2011.08.31 / Środa / 04:51 - Insurge

Podczas dzisiejszego dyżuru cofnąłem się w czasie o jakieś piętnaście lat, do czasów gdy byłem uczniem podstawówki, czternastolatkiem, a może piętnastolatkiem, który odkrywał "dorosłą" muzykę, cięższą i prawdziwszą niż pop słuchany w dzieciństwie. Dzisiejszej nocy po raz pierwszy od piętnastu lat obejrzałem teledysk do świetnego utworu "Speculator", wykonywanego przez mało znany, australijski zespół Insurge. Po raz pierwszy od tak dawna usłyszałem ten utwór i mogłem przekonać się w jaki sposób odbieram go dzisiaj. Nadal działa na mnie tak jak piętnaście lat temu, lub wręcz podoba mi się jeszcze bardziej. Uwielbiam takie powracanie po latach do muzyki, którą się kiedyś kochało, a z którą później nie miało się styczności. Dzięki YouTube jest to bardzo łatwe, trzeba tylko pamiętać tytuły i nazwy zespołów, a ja dopiero dzisiaj przypomniałem sobie, że ten zespół nazywał się Insurge.

Pewnie żaden inny człowiek, oglądając teledysk do "Speculator" nie poczuje tego co czuję ja. Tylko dla mnie jest to szczególnym doświadczeniem, podróżą w lata mojej młodości. Naciskam play i czuję się tak jakby znowu był rok 1996, jakbym znowu odtwarzał z kasety VHS godzinny program Halogramy nagrany o 6:00 rano w niedzielę. Wszystkie utwory, które w nim wtedy puszczono były przeze mnie wałkowane setki razy, znam je na pamięć, wszystkie darzę wielkim sentymentem, gdyż zaspokajałem wtedy nimi swój głód muzyczny, głód, który może odczuwać tylko czternastolatek.

Naciskam play i znowu jestem dzieckiem. Poniższy utwór nie ma dla Was żadnego znaczenia, ale Wy na pewno też macie coś co pozwala zapomnieć o dorosłości i na chwilę powrócić do prostych, pięknych lat dzieciństwa, gdy wszystko było dopiero przed Wami, gdy mieliście na co czekać.

Niestety, utwór "Speculator" był ostatnią rzeczą z dzieciństwa, której jeszcze nie skonsumowałem w swoim dorosłym życiu. Nie pozostało mi już nic do czego mógłbym w ten sposób powrócić, nic, co mógłbym sobie w ten sposób przypomnieć. Być może za dwadzieścia lat powrócę do czegoś co dobrze znam dzisiaj i ponownie poczuję coś podobnego. Czar wspomnień, dotyk przeszłości... Bo teraźniejszość jest najcenniejsza wtedy, gdy staje się przeszłością.

Za dwadzieścia lat uświadomię sobie jak cudownie jest być trzydziestolatkiem i jak wiele pięknego życia ma się wtedy wciąż przed sobą. Po kolejnych dwudziestu latach zrozumiem, że bycie pięćdziesięciolatkiem także nie jest wcale złe. Dwadzieścia lat później już mnie nie będzie... Was pewnie też.


2011.08.30 / Wtorek / 16:29 - Anything

Była notka, ale znikła. Zmieniła się w bardziej neutralną. Były plany na sobotę, ale już ich nie ma, a raczej są inne. Zamiast gdziekolwiek iść, wracam po pracy prosto do domu, by wyspać się przed kolejnym dyżurem. Tak się ciekawie teraz składa, że niektóre dyżury rozpoczynać będe już o godzinie 6:00 rano, co oznacza, że będe się budzić około 2:40, a szedł spać około 20:00. Tą przyjemność zawdzięczam porannemu programowi ezoterycznemu w telewizji TVN Style, który rozpoczyna się właśnie o godzinie 6:00 rano, a w którym występuje nasz szanowny kolega - wróżbita, człowiek o ujmującej osobowości, wiecznie uśmiechnięty, chyba najbardziej pozytywny człowiek jakiego znam. Kto pragnie go poznać, niech już pierwszego września włączy TVN Style o godzinie 6:00 rano.

Za chwilę jadę na kolejny całonocny dyżur. Na zdjęciu widać nasze nowe biuro, a konkretnie drzwi wejściowe, aneks kuchenny i filar, za którym chowam się przed kamerą. Kamera jest jedną z tych rzeczy, które mi się nie podobają w nowym biurze. Po prawej stronie zdjęcia widać piękne miejsce na lodówkę, tyle, że lodówki jeszcze nie mamy. Musimy sobie na nią zarobić ciężką, uczciwą pracą. ;)


2011.08.28 / Niedziela / 18:45 - Myślę sercem

Piękna pogoda, piękny dzień, choć także trochę smutny. Kończy się sierpień, kończą się wakacje. Dla mnie kończy się jeden z najpiękniejszych miesięcy mojego życia i bardzo bym chciał, by wrzesień był choć trochę do niego podobny. Nie wiem czy będzie, gdyż wszystko stoi obecnie pod znakiem zapytania, ale jedno jest pewne... Nie chcę końca.

W pięknych planach mam wrześniowy wyjazd do Puław, gdyż jednak biorę pełny urlop, muszę odpocząć od pracy, by mieć siłę spędzić w niej całą jesień, zimę i wiosnę. W jeszcze piękniejszych planach mam też październikowy wyjazd do Krakowa, na koncert IAMX, trzydniowy, z dwiema nocami spędzonymi w hotelu, by mieć czas wszystko dokładnie zwiedzić.

Wierzę w to, że naprawdę nie muszę w tych miejscach być całkiem sam, a zarazem nie oczekuję zbyt wiele, bo nie mogę. Czas pokaże jak będzie.


"Lay back for me
You were just exactly what I need
In this cold town"

IAMX "The Alternative"


2011.08.27 / Sobota / 23:31 - Po złej stronie Wisły

Dzisiejsza randka była nietypowa, być może nawet niezbyt udana, ale przynajmniej dzięki niej lepiej się poznaliśmy, bo przeciez ludzie poznają się tak naprawdę nie wtedy gdy jest dobrze, ale wtedy gdy jest źle. Tyle, że dzisiaj wcale nie było źle, było po prostu... Prawdziwie. W zasadzie sferę uczuciową ukryję teraz nieco przed czytelnikami mojego bloga, czyli także przed samym soba, bo jak wiadomo, sam jestem swoim najwierniejszym czytelnikiem. Od dzisiaj o mojej dziewczynie, która nadal nie jest moją dziewczyną - ani mru mru.

Mogę za to napisać, że mam cztery nowe zasady:

- Unikać miejsca zwanego La Playa, znajdującego się po praskiej stronie Wisły, przy plaży widocznej na zdjęciu.
- Nigdy nie kupowac drinków, gdyż są bardzo drogie, w zasadzie pozbawione smaku i niewiele dają.
- Nigdy nie umawiać się na randkę mając kryzysową sytuację w portfelu
- Nigdy nie doprowadzać do kryzysowej sytuacji w portfelu.

Do domu powróciłem wcześniej niż planowałem, autobusem zamiast rowerem, zdecydowany, pewny siebie i męski, a przede wszystkim, mimo tego jak dziwny był dzisiejszy wieczór, zadowolony.


2011.08.27 / Sobota / 11:39 - Nowy balkon

Najbardziej w nowym biurze podoba mi się balkon. Nachętniej cały czas bym na nim stał, panuje tam taka przyjemna, relaksacyjna atmosfera...


2011.08.27 / Sobota / 08:19 - Widok z nowego balkonu

Siedzę w firmie sam, bo zacząłęm dyżur o godzinie 8:00. Po wyjściu na balkon i spojrzeniu w prawo widzę coś takiego, czyli przede wszystkim Dom Zakonny Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek i Toi Toi stojące obok śmietnika. Tam gdzie obecnie stoi Toi Toi już wkrótce ma powstać kolejny apartamentowiec, który zasłoni nam widok na Novotel. Tak w ogóle to Toi Toi mnie w tym roku prześladują.

Piękny poranek dziś mamy, jest ciepło i wieje przyjemny wiaterek. Po pracy być może ponownie spotkam się z Kasią, z którą wybiorę się na drugą stronę Wisły, do La Playa, na pierwszy dzień Festiwalu Kultury Żydowskiej "Warszawa Singera". Jak już wspominałem przy okazji pobytu na krakowskim Kazimierzu, ostatnio pragnę zostać Żydem, choć przeczy temu moja wiecznie zgolona broda, której już nie zapuszczam ze względu na upodobania Kasi. Cóż, swoją żydowskość będę musiał nadrabiać pejsami lub mądrością. ;)

Jedyne zastrzeżenie mam obecnie do swojego portfela, w którym pozostało niewiele pieniędzy... Jak będę randkował z moją ukochaną nie mając pieniędzy? Proste - na jej koszt. ;) Żartuję. Na szczęście coś tam jeszcze mam, a wypłata już za tydzień. Zastanawiam się czy nie zrezygnować z wrześniowego urlopu na rzecz pieniędzy, które mogę w tym czasie zarobić. Zostawiłbym sobie cztery dni wolne z siedmiu planowanych. Miłość jest pełna poświęceń i wyrzeczeń, tyle, że nawet one dają satysfakcję.

Poza tym od października mogę przecież mieszkać w Warszawie, a to jednak wiąże się z wydatkami. Czy naprawdę zamieszkam - czas pokaże.


2011.08.26 / Piątek / 11:04 - W nowym biurze

Z biurem na drugim piętrze pożegnałem się w sposób szczególny - spędzając noc na naprawdę twardej i naprawdę zimnej podłodze. Było dosyć koszmarnie i postaram się tego już nigdy nie powtarzać, ale lepsze to niż jazda rowerem do domu i z powrotem po trzech godzinach snu.

Obecnie siedzę już na trzecim piętrze, w naszym nowym biurze, do którego firma przeniosła wszystkich operatorów sms. Przez godzinę byłem tutaj sam, ale teraz dosiadła się do mnie nowa koleżanka Ania. Ostatnio mamy coraz więcej nowych pracowników - w sumie na stanowisku operatora pracuje tu już piętnaście osób, z czego ja jestem operatorem numer jeden, przynajmniej pod względem stażu. ;)

Niestety z powodu prześwietleń na tym zdjęciu nie widać co dokładnie znajduje się za oknem, wyjaśnię więc słownie, że mamy teraz piękny widok na Marriott, Novotel, Pałac Kultury i Kościół Świętej Anny. Zawsze chciałem pracować w miejscu z takim widokiem. Co więcej jest to nie tylko okno, ale także taras, więc nad ranem będę mógł na nim stać, podziwiając wschód słońca. Paliłbym w tym czasie papieroska, gdyby nie fakt, że rzuciłem palenie kilka miesięcy temu i w ogóle mnie do tego nie ciągnie... ;)

Dzisiaj po raz pierwszy obudziłem się w Warszawie, co bardzo mi się spodobało. Poszedłem sobie po zakupy na Dworzec Centralny, bo mają tam najtańsze, a zarazem bardzo smaczne pączki i zapragnąłem zamieszkać w Warszawie na poważnie. Chcę się w niej budzić każdego dnia. Może jeszcze w tym roku się uda...


2011.08.26 / Piątek / 01:29 - Randka zakończona w firmie

Moja randka z Kasią zakończyła się kilka minut po północy, przez co nie miałem już czasu na powrót do domu, a raczej miałem, ale spałbym wtedy tylko trzy godziny i niepotrzebnie jeździł rowerem w tą i z powrotem, dlatego postanowiłem pozostać dziś w Warszawie, wrócić do firmy i przespać się na podłodze, używając swojej marynarko-kurtki jako poduszki. Będzie to więc wyjątkowo twarda i niewygodna noc, ale przecież liczy się każda minuta spędzona z Kasią, z żadnej bym nie zrezygnował od czasu, gdy się w niej zakochałem. To, że jestem zakochany podkreślałem podczas randki zwracając się do Kasi per "Kochanie", tak na próbę, ale szczerze, z głębi serca, by przekonać się jak to brzmi i jak to do niej pasuje. Według mojej oceny pasuje idealnie. Do żadnej innej dziewczyny tak nie mówiłem.

W piwnicy jakiegoś nieznanego mi z nazwy pubu w podwórku przy Nowym Świecie, do którego wstąpiliśmy tylko po to, by skorzystać z ubikacji, powiedziałem Kasi po raz pierwszy, że ją kocham, wypowiedziałem słowa "kocham Cię", które zapewne i tak nie zrobiły na niej większego wrażenia, gdyż takie wyznania nie są jej do niczego potrzebne, ale cóż... Chciałem szczerze wyrazić co czuję, a czuję właśnie to - miłość.

Tylko jakie ona ma znaczenie, gdy nie jest w pełni odwzajemniona? Nie wiem, pewnie niewielkie, ale nie mogę się nad tym za dużo zastanawiać, bo przede mną jeszcze tyle dobrego, dzięki Kasi. Choćby wspólne spędzenie trzech dni w Puławach, we wrześniu "Les Miserables" w Teatrze Muzycznym ROMA, ewentualny wyjazd do Krakowa na koncert IAMX w październiku lub, jak zaproponowała Kasia, wyjazd do Wiednia, choć to ostatnie jest akurat najmniej prawdopowodne. W międzyczasie randki, takie jak dzisiejsza, które sprawiają, że czuję się tak jak nigdy wcześniej.

W McDonaldzie ostatecznie nie byliśmy, bo jest to mało romantyczne miejsce, a ja nie byłem na tyle głodny, by jeść hamburgery. Trafiliśmy po raz drugi do lubianego przeze mnie Zakątka przy Chmielnej, w którym wypiliśmy piwo, do baru widocznego na zdjęciu, w którym zjedliśmy to coś z pieczarkami, szynką i serem, i gdzie przeczekaliśmy ulewę, a także do wspomnianego już pubu, w którym wyznałem Kasi miłość, i w którym się całowaliśmy... Po raz kolejny było wspaniale, nasza jedenasta randka była jak dla mnie jedną z najpiękniejszych, a zarazem jedną z tych, na których dowiedziałem się najwięcej.

Tymczasem wyłączam firmowy komputer, mówię siedzącej na dyżurze Sylwii dobranoc i kładę się na twardą podłogę przy kuchni, by pospać do godziny 7:00. Jak bardzo obolały będę nad ranem?


2011.08.25 / Czwartek / 11:45 - Nasz pokój

To właśnie w tym pokoju spędzilismy pamiętną noc w Krakowie, najprzyjemniejszą noc mojego mało intensywnego życia. Bardzo polubiłem nocowanie w hotelach podczas wyjazdów, łatwo przywiązuję się do pokoi, w których śpię i szybko zaczynam je darzyć sentymentem. Chętnie podczas wyjazdów nocowałbym zawsze w tym samych hotelach, a nawet dokładnie w tych samych pokojach, na tych samych łóżkach, przede wszystkim jednak - z tą samą dziewczyną.

Przed chwilą po raz pierwszy poszedłem na trzecie piętro w naszym firmowym apartamentowcu, by zobaczyć jak wygląda nasze nowe biuro, do którego przenosimy się już jutro. Nowe biuro podoba mi się bardziej od obecnego, zwłaszcza jeśli chodzi o widok z okna. Nareszcie będziemy widzieć coś więcej niż tylko ściany i okna budynku Polskiej Akademii Nauk, tym razem będziemy mieć widok na ścisłe centrum stolicy, na Pałac Kultury, który widziałem też z okien poprzedniej firmy. Słodko. Jutro o 10:00 loguję się tam jako pierwszy operator.

Pojawiła się szansa na wynajęcie nowego mieszkania z Jackiem i jego dziewczyną, ponieważ w październiku będą się oni przeprowadzać. Jestem wstępnie zainteresowany wynajęciem dwupokojowego mieszkania razem z nimi, skoro mój pokój nie będzie pokojem przejściowym, a warunki będą ogólnie lepsze niż w ich obecnym mieszkaniu, ale czas pokaże czy zamieszkamy razem. Ja raczej bym tego chciał.

Ostatnio żyję bez muzyki, ponieważ w pociągu do Krakowa zepsuły się moje słuchawki, Koss Porta Pro, które tak bardzo cenię. Zepsułem już trzy pary takich słuchawek, dlatego postanowiłem ich już nie kupować, przynajmniej teraz. Zamiast nich zamówiłem jakieś tanie, badziewne pchełki tej samej firmy Koss, ale nadal czekam na ich dostawę.

Od dnia wczrajszego przytyłem aż o dwie dziurki w pasku... Czuję się taki ciężki. ;)


2011.08.25 / Czwartek / 06:51 - Droga do domu

Trzy kilometry przed moim domem rodzinnym. Tutaj zaczyna się Puszcza Kampinoska.

Mieszkanie na Woli, które oglądałem wczoraj nad ranem, absolutnie nie przypadło mi do gustu. Wymaga ono generalnego remontu, jest obecnie w bardzo marnym stanie, a przede wszystkim mój pokój byłby pokojem przejściowym, w którym miałbym zdecydowanie ograniczoną prywatność. Wynająłbym ten pokój tylko w ostateczności. Cóż, nie zamieszkam razem z kolegą Jackiem i jego dziewczyną, Powoli będę szukał czegoś lepszego.

Powoli, ponieważ obecnie najlepiej żyje mi się w domu rodzinnym, za który nie muszę płacić, a który znajduje się tak naprawdę całkiem blisko Warszawy. Przede wszystkim muszę się obecnie zająć ogarnięciem mojego kryzysu finansowego, a robię to poprzez branie jak największej ilości dyżurów w pracy. Na przykład w tym tygodniu miałem tylko jeden dzień wolny, wczorajszy. Może nawet dostanę premię za podawanie ładnych dyspozycji i całkowity brak spóźnień?

Wieczorem miałem pojechać do Warszawy, by spotkać się z Kasią, ale przełożyłem nasze jedenaste spotkanie na dzisiejszy wieczór, podczas którego i tak będę w Warszawie, po wyjściu z pracy. Tym razem mamy się wybrać do McDonalda, w którym jeszcze nigdy razem nie byliśmy, i w którym będę napychał się hamburgerami.

Od wczoraj zacząłem się tuczyć, zjadłem w ciągu dnia tak dużo jak jeszcze nigdy w życiu, dzięki czemu w ciągu przytyłem jeden kilogram. Nie wiem tylko czy o tyle więcej waży moje ciało, czy jest to po prostu waga jedzenia znajdującego się w moim brzuchu, który z przejedzenia aż mnie rozbolał.

Póki co moim celem jest przekroczenie magicznej bariery 55 kg. Jeszcze nigdy tyle nie ważyłem. Na razie do tego wyniku brakuje mi 4 kg. Niestety podczas jazdy rowerem do pracy spalam zdecydowanie zbyt dużą ilość kalorii. Może po prostu powinienem wolniej jeździć?


2011.08.24 / Środa / 04:26 - Pociąg do dorosłości

Siedzę właśnie na nocnym dyżurze w pracy, zarabiam kasę potrzebną na urlop, randki i wyjazdy do Krakowa, a po jego skończeniu nad ranem jadę obejrzeć pewne mieszkanie na Woli, w którym być może będę mógł wynająć pokój już od piętnastego września. Nie wiem czy jest to dobry pomysł, bo póki co wygodnie mieszka mi się z rodzicami i jest to najlepsze rozwiązanie pod względem finansowym, ale od pewnego czasu chodzi mi po głowie myśl, by naprawdę się usamodzielnić, by opuścić dom rodzinny. W końcu niebawem będę miał trzydziestkę, będę się już chyba mógł uważać za starego kawalera.

Po obejrzeniu mieszkania jadę przespać się w rodzinnym domu, a następnie wracam do Warszawy, by spotkać się z Kasią w samym centrum. Jak miło, że mimo moich oczywistych wad, wciąż chce się ona ze mną spotykać. Rozpoczynamy drugi miesiąc randkowania, drugi miesiąc wzajemnego poznawania się.


2011.08.23 / Wtorek / 03:07 - Warszawska noc

Wszędzie dobrze, ale w Warszawie najlepiej, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, a Warszawa jest moim domem, mimo tego, że jeszcze w niej nie mieszkam. Czy kiedyś zamieszkam? Jestem przekonany, że tak, wynajmując jakiś nędzny pokój, bo w życiu każdego człowieka nadchodzi czas na samodzielność. Czuję, że w moim życiu ten czas zbliża się wielkimi krokami, nadejdzie w przyszłym roku, a może już nadszedł...

Nie widać tego teraz, kilkanaście minut po godzinie trzeciej w nocy, gdy leżę całkiem nagi w swoim łóżku, w rodzinnym domu i dodaję kolejny wpis, by uporządkować jakoś swoje myśli, spojrzeć na nie z boku i zrozumieć o co chodzi w moim życiu. Być może po przeczytaniu swoich własnych słów zrozumiem czy jestem teraz szczęśliwy, czy raczej zaniepokojony. Skłaniałbym się ku pierwszej odpowiedzi, bo przecież ostatni miesiąc był dla mnie bardzo szczególny w pozytywnym znaczeniu, wyjątkowy jak na moje wcześniejsze standardy. Dwudziestego sierpnia, w dniu, w którym pojechałem z Kasią do Krakowa, minął miesiąc od czasu naszej pierwszej randki, naszego pierwszego spotkania w centrum stolicy. W ciągu tego miesiąca spotkaliśmy się tyle razy, że już nawet pogubiłem się w statystykach i przestałem liczyć nasze kolejne randki, choć pewnie w rzeczywistości nie było ich więcej niż dziesięć. Już teraz mam wiele pięknych wspomnień, pamiętam wszysko i będę pamiętać zawsze, zaś wyjazd do Krakowa uznaję za dwa najlepsze dni tego roku (oczywiście mając wciąż w pamięci pierwszy najlepszy dzień tego roku, spędzany z Kasią z Lublina), nie wspominając już o tak ważnej nocy spędzonej w krakowskim hotelu Delta. Ale mimo tego wszystkiego odczuwam jednak pewien niepokój, bo oto znowu znalazłem się w sytuacji, w której nie wiadomo czy mam dziewczynę czy jej nie mam. Ostatnio byłem w takiej samej sytuacji nieco ponad dwa lata temu i obiecałem sobie wtedy, że już nigdy do czegoś podobnego nie doprowadzę, że będę oczekiwał od dziewczyny konkretnej decyzji, czy chce ze mną iść przez życie czy nie, ale po pierwsze uważam, że na razie na podjęcie takiej decyzji jest zdecydowanie za wcześnie, a po drugie boję się, że odpowiedzią w takim przypadku będzie słowo "nie", dlatego nie wymagam niczego, wiedząc, że obecna sytuacja jest lepsza od takiej, w której z całą pewnością nie mam bliskiej dziewczyny i jestem po prostu sam. Póki co jestem szczęśliwy mając u boku Kasię, rozmawiając z nią, podziwiając to jakim jest człowiekiem, jaka jest ambitna i jak wysoko zaszła, jakie ma podejście do mnie, jaka jest dla mnie miła, patrząc na jej piękną twarz, przytulając się do jej pięknego ciała, czując jej cudowny zapach, a nawet akceptując w niej wszystko to co uznaję za wady (jak można nie lubić Pulp Fiction?). Wczoraj, dzień po powrocie z Krakowa, zrozumiałem, że jest już za późno, że już się zakochałem, co w tym przypadku niekoniecznie jest dobre, bo mogę przez to cierpieć, tak samo jak cierpiałm nieco ponad dwa lata temu, po ostatnim tak poważnym zakochaniu... Pozostaje mi wierzyć, że będzie inaczej, bo przecież póki co, gdy nie myślę za dużo i nie wymagam zbyt wiele, jest naprawdę dobrze. Tak dobrze w moim życiu nie było jeszcze nigdy.

Tymczasem po raz pierwszy w historii istnienia tego fotobloga zaburzę kolejność wpisów, edytując kilka poprzednich, które dodałem tutaj wczoraj. Pora opisać nieco dokładniej dwa najpiękniejsze dni tego roku i dorzucić do tego jakieś niewiele znaczące przemyślenia.

Do Krakowa powracam już w ostatni weekend października, gdyż jadę wtedy na koncert IAMX. Pozostaje tylko zakupić bilety i zarezerwować hotel Delta, na jedną noc lub dwie. Znowu mam na co czekać... Choć obecnie najbardziej czekam przecież na swój wrześniowy urlop, który spędzę oczywiście w Puławach, a także na jutrzejszą, kolejną randkę z Kasią.


"If you're so funny
Then why are you on your own tonight?
And if you're so clever
Then why are you on your own tonight?
If you're so very entertaining
Then why are you on your own tonight?
If you're so very good looking
Why do you sleep alone tonight?"

The Smiths "I know it's over"


2011.08.22 / Poniedziałek / 14:39 - Brzezinka

W kasie na Dworcu Głównym, po odczekaniu zdecydowanie zbyt długiego czasu w zdecydowanie zbyt długiej kolejce, zakupiliśmy bilety powrotne do Warszawy, na pociąg o 19:53. Pod koniec pobytu w Krakowie nieco się przejmowałem tym, że nie zdążymy wrócić z Rynku Głównego na Dworzec Główny, bo Kasia piła kawę w CoffeHeaven i w ogóle się nie spieszyła, gdy do planowego odjazdu pociągu było już tylko 25 minut. Jestem człowiekiem, który na miejscu zawsze woli być odpowiednio wcześnie, natomiast Kasia lubi się wszędzie zjawiać w ostatniej chwili, co w sumie mi się w niej spodobało, gdyż zachowywała spokój nawet wtedy gdy do odjazdu pociągu było już tylko 12 minut, a my nadal znajdowaliśmy się poza terenem dworca, a nawet poza terenem galerii handlowej. Ostatecznie zdążyliśmy bez żadnego problemu, co oznacza, że ja także powinienem mniej panikować i mieć bardziej spontaniczne oraz pozytywne podejście do życia. Pora na chillout.

Na dworcu okazało się, że podana w Internecie informacja o odjeździe pociągu z peronu drugiego jest błędna, bo według rozkładu jazdy wywieszonego na dworcu odjeżdża on z peronu piątego. Musieliśmy przebiec przejściem podziemnym kawał drogi, by w końcu zjawić się na peronie wypełnionym ludźmi, z których na oko ponad połowa była uczestnikami festiwalu Coke Live Music Festival. Tym ostatnim niedzielnym pociągiem zamierzali oni powrócić do swoich domów, tak samo jak my. Pomyślałem, że może być ciężko jeśli nie wejdziemy szybko do pustego wagonu i nie zajmiemy sobie miejsc siedzących. Pociąg spóźnił się kilka minut, a gdy tylko wjechał na peron, spanikowałem totalnie, bo okazało się, że wcale nie jest on pusty, że stacja Kraków Głowny nie jest jego pierwszą stacją i sprytniejsi uczestnicy festiwalu wykorzystali to, wsiadając do niego wcześniej. Pociąg był już całkiem porządnie zapełniony ludźmi, więc wydało mi się niewykonalne zmieszczenie w środku całego tego tlumu, który czekał na peronie. Zaczęła się kotłowanina, wszyscy walczyli o dostanie się do pociągu, nie zwracając uwagi na to czy wsiadają do wagonu pierwszej czy drugiej klasy, zresztą największym zainteresowaniem cieszył się wagon restauracyjny, który oczywiście po chwili był całkiem zapchany. Po raz kolejny zwątpiłem i zapragnąłem się wycofać, powrócic do hotelu, wynająć jeszcze raz ten sam pokój i przeczekac w nim do rana, ale nie zrobiłem tego, bo Kasia ponownie się nie poddała, walczyła dzielnie, poszukując choćby odrobiny miejsca i cienia szans na dostanie się do Warszawy jeszcze tego samego dnia. Po kilku minutach poszukiwania skrawka wolnej przestrzeni udało się nam wbić do wagonu, w którym spędziliśmy kolejne cztery godziny stojąc przy ubikacji i siedząc na podłodze. W sumie pociąg odjechał pięćdziesiąt minut później, bo właśnie tyle czasu trwało upychanie w wagonach ludzi. Jeden zabawny pan zresztą spędził niemal całą podróż w ubikacji, wychodząc na korytarz tylko wtedy gdy ktoś chciał z niej skorzystać, czyli dosyć często. Pierwszy raz jechałem tak totalnie zapchanym pociągiem, ale ostatecznie podróż wcale nie była koszmarna, była całkiem sympatyczna i zabawna, gdy potraktowało się ją jako przygodę. W porównaniu z warnukami w jakich wożono ludzi do obozów zagłady, nasz powrót do Warszawy był zapewne rajem. W wagonie obok znalazły się nawet dwa lub trzy rowery, więc jak się czegoś naprawdę chce to można dokonać prawdziwych cudów i nigdy nie należy się poddawać. To była ostatnia lekcja tego dwudniowego pobytu, którą zapamiętam na zawsze.

Kilka minut po północy byliśmy w Warszawie, gdzie odprowadziłem Kasię do metra i pożegnałem się z nią przytulając, całując i dziękując za to, że spędziła ze mną te dwa wspaniałe i niezapomniane dni, jedne z najpiękniejszych dni mojego życia. Do Krakowa miałem jechać z inną Kasią, równie wyjątkową, z którą pewnie także byłoby bardzo przyjemnie, ale ostatecznie stało się inaczej i byłem niezmiernie szczęśliwy, że przez te dwa dni miałem przy sobie tak świetną i piękną dziewczynę. To właśnie w Krakowie się w niej prawdziwie zakochałem, dokładnie miesiąc po naszej pierwszej randce, na której powiedziała, żebym nie sprzedawał biletów na koncert Editors, bo chętnie pojedzie ze mną do Krakowa. Dotrzymała słowa, nie wycofala się, zrobiła to naprawdę, a ja po raz kolejny poczułem, że naprawdę żyję.


2011.08.22 / Poniedziałek / 14:33 - Birkenau

W hotelu Delta obudziłem się o godzinie 8:30 nad ranem. Na śniadanie zjadłem trzy rogaliki z czekoladą i wspólnie z Kasią zaczeliśmy poszukiwać odpowiedniej oferty zorganizowanej wycieczki do Oświęcimia. Niestety godziny wyjazdów tych wycieczek nie bardzo nam pasowały, podobnie jak dosyć wygórowane ceny. W netbooku sprawdziłem więc rozkład jazdy pociągów osobowych z Krakowa do Oświęcimia i okazało się, że za nieco ponad pół godziny będziemy mieli odpowiedni pociąg. Musieliśmy sie szybko ogarnąć i ponownie wezwać taksówkę firmy Barbakan, która zjawiła się pod hotelem już trzy minuty później, przez co pan taksówkarz musiał na nas trochę poczekać. Na Dworzec Główny wpadliśmy biegiem, mając pięć minut do odjazdu pociągu, na który na szczęście zdążyliśmy, choć ktorego o mały włos nie przegapiliśmy czytając rozkład jazdy na peronie. Bilety na pociąg kupiliśmy u konduktora i niecałe dwie godziny później znaleźliśmy się już na stacji kolejowej w Oświęcimiu, który jest miasteczkiem mniejszym nawet od Dęblina.

Przy dworcu kolejowym stał tylko jeden znak z napisem Auschwitz i strzałką, która wskazywała nie do końca wiadomy kierunek. Po posileniu się frytkami i czymś co jadła Kasia, a czego już nie pamiętam, poszliśmy pieszo w kierunku mniej więcej zgodnym z kierunkiem wskazywanym przez strzałkę. Po przejściu ponad kilometra i kierowaniu się kilkoma innymi znakami z napisem Auschwitz, weszliśmy do miejscowości Brzezinka, co nie bardzo mi pasowało, tak samo jak wcześniejsze doświadczenia z dotarciem na koncert w dniu poprzednim. Poza nami nie było na tej drodze żadnych innych turystów, ale najważniejsze, że w końcu doszliśmy. Na miejscu okazało się oczywiście, że nie jest to obóz Auschwitz, tylko Birkenau, w którym co prawda nie ma napisu Arbeit Macht Frei, ale jest wszystko to co powinno być w obozie, a przede wszystkim nie trzeba mieć ze sobą przewodnika i nie trzeba płacić za wstęp. Możliwość swobodnego poruszania się po obozie bardzo przypadła mi do gustu.

Jakie wrażenia miałem po znalezieniu się w obozie w Brzezince jako turysta? Czy byłem przygnębiony? Na pewno tak, ale nie w sposób jakiego się spodziewałem. Wszystko wydało się takie zwyczajne, takie normalne i być może właśnie to powinno być najbardziej dramatyczne, że takie miejsce naprawdę istniało, że ludzie byli mordowani tam ot tak, całymi tysiącami, traktowani jak rzeczy, że ot tak zabijano ich i wyrywano im zęby, by odzyskać z nich złoto. Krematoria, otwory przez które doprowadzano do środka Cyklon B, dół z popiołami spalonych ludzi, wszystko to istniało w tym miejscu i nadal istnieje, przypominając nam co działo się 67 lat temu, ale według mnie dramat gdzieś uleciał, wywietrzał przez ten czas, miejsce przypomina raczej obiekt turystyczny, atrakcję przeznaczoną do zwiedzania, posiadającą oczywiście swój przygnębiający klimat, ale nie taki jakiego się spodziewałem, jaki znam z książek i filmów. Spójrzcie zresztą na powyższe zdjęcie. To zwyczajny drut kolczasty, który kiedyś był pod napięciem, zwyczajne budynki, zwyczajne ścieżki. Wokół obozu rosną zwyczajne drzewa, a na horyzoncie poza kadrem widać malownicze góry.

Pogoda tego dnia była wspaniała, ja miałem przy sobie piękną dziewczynę, w sumie był to więc dla mnie radosny dzień, bardziej niż przygnębienie odczuwałem szczęście i może o to wlaśnie chodzi. Może ludzie, którzy tam zginęli chcieliby tego, by Ci, którzy w to miejsce trafią jako turyści cieszyli się z tego, że są wolni, że mogą tak po prostu wyjść przez główną bramę, trzymając się za ręcę, idąc dokądkolwiek tylko zechcą, żyjąc w pięknych czasach pokoju. W tak prosty sposób spełniają się nam ich marzenia.

Po wyjściu z obozu jako wolni ludzie powróciliśmy na dworzec PKP, by nastepnie pociągiem osobowym powrócić do Krakowa. Jechaliśmy w wagonie z czterema nietrzeźwymi mężczyznami, którzy byli bardzo zabawni, rzucali świetnymi tekstami, ale nie mieli przy sobie biletów. Między nimi i panią konduktor doszło do wielkiej kłótni, wyrzucała ich ona na mniejszej stacji po drodze, ale dwóch z nich nie miało siły się podnieść, znajdując się w stanie totalnego zamroczenia. Mimo wszystko zostali oni usunięci z pociągu, a kilka godzin później widzieliśmy jednego z nich w Krakowie, gdy próbował wyłudzić od ludzi papierosa lub pieniądze na wódkę... Podczas kłótni z panią konduktor jeden z mężczyzn tłumaczył się, że jego życie wygląda w ten sposób, bo stracił pracę i nie może żadnej znaleźć od kilku lat, że to ustrój polityczny doprowadził go do tego stanu, a wkrótce zbliżają się wybory i na kogo ma on głosować? Kto się przemie jego życiem? Niby głupie tłumaczenie i usprawiedliwianie swojego pijaństwa, ale na pewno nieco gorzkiej prawdy w tym było. Jedno jest pewne, człowiek musi być silny i nie może się poddawać. Ucieczka w alkoholizm jest najprostszym rozwiązaniem. Ja nigdy w ten sposób nie ucieknę od rzeczywistości...

Około godziny 17:00 ponownie znaleźliśmy się na Dworcu Głównym w Krakowie, ponownie przeszliśmy przez galerię handlową i przez planty, by jeszcze raz stanąć na Rynku Głównym. Tam właśnie, w jednej dusznej restauracji z kebabem po raz pierwszy spróbowałem tego ustrojstwa, którym tak wielu ludzi się zachwyca, podobnie jak pizzą - Kebabu, którego nie polubiłem tak samo jak nie lubię pizzy. Kasia natomiast, jako dziewczyna w pełni normalna, zjadła go bardzo szybko do końca, jak wszystko inne. Ogólnie przez te dwa dni żywiłem się głównie słodyczami i frytkami, ale to dla mnie zupełnie normalne, bo przecież w moim przypadku nienormalność jest normalna. Niemniej jednak zaczyna mnie ona trochę denerwować i po raz pierwszy w życiu nie jestem z niej dumny.


2011.08.22 / Poniedziałek / 14:30 - Nad Wisłą w Krakowie

Po wizycie na Wawelu obraliśmy kierunek na Kazimierz i to własnie ta część Krakowa spodobała mi się najbardziej. Przede wszystkim nie było tam tak wielu turystów jak w poprzednich miejscach, był za to klimat, którego nie poczuje się w jakimkolwiek miejscu w Warszawie. Chciałem nawet zostać Żydem, ale podobno nie byłoby to takie łatwe. Próbowaliśmy zwiedzić jakieś synagogi, ale wszystkie były zamknięte, więc oglądaliśmy je jedynie z zewnątrz. W restauracji Ariel wypiliśmy herbatę i powoli zaczęliśmy obmyślać sposób dostania się na teren Muzeum Lotnictwa, na którym odbywał się festiwal Coke Live Music Festival, który był przecież głównym celem naszej wizyty w Krakowie. Na teren festiwalu można było dojechać festiwalowymi autobusami odjeżdżającymi spod Dworca Głównego, ale z Kazimierza wygodniej było pojechać tam tramwajem numer 10. Według moich precyzyjnych ustaleń i pięknie ułożonego planu festiwal miał odbywać się na terenie Muzeum Lotnictwa, do którego podchodzi się od południa, od strony al. Jana Pawła II. Pojechaliśmy na nią tramwajem i wysiedliśmy na zbyt wczesnym przystanku, przez co musieliśmy przejść pieszo ponad kilometr, po drodze zahaczając o stację benzynową, na której kupiśmy pastę do zębów i kawę lub herbatę, już nie pamiętam. Po wyjściu ze stacji nadal szliśmy w kierunku Muzeum Lotnictwa, choć wydawało nam się dziwne, że jest tam tak pusto, że nie ma żadnych ludzi zmierzających na koncert, a mijające autobusy festiwalowe jeżdżą w przeciwnym kierunku. Brak ludzi tłumaczyłem sobie tym, że koncerty rozpoczęły się już o godzinie 18:00, a my byliśmy na miejscu około 20:15 (koncert Editors miał się rozpoczać o 21:00), ale coś mi się jednak nie podobało... Na szczęście po kilkunastu lub kilkudziesięciu minutach marszu, gdy do koncertu zostało już mniej czasu niż pół godziny, usłyszeliśmy koncertowe basy i muzykę dobiegającą z daleka, szliśmy więc w tym kierunku, trafiając ostatecznie na niemal kompletnie pusty teren Muzeum Lotnictwa, który był zagrodzony siatką. Widzieliśmy przed sobą scenę, słyszeliśmy muzykę, ale nie mogliśmy się tam dostać, ponieważ okazało się, że wejście na teren lotniska znajduje się z przeciwnej strony, od północy i żeby się tam dostac, trzeba według mapy przejść pieszo około cztery kilometry. Pomyślałem, że to tragedia i jako człowiek łatwo się poddający, a zarezem dosyć zmęczony i senny, zamierzałem zrezygnować z koncertu, powracając do hotelu. Na szczęście nie zrobiłem tego, bo miałem przy sobie Kasię, wykazującą się męską wolą walki i nie poddającą się tak łatwo jak ja. Kasia powiedziała żebym wezwał taksówkę, więc kożystając z dostepu do Internetu w telefonie odnalazłem odpowiedni numer i cztery minuty później na miejsce podjechała taksówka, której kierowca doskonale wiedział gdzie znajduje się wejście na festiwal. Od czasu tego wydarzenia postanowiłem już nigdy w życiu się nie poddawać, co nie trwało długo, gdyż następnego dnia znowu chciałem się poddać, gdy zaistniała kolejna trudna sytuacja. ;)

Po raz pierwszy w życiu byłem na takiej dużej imprezie, choć ogólnie muszę przyznać, że spodziewałem się znacznie większej ilości ludzi, mając przed oczami zdjęcia z festiwalu Woodstock. Niemniej jak na moje doświadczenia tłum był i tak bardzo duży a kolejka do bramek z ochroniarzami wręcz ogromna. Po spędzeniu pięciu minut w kolejce uświadomiliśmy sobie, że nie przejdziemy przez bramki pokazując panom ochroniarzom bilety, gdyż najpierw trzeba je wymienić na opaski zakładane na rękę, które dostaje się po okazaniu biletów w specjalnym punkcie. Musieliśmy więc wycofać się z kolejki, mimo tego, że koncert Editors już się rozpoczął i zespół grał już trzeci utwór, ulubiony utwór Kasi, udać się po opaski i następnie powrócić, by po przeszukaniu wejść wreszcie na teren festiwalu. Aparat ukryłem w torebce Kasi i nikt go tam nie odnalazł, mimo intensywnego przeszukiwania, dzięki czemu mam także zdjęcia z koncertu. Pewnie nie brałbym go ze sobą, gdyby nie to, że wcześniej zwiedzaliśmy Kraków i chciałem robić tam zdjęcia, a już nie wracaliśmy do hotelu, bym mógł go zostawić.

Koncert trwał, ale my udaliśmy się jeszcze do toi toi, by po pięciu minutach powrócić i nareszcie stanąć przed sceną, w niezbyt dużej, komfortowej odległości. Muszę przyznać, że duże koncerty na świeżym powietrzu zdecydowanie mi się podobają, lepsze jest wtedy nagłośnienie i lepsze warunki niż w jakimkolwiek klubie, pod warunkiem, że nie pada deszcz. Na szczęście pogoda była przez te dwa dni świetna. Bardzo podobał mi się także klimat festiwalu i po tym co zobaczyłem, chciałbym wziąć udział w innych festiwalach, takich jak choćby Open'er Festival, choć podobno ich prawdziwy klimat czuje się dopiero wtedy gdy przyjedzie się na miejsce z namiotem, na kilka dni. Pożałowałem, że dopiero teraz po raz pierwszy czegoś takiego doświadczyłem, że straciłem tak wiele lat nigdzie nie jeżdżac, siedząc jedynie w domu i słuchając muzyki z płyt. Zespół Editors zrobił na mnie bardzo dobre wrazenie i czekam nadal na ich płytę, którą zamówiłem w sklepie internetowym już w czerwcu (czas realizacji zamówienia do 90 dni). Cudownie, że na koncercie nie musiałem być sam, że byłem z Kasią, do której mogłem sie przytulić, słuchając muzyki. Po koncercie pozostaliśmy na terenie festiwalu, by Kasia mogła się posilić hamburgerem, którego nie można było kupić za normalne pieniądze, tylko za specjalne bony, załatwiane w kolejnym punkcie organizacyjnym. Aby było więcej "pierwszych razów" spróbowałem po raz pierwszy w życiu hamburgera i muszę przyznać, że jest to coś co mógłbym zjeść bez protestowania, znacznie lepsze niż kebab, który po raz pierwszy w życiu ugryzłem następnego dnia, i którego już nigdy nie tknę.

Po Editors wystąpił amerykański raper Kanye West, człowiek, na którego czekała większość przybyłych na miejscu ludzi, lecz ja do nich nie należałem. Po trzech utworach opuściliśmy z Kasią teren lotniska i poszliśmy do festiwalowego autobusu, którym powróciliśmy pod Dworzec Główny. W drodze z dworca do hotelu zauważyłem, że Kraków to miasto, w którym życie zamiera po północy, w którym ulice są puste nawet w sobotnią noc. Warszawa pod tym względem jest zdecydowanie inna, przynajmniej w samym centrum i w miejscach, w których znajdują się różnego rodzaju kluby. Wróciliśmy do hotelu, wywiesiliśmy na drzwiach napis "Do not disturb" i tak rozpoczęła się najpiękniejsza noc mojego życia. Czerwone wino Malaga, które Kasia kupiła dla mnie w Hiszpanii, było najlepszym winem jakie kiedykolwiek piłem, absolutnie rewelacyjnym. Zasnęliśmy około godziny czwartej nad ranem.


2011.08.22 / Poniedziałek / 12:15 - Pan Michał na Wawelu

W niektórzych miastach się zakochuję, w innych nie. Spodziewałem się po sobie wielkiej miłości do Wrocławia, ale tegoroczna wizyta w nim nie wywołała we mnie pozytywnego uczucia, nie chcę tam wracać i nie będę nikomu tego miasta polecał. Odwrotnie sytuacja wygląda z Krakowem, do którego to miasta byłem sceptycznie nastawiony, a które jednak prawdziwie pokochałem, dostrzegając w nim to co najważniejsze w każdym mieście - klimat.

Możliwe, że nie miałbym tak pozytywnych odczuć, gdybym był w Krakowie sam lub z kimś, kto nie jest dla mnie ważny. Na szczęście miałem przy sobie odpowiednią dziewczynę i to właśnie ona, obok pięknej pogody, sprawiła, że miasto tak bardzo przypadło mi do gustu. Chyba na tym to właśnie polega, zakochuję się w miastach poprzez zakochiwanie się w dziewczynach. To dlatego kocham Dęblin i Lublin, a także Puławy i Warszawę. Do tych czterech miast dołączył właśnie Kraków, do którego będę chciał wracać tak często jak tylko będzie to możliwe, a przecież już pod koniec października odbędzie się tam koncert IAMX.

Zwiedzanie Krakowa rozpoczęliśmy od Dworca Głównego, który jest obecnie zintegrowany z galerią handlową. Pociąg jechał krótko, Kraków znajduje się znacznie bliżej Warszawy niż się spodziewałem. Pierwsze wrażenie po wyjściu z galerii było bardzo pozytywne, spodobały mi się planty wokół Starego Miasta, budynki i wszystkie uliczki, zapełnione niezliczoną ilością turystów. Turystów było w sumie za dużo, przez co wszędzie było ciasno, ale nie przeszkodziło to nam w udaniu się do Bazyliki Mariackiej, gdzie po wykupieniu biletu mogliśmy podziwiać Ołtarz Wita Stwosza z 1489 roku. Kasia, jako osoba mądra, wykształcona i oczytana, opowiedziała mi o ołtarzu wszystko to co powinienem na jego temat wiedzieć, a nawet wyjaśniła mi kim był święty Stanisław ze Szczepanowa, święty Wojciech i kilku innych świętych. Nie ma to jak mieć przy sobie inteligentną kobietę, preferującą aktywny, rozumny i świadomy sposób zwiedzania, który bardzo przypadł mi do gustu. Po wyjściu na Rynek Główny zaczęliśmy chodzić po straganach, tych w Sukiennicach i poza nimi, gdzie Kasia przebierała w różnego rodzaju kobiecych towarach, takich jak paski, chusty i korale. Ja chodziłem za nią, próbując uwieczniać wszystko swoim zajebistym aparatem, a nawet jej lustrzanką, równie zajebistą, ale trudniejszą w obsłudze od mojego kompaktu.

Z Rynku Głównego, po tym gdy Kasia zakupiła korale numer jeden, udaliśmy się do Restauracji Gruzińskiej Chaczapuri przy ulicy Świętej Anny, obok Uniwersytetu Jagiellońskiego, w której ja zjadłem gruzińskie ciasto, a Kasia gruziński placek z kawałkami kurczaka. Nie zwiedziliśmy kościała Świętej Anny, gdyż odbywał się w nim akurat ślub. W ogóle w tym dniu było dużo ślubów w Krakowie. Po posiłku wyruszyliśmy na poszukiwanie hotelu Delta, który znajduje się przy ulicy Mazowieckiej, czyli na północ od Starego Miasta. Po drodze zrozumiałem, że informacja zamieszczona na stronie internetowej hotelu, jakoby był on oddalony od Starego Miasta o dziesięć minut drogi przebytej pieszo, jest błędna, gdyż hotel wcale nie znajduje się tak blisko i idzie się do niego około 25 minut. Na szczęście na miejscu okazało się, że warunki są naprawdę dobre, jak dla mnie wręcz świetne, w dosyć dużym pokoju znajdowały się aż trzy wygodne łóżka, łazienka także była ładna, z porządnym prysznicem, z którego skorzystałem w sumie trzy razy. Dla porównania wrocławski hotel Tumski, w którym byłem w lipcu, i w którym zapłaciłem znacznie więcej za jednoosobowy pokój, był dużo, dużo gorszy. Odwiedzając Kraków zawsze będę chciał nocować właśnie w hotelu Delta.

Po godzince spędzonej w hotelowym pokoju i pozostawieniu w nim wszystkich ciężkie rzeczy, powróciliśmy na Stare Miasto, by dostać się na Wawel. Po drodze Kasia zakupiła korale numer dwa, jeszcze ładniejsze od korali numer jeden, choć różniące się od nich jedynie kolorami. Po dotarciu na Wawel okazało się, że przybyliśmy o trzy minuty za późno i nie kupimy już biletów uprawniających nas do zwiedzania czegokolwiek w środku, z czego w sumie się ucieszyłem, bo kolega mówił mi, że potrzeba naprawdę dużo czasu, aby wszystko porządnie zwiedzić. Być może wnętrze zwiedzę następnym razem, na przykład w październiku. Ciąg dalszy relacji z wydarzeń w następnej notce...


2011.08.22 / Poniedziałek / 11:37 - Pan Michał w Krakowie

Nie wróciłem po pięciu minutach, nie poszliśmy spać o 1:05, tylko dopiero o godzinie 4:00 nad ranem, na szczęście... Słodkie, czerwone wino przywiezione z Hiszpanii smakowało wspaniale, tak samo jak ta jedna noc i dwa dni spędzone w Krakowie. Jestem mega-zadowolony, pewnie dlatego na większości zdjęć mam taki głupi uśmiech.

Mogę dodać osiem wpisów więc właśnie tyle zdjeć dzisiaj tutaj wrzucę, ale same notki napiszę później, gdy znajdę na to czas. Przede mną powrót do pracy i wcale nie taka szara codzienność. Po powrocie z Krakowa moje życie wygląda nieco inaczej i gdy zamykam oczy, widzę przepiękną Kasię. Zapewne jest to efektem tego, że przez całe dwa dni i część nocy tak intensywnie się w nią wpatrywałem...

Pora zjeść prawdziwe śniadanie.


2011.08.21 / Niedziela / 01:01 - Editors

Koncert Editors bardzo dobry. Notka będzie później, gdyż teraz będę zajęty seksem. Wracam za pięć minut...


2011.08.20 / Sobota / 15:05 - Kraków

Bez żadnego opóźnienia przybyliśmy do Krakowa. Podoba mi się tu bardziej niż we Wrocławiu, hotel też jest fajniejszy, ogólnie jest bardzo przyjemnie, tylko wszędzie jest bardzo dużo ludzi. Za chwilę opuszczamy hotel i idziemy na Wawel, a stamtąd od razu udajemy się na koncert.


2011.08.20 / Sobota / 08:34 - W pociągu do Krakowa

Jestem już w pociągu do Krakowa, naprzeciwko mnie siedzi piękna, uśmiechnięta Kasia, która zastanawia się co za dziwne rzeczy wypisuję na swoim blogu. Jedziemy najtańszym pociągiem Interregio, który wygląda tak jak pociągi osobowe, ale mi to całkowicie odpowiada. Pogoda na szczęście dopisała, świeci słońce, w dodatku świeci mi prosto w oczy.

Kasia przybyła na peron w ostatniej chwili, dziesięć minut przed odjazdem, przez co myślałem, że do Krakowa będę jechał jednak sam. Na szczęście ten czarny scenariusz się nie sprawdził, do Krakowa jedziemy razem i razem będziemy realizować poniższy plan.

07:59 - 12:00: Jazda pociągiem, gapienie się na siebie i uśmiechanie, picie wódki (przeze mnie)
12:00 - 14:00: Zwiedzanie najpiękniejszych miejsc w Krakowie, Wawel, Sukiennice, Carrefour, itd...
14:00 - 15:00: Zapoznanie się z hotelem, w którym mamy wynajęty pokój
15:00 - 20:00: Wspólne szwędanie się po Krakowie, w międzyczasie obiad (ja frytki, Kasia prawdziwe jedzenie)
20:00 - 21:00: Dojście na miejsce festiwalu Coke Live Music
21:00 - 22:00: Oczekiwanie na właściwy, jedyny interesujący nas koncert
22:00 - 23:00: Koncert Ediors (to Ci czterej panowie widoczni na ekranie netbooka)
23:00 - 24:00: Powrót pieszo do hotelu, po drodze rozmowa z krakowskimi dresiarzami (Kasia mnie obroni)
24:00 - 01:00: Wypicie wina przywiezionego przez Kasię z Hiszpanii, następnie wspólny prysznic
01:00 - 01:05: Seks
01:05 - 08:00: Sen

Niedzielę zamierzamy spędzić w równie fascynujący sposób, choć główną atrakcją nie będzie już koncert, lecz zwiedzanie obozu Auschwitz, w którym oczywiście nigdy nie byłem, a który zawsze chciałem zobaczyć na własne oczy. Wizyta w obozie zapewne wpłynie na mnie dołująco, ale domyślam się, że po niej docenię swoje piękne, szczęśliwe życie.

Kasia właśnie zdjęła okulary i zamknęła oczy, być może śpi... Wygląda przepięknie, ma genialne usta i śliczne, długie rzęsy... Mogę się tak na nią gapić przez kolejne trzy godziny.


2011.08.18 / Czwartek / 22:09 - Album ze zdjęciami

Kupiłem sobie na Allegro album na zdjęcia, gdyż ostatnio lubię zachowywać te najważniejsze w formie papierowej, wywołając je poprzez serwis EmpikFoto.pl. Najważniejsze są oczywiście te zdjęcia, na których uwiecznione są dziewczyny, z którymi się spotykałem lub spotykam. W sumie jest to setka zdjeć z trzech ostatnich lat, na których można podziwiać takie dziewczyny, jak:

Aleksandra - imię żeńskie utworzone zostało od imienia męskiego już w starożytności, a jest pochodzenia greckiego. Oznacza obronę mężczyzn, mężów stanu, rycerzy. Osoba ochrzczona tym imieniem jest sprawiedliwa i obdarzona darem mówienia prawdy, co w życiu sprawia jej wiele kłopotów. Charakter marzycielski, nerwowy i skłonny do przesady. Ponieważ jest typem towarzyskim, a zarazem posiadającym uzdolnienia kierownicze, ma często konflikty z otoczeniem. Posiada piękne i szczytne idee, których nie realizuje, a to w skutek braku inicjatywy i postanowień mocnych do działania.

Dorota - jest to imię pochodzenia greckiego. Charakter kobiety o tym imieniu jest nierówny, wybuchowy, skłonny do zajmowania stanowiska wręcz skrajnego. Lubi bardzo przeżywać różnego rodzaju wstrząsy psychiczne. Posiada umysł badawczy, toteż zdolna jest do opanowania nauk ścisłych i humanistycznych. W zasadzie jest kobietą wszechstronną, lubi zmiany w życiu, kocha przyjaciół, wiele podróżuje i łatwo przystosowuje się do nowych warunków. Żoną bywa płochą, matką nietypową. Nie jest dobrym partnerem w rodzinie.

Ewa - imię hebrajskie oznaczające osobę dającą życie. Osoba z tym imieniem jest mądra, o wzniosłych ideałach, stara się być samodzielna w myśleniu i działaniu. Jest często altruistką, poświęca wiele swych sił i czasu ludziom potrzebującym pomocy. W swym postępowaniu kieruje się dużą dozą odpowiedzialności, czyni wszystko rozsądnie, a uciech życiowych zażywa z umiarem. Nigdy nie narzuca się innym. W miłości przewrotna, w rodzinie dość niestała.

Klaudia - imię pochodzenia łacińskiego, oznacza osobę, która pochodzi z rodu Klaudiuszów. Kobieta o imieniu Klaudia jest osobą bardzo wartościową. Jest skora do bezinteresownej pomocy, a nawet poświęcenia. Potrafi czerpać przyjemność i satysfakcję z takiej pomocy. Najważniejsze są dla niej: sprawiedliwość, obiektywizm i pomoc innym. Nie cierpi kłamstwa i gdy się na kimś zawiedzie, wiele czasu zajmuje jej ponowne zaufanie do takiej osoby. W działaniu jest rozważna i dzięki temu niezwykle skuteczna. Imię to ma charakter powietrzny i właściwy dla planety Wenus, dlatego Klaudie nie tylko mają wrodzony wdzięk i znają się na modzie, tańcu i sztuce, lecz ponadto bywają romantycznymi idealistkami. Zwykle trafiają na sprzyjające okoliczności, dzięki czemu wiele z ich młodzieńczych marzeń szybko staje się rzeczywistością. Klaudie łatwo zjednują sobie przyjaźń i sympatie innych ludzi; często mają wpływowych przyjaciół, na których w potrzebie mogą liczyć.

Agnieszka - imię to wywodzi się z greckiego języka, a przywędrowało do Polski za pośrednictwem kościoła i oznacza czystość, dziewiczość. Osoba o tym imieniu jest wrażliwa, spokojna, z dużym poczuciem odpowiedzialności. Charakter stały, nie umiejący drugim narzucić swojej woli, obdarzony wielkimi ideałami. Cechuje ją odwaga, niezależność myślowa i w działaniu. Jest zawsze dobrą nauczycielką i wzorową matką.

Paulina - jest to żeńska forma łacińskiego imienia Paulus, inaczej osoby do Paulusa przynależnej. Każda Paulina ma predyspozycje by zostać naukowcem, badaczem i wykładowcą uniwersyteckim. Osiągnie to, jeżeli zabierze się do nauki od najmłodszych lat. Musi pokonać wiele trudności, włożyć sporo wysiłku i wyrzec się niejednej przyjemności. Jeżeli tak nie postąpi, stanie się osobą pustą, bezwartościową. Bywa bowiem, że jest osobą pobudliwą, lubiącą zmiany, towarzyską, nie przywiązującą wagi do własnej rodziny, domu. Ceni przyjaźń mężczyzn. Nie szanuje starszych, lekceważy władzę. Chorobliwie upiera się przy swoim zdaniu.

Sylwia - imię o rodowodzie łacińskim. Osoba je nosząca jest wybitną indywidualnością w dziedzinie sztuki, życia towarzyskiego, prowadzenia impresariatu nad artystami. Kolekcjonuje obrazy dawnych mistrzów, przebywa w gronie muzyków, popiera literatów. Sprawuje patronat nad młodym twórcą do chwili, gdy ten nie okaże zainteresowania inną kobietą. Sylwia jest konsekwentna w swych postanowieniach, zdecydowanie realizuje swoje plany życiowe. Jest dobrą panią domu, troskliwą matką, ale niezbyt udaną żoną. Nie znosi autorytetów, sama bowiem chce nim pozostawać. Jest trudna i kłopotliwa w towarzystwie. Lubi przepych, wystawne uczty, kosztowne ubiory. Nie ma inklinacji do rozrzutnego życia, jest oszczędna, a nawet czasem skąpa.

A przede wszystkim:

Katarzyna - imię pochodzenia greckiego. Wywodzi się od słowa katharos, znaczy czysty, bez skazy. Osoba o tym imieniu godna jest podziwu, szacunku i uznania. Jest szlachetna, prostolinijna, stała w poglądach, pracowita, skrupulatna. Nie znosi osób dwulicowych, krętaczy, kłamców, z którymi walczy do upadłego. Ma duże uzdolnienia artystyczne oraz dar opanowania wiedzy, dlatego może odegrać poważną rolę w nauce. Osoba kulturalna, oddana domowi, mężowi, kochająca dzieci. Lubi przyrodę, podziwia sztuki teatralne. Swym umiłowaniem do książek daje przykład jak należy zdobywać wiedzę.

Dziękuję wszystkim dziewczynom, które się ze mną spotkały lub nadal spotykają, rozmawiały lub nadal rozmawiają, za to wszystko co od nich dostałem, za poświęcony mi czas i uwagę. Dzięki Wam moje życie smakuje znacznie lepiej.


2011.08.18 / Czwartek / 00:05 - O kobiecej głupocie

Kobiety i mężczyźni. Ezoteryka i erotyka. Głupota i zboczenie. Wyraźny podział w mojej specyficznej pracy. Moją specjalnością jest właśnie ezoteryka, co oznacza, że znacznie częściej mam do czynienia z kobietami, głównie tymi słabymi i głupimi, które potrzebują wsparcia od wróżki, czyli ode mnie, człowieka, który tak naprawdę ich nienawidzi i pragnie ich śmierci.

Prywatnie bardzo szanuję i cenię kobiety, uważam, że są pod wieloma względami lepsze od mężczyzn, tak zwyczajnie lepsze, mają dobre serca, których większość mężczyzn jest pozbawiona. Czym innym jednak są kobiety, które otaczają mnie w realnym świecie, a czym innym kobiety-klientki na ezoteryce. Ekran monitora jest granicą dzielącą ich świat od naszego, świat niepojętej głupoty, totalnego skurwienia, psychopatycznych zachowań i chorób psychicznych od świata, w którym się urodziłem, w którym się wychowywałem i dorastałem. Bo tak to wygląda, pochodzę z normalnej, dobrej rodziny, w której miałem do czynienia wyłącznie z mądrymi kobietami, takimi jak moja babcia, moja mama i moja starsza siostra. To właśnie dzięki nim mam tak pozytywne zdanie o kobietach.

Żyłem sobie więc przez wiele lat przekonany o tym, że kobiety to dobre i mądre istoty, aż tu nagle w wieku 24 lat posadzono mnie na pierwszym w życiu dyżurze ezoterycznym. Z dnia na dzień stałem się wróżką, która miała wskazywać właściwą drogę zagubionym kobietom, gdyż na te serwisy piszą praktycznie tylko kobiety. Dla mojego normalnego wówczas umysłu był to szok, nagle odkryłem zupełnie nowy, pokręcony, schizofreniczny świat, do którego mój zdrowy rozsądek nie mógł się dostosować przez niemal trzy lata - tyle właśnie trwała moja nienawiść do ezoteryki, czyli w praktyce nienawiść do czystej głupoty, którą według mnie należy tylko i wyłącznie tępić. Niestety na głupocie można dużo zarobić, dlatego w kapitaliźmie się ją podsyca i ja niestety przykładam do tego rękę.

Dzisiaj moja nienawiść do głupoty jest tak samo silna, mimo tego, że zanurzyłem się w tym szambie na dobre już dwa lata temu. Zaciskam zęby i staram się nie wkurwiać czytając te wszystkie chore pytania, które zadają mi moje klientki. To bardzo trudne - wkurwienie jest nieodłącznym elementem mojej pracy, przez cały czas mam ochotę napisać tym wszystkim idiotkom co tak naprawdę o nich myślę, ale nie mogę, muszę być miły i uprzejmy, bo przecież takie właśnie są idealne wróżki. Gdybym na ekranie monitora miał przycisk "zabij klientkę" i wiedziałbym, że po jego kliknięciu telefon klientki eksploduje, urywając jej durny łeb, lub porazi ją śmiertelna dawka prądu, to protestowałbym przeciwko tak delikatnym metodom, postulując o znacznie drastyczniejsze, dłużej trwające tortury.

Wśród klientek można wyszczególnić dwie podstawowe grupy, czyli kobiety mające dwa podstawowe problemy. Problem numer jeden - jestem samotna, nikt mnie nie kocha, kto mnie pokocha? Problem numer dwa - dlaczego on się do mnie nie odzywa, czy on o mnie myśli, kiedy do mnie wróci?

Pierwszą grupę kobiet można jeszcze jako tako zrozumieć, nikt przecież nie chce być samotny, każdy potrzebuje miłości, niektórzy marzą także o małżeństwie i dziecku. Często jednak kobiety te nie robią zupełnie nic, by poznać mężczyznę, zazwyczaj nie ruszają się nawet z domu, czekają tylko aż w jakiś tajemniczy sposób mężczyzna "pojawi" się w ich życiu. Oczywiście pragną tego, aby był on przystojny, wykształcony i bogaty, z czego najczęściej zależy im właśnie na tym ostatnim. Jeśli już zabierają się za podrywanie jakiegoś faceta, to zazwyczaj wybierają takiego, który ma żonę i dzieci, bo przecież taki jest najlepszy, a później pytają się kiedy wreszcie tę żonę porzuci, kiedy weźmie dla nich rozwód. Cudowna bezwzględność.

Druga grupa kobiet jest najbardziej denerwująca, są to idiotki, które nie potrafią zrozumieć, że mężczyzna, w którym się "zakochały", i przed którym zazwyczaj rozłożyły nogi, nie miał wobec nich poważnych zamiarów, był typowym kłamliwym kutasem, który najzwyczajniej w świecie chciał je przelecieć. Często zresztą obiekt ich westchnień, za którym tęsknią nie tylko tygodniami i miesiącami, ale nawet całymi latami, to facet żonaty lub znajdujący się w związku z partnerką, którą oczywiście oszukuje i zdradza. Nie ma dla nich znaczenia, że ów facet ostatni raz odezwał się do nich pięć lat temu, a jego ostatnimi słowami było coś w stylu "Wypierdalaj z mojego życia szmato!". One nadal go wielbią, potrafią codziennie o niego pytać, czekając na to, aż ponownie pojawi się w ich życiu i wsadzi swojego kutasa w ich durne pizdy, czy gdzie tam jeszcze chcą go poczuć. Przykładowe pytanie "Czy on mnie zdradził ze swoją żoną?" jest tylko jednym z tysięcy żałosnych pytań, których najchętniej nigdy bym nie czytał.

Co on o mnie myśli, czy myślał dzisiaj o mnie, czy dzisiaj o mnie śnił, gdzie teraz jest, czy nadal spotyka się z tą Agnieszką, kiedy ją porzuci, kiedy znowu będziemy razem, czy było mu ze mną dobrze, czy rozmawia o mnie ze swoimi kolegami, co myśli o mojej rodzinie, co jego rodzina myśli o mnie, kiedy będę z nim miała dziecko i jak to możliwe, że będę miała pierwsze dziecko w wieku pięćdziesięciu lat, co mu się we mnie podoba, czy widział mnie dzisiaj gdy przejechałam rowerem przed jego domem, czemu milczy już od trzech lat, czy podglądał mnie gdy się dzisiaj rozbierałam, czy będzie pamiętał o moich urodzinach, jaki prezent mi kupi, jak spędzimy razem wakacje, jak spędzimy Walentynki, kiedy do mnie zadzwoni, kiedy weźmiemy ślub, kiedy mi się oświadczy, czy rozstanie się ze swoją narzeczoną, czy kocha ją bardziej niż mnie, czy to on dzwonił piątego marca o godzinie osiemnastej z ukrytego numeru, czy mnie zdradza, kiedy znowu będziemy razem, co mu urodzę? Oczywiście hamburgera albo żaglówkę... Wieczny brak godności, brak szacunku dla samej siebie, ciągła uległość i poniżenie, a wszystko to dla faceta, w dodatku złego. Tak jakby świat kręcił się wokół fiuta.

Ale to wszystko przecież mnie nie dotyczy. Ja jestem po właściwej stronie ekranu, w dobrym świecie mądrych ludzi, w którym głupota nie ma prawa istnieć. Moje koleżanki to kobiety mądre, kierujące się w życiu sercem i rozumem, ceniące prawdziwą miłość i potrafiące odróżnić mężczyznę uczciwego, poważnego, prawdziwie kochającego od fałszywego faceta, który myśli tylko o tym jakich metod i kłamstw użyc, jaką rolę zagrać, by móc "poruchać".


2011.08.16 / Wtorek / 15:20 - Ursynów

Przede mną dwie nocki w pracy. Nie mam o czym pisać, więc wrzucę jedynie zdjęcie swojego ukochanego Ursynowa i pójdę pod prysznic. Jestem totalnie wymęczony, gdyż przed chwilą obejrzałem "Moulin Rougie!" Baza Luhrmana... Koszmarnie banalny scenariusz, koszmarne aranżacje bardzo dobrych utworów, nuda, nuda, nuda.

Moim numerem jeden wśród musicali nadal jest "Across the universe" Julie Taymor, numerem dwa niezwykle dołujący "Pink Floyd - The wall" Alana Parkera, a numerem trzy równie dołujący "Dancer in the dark" Larsa Von Triera.

Ech, mało filmów ostatnio oglądam. Ostatni raz w kinie byłem dwa lata temu...


2011.08.15 / Poniedziałek / 23:53 - Rowerowa randka

Po raz kolejny głupio się uśmiecham na zdjęciu, gdyż dzisiaj spełniło się moje kolejne marzenie - po raz pierwszy w życiu byłem na wycieczce rowerowej z dziewczyną, koleżanką, przyjaciółką, współrandkowiczką... Jednym słowem - Kasią. Przez kilka godzin straszyłem ją przerażającym widokiem swojego chudego ciała odzianego w obcisły, czarny strój kolarski. Nie wiem jak zniosła ten makabryczny widok, ale widocznie jest to dziewczyna o mocnych nerwach.

Nareszcie doczekałem się dnia wolnego spędzanego tutaj, a nie w Puławach, czy Lublinie. Najpierw musiałem przebyć 40 kilometrów, by dojechać na swoje ukochane Ursynów, a stamtąd już razem wyruszyliśmy w miejsce, w którym jeszcze nigdy nie byłem, czyli do Lasu Kabackiego. Przez zapełniony ludźmi Las Kabacki jechaliśmy dosyć krótko i po kilkunastu minutach znaleźliśmy się w Powsinie, w Parku Kultury, czyli czymś co nazwałbym ośrodkiem rekreacyjno wypoczynkowym.

Z Powsina udaliśmy się do Wilanowa, ponad którym góruje obecnie Świątynia Opatrzności, która ku memu zdziwieniu nadal jest budowana. Nie wiem ile jeszcze lat będą ją budować, ale najważniejsze, że samo Wilanów jest już ładnie wykończone, wszystkie ścieżki rowerowe i ulice są na swoim miejscu, nie ma żadnych objazdów ani wykopów, jak przez kilka poprzednich lat. Tam także chciałbym zamieszkać.

Z Wilanowa powróciliśmy na Ursynów, a Kasia była nawet tak miła, że zaprosiła mnie do swego wysokiego domu rodzinnego, w którym mogłem poznać jej szanownych rodziców oraz psy i koty, a także przekonać się jak wygląda jej pokój. W pokoju Kasia pozwoliła mi pobawić się jej lustrzanką, dzięki czemu po raz kolejny zrozumiałem, że taki partacz fotograficzny jak ja, partaczy wszystkie zdjęcia, nawet te robione lustrzanką.

To był bardzo przyjemny dzień, cieszę się, że nie musiałem go spędzać samotnie, czyli z najbliższą rodziną. Jutro przyjeżdża do nas siostra z Puław, by tak samo jak w latach poprzednich spędzić u nas swój urlop. Ja za pięć dni wyruszam do Krakowa. W tym tygodniu mam tylko trzy dni pracy i cztery dni wolne. Słodko.


2011.08.13 / Sobota / 17:21 - Randka pod Pałacem

Ostatnio często się uśmiecham i nie jest to jedynie efektem wypitego piwa. Spotkanie, do którego na szczęście dzisiaj doszło, zdecydowanie można było nazwać randką, z czego oczywiście bardzo się cieszę, bo właśnie randki lubię najbardziej. Jakie to jest świetne, że w tym miesiącu byłem już na tylu randkach z tak fajną dziewczyną. Tym bardziej dziwię się samemu sobie, że niemal przez cały rok naszej znajomości, gdy tylko pisaliśmy na gg, byłem w stosunku do niej tak złośliwy, a nawet wredny. Chyba powinienem z tego powodu pójść do spowiedzi...

Lubię też to miejsce pod Pałacem Kultury i zauważyłem, że właśnie tam najlepiej czyta mi się książki. Chyba będę tam chodził częściej, nie tylko na randki, ale właśnie po to, by poczytać. Szkoda, że lato niebawem się skończy... Drugim miejscem, w którym czyta mi się niemal równie dobrze, są warszawskie Łazienki, w któych kiedyś przez kilka godzin siedziałem, zaczytując się "Samotnością w sieci". Czy jestem jedynym facetem ceniącym tę książkę?

Na koniec randki moja urocza randkowiczka odporowadziła mnie pod firmę, w której obecnie siedzę, przywalony nieprzyzwoicie dużą ilością klientów i klientek. Nie mogę doczekać się chwili gdy skończę dyżur, zjadę windą do garażu po rower, wsiądę na niego, założę na głowę słuchawki i usłyszę choćby to...


"Some girls are bigger than others
Some girls are bigger than others
Some girl's mothers are bigger than
Other girl's mothers"

The Smiths "Some girls are bigger than others"


2011.08.12 / Piątek / 19:45 - Bordello

Tej Kasi dawno nie było na moim blogu, więc po dłuższej przerwie ponownie zamieszczam tutaj jej zdjęcie. Tym razem Kasia zapozowała z ciachem. Kasia znalazła się w firmie na czarnej liście, więc nie wiadomo jak długo jeszcze tu popracuje... Nie wiadomo także kiedy ja znajdę się na czarnej liście. Średnia jest najważniejsza, kasa jest najważniejsza, nasz szef chce mieć jej coraz więcej i więcej, wszystko inne nie ma znaczenia. Kapitalistyczny strach został zasiany, ale ja to wszystko mam w dupie.

Dodatkowo podpadłem wczoraj Kasi z Warszawy i jako jej dobrą wolę należy traktować to, że jutro w ogóle się spotkamy. Ale ze mnie zły Pan Michał...

Za bardzo i za szybko się zaangażowałem, muszę ochłonąć, gdyż zaangażowanie najwidoczniej nie jest niczym dobrym. Jak długo będę się tego uczył?


2011.08.11 / Czwartek / 22:26 - Niedoceniane wróżki

Powróciłem do domu. Tej nocy jazdę rowerem ubarwiała mi płyta "The queen is dead" zespołu The Smiths, oraz doskonała płyta "Gospel" polskiego zespołu Lao Che. Pamiętam jak cztery lata temu przez miesiąc, a może i dłużej, podczas każdego nocnego powrotu rowerem z pracy do domu słuchałem "Powstania Warszawskiego" zespołu Lao Che, i najwidoczniej teraz równie regularnie będę regularnie powracał do "Gospel". Po powrocie do domu znalazłem na komódce w kuchni przesyłkę z płytą zespołu Gogol Bordello, a wkrótce otrzymam kilka kolejnych płyt innych zacnych zespołów. Cholera, rozkręciłem się na nowo z zakupami muzycznymi, a przecież w tym roku miałem rzucić ten nałóg. Poki co, w tym roku udało mi się całkowicie rzucić palenie, w czym pomógł mi bardzo nieprzyjemny ból serca, który odczuwałem po zapaleniu choćby jednego papierosa.

Miałem napisać o pracy, miałem napisać o Kasi z Warszawy, miałem napisać o tym, że urlop mam tydzień później niż myślałem. Możliwe, że poruszę te tematy w kolejnej notce, gdyż teraz wolę się zająć zjedzeniem płatków z mlekiem. Zresztą, o czym tu pisać... Praca jest, Kasia jest, urlop będzie. Wierzę w to, że będzie dobrze, zwłaszcza między mną i Kasią, bo właśnie na tym mi najbardziej zależy. Szybko zaczęło mi na niej zależeć... Czy to źle?


"Utopię waszą utopię
Utopię waszą utopię
Ja
Utopię waszą utopię
Utopię w potopie
Zarządzam pełne zanurzenie
Utopię waszą utopię
Utopię w potopie
Hydropiekłowstąpienie!"

Lao Che "Hydropiekłowstąpienie"


2011.08.11 / Czwartek / 17:19 - Rośnie

Po wielu miesiącach postoju ruszyła wreszcie budowa apartamentowca przy Pałacu Kutlury. Miło, że powstanie kolejny budynek wyróżniający Warszawę na tle innych marnych miast, takich jak choćby Wrocław, który posiada tylko jeden wieżowiec. Jak dla mnie - im wyżej Warszawa będzie się pięła, tym ładniej będzie wyglądać. Oczywiście im więcej budynków tym więcej samochodów, a więc także tym więcej korków... Ale co mnie obchodzą korki skoro po Warszawie poruszam się przy pomocy roweru lub metra?


2011.08.10 / Środa / 19:16 - Busem

Powrót busem do Warszawy. Cena za przejazd nadal dosyć niska, czyli 20 złotych. Zdecydowanie wolę jeździć nim w drugą stronę, mając świadomość, że przede mną kolejne dni wolne. Gdybym poszedł na studia, nie mógłbym już tak jeździć do siostry, nie miałbym już takiego luzu, powinienem się więc cieszyć z tego, że jeszcze nie studiuję. Może za rok?

W sobotę lub niedzielę kolejne spotkanie z Kasią, przed moim dyżurem w firmie. To dobrze, bo już się bardzo stęskniłem. Wiem, że zależałoby jej na tym, bym poszedł na studia. Każdej dziewczynie zależałoby na tym, by mieć wykształconego faceta. Dla mnie to czy kobieta jest wykształcona czy nie, jest w zasadzie bez znaczenia, ale zazwyczaj te wykształcone są po prostu mądrzejsze. Taka dziwna zasada...

Czym innym jest inteligencja, czym innym jest mądrość, a czym innym wykształcenie. Najważniejsze jednak i tak jest dobre serce, przynajmniej dla mnie. Czy ja takie mam? A jeśli tak to czy ono wystarczy? Czuję, że zmotywowany przez dziewczynę szybko pognałbym na studia.


2011.08.09 / Wtorek / 20:12 - Zapuszczony

Nieważne czy jestem w Puławach cały tydzień, trzy dni czy dwa, zawsze prędzej lub później nadchodzi ostatni dzień mojego pobytu tutaj, dzień powrotu do domu i zawsze wtedy robi mi się trochę smutno. Po pierwsze dlatego, że zostawiam tutaj siostrę samą, po drugie dlatego, że kończy mi się czas relaksu i muszę wracać do pracy, a po trzecie dlatego, że tutaj żyje się jednak wygodniej niż w naszym leśnym domu, w Puszczy Kampinoskiej, tak dzikiej i nieludzkiej. Zdecydowanie wolę żyć w mieście. Przydałoby się wynająć mieszkanie w Warszawie...

Poszliśmy z siostrą na cmentarz, gdyż niedawno minęła piąta rocznica śmierci Babci. Po wizycie na cmentarzu zawsze idziemy nad Wisłę, na widoczny na zdjęciu deptak. Bardzo lubię to skromne miejsce.

Kupiłem sobie dzisiaj jaskrawą koszulkę, ale na zdjęciu w ogóle nie widać, że jest jaskrawa.


2011.08.09 / Wtorek / 15:07 - Za głupi dla mądrych

Cóż za naturalne ujęcie. Fakt, że zrobiłem dwadzieścia takich zdjęć, w ogóle nie czytając książki, a jedynie z nią pozując, nie powinien mieć wpływu na ostateczny odbiór tego zdjęcia przez czytelnika mojego nieszczęsnego bloga. :P Wszystko jest reżyserowane.

Czy chciałem coś napisać? W zasadzie nie, ale i tak dodaję kolejny wpis. Książka "Inny chłopiec" bardzo mi się podoba, choć pewnie skończę ją czytać dopiero pod koniec tygodnia. Czuję, że mogę identyfikować się z głównym bohaterem, gdyż także jestem romantykiem, i także byłem w dzieciństwie "naprawiany" przez psychologów, a w zasadzie przez dwie panie psycholog, w dwóch różnych szkołach. Jednej pani bardzo nie lubiłem i nie była ona dla mnie żadnym autorytetem, najchętniej bym ją pobił, druga natomiast była bardzo miła i sympatyczna, a przede wszystkim ładna, więc nawet przyjemnie się z nią rozmawiało. Jednak w miarę normalny stałem się wiele lat później, przede wszystkim dzięki swojej pracy, ale także dzięki dziewczynom, z którymi zacząłem się spotykać. Głównie dzięki Owcy i Dorocie.

Wciąż czytam za mało książek, wciąż za mało interesuję się otaczającym mnie światem, wciąż jestem za słabo wykształcony, ale także wciąż nie czuję się gotowy na to, by pójść na studia. Nie podoba mi się jednak to, że jestem taki jaki jestem - człowiekiem, dla którego życiowym osiągnięciem jest zdana matura. Czuję, że należę do ludzi mądrych, inteligentnych, mam wykształconych rodziców i znacznie blizej mi do tych wszystkich, którzy studia ukończyli lub przynajmniej na nich byli. Mam tu na myśli dobre studia dzienne, a nie zaoczne, płatne, na które mogą się dostać wszyscy mający pieniądze, a nie znający nawet zasad ortografii. Ostatecznie wygląda to tak, że wśród inteligentnych ludzi czuję się bardzo dobrze, ale zdaję sobie sprawę z tego, że jestem od nich mniej inteligentny, mniej oczytany i gorzej wykształcony, przez co często zamykam się w sobie, by nie zrobić z siebie głupka. Chciałbym być taki jak oni, jak mój kolega Jacek, jak jedna i druga Kasia, jak inni mądrzy znajomi, zazwyczaj młodsi ode mnie.

Chciałbym cofnąć czas o jakieś piętnaście lat i starać się tak jak inni, by nie zostać w tyle. W życiu dorosłym ciężko jest nadrobić to co się straciło. Ciężko, ale na pewno nie jest to niemożliwe.

Wracam do lektury... "Mistrza i Małgorzaty" nie uznałem za mistrzostwo. To jedna z lepszych i zabawniejszych książek jakie czytałem, podziwiałem doskonałe, złośliwe poczucie humoru Bułhakowa, ale rozczarowało mne zakończenie, które jest zupełnie nijakie. Zresztą podobno sam autor nie był zadowolony z tej wersji swojego dzieła, lecz nie mógł już niczego poprawić, gdyż zmarł. Czasem jest po prostu za późno.


2011.08.09 / Wtorek / 10:49 - Czubek na Czubach

Zdjęcie zrobione jakąś godzinę wcześniej od poprzedniego, przedstawiające mnie siedzącego na ławce w wąwozie, czekającego na koleżankę Kasię, robiącego sobie z nudów zdjęcia. Uwielbiam to miejsce w Lublinie, o czym już kilka razy wspominałem. Sam już nie wiem czy to Czuby, czy LSM, czy może granica między tymi osiedlami.

Przed wyjazdem do Lublina zrobiłem małe zakupy - ubraniowe, podarunkowe oraz użytkowe. Sobie kupiłem nowe bokserki Henderson i koszulki, choć wciąż mam ich za mało. Dziewczynom z Lublina kupiłem coś co mogłem im podarować, oglądając ich nowe mieszkanie, natomiast siostrze wreszcie kupiłem czajnik elektryczny, bo miałem już dość tego zwyczajnego, służącego do gotowania wody na gazie. Wodę w Puławach mamy dosyć podłą - twardą i zakamienioną, która nie ma porównania z naszą wodą w puszczy - smaczną, miękką i prawdziwie mokrą. ;)

Będąc już w Lublinie przeszedłem się bardzo lubianą przeze mnie trasą z Ronda Honorowych Krwiodawców do uwiecznionego na zdjęciu wąwozu na Czubach. Idąc rozmyślałem o tym o ile fajniejszy jest Lublin od takiego na przykład Wrocławia. Nie wiem z czego konkretnie to wynika, ale Lublin posiada konkretny klimat, który być może zauważam tylko ja. Koleżanka siostry powiedziała kiedyś, że Lublin jest "rozesrany" i faktycznie, coś w tym jest. :) To ma swój urok. Jedynym miejscem podobnym do Lublina jest Ursynów w Warszawie - dzielnica, w której mieszka druga Kasia, czyli ta pierwsza.

Posiedziałem na ławce, chroniąc się przed deszczem pod parasolką, aż w końcu zjawiła się pobita przez dziecko Kasia, nie widziana przeze mnie od ponad miesiąca. Poszliśmy razem do jej nowego mieszkania, w którym oczywiście bardzo mi się spodobało. Z mieszkania pojechaliśmy autobusem na Stare Miasto, gdzie porobiliśmy sobie zdjęcia przy Placu po Farze, a następnie weszliśmy do Starej Drukarni, gdzie podają najlepsze frytki w Polsce, lub przynajmniej jedne z najlepszych. Stara Drukarnia ma jakiś problem z instalacją elektryczną, ponieważ mniej więcej dziesięc razy zgasło światło, podobnie jak rok temu, gdy byłem tam po raz pierwszy z siostrą. Niemniej jednak lubię to miejsce.

Każde moja wizyta w Lublinie kończy się na obskurnym i nieprzyjemnym dworcu z busami, przy ulicy Ruskiej. Tam też pożegnałem się z Kasią, będąc zadowolonym z udanego i bardzo przyjemnego spotkania. Naszego spotkania numer trzy, które wyglądało właśnie tak jak je sobie wcześniej wyobrażałem. To przemiłe, że Kasia ma do mnie takie przyjacielskie nastawienie.

Dzisiaj pogodę mamy rewelacyjną, za chwilę wyruszę więc na spacer, zakupy, lub wycieczkę rowerową. Do Warszawy wracam jutro, jadąc prosto do pracy na godzinę 16:00. Niestety nie będę miał teraz czasu na spotkanie z "moją" Kasią, bo każdy dyżur będę kończył w okolicach północy, ale przecież już za nieco ponad tydzień jedziemy razem do Krakowa. Opłacało się kupić w czerwcu bilety na koncert Editors, mimo tego, że wtedy okazało się to być złym pomysłem.

Wiem, była to notka o niczym. Ale takie też są potrzebne. :)


2011.08.08 / Poniedziałek / 22:02 - Spotkanie bratnich dusz

Kasia z Lublina, moja bratnia dusza, z którą się dzisiaj po przyjacielsku spotkałem, wyraziła zgodnę na ujawnienie swojego wizerunku na moim blogu, więc z przyjemnością ją tu prezentuję, choć przyznaję, że znam jej lepsze zdjęcia. :) Siebie prezentuję z mniejszą przyjemnością, bo jakoś dziwnie wyglądam na tej fotce, ale... Nie ja jestem tu najważniejszy. Tak właśnie wygląda dziewczyna, o której opowiadała większość moich czerwcowych i lipcowych wpisów, w której miałem szczęście lub pecha się zakochać, miłością niechcianą i zbyteczną.

Najważniejsze pytanie - co dzisiaj czuję do Kasi? Prosta odpowiedź - dokładnie to samo. Podziwiam jej urodę, podziwiam jej inteligencję, podziwiam to jakim jest człowiekiem i uważam, że kiedyś będzie świetną partnerką życiową dla mężczyzny, którego wybierze. Mam powód, by twierdzić, że jednak dokona mądrego wyboru, ponieważ wbrew moim wcześniejszym obawom jest dziewczyną mądrą, potrafiącą wybrać właściwie. Po dzisiejszej rozmowie, po dokładnym opisaniu przez Kasię całej sytuacji, o którą miałem do niej duży żal, muszę ją przeprosić za dwa dosyć niemiłe wpisy na moim blogu. Najpewniej to co wtedy napisałem, było wynikiem mojej zazdrości, która bardzo często lubi iść w parze z zakochaniem. Przepraszam więc za niezbyt trafną ocenę sytuacji, której do końca nie znałem. Zarazem zaznaczam, że ja jako kobieta nigdy bym się w taką sytuację nie wplątał.

Jesteśmy więc przyjaciółmi i potrafimy nimi być. Kasia jest tak dobrą przyjaciółką, że nawet zgodziła się pojawić na moim okropnym blogu. Doceniam to bardzo i dziękuję. Ostatnio widziałem demotywator, z podpisem "Zostańmy przyjaciółmi - czyli ty będziesz słuchał, inny będzie r*chał". Pozornie zabawny, sporo w tym gorzkiej prawdy, ale jednak ów demotywator mi się nie podoba, nie pasuje do mojej wizji świata, mojej wizji relacji damsko-męskich, a przede wszystkim mojej wizji przyjaźni. Uważam, że właśnie słuchanie jest większą wartością od, za przeproszeniem, r*chania, tak samo jak uważam, że możliwa jest prawdziwa przyjaźń między mężczyzną a kobietą, nawet jeśli jedno z nich było, a może nadal jest zakochane w drugim.

Najważniejsze jest dla mnie to, że w Warszawie mam drugą przyjaciółkę, drugą Kasię, która obecnie jest moim numerem jeden. To właśnie do niej lepiej pasuję i to właśnie ona lepiej pasuje o mnie, przynajmniej tak mi się wydaje. Jeszcze jej tego nie powiedziałem, bo nie wiem czy jest gotowa to usłyszeć i czy naprawdę tego potrzebuje, ale jestem w niej zakochany, tak samo, jak miesiąc wcześniej byłem zakochany w Kasi z Lublina. Jak to możliwe?

W życiu wszystko jest możliwe... Nawet to, że kiedyś Pan Michał będzie miał swoją Kasię, tak naprawdę i na zawsze.


2011.08.07 / Niedziela / 18:46 - Ponownie w Kazimierzu Dolnym

Kazimierz Dolny podczas festiwalu faktycznie jest zatłoczony, ale nie tak bardzo, jak się spodziewałem. Nie widziałem żadnego znanego reżysera, aktora, czy aktorki, ponieważ posiedzieliśmy z siostrą na rynku kilkanaście minut, liżąc lody i narzekając na upał, a następnie udaliśmy się w miejsce, w którym nigdy jeszcze nie byłem, czyli do wąwozu znajdującego się między Kazimierzem a Mięćmierzem. Wąwozem tym doszliśmy do Zajazdu Piastowskiego z całkiem przyjemną restauracją, w której zamówiłem to co zamawiam wszędzie, czyli frytki. ;) W Zajeździe Piastowskim ostatni raz byłem jakieś dwadzieścia lat temu, więc miło było ponownie odwiedzić to miejsce.

Pogoda dopisała, słońce nawet teraz świeci i nie zakrywa go żadna chmurka, wieje przyjemny wiaterek... Mam nadzieję, że mój wrześniowy urlop także będzie pogodny, bo to ostatni tydzień odpoczynku w tym roku. Później czeka mnie już tylko praca i robienie prawa jazdy.

W tym roku w Warszawie zmieniono samochody, na których zdaje się egzamin na prawo jazdy. Ostatnio uczyłem się jeździć Toyotą Yaris, a obecnie szkoły używają samochodów marki Skodia Fabia. Szkoda, bo lubiłem ten cyfrowy prędkościomierz w Toyocie Yaris. Ale jak się prawo jazdy robi trzy lata, to nie można narzekać na zmianę marki samochodu.

Co oznacza słowo Richter?


2011.08.07 / Niedziela / 11:38 - Kocham Kasie

Siostra kupiła nowe firanki i zasłony, dzieki czemu mój pokoik w Puławach wygląda jeszcze przyjemniej niż dotychczas. Świetnie się w nim czuję. Siostra powinna pracować jako stylistka wnętrz, ale niestety minęła się z powołaniem i została bibliotekarką. Ja z powołaniem się nie minąłem - pisanie bzdur było mi pisane. :)

Wyszło piękne słoneczko, więc zaraz jedziemy do Kazimierza Dolnego, który w tym roku nadzwyczaj często odwiedzam, samotnie, z siostrą lub z koleżankami, ale podczas festiwalu jeszcze nigdy tam nie byłem. Podobno wieczorem ma być deszcz i burza, ale to ostatnio zupełnie normalne. Wczoraj też lało w Warszawie, gdy czekałem na Kasię pijąc piwo i czytając książkę. Na koniec niechcący zabrałem jej parasolkę do Puław...

Tytuł notki przewrotny. Na końcu powinna znajdować się litera "ę", zamiast "e", ale jako człowiek nietypowy i pokręcony, wolę wersję przewrotną. ;) Poza tym ta prostsza wersja byłaby zbyt infantylna. Jutro jadę do Lublina, zobaczyć nowe mieszkanko Kasi z Lublina i przekonać się czy potrafię z nią funkcjonować na zasadach wyłącznie koleżeńskich. Osobiście uważam, że w obecnej sytuacji nie będzie to ani trochę trudne.

Kasi z Warszawy najchętniej nikomu bym już nie oddał i nie zamienił na żadną inną. :)


2011.08.06 / Sobota / 23:36 - Serce zostawiłem w Warszawie

Ostatnim busem z Warszawy przyjechałem do Puław, słuchając po drodze Morrisseya i Dezertera. Po raz pierwszy przyjeżdżając tutaj, tęsknię za dziewczyną, która została tam, w stolicy. Fajnie jest mieć bliską dziewczynę, w bliskiej stolicy... W każdym razie randka była ponownie bardzo przyjemna, zakupy ubraniowe były udane, przynajmniej dla mnie, gdyż mam teraz koszulkę w ulubionym kolorze Kasi, a przede wszystkim wstępnie umówiliśmy się na wrześniowy weekend, podczas mojego urlopu, kiedy Kasia odwiedzi mnie w Puławach. Główną atrakcją jej pobytu tutaj, poza mną oczywiście, ma być poznanie Kazimierza Dolnego i Lublina, czyli dwóch miast, w których jeszcze nigdy nie była. Oby pogoda dopisała... Najpierw Kraków, później Puławy, w międzyczasie randki w Warszawie. Nagle stałem się bardzo szczęśliwym człowiekiem i byłoby ciężko, gdyby równie nagle to wszystko miało się skończyć.

Idę spać, bo padam po dwóch ostatnich nocach, podczas których spałem tylko trzy i cztery godziny. Jutro pewnie odpuścimy sobie z siostrą Kazimierz Dolny, choć kto wie...


2011.08.06 / Sobota / 09:44 - Wyższy poziom ściemniania

Wkrótce nasze centrum operatorskie ma się przenieść z drugiego piętra na trzecie. Podobno mają tam być dwa pomieszczenia - jedno dla lepszych pracowników, drugie dla gorszych. W tym drugim nie będzie dostępu do Internetu... Ciekawy pomysł miał nasz szanowny szef...

Właśnie zaczął lać deszcz. Super, bo przecież dawno już nie padało. Mieliśmy dwa słoneczne dni, dzięki którym przypomniałem sobie, że lato to naprawdę fajna pora roku, a teraz wracamy do szarej i mokrej codzienności.

Po pracy nie jadę od razu do Puław, tylko czekam na Kasię, z którą umówiłem się na randkę numer cztery, choć będzie to nasze piąte spotkanie, gdyż jedno nie było randką, a jedynie odebraniem biletu. Z żadną inną dziewczyną poza Dorotą nie byłem na tylu randkach. Bardzo mnie to cieszy. :) Nie mogę się doczekać wspólnego wyjazdu do Krakowa.

Zapomniałem się pochwalić, że we Wrocławiu udało mi się wygrać kolejny zakład z Owcą. Założyliśmy się o to jaką piosenkę Nick Cave zaśpiewa na początku koncertu i udało mi się trafić we właściwą. Wygrałem cztery piwa i jestem z tego powodu bardzo nadęty. :P

Szkoda Leppera... Lubiłem go.


2011.08.05 / Piątek / 21:19 - Plus Ultra

Kupiłem sobie płytę Morrisseya, którego do niedawna zupełnie nie znałem, a który od dnia koncertu w Stodole kojarzy mi się z pewną dosyć szczególną Kasią. Lubię kupować płyty kojarzące mi się z konkretnymi dziewczynami, które odegrały mniej lub bardziej ważną rolę w moim życiu. To samo dotyczy książek - o wiele przyjemniej czyta mi się te polecone przez tą lub tamtą Kasię, Olę, czy Dorotę...

Ja w ogóle jestem chyba facetem zależnym od kobiet, lub przynajmniej mój nastrój jest od nich zależny i zapewne właśnie dlatego tak często wpadam w różnego rodzaju dołki psychiczne. Obecnie jest jednak całkiem dobrze, od niedawna jestem szczęśliwy, mogę spotykać się z dziewczyną, którą bardzo cenię, którą powoli poznaję, przekonując się jak wiele ma zalet i jak niewiele wad. Najważniejsze jest to, że dobrze się z nią czuję, że bardzo mi się podoba, że lubię z nią rozmawiać, lubię jej sluchać, lubię czuć jej zapach i głaskać jej gładką, delikatną skórę. Od wczoraj wiem, że jest dziewczyną, w której mógłbym się zakochać, czuję też, że nadawałaby się na moją partnerkę, ale boję się póki co naprawdę angażować, bo jak zwykle jest jeszcze ten trzeci, z przeszłości i to całkiem niedawnej...

Każdy ma kogoś z przeszłości, ale o przeszłości trzeba umieć zapominać, jeśli chce się dokądkolwiek dojść. Ja wiem, że nie chcę się kręcić przez całe życie w kółko, tylko naprawdę mam swój cel, który pragnę osiągnąć. Zapewne dążenie do tego celu jest ciekawsze niż samo osiągnięcie go, ale mimo wszystko... Chciałbym iść. Która z dziewczyn wreszcie kiedyś pójdzie razem ze mną? Jak ma na imię? Wódka?


2011.08.05 / Piątek / 07:57 - Trzy godziny snu

Spałem tylko trzy godziny, nawet nie zdążyłem rano wziąć prysznica, ale mimo tego nie czuję, bym był w jakiś wyjątkowy sposób zmęczony. W pracy posiedzę dzisiaj zaledwie siedem godzin, tak samo jak jutro, po czym rozpoczną się moje trzy dni wolne. Oczywiście wybieram się do Puław, bo dawno już mnie tam nie było. W niedzielę mamy jechać z siostrą do Kazimierza Dolnego, w którym aktualnie odbywa się festiwal filmowy. W poniedziałek natomiast mam jechać do Lublina, by spotkać się z koleżanką/kolegą Kasią. Będzie to dopiero nasze trzecie spotkanie - pierwsze, które potraktuję jako zwykłe, koleżeńskie.

Mama pyta się mnie z iloma Kasiami naraz zamierzam kręcić, na co odpowiadam - z jedną, zdecydowanie jedną.

Przyjemnie jeździ się do pracy o poranku. Przyjemnie wychodzi się z pracy po południu, gdy jeszcze nie ma prostytutek na ulicach.


2011.08.05 / Piątek / 01:08 - Pan Michał zdobyty

Wróciłem do domu o 1:00, po bardzo przyjemnej, trwającej dłużej niż planowałem randce z Kasią z Ursynowa. :) Za trzy godziny wstaję do pracy, więc teraz zdążę tylko napisać, że dostałem od Kasi butelkę wina prosto z Hiszpanii, w której była w zeszłym tygodniu, że Pole Mokotowskie to bardzo fajne miejsce, które wpisuję od dzisiaj na listę moich ulubionych miejsc, i że Kasia to bardzo fajna dziewczyna, z którą przyjemnie spędza się czas, z którą całując się nie myślę już o innej, i z którą czuję się ogólnie bardzo dobrze. :) Cieszę się, że to właśnie z tą Kasią jadę do Krakowa.

Pora na krótki sen...


2011.08.02 / Wtorek / 20:04 - Po złej stronie bajki

Tłumaczenie na polski - "Szczerze mówiąc, moja droga, jebie mnie to". W życiu każdego mężczyzny, który zakochał się w niewłaściwej kobiecie, która go nie doceniła, nadchodzi taki moment, jak na powyższym kadrze z filmu "Przeminęło z wiatrem". Mój respekt, mój podziw, a może nawet moja miłość do Kasi z Lublina także przeminęła z wiatrem i obiecuję sobie, że od teraz będę się zakochiwał tylko w tych kobietach, które mogą zakochać się we mnie. Są takie na tym świecie? Duży plus dla Kasi za to, że przecież mnie ostrzegała jak to się może skończyć. Wszystkie ostrzegają...

Nie mogłem się doczekać sierpniowego spotkania z Kasią w Lublinie, ale na dzień dzisiejszy jest mi ono już całkowicie obojętne... Zupełnie jak na koniec mojego ukochanego "Dekalogu VI" Krzysztofa Kieślowskiego.

Jeśli kiedyś zwiążę się z kobietą, to będzie to taka, która zamieszkuje tą samą bajkę co ja i nie będzie chciała z niej uciekać, kuszona przez węża. Mądrość, mądrość, mądrość - przede wszystkim. Kobieta musi mi imponować własnie tym. Nie pomoże ładna buźka, nie pomoże fajny głos, nie pomoże super ciało, ciekawe zainteresowania, dobry gust i wszystko inne co traci na znaczeniu, gdy kobieta zaczyna postępować głupio.

Oczywiście miłość wszystko wybacza, ale uważam, że tylko odwzajemniona miłość jest prawdziwa. Moja nie miała więc szansy stać się prawdziwą. A przyjaźń? Czy ona w ogóle istnieje i czy kiedykolwiek mi na niej zależało? Może na przyjaźń potrzeba więcej czasu... A może przyjaźnić też potrafię się tylko z tymi, którzy mi imponują?

Ale dość już smutów. Jest dobrze, dzisiaj wyszło słońce, w pracy było całkiem przyjemnie, jestem zdrowy, silny i mam mnóstwo możliwości. Mogę wykorzystać każdy dzień w dowolny sposób, kierując swoim życiem tak jak tego chcę. Jestem żywy, a życie jest tak piękne. Kocham je tak bardzo.


"Ja już pani nie podglądam."

Ostatnie zdanie z filmu "Dekalog VI"