam... Mam klikać przycisk "fajne" przy zdjęciu każdej dziewczyny, która mi się podoba? Ok. :P


2010.12.07 / Wtorek / 20:54 - Kotka Dorotka

Kilka dni temu do naszej rodziny dołączyła ta oto kotka, którą nazwaliśmy Dorotka. ;) Sama sobie weszła do garażu i już nie chciała z niego wyjść... Możliwe, że przyciągnęły ją do nas myszy, które tata łapie w pułapki, a następnie morduje i wyrzuca na kompost. Podobno w tym roku złapało się ich w naszym domu już ponad trzydzieści...

W sumie to nawet nie mamy pewności czy Dorotka to kotka czy kot, bo dotychczas nikomu nie udało się przeprowadzić analizy płci. ;) Taka sobie ta kotka... Niezbyt piękna i niezbyt ufna. Będzie chciała - zostanie, nie będzie chciała - odejdzie. Kajtek ją toleruje i to jest najważniejsze. Myszy ci u nas dostatek.


2010.12.05 / Niedziela / 23:30 - Nudy na pudy

Co to są pudy? Tego nie wiem, a nie chce mi się sprawdzać w Internecie, ale na pewno lubię gdy w pracy jest nudno. Ostatnio jest tak na nockach, po godzinie 3:00, gdy kończy się jedyny program ezoteryczny i nic się nie dzieje. Program ten leci na kanale TVN7, który właśnie od dzisiaj odbieramy za darmo dzięki cyfrowej telewizji naziemnej. W czerwcu zakupiłem cyfrowy tuner DVB-T marki Ferguson i teraz cała rodzina integruje się w pokoju na dole, w naszym zgrzybiałym salonie, wpatrując się w naprawiony kilka miesięcy temu 32 calowy telewizor Panasonic Acuity, który kiedyś stał w moim pokoju. Odkąd go tu nie mam, jestem zmuszony wpatrywać się w mały, 21 calowy telewizor Daewoo - dno dna. Mam jednak w planach zakup 46 calowego Sony Bravia LCD, na który muszę uciułać około 3200 złotych i mam nadzieję, że uda mi się tego dokonać w lutym - właśnie wtedy wybiorę się na zakupy.

W sumie telewizja nie jest taka zła, można w niej znaleźć wartościowe rzeczy, jak choćby oglądany przeze mnie przed chwilą fabularyzowany dokument o katastrofach lotniczych na TV Puls. Ciekawe czy kiedykolwiek będę leciał samolotem?

Dzisiaj byłem wolny, jutro będę wolny, pojutrze też... Siedzę przed komputerem, słucham Michaela Jacksona, a za chwilę położę się do łóżka i poczytam "Bastion" Stephena Kinga, który bardzo przypadł mi do gustu. Ta cała apokalipsa... Apokalipsy są fajne.


2010.12.04 / Sobota / 15:14 - Górki listy piszą

Ostatnio zapoznałem się bliżej z tą skrzynką pocztową stojącą przy Warszawskim Centrum Finansowym. Przypomniałem sobie też jak działa długopis i jak trudno redaguje się teksty nim pisane - nie można klawiszem backspace skasować tego co już się napisało, nie można niczego dodać, trzeba zupełnie inaczej myśleć, z dużym wyprzedzeniem, lub nie myśleć wcale i pisać to co ślina na długopis przyniesie. Pomyślałem sobie, że powrót do szkoły mógłby być dla mnie jednak bardzo bolesny i już chyba nie byłbym w stanie napisać jakiegokolwiek wypracowania na lekcji. Komputer zastąpił długopis na dobre...

W każdym razie te moje koleżanki, które były na tyle nierozsądne, by podać mi Swój adres domowy, mogą już zaglądać do swoich skrzynek na listy w poszukiwaniu listu od Pana Michała. ;) Do najpiękniejszej-mieszkanki-gminy-Izabelin jednak nie napisałem i nie zrobię tego, bo po dłuższym zastanowieniu stwierdziłem, że po pierwsze wcale nie jest ona najpiękniejsza, lecz zajmuje trzecie miejsce w tym dziwnym rankingu, po drugie jest jednak zbyt małoletnia, a po trzecie - najważniejsze - żal mi było pieniędzy na kartkę pocztową i znaczek. ;) Mam już przecież fajne koleżanki, które poznałem w tym roku i w latach poprzednich - do nich mogę pisać, z nimi mogę się spotykać... Przynajmniej teoretycznie... ;) To są naprawdę bardzo fajne dziewczyny - taka na przykład panną Paulina, panna Sylwia, panna Iga, panna Joanna, panna Agnieszka, panna Natalia, panna Kasia... I panna Owca. ;) Zabawne, że imiona się nie powtarzają. Czasami zastanawiam się nawet jakby to było gdybym naprawdę się z kimś związał - czy potrafiłbym odciąć się od innych? Może ja po prostu lubię być wolny, lubię gdy wiem, że wszystko jeszcze przede mną, że nie muszę być za nic odpowiedzialny... W takiej sytuacji wszystko może się zdarzyć, a gdy jest się już w związku... Być może wcale nie jest lepiej.

Dobrze, bzudry piszę, bo przecież z tą właściwą dziewczyną, a raczej tą, którą wbrew wszelkiej logice mój mózg uznał za właściwą, mógłbym zamieszkać na końcu świata, czyli w Lublinie lub w Bieszczadach, porzucając dosłownie wszystko. Póki co była to jedyna dziewczyna, z którą w parze szły takie słowa jak miłość, związek, małżeństwo, dziecko... Takie marzenia. Ale to przeszłość.

Miłe jest to, że dwie dziewczyny poznane na Sympatii, z którymi się spotkałem w mijającym roku, mają na swoim "sympatycznym" profilu ustawione zdjęcie główne, które ja im zrobiłem podczas randki. ;) Jedna z nich nawet na NK ma ustawione zdjęcie mojego autorstwa jako główne - jestem z siebie dumna. W sumie gdybym mógł w życiu utrzymywać się z czegokolwiek co sobie wymarzę, to wymarzyłbym sobie zarabianie na fotografowaniu kobiet. To moja wielka, wielka, wielka pasja, co może potwierdzić każda fotograficznie zadręczona przeze mnie niewiasta, z którą się spotkałem. ;) Ach, gdybym tak miał lustrzankę...

Za dwa dni Mikołajki. Proszę czytelników mojego bloga o to by się złożyli i kupili mi lustrzankę Canon D500 lub przynajmniej box Marka Grechuty - 15 płyt za nieco ponad 200 złotych. :) Jest Was niemal setka - dogadajcie się jakoś i make me happy. ;)


"Będziesz zbierać kwiaty
Będziesz się uśmiechać
Będziesz liczyć gwiazdy
Będziesz na mnie czekać

I Ty właśnie Ty
Będziesz moją damą
I Ty właśnie Ty
Będziesz moją panią"

Marek Grechuta "Będziesz moją panią..."


2010.12.04 / Sobota / 07:30 - Veni Vidi Frozen

Zdjęcie wyjaśnia wszystko - tym razem dotarłem szczęśliwie do zasypanej śniegiem Warszawy, poszedłem na dyżur i zarobiłem kolejne pieniążki na telewizor. Autobus przyjechał o właściwej porze i po drodze nic się w nim nie zepsuło. Cud. Sprawny autobus to w tych czasach prawdziwy rarytas.

Dzisiejsza sobota to dzień oficjalnej, świątecznej iluminacji w Warszawie. Nie będę miał okazji obejrzeć Krakowskiego Przedmieścia ani wielkiej choinki na Placu Zamkowym, bo to trochę nie po drodze do pracy, ale może wybiorę się tam we wtorek... We wtorek mimo dnia wolnego będę musiał udać się do Warszawy, na randkę z samym sobą. ;) Tak w ogóle to nadejście zimy oddaliło w czasie zrobienie przeze mnie prawa jazdy - na kurs powrócę dopiero wiosenną porą. Uff...

Zjem teraz zimne mleko z płatkami i zamarznę do reszty...


2010.12.02 / Czwartek / 22:45 - Szczyt wszystkiego

Zdjęcie byle jakie, w sumie paskudne, ale upamiętniające mój dzisiejszy koszmar, który rozpoczął się o godzinie 7:40, gdy wyszedłem z pracy po długim, nocnym dyżurze i przyjechałem metrem na pętlę autobusową na Młocinach. Charakteryzuje się ona tym, że można na niej poczekać na spóźniający się autobus w budynku, w kulturalnych warunkach, bez konieczności stania na mrozie. Dziś rano nie musiałem tam czekać, bo autobus normalnie przyjechał o godzinie 7:40 i ruszył przed siebie... Niestety po dziesięciu minutach z powodu awarii świateł zakończył swój kurs w miejscu widocznym na zdjęciu. Kierowca wygnał wszystkich pasażerów na mróz i pojechał w sobie tylko znane miejsce, a my wszyscy pozostaliśmy na przystanku, wkurzeni na to, że nastepny autobus przyjedzie dopiero za dwadzieścia minut. Temperatura wynosiła jakieś 12 stopni poniżej zera, opady śniegu były coraz bardziej intensywne, a dodatkowo życie umilał nam silny wiatr. Po dwudziestu minutach jasne stało się, że następny autobus wcale nie przyjedzie, co oczywiście wszystkim oczekującym poprawiło humor. Jedna starsza kobieta zdjeła buty i włożyła do nich gazety, by było jej cieplej, druga zaczęła mówić, że jedzie do chorego człowieka i on umrze jeśli nie zjawi się u niego na czas, a trzecia zaczeła oskarżać o tę zimę Hannę Gronkiewicz-Waltz. ;) Pomyślałem - cóż, następny autobus już za kolejne dwadzieścia minut, jakoś to przeżyję - mróz sprawił, że opuściła mnie senność. W międzyczasie postanowiłem wynieść się z tego zawiewanego przez wiatr przystanku przy McDonaldzie i pojechałem innym autobusem do Mościsk, bliżej domu, ale nie na tyle blisko aby iść stamtąd pieszo. Byłem już wtedy skonany i totalnie przemarznięty, a najbardziej bolały mnie stopy, które zamarzły mimo tego, że chodzę w trzech parach skarpet. Najwidoczniej glany nie są dobre na takie temperatury. W Mościskach, po kolejnych dwudziestu minutach jasne stało się, że ten autobus także nie przyjedzie... Zacząłem się wtedy zastanawiać skąd wziąć gazety, które wepcham sobie do butów... ;) Martwiłem się też o los swojego nosa, którego zupełnie nie czułem. Wybawienie w postaci starego Ikarusa, zimnego jak trup, nadeszło dopiero kilkanaście minut po godzinie 9:00, czyli ponad godzinę od czasu gdy wysiadłem z zepsutego autobusu na Bielanach. W Ikarusie zupełnie nie działało ogrzewanie, przez co było tam dokładnie tak samo zimno jak na dworze - moje marzenie o tym by się rozgrzać nie mogło się spełnić. Aby było jeszcze atrakcyjniej, zepsuły się drzwi, a autobusy te mają system, który nie pozwala im jechać gdy są one otwarte... Przez zamarznięty mózg przeszła mi myśl, że kierowca za chwile wygoni nas wszystkich na ulicę Sierakowską, czyli największe zadupie naszej gminy, a wtedy najpewniej podadłbym już w obłęd. ;) Na szczeście dwóch mężczyzn pomogło zamknąć drzwi na siłę i mogliśmy jechać dalej. Na koniec musiałem jeszcze przejść dwa kilometry przez las, ale najważniejsze było to, że za chwilę wejdę pod kołdrę i ogrzeje swoje ciało suszarką. Tak przeżyłem najgorszą przygodę mojego życia związaną z mrozem.

Po pięciogodzinnym śnie musiałem wstać i przygotować się do kolejnego dyżuru w pracy. Z domu wyszedłem o godzinie 18:00, w Truskawiu byłem dwadzieścia minut później. Na pętli stał zepsuty, a może zakopany w śniegu autobus 708, który całkowicie zablokował ruch i czekał na odholowanie. Przez chwilę miałem nadzieję, że poranny koszmar się nie powtórzy, ale nadzieja ta szybko znikła gdy nie doczekałem się przyjazdu mojego autobusu, tak samo jak kolejnego i kolejnego... :( Nie wiem co się stało, ale po pięćdziesięciu minutach czekania na mrozie, powróciłem do domu, informując supervisora, że nie zjawię się dzisiaj w firmie.

Co będzie jutro?


"The frost hits me in the eye
And wakes me
These are blury winters
And I cannot see

I walk into the white light of the snow
When the sun comes
I break it with my shadow
Which tales me where I go

The frost hits me in the eye
And wakes me"

The Gathering "On most surfaces"