2012.01.31 / Wtorek / 15:48 - Dwa miesiące do ucieczki

Na zdjęciu kuchnia w mieszkaniu na Nowolipiu. Okno wiecznie zasłonięte. W mieszkaniu jestem od wczoraj, wróciłem tu po pracy, przespałem się i czekam teraz na ostatni dyżur stycznia, który rozpocznie się dopiero o godzinie 20:00. Współlokatorek nie ma, są w pracy, ja zaś leżę sobie w łóżku z netbookiem i buszuję po Internecie, skupiając się zwłaszcza na Sympatii.pl. W międzyczasie zadzwoniłem do właścicielki mieszkania, by poinformować ją, że wraz z początkiem kwietnia wynoszę się stąd na zawsze. Gdybym żył w bliskich stosunkach z Sylwią, i gdybym do niej pasował, mógłbym zostać jej facetem i przenieść się do jej pokoju, bo przecież jej siostra wyjedzie stąd do USA. Miałbym wtedy fajną, bardzo zgrabną dziewczynę, ale przede wszystkim fajne, bardzo wygodne łóżko. ;D Nie należy też zapominać o tym, że płaciłbym jedyne 400 złotych za wspóldzielony z nią pokój. To się opłaca! ;)

Tymczasem jednak moją dziewczyną jest niejaka Kasia, stuprocentowa warszawianka, która dzisiaj zapytała mnie czy może iść w piątek do klubu z koleżankami. Zapytać można, czy dziewczyna, która ma faceta, powinna w ogóle chodzić bez niego do klubu? Przed listopadem puszczenie dziewczyny do klubu nie było dla mnie problemem, ufałem jej i w żaden sposób nie chciałem ograniczać jej wolności. Sytuacja wygląda jednak zgoła inaczej od listopada, gdy wiem do czego Kasia jest zdolna i co ciekawego może dziać się w klubie, gdy dziewczyna przyjdzie do niego bez swojego faceta. Wszystko wskazuje więc na to, że piątkowy wieczór i piątkowa noc będą czasem próby. Może tym razem będzie się całować z trzema kolesiami?

Ja ogólnie powiem tak - mam to wszystko w dupie. Zawsze marzyłem o tym, by mieć dziewczynę, któa nie szlaja się po klubach, zwłaszcza takich biało-kozaczkowych, a najlepiej taką, która w ogóle nie lubi tańczyć. Przede wszystkim zaś taką, która nie zdradza, która ma zasady, i której można w pełni ufać, przez całe życie. Która ma na czole wypisane "Spierdlaj - mam faceta i kocham go". Podobną do mnie. z którą czułbym się dobrze... Stojącą po mojej stronie.

Może powinienem takiej poszukać?


"We learn dances, brand new dances
Like the nuclear bomb
When we're nightclubbing
Bright white clubbing
Oh isn't it wild..."

Iggy Pop "Nightclubbing"


2012.01.30 / Poniedziałek / 12:44 - Prowokacja

Pies Kajtek z zazdrości wyjada kotkowi Tymotkowy karmę dla kota, a biedny, słaby Tymotek może tylko patrzeć na to chamstwo...

Skoro o chamstwie mowa to napiszę teraz o chamstwie, które miało miejsce wczoraj. W zasadzie zostałem zmuszony do nazwania tego chamstwem, bo osobiście nazwałbym to całkiem zabawną prowokacją, ale niech będzie... Trzeba się słuchać swojej dziewczyny. Otóż jak wiadomo, przedwczoraj i wczoraj moja dziewczyna, którą rzekomo rzuciłem, w akcie desperacji zaczęła mi wyznawać miłość w komentarzach na fotoblogu. Dodawała po kilka komentarzy naraz, a każdy następny przypominał poprzedni, przez co automatycznie akceptowałem jeden za drugim, dodając przy okazji w miarę zlośliwe odpowiedzi. Nie zauważyłem jednak, że w pewnym momencie komentarze podpisane i napisane w ten sam sposób, pochodzą już z inneego adresu IP, co oznacza, że ich autorem jest już ktoś inny, ktoś mieszkający w Warszawie. W tych fałszywych komentarzach znalazły się rzeczy, które na pewno nie powinny tu nigdy trafić, a efekcie czego także notka zamieszczona tutaj wczoraj po południu nie powinna być opublikowana. Stało się jednak inaczej, za co przepraszam. To moja wina, ponieważ to do mnie należy odrzucanie i akceptowanie komentarzy. Zaakceptowałem te, które powinny być odrzucone, ale ich autorowi gratuluję poczucia prowokacji.

Prowokacja nie jest niczym szkodliwym, obnaża słabości, sprawia, że ludzie stają się ostrożniejsi, a często jest po prostu zabawna. Wczorajsza prowokacja sprawiła, że pogodziłem się ze swoją dziewczyną i nadal jesteśmy razem. Nie żyjemy już jak pies z kotem. Kochamy się.

Do następnego razu...


2012.01.29 / Niedziela / 02:08 - Peep show

Ach, jak przyjemnie znowu poczuć zimno rodzinnego domu. W moim pokoju czekały na mnie dwie paczki zawierające to co nabyłem ostatnio na Allegro - mój egzemplarz książki "The secret diary of Adrian Mole aged 13 3/4" Sue Townsend oraz widoczny na powyższym zdjęciu box z angielskim serialem "Peep show" na dvd. Moja była dziewczyna, która obecnie zajmuje się głównie generowaniem miłosnego spamu, zrobiła podczas naszego związku kilka dobrych rzeczy i jedną z nich było zapoznanie mnie z serialem "Peep show", który w naszym kraju jest raczej nieznany, i który teraz mogę wreszcie w całości obejrzeć. Udało mi się go zdobyć za zajebiście okazyjną cenę, z czego jestem bardzo zadowolony, bo całkiem niedawno rozważałem zakupienie go za ponad sto złotych drożej.

Kładę się więc do łóżka i oglądam. Czytelnicy mojego bloga mogą natomiast obejrzeć coś znacznie mniej interesującego, czyli kolejny odcinek VideoBloga, tym razem z firmową Kasią w tle. Firmowa Kasia na moim fotoblogu pojawiła się już z piętnaście razy, więc teraz dodatkowo panoszy się na VideoBlogu. ;) Chaotyczny ten odcinek i za szybko na nim mówię, widocznie z powodu presji wywołanej koniecznością szybkiego odpisania na kolejne dziesiątki smsów. Praca ostatnio mnie męczy i nudzi... Rzucę ją chyba. :P

Jako wolny mężczyzna powróciłem na Sympatię.pl, by odnaleźć na niej nową kobietę. Niestety najfajniejsza, którą znalazłem za tym podejściem to moja współlokatorka i koleżanka z pracy - Sylwia. Czyli jednak można tam znaleźć kogoś normalnego!



2012.01.27 / Piątek / 23:43 - Szczęśliwy warszawiak

Całkiem przyjemny dzień, spędzony od rana do nocy w Warszawie. Od obudzenia się w swoim niewygodnym, ale całkiem sympatycznym łóżku, w mieszkaniu na Nowolipiu, poprzez zwykłe warszawskie funkcjonowanie, wypełnione głównie pracą, do leżenia w tym samym łóżku z netbookiem na łonie, czyli w sumie na fiucie. Jeśli spędzam tu dwie noce, jedną po drugiej, to śmiem nazywać swoje zachowanie porządnym kawałkiem samodzielności. ;) Tyle że jutrzejszą noc spędzę już w swoim leśnym, zimnym, ale jakże kochanym łóżku, więc o prawdziwej samodzielności nie może być mowy. W każdym razie zacząłem się zastanawiać, czy na pewno chcę zrezygnować z tego mieszkania już pod koniec marca... Na pewno nadal chciałbym być warszawiakiem, tylko jednak w nieco inny sposób. Chciałbym mieszkać z jakąś bliską mi dziewczyną, bo póki co mieszkam co prawda z dwiema, sympatycznymi, ale niezbyt mi bliskimi...

Po wyjściu z mieszkania udałem się w miejsce, z którego odebrałem skromny, urodzinowy prezent dla Kasi, zamówiony jeszcze wtedy, gdy byliśmy razem. Z prezentu wyszedł niezamierzony, nieco makabryczny joke, ale nie szkodzi... Na Ursynów dostarczy go za mnie Poczta Polska. Następnie udałem się w miejsce, w którym zdobywam w miarę ciepłe posiłki, gdy jestem w Warszawie, czyli do McDonalda w przejściu podziemnym przy Dworcu Centralnym. Po piętnastu minutach stania w kolejce dostałem w swoje łapki hamburgera i cheeseburgera, które były moim dzisiejszym śniadaniem. Dyżur w pracy był dosyć męczący i wyrobiłem marną średnią, ale przynajmniej była na nim także Kasia, która przyniosła mi na pendrivie kilka zdjęć ze swojego październikowego wesela, których wcześniej nie widziałem. Na zdjęciach tych znajduję się ja i moja ówczesna dziewczyna, dzisiaj już zapomniana. ;)

Po dyżurze powróciłem do mieszkania, w którym teraz leżę, pisząc tę notkę. W ciągu dnia otrzymałem oczywiście kilka wyznań miłości, w różnych miejscach, takich jak mój telefon, e-mail, fotoblog, Facebook... Są dosyć infantylne, ale w sumie szkoda, że nie było ich wtedy, gdy było dobrze, gdy byłem szczęśliwy dzięki miłości. Ale tak to już jest z niektórymi dziewczynami - gdy jest dobrze, jest źle, a gdy jest źle, jest dobrze. Pech chciał, że trafiłem właśnie na taką.

Muzycznie nadal skupiam się na panu noszącym imię Ali Akbar Moradi, ale także na genialnym, klimatycznym i jakże smutnym soundtracku z naprawdę dobrego, polskiego filmu zatytułowanego "Sala samobójców". Poza tym ostatnio odkrywam zalety najnowszej płyty, za którą dopiero teraz tak naprawdę się zabrałem i stwierdziłem, że mimo powszechnej krytyki jest ona jednak cholernie ciekawa. Z przyjemnością udałbym się jeszcze raz na koncert IAMX, tym bardziej, że ostatni niemal zupełne przegapiłem, mimo tego, że byłem na nim obecny w Krakowie w październiku.

Oj, lepiej nie wspominać tamtego wyjazdu do Krakowa, bo kojarzy się głównie z tym, do czego doszło dzień po powrocie do Warszawy... Żal. Lepiej nie wracać do tego wszystkiego co było, lepiej to porzucić i skupić się na tym wszystkim co przede mną, na tym co dobre. Na jakiejś naprawdę dobrej i porządnej dziewczynie... O ile takowe w ogóle istnieją.

Skoro o złych i dobrych dziewczynach mowa, to ostatnio odzyskałem kontakt z dwiema ważnymi koleżankami z roku 2009 - Ewą i Igą. Ewa to oczywiście słynna Przyjaciółka, nazywana tak na moim blogu wtedy, gdy nie mogłem tu wymieniać jej imienia, a Iga to słynna MetalMia, przyszła pani seksuolog, mieszkająca obecnie w Krakowie, studiująca na Uniwersytecie Jagiellońskim, na którą się obraziłem jakieś osiem miesięcy temu, gdy nie chciała mnie ugościć w swoim mieście. Ewa raczej nie spłaci mi zaciągniętej pożyczki wynoszącej tysiąc złotych, bo jej sytuacja jak zwykle jest kiepska, domyślam się, że wręcz tragiczna, ale i tak przyjemnie było z nią znowu popisać. Bądź co bądź jest to dziewczyna, z którą zawsze najlepiej mi się rozmawiało, i z którą najswobodniej się czułem. Spotkania z Ewą póki co jednak nie planuję... Byłoby to nasze pierwsze spotkanie po półtorarocznej przerwie.

Poczytam Pratchetta i zasnę... A może zamiast Pratchetta poczytam swój własny fotoblog. Dokładnie trzy lata temu rozpoczął się najszcześliwszy i najbardziej wyjątkowy okres mojego życia. Byłem wtedy niezwykle radosny, podekscytowany i zarazem przerażony tym, że to wszystko się skończy. I faktycznie, kilka miesięcy późnej skończyło się... Wszystko.


"For the lovers of evidence
And in the name of every heretic
Kick kick
Break up the dogma
And flush the toilet of this god shit
Kick kick"

IAMX "Into asylum"


2012.01.26 / Czwartek / 23:30 - Nie uwierzę

Czytając pierwszą w swoim życiu książkę w języku angielskim zapisywałem wszystkie słówka, których wcześniej nie znałem, lub wobec których miałem jakieś wątpliwości, by móc je sobie przyswoić. Wydawało mi się, że zapisałem ich najwyżej dwieście lub trzysta, ale po wydrukowaniu wyszło tego aż siedem stron, zapisanych niewielką czcionką. Podsumowałem w Wordzie wszystkie słówka i okazało się, że jest ich dziewięćset, co ukazuje skalę mojej angielskiej niewiedzy. ;) Wstyd.

Dzisiejszy dzień był wyjątkowy. W trakcie wczorajszej rozmowy ze swoją dziewczyną dowiedziałem się, że kupiła ona sukienkę, w której bardzo mi się podobała podczas przymierzania jej w sklepie kilka miesięcy temu, i że przyda jej się ona na wesele, lub wesela, na które prawdopodobnie będzie zaproszona w tym roku. Wesele skojarzyło mi się szybko z październikiem, który zakończył się w sposób bardzo, bardzo nieprzyjemny. Wszak dwa tygodnie po ostatnim weselu zostałem zdradzony, podwójnie, co totalnie mnie rozwaliło i zarazem uświadomiło mi, że kobieta, którą pokochałem jest niegodna zaufania, niegodna mojej miłości, niepoważna, i przede wszystkim mnie nie kocha. Przez to co zrobiła zupełnie nie przypomina mojej wymarzonej partnerki życiowej, nie nadaje się do tej roli, budzi wręcz we mnie odrazę, to nie tak miało być, nie takiej kobiety poszukiwałem. Wczoraj przypomniałem sobie jak kilkukrotnie chwialiła umiejętności taneczne frajera, z którym mnie zdradziła, ignorując zarazem to, że dla niej zdecydowałem się tańczyć po raz pierwszy w swoim życiu, i uznałem, że skoro tak dobrze jej się z nim tańczyło to niech jego zaprosi na tegoroczne wesela. Podobno świetnie sprawdza się także w tych wolnych tańcach, w których można się przytulać, obmacywać i całować. Mówi się przecież, że mężczyzna, który dobrze tańczy jest także dobry w łóżku. Moje zniechęcenie do tego związku, które trwało od czasu jej ostatniej ucieczki z mojego mieszkania w środku nocy, w jednej chwili przybrało na sile i przerodziło się w całkowitą niechęć. Po męsku i po chamsku postanowiłem, że już nigdy się nie spotkamy, a przede wszystkim, że nie będę się już odzywał.

Jak postanowiłem, tak zrobiłem - nie odebrałem telefonu, mimo tego, że dzwonił ze czterdzieści razy, nie odpowiedziałem na żadną wiadomość, nie życzyłem miłego dnia i nie będę życzył dobrej nocy. W efekcie otrzymałem dzisiaj kilkanaście wyznań miłosnych, zupełnie nie pasujących do normalnej, codziennej postawy Kasi, krytycznej wobec mnie, nie lubiącej we mnie tak wielu rzeczy. Straszne. Kobiety są tak dziwne jak opisywał to Tomasz Beksiński. Im bardziej mężczyzna się stara i im bardziej kocha kobietę, tym bardziej nim ona poniewiera. Dopiero gdy zaczyna ją ignorować, gdy się na nią wypina, kobieta zaczyna o niego walczyć. To coś dużo gorszego niż brak logiki. To jest po prostu chore.

Nie zamierzam skorzystać z żadnego zaproszenia Kasi, nie odczuwam potrzeby spotkania się z nią, lub jej rodziną, nie chcę tracić na nią czasu i pieniędzy, mam dość wysłuchiwania ciągłej krytyki pod swoim adresem, nie czuję byśmy byli do siebie podobni i chcieli żyć w taki sam sposób, a przede wszystkim nigdy nie będę w stanie jej zaufać. Nie można zaufać dziewczynie, która po zdradzeniu swojego chłopaka z dwoma facetami, powiedziała mu następnego dnia, że może będzie się z nimi jeszcze spotykać, ale niech się nie martwi, bo przecież to będę spotkania w trójkę - ona jedna i ich dwóch. Do tego wszystkiego dochodzi jej marzenie - wyjazd za granicę i praca w Parlamencie Europejskim, aplikacja składana za aplikacją, ambitna gra, w której ja jestem tylko przeszkodą i odliczanie przeze mnie czasu do jej spieprzenia z kraju. Za granicą na pewno znajdzie kilku dobrych tancerzy...

Po raz pierwszy od sześciu miesięcy nie odezwałem się do Kasi przez cały dzień. Wysłałem jedynie poniższy, jakże piękny wiersz na jej adres mailowy... Jutro nie wyślę już niczego. Jestem teraz wolnym mężczyzną.

Czy po wejściu w życie ACTA będzie jeszcze można przesyłać wiersze przez Internet?


"Nie uwierzę
gdy powtórzysz sto razy
Nie uwierzę
widząc wyraz twej twarzy
Nie uwierzę
tak modlitwę zaczynam
jedyna.

Nie uwierzę
słodkim słowom i dreszczom
Nie uwierzę
wielkiej mocy twych pieszczot
Nie uwierzę
prawdą jest to, że kłamiesz
kochanie

Nie uwierzę
czułym twym pocałunkom
Nie uwierzę
kiedy duszy twej smutno
Nie uwierze
choćbyś w piersi się biła
ma miła

Nie uwierzę
że to miłość, oddanie
Nie uwierzę
że już przy mnie zostaniesz
Nie uwierzę
nie przekonuj mnie więcej
bo nie chcę

Nie uwierzysz
że nie wierzę w to wszystko
Nie uwierzysz
że ja nie chcę być blisko
Nie uwierzysz
i masz rację kochanie
bo kłamię."

Marcin Różycki "Nie uwierzę"


2012.01.25 / Środa / 19:17 - Wolny wieczór w leśnym domu

Kot Tymot zdaje się mówić na tym zdjęciu - człowieku, nie wkurwiaj mnie z samego rana tym aparatem. Ciężko go sfotografować, zawsze chowa się w ciemnych miejscach, co wymusza użycie lampy błyskowej. Ach, gdybym miał taki aparat jaki mieli na wczorajszej manifestacji fotoreporterzy tvn24.pl... W sumie na całej manifestacji najbardziej podobało mi się obserwowanie ich przy pracy, zwłaszcza jednego pana fotoreporera z netbookiem, który bardzo szybko edytował i przycinał zdjęcia w PhotoShopie, a następnie przesyłał je protokołem FTP do firmy. Miał w swoim netbooku setki udanych zdjęć, spośród których wybierał te najlepsze, naprawdę rewelacyjne, zwłaszcza w porównaniu z moimi zdjęciami. Dziś rano obejrzałem na tvn24.pl te, które przy mnie edytował. Fajnie jest być dziennikarzem.

Przed chwilą dowiedziałem się, że jeden z moich ukochanych polskich utworów rockowych, buntowniczy i zarazem bardzo mądry "Do prostego człowieka" zespołu Akurat, oparty jest w calości na wierszu Juliana Tuwima pod tym samym tytułem. Mój podziw do zespołu Akurat spadł o 90%... Posłuchałem sobie dzisiaj także płyty Adele, która faktycznie jest bardzo dobra, niemal tak dobra jak Amy Winehouse. Niekiedy artyści nachalnie promowani w masowych mediach naprawdę sa godni uwagi... Aby jednak nie zanurzać się za bardzo w mainstreamie słucham teraz płyty irańskiego muzyka, który nazywa się Ali Akbar Maradi i gra na instrumencie noszącym nazwę tanbur (nie mylić z tamburynem). Skąd wziąłbym jego muzykę, gdyby nie było piractwa i wolności w Internecie? No dobrze, przyznaję, jego płyty można legalnie kupić w Polsce, choćby w sklepie Fan.pl, w którym album "Companion" kosztuje "jedyne" 89,99 złotych. ;) Ale co z tymi bardziej niszowymi i niedostępnymi artystami? Za dostarczanie mi dobrej, nie-mainstreamowej muzyki dziękuję koledze Piotrowi-perkusiście. Pod względem muzycznym zawsze można na nim polegać, a po każdej rozmowie z nim czuję się tak jakbym posiadał 1% jego wiedzy na temat muzyki. Po zsumowaniu w Winampie wszystkich posiadanych przeze mnie pirackich utworów mp3 doliczyłem się piętnastu tysięcy, co łącznie daje tysiąc godzin muzyki. Kiedy ja mam tego wszystkiego posłuchać? Człowiek powinien żyć co najmniej tysiąc lat. W każdym razie Ali Akbar Maradi jest świetny - wrzucę sobie jego płytę na odtwarzacz mp3, by urozmaicić nieco swoje szare życie. Szkoda, że Ameryka pod przewodnictwem Izraela chce zabrać się za niszczenie kolejnego państwa, jakim jest Iran.

Mam wolny wieczór. Pouczyłem się już angielskiego z Profesorem Henrym, przyswoiłem sobie kolejne słówka, rozwiązałem kilka testów gramatycznych i będę teraz szukał sobie jakiegoś zajęcia. Może zrobię coś, czego już od dawna nie robiłem? Włączę jakąś grę komputerową i zacznę w nią pocinać. Może wreszcie ukończę Crysis, który przechodzę już od trzech lat? A może po prostu pogram w Kreta z 1991 roku? Albo przejdę w godzinę ukochane Prince of Persia?

A może jestem już na to za stary? Rano w przejściu podziemnym przy Rotundzie spotkałem kolegę ze szkoły, przewodniczącego naszej klasy, którego ostatnio widziałem jakieś osiem lat temu. Rozpoznał mnie od razu, więc chyba jednak niewiele się zmieniłem. Może nie jest jeszcze tak źle, wciaż mam dwójkę na początku.


2012.01.25 / Środa / 09:19 - Mutiny!

Koniec buntu. Firmowa Kasia nadal jest firmowa - wbrew wcześniejszym zapowiedziom nie odeszła od nas, nawet po przejściu na karną stawkę ośmiu złotych za godzinę. Widocznie stwierdziła, że za bardzo kocha smsowe rozmowy z wariatkami, psychopatkami, szmatami i zboczuchami. Nie dziwię się jej, mi też ciężko byłoby z tego wszystkiego zrezygnować, dlatego cieszę się, że nie zostanę Supervisorem, mimo tego, że przeszedłem do drugiego etapu rekrutacji. :P

Tymczasem trwa mój bunt przeciwko kobiecej tyranii. Najbardziej nie podobają mi się (udane) próby cenzurowania mojego fotobloga. Muszę być zdecydowanie bardziej zdecydowany - nie mogę pozwolić na to, by kobieta weszła mi na głowę i zmieniała moje życie wedle własnego (być może całkiem rozsądnego) uznania. ;) Mutiny!!! Najważniejszym przejawem mojego buntu, oprócz zwykłej złośliwości, jest nie-golenie brody. Moja twarz będzie wyglądała jak cipa. Mutiny!!!

Powróciłem do leśnego domu, zestresowałem kota robiąc mu zdjęcia i kładę się do zimnego, ale za to wygodnego łóżka. Moje łóżko w lesie jest równie puste i samotne jak łóżko w Warszawie - po co więc przepłacać? :P

W drodze do domu zapoznałem się z pierwszą płytą zespołu Happysad, która jak najbadziej mi się spodobała. Ta Dorota to jednak niegłupi gust miała... ;)


"A może sama powiesz mi
jak mam powiedzieć to tobie
że już nie kocham cię, nie chcę
że kiedy patrzę na to jak jest
już nie przechodzą mnie dreszcze
już nie brakuje mi powietrza
już nie wołam jeszcze, jeszcze, jeszcze"

Happysad "Jeszcze, jeszcze"


2012.01.24 / Wtorek / 18:12 - Tak zwany protest

Na protest przeciwko ACTA jednak poszedłem. Napisałem tutaj wielką notkę opisującą to co tam widziałem i wszystkie moje przemyślenia odnośnie ACTA, wolności, demokracji i inwigilacji. Niestety serwis photoblog.pl ma błędy i niekiedy notki po prostu przepadają, a ja nie skopiowałem swojej, przez co nie będzie mojego komentarza w tej sprawie...


2012.01.24 / Wtorek / 12:59 - Nieszczęśliwy warszawiak

Siedzę tu jak samotny głupek. Pierwszy miesiąc pomieszkiwania w warszawskim mieszkaniu dobiega końca. Przede mną jeszcze tylko dwa miesiące, po których będę mógł stąd swobodnie uciec, nie zatrzymywany przez nikogo. Dzisiaj nasze mieszkanie na Nowolipiu ma odwiedzić czarnoskóry mężczyzna, noszący nazwisko Musxelishvili, który mieszkał tu przed nami, i który zostawił po sobie roturer z UPC. Muszę siedzieć w mieszkaniu i czekać cierpliwie na pana Musxelishvili, gdyż obie współlokatorki są właśnie w pracy. Z tego powodu nie mogę iść na jakże ważny protest przeciwko ACTA.

Przede mną kilka pracowitych dyżurów i wolna niedziela, którą być może spędzę razem z tak zwaną swoją dziewczyną, na koncercie "Oto jestem!" stanowiącym oficjalne otwarcie Stadionu Narodowego, który kosztował dwa miliardy złotych, z czego zapewne jeden miliard trafił prosto do kieszeni międzynarodowej mafii. Cieszenie się z tego stadionu jest czystym idiotyzmem, zwłaszcza, że wygląda on naprawdę paskudnie, przypomina mi to trochę cieszenie się naszych klientów z otrzymywanych od nas smsów. Niemniej jednak na koncert mogę pójść, głównie do towarzystwa. Mojej dziewczynie najbardziej zależy na koncercie Comy, do której ja nadal nie jestem przekonany, i której chyba nigdy nie polubię. Swojej ukochanej muzyki na żywo posłucham dopiero w marcu, podczas koncertu Renaty Przemyk w Ursusie, a konkretnie w Ośrodku Kultury Arsus. Ile lat ma Renata Przemyk? Zaledwie 45. W marcu będzie już miała 46, gdyż jest zodiakalnym wodnikiem. Kasia gardzi Renatą Przemyk, za co ma u mnie minusa.

Od czasu naszego "rozstania" nie widzieliśmy się na żywo, ale utrzymujemy ze sobą stały kontakt, a może nawet.... Kochamy się. Tyle, że ja coraz bardziej zaczynam doceniać wolność, którą kiedyś miałem, zaczynam dostrzegać minusy znajdowania się w związku, zwłaszcza, że jest to związek z kobietą tak bardzo różniącą się ode mnie. Różnice naprawdę nie są dobre i po sześciu miesiącach mogę to potwierdzić z całą odpowiedzialnością. Co więcej - różnice są denerwujące i to właśnie one stanowią przyczynę wszystkich kłótni i nieporozumień. Niemniej jednak z różnicami daje się z żyć, choć na pewno nie jest to życie łatwe. Wiadomo, że najtrudniejsze życie, to życie samotne, chyba dlatego ludzie mając do wyboru wolność/samotność i związek, wybierają to drugie, nawet gdy jest to związek daleki od ideału. Taki zwyczajny strach przed samotnością... A gdzie w tym wszystkim prawdziwa miłość?

Jako trzydziestolatek miałem już na poważnie mieszkać w Warszawie, w wynajmowanym mieszkaniu, z dala od rodziców, żyjąc samodzielnie, ale pieprzę to. Skoro moja kobieta nie chce ze mną zamieszkać, to nie będę się poświęcał i tracił swoich pieniędzy na tak zwane samodzielne życie. Wolę mieć życie zwyczajnie szczęśliwe, wolę mieć pieniądze na korzystanie z życia. Obecnie mimo braku większych problemów i zmartwień jestem tylko trochę szczęśliwy... Niby spełniło się moje marzenie - mam dziewczynę, ale to nie jest taki związek jakiego pragnąłem, jakiego oczekiwałem. Co to za związek, gdy po ciężkim dniu pracy nie można wrócić do swojej kobiety, przytulić się do niej i zasnąć razem z nią w jednym łóżku? Może moje serce dokonało złego wyboru? Już w listopadzie to poczułem.

Feeling definitely over-changed. Oczywiście jest też dużo dobrego...


2012.01.21 / Sobota / 16:59 - Dzień nieżywej Babci

Puławska sobota, która jest także Dniem Babci, rozpoczęła się dla mnie około godziny 5:00 rano, gdy obudziłem się po bardzo pięknym śnie, w którym występowała dziewczyna regularnie pojawiająca się w moich snach i w sumie jedyna, która się w nich pojawia - Dorota. Najwidoczniej zbyt intensywnie wpatrywałem się wczoraj w jej nowe zdjęcia znalezione przeze mnie w Internecie... Przebudziłem się o 5:00, kilka minut później zasnąłem i ponownie śnił mi się sen z Dorotą, po którym obudziłęm się około godziny 8:00. Następnie znowu zasnąłem i po raz trzeci śniła mi się Dorota, dlatego po trzecim przebudzeniu, około 10:00 postanowiłem już nie zasypiać. Czwartego tak przyjemnego snu mógłbym nie znieść... I nie chodzi o żadne sny erotyczne, tylko takie zwykłe... Rodzinne.

Z okazji Dnia Babci wyszedłem z mieszkania i udałem się w miejsce, w którym moja Babcia się aktualnie znajduje, czyli na puławski cmentarz przy ulicy Piaskowej. Zapaliłem znicz, postałem chwilę, pomodliłem się, zrobiłem zdjęcia, a do mieszkania powróciłem ulicą biegnącą nad Wisłą, by zobaczyć nowy puławski hotel Trzy Korony. Puławy, w przeciwieństwie do Warszawy, nie były dziś zasypane śniegiem, słoneczko świeciło i było bardzo ciepło jak na styczeń. W sumie już niedaleko do wiosny...

Wieczorem mnie i siostrę odwiedziła ciocia, która opowiadała mi o dawno minionych latach młodości, swojej oraz jej męża, mojego wujka. Dowiedziałem się, że wujek został dyrektorem szkoły mniej więcej w wieku 26 lat, dzięki czemu mogli sobie pozwolić na tak zacny samochód jak Syrenka, ciocia także była później dyrektorką szkoły, ogólnie żyło im się dobrze i nigdy nie brakowało im pieniędzy. Nie było tego okropnego kapitalizmu, tylko znacznie przyjaźniejszy socjalizm, dzięki czemu ciocia z wujkiem nie musiała brać kredytu na trzydzieści lat, a po prostu dostała mieszkanie od państwa. Uzmysłowiłem sobie dzisiaj, że pochodzę z bardzo zacnej rodziny dobrze wykształconych, inteligentnych ludzi. Dlaczego ja nie poszedłem w ich ślady? Dlaczego nie poszedłem nawet na studia, jak moi rodzice? Dlaczego nigdy nie obejmę dyrektorskiego stanowiska, jak mój Tata? Dlaczego zadaje sobie te pytania zamiast cokolwiek robić?

Jedno jest pewne - swoje dzieci przypilnuję i zadbam o to, by skończyły lepiej niż ja. Może przynajmniej mamę będą miały wykształconą, mądrą i zaradną - jeśli taka kobieta kiedyś mnie zechce. A może nie będzie żadnej kobiety i żadych dzieci? Będę tylko ja i mój rower.

Pan Michał się nie starał więc na nic nie zasługuje. Jak powiedziała kiedyś Kasia - dobrym człowiekiem nie jest się wtedy, gdy nie robi się niczego złego, ale wtedy, gdy wkłada się jak najwięcej wysiłku w to, by być człowiekiem lepszym. Or something...


"You make me wanna die.
I'll never be good enough,
you make me wanna die.
And everything you love
will burn up in the light.
Every time I look inside your eyes
make me wanna die"

The Pretty Reckless "Make me wanna die"


2012.01.20 / Piątek / 15:56 - Pół-rocznica

Od wczoraj jestem w Puławach - pierwszy raz w tym roku. Dostałem się tutaj TransBusem, którym jechała jedna z najpiękniejszych dziewczyn jakie widziałem w całym swoim długim/krótkim życiu. Co więcej dziewczyna ta nawet się na mnie spojrzała, i to kilka razy, przeszywając mnie swoim jedynym w swoim rodzaju wzrokiem, ale nie byłem w stanie z nią porozmawiać, ponieważ jechała razem z rodzicami. Urodę odziedziczyła po matce, podobnie jak ja. ;) Cała familia wysiadła w Garwolinie i tak skończyła się nasza love story. Od wczoraj lubię Garwolin, podobnie jak Dęblin... ;)

Skoro o miłości mowa to dzisiaj obchodzę pół-rocznicę znajomości z Kasią, zwanej także związkiem z Kasią. Gdyby był to normalny związek, obchodziłbym tę półrocznicę w Warszawie, wraz ze swoją ukochaną. Gdybym ja był normalny... Gdyby ona... Może uda się za sześć miesięcy, w dniu prawdziwej rocznicy.

Zamiast na miłości męsko-damskiej, skupiam się dzisiaj na miłości do książki. Totalnie pokochałem książkę widoczną na powyższym zdjęciu i zaliczyłem ją pięciu najlepszych książek jakie dane mi było czytać. Nie "przeczytać", gdyż jeszcze jej nie przeczytałem do końca. Napis "The funniest book of the year" znajdujący się na okładce, spokojnie możnaby było zastąpić napisem "The funniest book ever". Cieszę się bardzo, że czytam ją w oryginalnym, angielsim języku i jestem z siebie bardzo dumny. Wszystkim, którzy nie są tak mądrzy jak ja, proponuję wersję przetłumaczoną na język polski. ;) Choć w zasadzie nie wyobrażam sobie Adriana Mole'a po polsku...

Dostrzegłem pewne niezamierzone podobieństwo między moim blogiem, a pamiętnikiem Adriana Mole'a... Niestety przyznać trzeba, że mój blog jest zdecydowanie mniej "brilliant", jak to określiła dziś Kasia. Adrian to kolejna postać, z którą mogę się identyfikować. Nic dziwnego, to przecież pamiętnik nieudacznika - zarówno książka jak i blog. Poza tym obaj jesteśmy nastolatkami. ;)

Michał Górka - wieczny nastolatek.

Najważniejsze, że mam już swoją Pandorę... Chcę ją mieć. Nawet bardzo. Tylko czy potrafię? I przede wszystkim - czy ona chce mnie?


2012.01.18 / Środa / 13:28 - Wszystko na swoim miejscu

Wystarczy tego siedzenia w Warszawie. Dwie noce spędzone w mieszkaniu to wystarczająco dużo - spakowałem się i powróciłem do swojego leśnego domu, w którym zastałem tylko Tatę i kota. Dzisiaj wypocznę sobie w rodzinnym gronie, jutro pójdę do pracy, a po pracy pojadę do Puław, których chyba nigdy nie przestanę odwiedzać.

Wszystko jest na swoim miejscu. Wystarczy jeszcze tylko zadzwonic do włascicielki mieszkania i ustalić, że marzec jest ostatnim miesiącem, w którym będę je wynajmował. Koleżanki muszą sobie poszukać nowego współlokatora.

Ja mógłbym napisać, że muszę sobie poszukać nowej dziewczyny, ale tego nie napiszę.


2012.01.18 / Środa / 13:21 - TFLS

Zapisywać się, czy nie zapisywać? Oto jest pytanie... W każdym razie konkretną szkołę mam już wybraną. TFLS. Wydaje się być właściwa...


2012.01.17 / Wtorek / 12:50 - Zwiedzanie Nowolipia

Po nocy spędzonej w warszawskim mieszkaniu obudziłem się wypoczęty i gotowy do działania. Gotowści tej co prawda nie było widać w przypadku kwestii zapisania się do szkoły językowej, ponieważ nie rozwiązałem testu i nie pojechałem na rozmowę oceniającą mój poziom zaawansowania, a dzisiaj przecież mija ostatni dzień obowiązywania promocyjnych cen. Cóż, wciąż mogę się zapisać na kurs płacąc normalną cenę, nieco większą od promocyjnej, a najchętniej zapłaciłbym za cały semestr z góry, zamiast rozkładać to na raty, ale wtedy potrzebowałbym niemal tysiąca złotych, którego nie mam z powodu wynajęcia pokoju w Warszawie. Póki co skupiam się na myśleniu, a nie na działaniu - myślenie jest łatwiejsze. Może po powrocie z Puław się zdecyduję, a może dopiero, o zgrozo, we wrześniu.

Trochę martwi mnie fakt, że zapisanie się na kurs językowy skomplikuje moje jakże proste życie, ale przecież... Per aspera ad astra. ;) Poza tym ta komplikacja może być ciekawa. Takie na przykład chodzenie na kurs prawa jazdy było całkiem ciekawym doświadczeniem, dopiero egzamin nie należał do przyjemności...

Owca przekonuje mnie, że podejście do egzaminu FCE jest pomysłem pozbawionym sensu, tak samo jak certyfikat FCE pozbawiony jest jakiejkolwiek wartości. Cóż... Pomyślę o tym. ;) Myślenie jest łatwe.

Przed chwilą wróciłem z małego spaceru po Nowolipu, tym razem poszedłem w drugą stronę, aby nadać na poczcie paczkę z czasopismami sprzedanymi przeze mnie na Allegro. Nowolipie nie jest ani ładne ani brzydkie, jest całkiem przeciętne, pozbawione klimatu, ale najważniejsze, że w którymkolwiek kierunku się pójdzie, trafia się na sklepy spożywcze. Są one dosłownie wszędzie. Życie tutaj jest zdecydowanie zbyt łatwe. Uciekam stąd jak najszybciej. ;)


2012.01.16 / Poniedziałek / 14:11 - Rower na Nowolipiu

Nie wykorzystałem tego, że podczas niedzielnego wieczoru i nocy z niedzieli na poniedziałek miałem wolne mieszkanko, bo w sumie nie miałem tego z kim wykorzystać. Wróciłem więc do domu w lesie i tam spędziłem noc, we własnym łóżku, przed własnym dużym tv, z własną rodziną. Z domu przywiozłem sobie dzisiaj do Warszawy rower, który przyda mi się, gdy będę wychodził z pracy o 2:00 w nocy, a jako warszawiak mam teraz także takie dyżury. Przyjemnie jest mieć tu rower - od razu lepiej się poczułem. Zabrałem także stare numery słynnego czasopisma komputerowego "Top Secret", które sprzedaję na Allegro. Sprzedaję jednak tylko te, które mi się dublują, gdyż pozostałe wolę sobie zachować jako pamiątkę dzieciństwa... Chętnych do takich wspomnień nie brakuje, o czym świadczy zainteresowanie moją aukcją.

Miałem w tym miesiącu brać jak najwięcej dyżurów, ale póki co jak najwięcej ich oddaję, przez co obawiam się wysokości mojej styczniowej wypłaty. Najważniejsze jednak, że po oddani piątkowego dyżuru koleżance, która bardzo potrzebuje pieniędzy (w przeciwieństwie do mnie), będę mógł udać się do Puław na kilka dni. Konkretnie od czwartkowego wieczoru do niedzielnego poranka, dzięki czemu podczas niedoszłej pół-rocznicy będę daleko od Warszawy, co pomoże mi nie-pojechać z kwiatkiem na Ursynów.

Przypomniano mi przed chwilą, że miałem się zapisać w tym roku do szkoły językowej na kurs języka angielskiego, a przecież są już ferie i zostało niewiele czasu na wybór konkretnej szkoły. Może jeszcze się zdecyduję, a może po prostu przystąpię w grudniu do egzaminu FCE bez chodzenia na jakiekolwiek zajęcia?


2012.01.15 / Niedziela / 22:13 - Ulica Nowolipki

Taki widok ukazuje się mym oczom po wyjściu z osiedla na ulicę Nowolipki. Od czasu do czasu tam bywam, dwie, trzy noce na tydzień spędzam w mieszkaniu, resztę w domu rodzinnym w lesie. Teraz także jestem w domu rodzinnym, w którym ogólnie czuję się lepiej niż w Warszawie. Czy wynajęcie pokoju było chybionym pomysłem? Nie, nie odbieram tego w ten sposób. Tyle pisałem o tym, że kiedyś wynajmę pokój lub mieszkanie w Warszawie i stało się, zrobiłem to, zmotywowany głównie uczuciami. Teraz wiem już, że pora zabierać się z Warszawy. Wrócę do niej dopiero wtedy, gdy znajdę dziewczynę, która będzie chciała ze mną zamieszkać, która będzie chciała ze mną naprawdę żyć.

Ząb, a raczej miejsce po usuniętym zębie, boli mnie dzisiaj bardziej niż wczoraj, ale mam nadzieję, że ten lekki ból będzie jednak z czasem zanikał, aż w końcu nie zostanie po nim śladu. Póki co jedzenie nadal nie sprawia mi takiej przyjemności jaką sprawiało mi przed ekstrakcją. Obym nigdy w życiu nie musiał przechodzić przez kolejną ekstrakcję, bo jest to mimo wszystko nieprzyjemne doświadczenie.

Ekstrakcja dziewczyny ze swojego życia też nie należy do przyjemności, zwłaszcza jeśli się ją naprawdę pokochało, ale trudno, czasem trzeba...


2012.01.15 / Niedziela / 01:30 - Pół roku bez sześciu dni

Związek zakończony. Hasło z fotobloga zdjęcie. Pan Michał samotny, czyli spokojniejszy, bez problemów. Wolny. Za sześć dni minęłoby pół roku związku, ale nie minie. Oszczędzę na kwiatku.

To będzie piękny rok...



2012.01.13 / Piątek / 18:58 - O jednego zęba mniej

Przeżyłem... Wizytę u dentysty zacząłem, jak każdy normalny człowiek, od wizyty w kościele, pod którym akurat latał nietoperz. Modląc się o brak bólu udałem się na pewną małą izabelińską uliczkę, do pewnego eleganckiego ośrodka dentystycznego, który chciałbym widywać jak najrzadziej. Po nerwowym oczekiwaniu, podczas którego usłyszałem - niech pan poczeka jeszcze dziesięć minut, bo akurat trwa zszywanie, zasiadłem na fotelu dentystycznym, na którym zapoznałem się z teoretycznym opisem ekstrakcji i jej skutków. Opowieść sympatycznej pani chirurg trwała jakieś piętnaście minut, po czym zaczęła się cała akcja usuwania zęba - od posmarowania znieczulającym żelem o smaku gumy do żucia, poprzez wcale nie bolesne zastrzyki znieczulające, aż do samego usuwania zęba, które zajęło pani chirurg mniej więcej minutę. Na koniec mogłem już tylko rzucić okiem na okropnie zakrwawionego zęba z mięsem przyklejonym do kożenia. Nieco zdezorientowany wszystkimi tymi przeżyciami, a przede wszystkim bardzo dziwnym efektem znieczulenia połowy twarzy udałem się do kasy, w której zostawiłem 180 złotych, a następnie ruszyłem przez Izabelin do bankomatu i na przystanek autobusowy. Po drodze wyjąłem wacik widoczny na powyższym zdjęciu.

To czego bałem się najbardziej, czyli zastrzyki znieczulające, wcale nie były straszne. Najstraszniejszy jest sam efekt znieczulenia, który trwa później jeszcze przez kilka godzin...


2012.01.11 / Środa / 14:08 - Konkurs na Supervisora

Dzisiaj po raz drugi nie zdałem praktycznego egzaminu na prawo jazdy. Najprawdopodobniej stało się tak dlatego, że w ogóle nie udałem się do WORDu na Bemowie, z góry zakładając, że nie uda mi się zdać. Nie zdając egzaminu w normalny sposób straciłbym 114 złotych, natomiast nie stawiając się na niego straciłem tylko połowę tej sumy. Sprytne. ;) Egzamin miałem wyznaczony na niefartowną godzinę 6:00 rano - już nigdy nie zgodzę się na tak wczesną porę. Po drugie już nigdy nie podejdę do egzaminu bez uprzedniego zamówienia dwóch lub trzech godzin jazd doszkalających - uznałem je za konieczne. Od czasu, gdy ostatni raz jeździłem samochodem minęły podczas dwa miesiące i już nawet nie pamiętam na jaką wartość ustawiało się obroty silnika podczas wykonywania manewru zwanego górką... Na szczęście wszyscy zdający egzamin na prawo jazdy dowiedzieli się niedawno, że nowe zasady zdawania wejdą dopiero w roku 2013, co oznacza, że mamy wszyscy ponad rok na zdanie egzaminu na starych zasadach. Rozkosznie - nie muszę się spieszyć. ;)

Dwa dni temu zadzwonił do mnie wujek, by zapytać czy jestem zainteresowany kupieniem od niego samochodu Polonez Atu za 1000 złotych. Wcześniej wydawało mi się, że wujek odda mi ten samochód za darmo, ale jednak nie ma tak dobrze - jeśli chcę zostać szczęśliwym posiadaczem tego cacka muszę wyłożyć trochę pieniędzy. Nie jet to dużo, jeśli wziąć pod uwagę, że mój rower kosztował cztery razy drożej. ;) Z drugiej strony ubezpieczenie OC tego Poloneza kończy się już w maju, a to niesie ze sobą kolejne wydatki. Zacząłem się zastanawiać czy w ogóle kupię od wujka tego Poloneza, bo w obecnej sytuacji samochód nie jest mi do niczego potrzebny, zwłaszcza jeśli weźmie sie pod uwagę to, że jeszcze nie mam prawa jazdy. ;) Zastanowię się jeszcze - czas mam do niedzieli, ale obecnie jestem nastawiony do tego przedsięwzięcia sceptycznie. Wolę mieć pieniądze na coś innego niż paliwo, ubezpieczenie i części zamienne.

Kolejną ważną sprawą jest konkurs na Supervisora przeprowadzany w naszej firmie. Wydaje mi się, że tylko dwie osoby mają szansę zostać Supervisorem - ja oraz kolega Michał - jeden z najlepszych operatorów w naszej firmie. Tym razem postanowiłem nie odrzucać szansy na awans, tak jak to zrobiłem na początku zeszłego roku, i zdecydowałem się dać przełożonym do zrozumienia, że jestem chętny zostać supervisorem. Nawet jeśli teraz się nie uda - może zostanę nim przy kolejnym podejściu. Bądź co bądź zarabianie od 2000 do 2500 złotych za 160 godzin pracy jest lepsze od zarabiania 1500 - 1700 za 180 godzin. Umowy o pracę niestety nie przewidziano na żadnym stanowisku w naszej firmie.

Ogólnie żyje się nieźle - do mieszkania w Warszawie powracam dopiero po sobotnim dyżurze, w piątek mam bardzo przyjemne wyrywanie zęba, za które zapłacę ponad 200 złotych, a dzisiaj dzwoniono do mnie z firmy, bym zrezygnował z dnia wolnego i stawił się na dyżur za Sylwię, moją współlokatorkę, która wczoraj tak sobie popiła, że dzisiaj nie była w stanie wstać z łóżka... Dobrze, że nie poszedłem wczoraj razem z innymi pracownikami pić do Cafe Fajki - odrzuciłem zaproszenie tak jak odrzucam w tym roku nadmierny alkoholizm. Piję już tylko piwo - w niewielkich ilościach.


2012.01.09 / Poniedziałek / 11:41 - Osiedle

Łatwo się tu zgubić... Wczoraj miałem spotkanie z dwiema Kasiami. Najpierw pod Rotundą spotkałem się z Kasią z Lublina, z którą odwiedziłem klubiokawiarnię Grawitacja na ulicy Smolnej. Po wizycie w tym zacnym miejscu udaliśmy się do mojego skromengo mieszkanka na Nowolipiu, a już o godzinie 14:00 pożegnaliśmy się pod Marriottem, na przystnku Contbusów, czyli busów jeżdżących do Lublina.

Spotkanie z drugą Kasią według wcześniejszych planów miało rozpocząć się o godzinie 18:00 w kinie Femina, ale ostatecznie zmieniłem plany i spotkaliśmy się po prostu w moim mieszkanu, w którym spędziliśmy niemal sześć godzin. W sumie było bardzo przyjemnie, prezent, który kupiłem Kasi na gwiazdkę jest śliczny, a sama Kasia była naprawdę kochana i bardzo się cieszę, że mnie odwiedziła. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden ważny szczegół, tak ważny jak nic innego w tej chwili, szczegół, który jest poważną przeszkodą na drodze do zdrowego, normalnego związku. Po raz kolejny pojawiło się pytanie - co z tym wszystkim zrobić? Chciałbym, aby było dobrze i pewnie najwięcej zależy właśnie ode mnie, ale niekiedy człowiek nie panuje nad samym sobą, niekiedy wszystko dzieje się samo. Lub raczej nic sie nie dzieje - w moim przypadku. Ech...


2012.01.08 / Niedziela / 10:35 - Blok

Tak prezentuje się blok, w którym tymczasowo pomieszkuję... Te dwa okna na parterze po prawej stronie są nasze, jedno z nich jest oknem mojego pokoju, drugie oknem kuchni. Skorzystałem z tego, że nie ma moich współlokatorek i spałem dzisiaj w łóżku Sylwii, które jest zdecydowanie najwygodniejsze w całym mieszkaniu. Gdzie będę nocował dzisiaj, tego jeszcze nie wiem, możliwe, że w leśnym domu rodzinnym, jeśli w ogóle nie spotkam się ze swoją Kasią... I tak nie chciała mnie wczoraj odwiedzić... Wygoda jest dla niej ważniejsza ode mnie.

Po południu czeka mnie za to spotkanie z Kasią z Lublina, która właśnie przysłała mi smsa, że będzie pod Rotundą o 12:30. Spędzimy razem kilka godzin i podobno nawet wpadnie do mnie na Nowolipie, żeby zobaczyć w jakiej norze mieszkam. Mam nadzieję, że wolontariusze WOŚP nie będę mnie dzisiaj zbyt intensywnie dręczyć, gdy już zapłacę te ze dwa złote i zostanę oznaczony czerwonym serduszkiem... Jestem biednym studentem przed wypłatą - nie stać mnie na nic.

Tymczasem idę na zakupy...


2012.01.07 / Sobota / 18:03 - Du Za Mi Ha

Panna Kasia tak często wątpiła w swoje uczucie do Pana Michała, że aż zakochany w niej Pan Michał sam zaczął mieć wątpliwości...

Niemniej jednak spotkaliśmy się dzisiaj w wietnamskiej restauracji Du Za Mi Ha, gdzie spędziliśmy razem niecałą godzinę, a na koniec Kasia odprowadziła mnie pod samą firmę, gdzie mnie bardzo czule przytuliła. W restauracji próbowałem zjeść to co sam zamówiłem, ale jadalna była tylko przysmarzana cebulka i makaron, wołowinę natomiast zostawiłem nietkniętą, co zresztą zostało uwiecznione przez Kasię na powyższym zdjęciu. Dodam jeszcze, że ponad połowę makaronu z mojego tależa zjadła Kasia... Spotkanie było z jednej strony miłe i przyjemne, z drugiej jakieś takie chłodne i nijakie... Taka też wydaje mi się ostatnio Kasia - chłodna, oddalona myślami ode mnie, wiecznie niezadowolona, krytykująca mnie, pozytywnie wypowiadająca się o innych mężczyznach tylko nie o mnie, skupiona na jakichś trudnościach w pracy, problemach w domu, lub na wydarzeniach sprzed roku, na poznanym wtedy mężczyźnie, z którym kiedyś była w tej samej restauracji... Czy to dlatego mnie dzisiaj do niej zaprosiła? W takim razie ja chyba powinienem ją zabrać do dęblińskiej pizzerii Wenecja...

Jutro mamy się spotkać, ale sam nie wiem czy mam na to ochotę... Zacząłem się też zastanawiać czy cały ten związek w ogóle ma sens i jest nam do czegoś potrzebny. Jego tymczasowość jest cały czas wyczuwalna, Kasia ma plany i ambicje, do których ja nijak nie pasuję, a przecież szukam związku na całe życie, zbudowanego na solidnym fundamencie prawdziwej miłośc, dobrego dopasowania i podobieństw, które jednak w związku są bardzo ważne, bardziej niż myślałem. Nas chyba więcej dzieli niż łączy, choć kiedyś widziałem głównie podobieństwa, zwłaszcza wtedy, gdy nie znałem jeszcze Kasi tak dobrze.

Na razie faktem jest to, że nie czuję się kochany. Pewnie jeszcze żadna dziewczyna nie zrobiła dla mnie tak dużo jak Kasia, ale to jednak i tak za mało. Nie jestem głupim facetem i jeszcze potrafię odróżnić miłość od jej namiastki.


2012.01.07 / Sobota / 02:30 - Trzecia noc na Nowolipu

Jest 2:30 w nocy, nie śpię, ponieważ nie muszę. Czytałem "The secret diary of Adrian Mole", czyli pierwszą książkę napisaną w języku angielskim, którą mam przyjemność czytać z pełnym zrozumieniem. Jest ono pełne zwłaszcza wtedy, gdy nieznane sobie słowa tłumaczę bardzo przydatnym narzędziem jakim jest Google Translator. Notuję sobie wszystkie słowa, których dotychczas nie znałem i muszę przyznać, że zanotowałem ich już naprawdę dużo, jak na jedną-trzecią książki. Dobrze, każde zanotowane i przetłumaczone słowo to słowo przyswojone i jest coraz więcej. W tym roku wziąłem się za język angielski tak jak nigdy wcześniej, nie wiem jednak jak będzie z zapisaniem się na kurs do szkoły językowej. Może jednak jakoś to będzie, mimo braków finansowych, które odczuwam po wynajęciu mieszkania.

Jest to moja trzecia noc na Nowolipiu. Po raz pierwszy poczułem się tu naprawdę dobrze, po raz pierwszy poczułem się jak u siebie. Jest jakoś tak swojsko... Może powoli mija już okres, w którym musiałem się przyzwyczaić do tego co nowe, a może tak pozytywnie wpłynęła na mnie sympatyczna rozmowa z sympatyczną współlokatorką Olą, która została tu dzisiaj ze mną sama, gdy Sylwia wyjechała na cały weekend do swojego domu rodzinnego. Tak w ogóle to Sylwia porzuciła właśnie szkołę - studium, do której zapisała się w zeszłym roku. Z tego co wiem Sylwia jest polonistką, ukończyła polonistykę na UKSW, ale jak widać pracuje nadal na smsach... Czy ja kiedyś rozpocznę studia? A gdy je ukończę, czy nadal będę pracował na smsach?

Jutro współlokatorka Ola także wyjeżdża na kilka dni, dzięki czemu zostanę tu całkiem sam. Na szczęście na dzisiejszą sobotę umówiłem się z Kasią na obiad w wietnamskiej restauracji, więc około godziny 13:00 wybywam z mieszkania, jadę pod Rotundę i spotykam się ze swoją dziewczyną, którą chętnie znowu zobaczę po tej jakże długiej, niemal tygodniowej rozłące. ;) O 15:00 zaczynam dyżur w pracy, więc nasze spotkanie niestety nie będzie długie, ale w niedzielę zobaczymy się ponownie i może nawet Kasia odwiedzi mnie wtedy w moim mieszkaniu, po Światełku Do Nieba. To jedna z największych zalet samodzielnego mieszkania - można zaprosić do siebie ukochaną osobę i spędzić z nią kilka miłych chwil, a nawet całą noc. Najpierw jednak trzeba taką ukochaną osobę mieć. Ja na szczęście mam... Chyba.


2012.01.05 / Czwartek / 20:58 - Ciepło zimnego domu

Druga nocka w nowym mieszkaniu minęła lepiej niż pierwsza i myślę, że z każdym następnym dniem będzie lepiej. Póki co po pracy wróciłem jednak do domu w lesie, w którym musiałem przygotować do wysyłki książki sprzedane przeze mnie na Allegro za ponad 160 złotych. Książki są już zapakowane, maile do nabywców wysłane, a ja siedzę przy komputerze, słucham This Mortal Coil i przymarzam do klawiatury pisząc kolejną notkę na blogu. Chwilkę wcześniej sfotografowałem śpiącego kota, który na pewno nawet nie zauważył, że nie było mnie przez kilka dni...

Jutro powracam do Warszawy, w której spędzę pewnie kilka kolejnych nocek. W niedzielę mamy dwudziesty finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i wszystko wskazuje na to, że w tym roku po raz pierwszy będę pod Pałacem Kultury podczas Światełka Do Nieba - pod warunkiem, że nie będzie padać deszcz. Spotykam się wtedy z moją Kasią, za którą zdecydowanie zdążyłem się stęsknić od Sylwestra. Kilka godzin wcześniej spotykam się z Kasią z Lublina, która po raz kolejny będzie w Warszawie, i która wciąż i nadal chce się ze mną po przyjacielsku spotykać.

Fajnie w tym moim leśnym domu... Zimno, ale fajnie. Zimno pod względem temperatury, bo tak ogólnie panuje tu ciepła, rodzinna atmosfera, której w Warszawie próżno szukać. Słuchając This Mortal Coil wracam myślami do zimy sprzed trzech lat... Od tamtego czasu zawsze w okolicach stycznia nachodzą mnie myśli związane z tamtym okresem i zawsze na nowo zaczynam odczuwać pragnienie cofnięcia się w czasie i przeżycia tego jeszcze raz...

Dlatego zejdę na Ziemię i napiszę o tym, o czym ciągle zapominam wspomnieć - moja młodsza siostra jakieś trzy tygodnie temu poszła do pracy. Zatrudniła się w MarkPolu, gdzie zajmuje się mało ambitnym rozkładaniem produktów na półkach sklepowych... Cóż, przynajmniej zaczęła pracować wcześniej niż ja, bo już w wieku 21 lat, gdy tymczasem ja zaczynałem pracować w wieku lat 23, a tak na serio zabrałem się za pracę w wieku lat 24. To były piękne czasy, miałem w sobie wtedy tyle młodzieńczej energii... Do tamtych lat także chciałbym móc powrócić...

Jestem jednak uwięziony w roku 2012, który zapowiada się niepewnie, czyli można powiedzieć - źle, bo niepewność nigdy przecież nie jest dobra... A miałem taką piękną zasadę - nigdy nie zakochuj się w kobiecie, która nie zakochała się w tobie na sto procent. Za późno... Nadchodzi smutek i cierpienie. This Mortal Coil doskonale do niego pasuje...

Swoją drogą zablokowanie bloga hasłem ma na mnie negatywny wpływ... Czuję się przez to bardziej samotny. :( Jestem tylko ja, siostra i Ona - tak niepewna.


"It may be as you say, I'll admit
But you don't sound convinced
Between the surface you and the surface me
You didn't touch me
It may be as well that
I didn't see the point
You didn't touch me
I suppose it's just hollow
No idea, no spark
But I thought that in order to survive you need to touch me
All of the me's"

This Mortal Coil "Not me"


2012.01.04 / Środa / 23:25 - Muranów

Nowolipie graniczy z Muranowem, na którym w młodości mieszkał mój Tata, i właśnie przez to samo Muranów chodzę sobie do metra, na stację Ratusz Aresenał. Blok widoczny na powyższym zdjęciu znajduje się przy ulicy Nowolipki, ale już na Muranowie, niedaleko słynnej Komendy Głównej Policji. Nasz blok nie ma tak fantazyjnego malowidła na ścianie...

Dziś przed udaniem się do pracy pojechałem na Marymont, by dorobić klucze do mieszkania. O dziwo operacja ta trwała zaledwie minutę - zapasowe klucze dorabiane są więc praktycznie od ręki. Z Marymontu powróciłem do Centrum, gdzie zrobiłem małe zakupy w Rossmanie i Carreforze, a także w dwóch sklepikach znajdujących się w podziemiach Dworca Centralnego. Dzięki temu mam teraz w mieszkaniu tak przydatne rzeczy jak szczotka do włosów, czy taca, na której mogę sobie nosić śniadanie do pokoju.

Ponownie leżę na swoim niewygodnym łóżku i ponownie jestem sam. Po przeprowadze czję się dziwnie odseparowany od swojego dawnego życia, a także od Kasi. Czuję się tak jakbym zamieszkał dalej od niej, a nie bliżej... Może niedzielne spotkanie z nią poprawi mi nastrój. Póki co cieszę się z tego, że jutro po pracy wracam do domu w lesie, za którym już zdążyłem się stęsknić. ;)

Mieszkanie na Muranowie postanowiłem porzuci na początku wiosny. Zostanę tu więc do kwietnia, a następnie powrócę do lasu, by móc oszczędzać pieniądze, lub wynajmę mieszkanie z Kasią, choć w tą drugą opcję nie za bardzo wierzę, gdyż jest ona zbyt piękna... Swoją drogą opcja numer jeden też jest piękna. :) O tak - czuję, że samodzielne mieszkanie wyjdzie mi na dobre - nauczę się żyć oszczędniej lub po prostu docenię to, że pieniądze mogę przeznaczać na siebie i swoich bliskich.

Moja myśl dnia jest następująca - nieważne gdzie się mieszka, ważne z kim. :)


2012.01.04 / Środa / 09:56 - Widok z okna mieszkania

Spokojne, ciche osiede... Widok z okna na śmietnik. Tak, to parter. Dzięki temu łatwiej będzie mi wchodzić z rowerem do mieszkania. ;)

Pierwsza nocka za mną. Łóżko faktycznie nie jest wygodne, ale daje się na nim spać. Niestety jest typowo jednoosobowe, więc ciężko będzie mi do niego zaprosić jakąkolwiek dziewczynę, tudzież Kasię. ;) Kołdrę też mam tylko jedną. W nocy zrobiło mi się zimno, musiałem więc odkręcić kaloryfer, dzięki czemu zrobiło się cieplutko i przyjemnie. Teraz znowu go zakręciłem, bo i tak zaraz zmykam do pracy, a wcześniej udaję się na Marymont, by dorobić klucze, ponieważ brakuje jednego kompletu.

W czwartek nasze mieszkanie ma odwiedzić Kasia z firmy, ale mnie tu wtedy nie będzie, gdyż po pracy jadę do domu. Mam tam kilka rzeczy, które wystawiłem na Allegro, i które będę musiał zapakować, a następnie udać się z nimi na pocztę... Aukcje poszły mi bardzo dobrze, na przykład dwie książki Łukjanienki sprzedałem dziś w nocy za cenę wyższą niż je kupiłem.


2012.01.04 / Środa / 01:09 - W swoim pokoju, w swoim łóżku

Czas zaoszczędzony na braku długich dojazdów do domu w lesie można przeznaczyć na pożyteczne czynności, takie jak dodawanie kolejnych wpisów na fotoblogu. ;)

Kołdra i poduszka są już obleczone, na łóżko narzucone jest prześcieradło, a w łóżku leżę ja z netbookiem i książką, za którą zaraz się zabiorę. Wcześniej umyłem naczynia, gdyż dziewczyny tego nie zrobiły. A myślałem, że wszystkie dziewczyny dbają o czystość i porządek... No cóż, będę ich gosposią. ;) Podczas mycia naczyń zauważyłem, że w łazience znajduje się piecyk gazowy i to dzięki niemu mamy tu ciepłą wodę, jednak działa on nieco inaczej niż znane mi dotychczas piecyki gazowe, gdyż włącza się sam. Niestety włącza się dopiero wtedy, gdy woda jest porządnie odkręcona, przez co nie można mieć ciepłej wody jeśli zamierzamy wylewać ją małym strumieniem. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że woda jest tania. ;)

Wszystkie srzęty poza netbookiem zostały w domu, gdyż nie ma sensu ich stamtąd zabierać. Netbook i książki w zupełności mi tutaj wysarczą, nareszcie będę miał czas na czytanie. Przyjemnie jest czytać książkę, gdy się do niej nie przymarza... ;) Jak to dobrze, że w zeszłym roku wydałem ponad połowę pensji na netbooka - bez niego wyprowadzka nie byłaby możliwa. :P

Poczytam i zasnę. Cicho tu zupełnie jak w lesie, w ogóle nie słychać, że to niemal samo centrum Warszawy.


2012.01.04 / Środa / 00:15 - Pierwsza noc na Nowolipiu

Po Sylwestrze spędzonym z Kasią w Piasecznie wybrałem się wraz z nią do mieszkania wynajmowanego przez ciocię mojego kolegi z pracy. O godzinie 18:00 przed blokiem przy ulicy Nowolipki zjawiło się więc pięć osób - ja, czyli Pan Michał będący inicjatorem wszelkich zmian, panna Kasia będąca moją kochaną dziewczyną, Panna Sylwia będąca moją koleżanką z pracy, panna Ola będąca siostrą cioteczną panny Sylwii oraz pani Anna Komorowska, będąca właścicielką mieszkania. Kasia występowała głównie w roli obserwatorki, gdyż tego mieszkania raczej i tak nie zamierzała wraz ze mną wynajmować, wolałaby poszukać innego, na Mokotowie, za podobne lub mniejsze pieniądze, by mieć bliżej do pracy. Ja byłem zdecydowany zgodzić się jedynie na cenę 1500 złotych miesięcznie, co dzielone na pół dawałoby wysokość 750 złotych. Po negocjacjach z właścicielką zgodziliśmy się jednak na 1600 złotych, głównie dlatego, że mieszkanie po prostu nam się spodobało, okazało się być całkiem duże i przede wszystkim dosyć klimatyczne, przytulne. Podjeliśmy szybką, spontaniczną decyzję i tym sposobem po raz pierwszy w życiu wynająłem pokój w Warszawie. Proste.

Od tego czasu minęły trzy dni i oto jestem w swoim pokoju, w bardzo cichym mieszkaniu na znanym mi z czasów szkoły średniej Nowolipiu, w dzielnicy Wola. W pokoju po drugiej stronie korytarza wypoczywają dwie sympatyczne dziewczyny, z którymi mam przyjemność mieszkać. Ważne dla mnie było, by zamieszkać z dziewczynami, a nie z mężczyznami i cieszę się, że nadażyła się właśnie taka okazja. Smutne jest to, że nie zamieszkałem z Kasią, a jeszcze smutniejsze, że nie wiadomo kiedy i czy w ogóle ze sobą zamieszkamy. Ja mam tylko nadzieję, że tak się stanie, jest to moim marzeniem, ale Kasia marzy chyba o czym innym, dlatego wszystko to jest tak niepewne, że nie wiem za bardzo czego mam się trzymać... Z tego powodu trzymam się samego siebie, dlatego wynająłem mieszkanie sam, mimo że podobno mam dziewczynę. Może od czasu do czasu mnie odwiedzi, czego wcześniej nie mogła tak łatwo robić ze względu na moje dotychczasowe zamiszkanie w samym sercu dziczy.

Mieszkanie w dziczy na pewno było opłacalne finansowo, ale zimę wolę spędzić tutaj, gdzie mam normalną, ludzką temperaturę, gdzie mam ciepłą wodę i skąd jadę zaledwie 20 minut do pracy. Na jakiś czas wystarczy... Co będzie wiosną lub latem - nie wiem. Wygodne jest to, że póki co mam gdzie wrócić.

Mam nowy temat do zdjęć - mieszkanie, osiedle, Nowolipie. Może uwiecznię też swoje dwie samotne współlokatorki, z których jedna wyjedzie w tym roku do USA, zostawiając drugą w niepewnej sytuacji. Jak widać niepewność nie tylko mi jest pisana...

Idę spać... Mam nadzieję, że będzie to możliwe na tym nieco zbyt miękkim łóżku składającym się z mini-kanapy i dwóch materaców. Za dwa dni wracam do domu, na jedną noc, i będę tam od czasu do czasu, choćby po to, by porządnie się najeść ciepłego jedzenia. Prawdziwa, stuprocentowa samodzielność przyjdzie z czasem, ale kolejny krok w jej kierunku właśnie wykonałem. Teraz marzę o tym, by Kasia wykonała krok w moim kierunku. Chciałbym zasypiać w tym samym mieszkani co ona, chciałbym ją mieć przy sobie.


2012.01.01 / Niedziela / 07:41 - Razem w 2012

Razem weszliśmy w rok 2012, przywitaliśmy go w Piasecznie, w mieszkaniu znajomych mojego kuzyna i jego żony. Ogólnie było bardzo fajnie, wszyscy do końca trzymali fason, nawet Ci, którzy wypili odpowiednią jak na Sylwestra ilość alkoholu. Ja jak na swoje coraz skromniejsze możliwości także sporo wypiłem, ale starałem się zachować umiar, głównie z powodu zaplanowanej na godzinę 18:00 spotkanie w sprawie mieszkania. ;) Sylwester roku 2011 zdecydowanie mogę zaliczyć do udanych i jak zwykle romantycznie dodam, że najważniejsze w tym wszystkim był fakt witania roku 2012 z widoczną na powyższym zdjęciu Kasią, która mimo wszystko nadal chce ze mną być. Co więcej - chce razem ze mną zamieszkać. Czego więcej chcieć od życia? ;)