2012.02.28 / Wtorek / 18:17 - M & M

Na trzeźwo Marzenka spodobała mi się znacznie bardziej niż po pijaku. Nie ma co chlać wódy przed randkami. ;) Czekam na kolejne rendez-vous. Nagle już nie jestem smutny i zdołowany. ;)

Koniec puławskiej wolności, pora wracać do Warszawy, do firmy, w której wydarzyła się jedna dobra rzecz - naszą supervisorka przestała być naszą supervisorką i odeszła z naszej firmy. Dobrze się stało, bo moim zdaniem nie nadawała się na swoje stanowisko, szkoda tylko, że przed odejściem zdążyła mi obniżyć stawkę.


2012.02.28 / Wtorek / 18:12 - Randka numer dwa

Zgodnie z planem odbyła się dzisiaj moja druga randka z Marzenką, którą uwieczniłem na powyższym zdjęciu. :) Przeszliśmy się przez Park Czartoryskich, odwiedziliśmy moją siostrę w pracy, a następnie przenieśliśmy się tam gdzie najwygodniej, czyli do mieszkania, w którym wypiliśmy wino i oddaliśmy się... Poznawaniu. :) Kolejne spotkanie za dwa, lub trzy tygodnie, w Warszawie, dwudniowe, połączone z noclegiem w naszym rodzinnym, leśnym domu.


2012.02.27 / Poniedziałek / 15:21 - Drink with me

Moje ulbione wino kupione, zakupy w Empiku i Rossmanie zrobione. Przyjemną pogodę dzisiaj mamy w Puławach, choć od czasu do czasu pada śnieg. Zanurzam się w lekturze "Draculi" Brama Stokera po angielsku. Czytam trzy książki naraz, co od pewnego czasu jest u mnie typowe. Rozdrabniam się, zamiast dokonać porządnego, konkretnego i zdecydowanego wyboru... Jeszcze nie skończyłem jednej, już zaczynam drugą... I trzecią.



2012.02.27 / Poniedziałek / 11:39 - Still looking for love

Zdjęcie zrobione wczoraj, z tarasu biura, które na szczęście nadal znajduje się w centrum Warszawy. Przeniesienie na Białołękę to najgorszy z najgorszych pomysłów mojego szefa, ale cóż, to jego firma, może z nią zrobić co chce.

Tymczasem jestem już w Puławach, świeżo po kąpieli i na chwilę przed wyjściem po zakupy. Muszę kupić przede wszystkim czerwone wino, które jutro będę pił razem z Marzenką, podczas zwiedzania... Mieszkania. Lubię wino. Zwłaszcza Malagę. Chyba takie kupię.

Puławski relaks trwa. Jak dla mnie mógłby nie mieć końca, mógłbym tu siedzieć cały czas, nic nie robiąc. Relaks skończy się jednak dosyć szybko, bo już w środę rano, gdy powrócę do pracy, w której zakończę niepomyślny miesiąc luty. Niepomyślny w pracy, jak i w życiu prywatnym.

Miesiące zaczynające się na literę L były ostatnio dla mnie w dziwny sposób znaczące. W lipcu to co dobre się zaczęło, w listopadzie się popsuło, a w lutym zakończyło. Jak odzyskać prawdziwą radość życia, którą odczuwa się tylko wtedy, gdy ma się przy sobie kogoś, kogo się kocha? Obecnie cały czas jestem w złym nastroju, jestem smutny, choć mojego smutku z zewnątrz chyba nie widać. Ciągle wspominam to co było dobre w zeszłym roku, a było tego dużo, jak nigdy wcześniej. Rok 2012 nie za bardzo mi się podoba...

Trzeba szukać miłości. Nie ma wyjścia. Niektórzy mówią, że znajduje się ją wtedy, kiedy się jej nie szuka, ale jakoś nigdy mnie to nie przekonywało. Poszukiwania trwają...


"Tyle było dni do utraty sił
Do utraty tchu tyle było chwil
Gdy żałujesz tych, z których nie masz nic
Jedno warto znać, jedno tylko wiedz, że

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy
Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy"

Marek Grechuta "Dni, których jeszcze nie znamy"


2012.02.24 / Piątek / 20:43 - Wyprowadzka

Niemal zupełnie zdrowy, po pięciu dniach chorowania, udałem się do pracy na normalny dyżur, po którym po raz ostatni pojechałem do mieszkania na Nowolipu. Zabrałem stamtąd wszystkie należące do mnie drobiazgi, spojrzałem ostatni raz na swój pokój i na niewygodne łóżko, w którym dwa razy gościłem swoją ówczesną dziewczynę, a nastepnie wyszedłem i już nigdy tam nie wrócę. Krótki okres tymczasowej samodzielności zakończony. Nie był taki zły, ale następne zamieszkanie w Warszawie już tylko z dziewczyną, której póki co nie mam. Nie wątpię jednak w to, że jakąś znajdę. Muszę tylko trafić na jakąś... Odpowiednio dziwną. ;)

Tymczasem nasza firma także się wyprowadza, a konkretnie "ci zza szyby", zwani od pewnego czasu "tymi z dołu", czyli ci ważniejsi od nas, łącznie z szefem, przenoszą się w miejsce o wiele gorsze od apartamentowca przy Emilii Plater. Niebawem będą urzędować w jakimś zwykłym domku jednorodzinnym, znajdującym się na dalekiej Białołęce, czyli najbardziej wysuniętej na północ dzielncy Warszawy, po drugiej stronie Wisły. Podobno będą tam się zajmować głównie grillowaniem. Nasze centrum operatorskie sms na szczęście zostaje na Śródmieściu, ale z jakiegoś powodu szef poszukuje chętnych, którzy będę pracować jako operatorzy sms na Białołęce. Każdy operator, który się na to zgodzi, będzie miał dodatkowe 150 złotych miesięcznie, jako zadośćuczynienie za męczące dojazdy. Ja w żadnym wypadku nie mogę tam się przenieść, ponieważ niebawem zacznę dojeżdżać rowerem, a dojazd rowerem na Białołękę jest bardzo, bardzo trudny i bardzo długi, przyajmniej teraz, póki jeszcze nie otworzono Mostu Północnego, nazywanego od niedawna także Mostem Marii Curie-Skłodowskiej.

To, że obecnie firma znajduje się niemal w samym centrum Warszawy jest jedną z jej największych zalet i mam nadzieję, że nikt nie będzie nas siłą przenosił na odleglą, nieprzyjemną Białołękę. Gdyby tak przenoszono nas na Ursynów, nie protestowałbym, mimo odległości... :P

Przede mną jeszcze dwa dni pracy i wyjazd do Puław. We wtorek spotkanie z Marzeną, która odwiedzi mnie w Puławach, a w środę powrót prosto do pracy. Po powrocie być może spotkam się z Ewą, nie widzianą przeze mnie od niemal dwóch lat, ale za to słyszaną dziś w słuchawce telefonu. Zawsze lubiłem jej dziecinny głos. Może kiedyś nawet odda mi ten tysiąc złotych, który pożyczyła w 2010 roku? Tysiąc złotych by mi się przydał, choćby na wyjazd turystyczny do... Luksemburga. :P Ciekawe czy tam pojade?

Zrobiło się ciepło. Nabrałem ochoty na odwiedzenie Krakowa. Ogólnie nabrałem ochoty na podróżowanie.


2012.02.22 / Środa / 11:25 - Pracować nie muszę

Wczoraj czułem się już całkiem dobrze, ale dzisiaj obudziłem się z wielkim bólem głowy. Trudno, musiałem się przygotować i wyjść z domu do pracy, gdzie miałem spędzić aż dziesięć godzin. Gdy byłem już w autobusie jadącym do Warszawy, zadzwonił kolega/przełożony Sebastian i powiedział, że nie muszę dzisiaj pracować. Takie niespodzianki w naszej firmie zdarzają się nieczęsto, więc byłem pozytywnie zaskoczony. Oczywiście odbije się to na mojej wypłacie, ale skoro wczoraj Sylwia znalazła już kogoś zainteresowanego wynajęciem mojego pokoju, to nie ma się czym przejmować, pieniędzy i tak mi nie zabraknie. Koniec głupich wydatków, koniec mieszkania w Warszawie.

W powietrzu czuć już coś na kształt wiosny. Wysiadłem z 708 w Truskawiu i wróciłem do domu, robiąc sobie całkiem przyjemny spacer przez naszą wieś, którą mimo wszytko bardzo lubię. Przede mną kolejne dwa dni wolne, co oznacza, że w sumie mam aż cztery dni pięknej wolności. Prawie jak urlop.

Od wczoraj mam bezprzewodowy dostęp do Internetu w całym domu, dzięki czemu mogę na przykład siedzieć na sedesie z netbookiem na kolanach i buszować w tym czasie po Sympatii.pl lub rozmawiać z kimś na Gadu-Gadu. Bardzo fajna opcja. ;)

Tymczasem poczytam Olivera Twista lub pouczę się angielskiego z Profesorem Henrym. Ogólnie nauka z tym programem wygląda tak:

Poziom pierwszy - jestem zajebisty!
Poziom drugi - jestem dobry, ale jeszcze trochę muszę się pouczyć.
Poziom trzeci - jestem marny, jeszcze długa droga przede mną.
Poziom czwarty - jestem chujowy, nic nie rozumiem. :(

Sprytny program, na wyższych poziomach lektorzy specjalnie mają wadę wymowy, by ciężko było ich zrozumieć. Moim zdaniem jednak i tak najważniejsza jest znajomość słówek. Kto zna słówka, ten dogada się z obcokrajowcem w każdej sytuacji. Każdego dnia wkuwam ich około trzydziestu, choć pewnie mógłbym więcej. Fajnie jest czytać takiego na przykład "Olivera Twista", napotykać jakieś rzadko używane słowo i rozumieć je bez pomocy Goolgle Translatora. Czy Ty, czytający te słowa, wiesz na przykład jak po angielsku nazwiemy spodnie sztuksowe, bryczesy, jodłę, chrząstkę, sekator lub ligustr? Bo ja wiem. ;D Co prawda nie wiedziałem czym jest ligustr, ale to też już wiem. Każdego dnia wiem coraz więcej. :P

Czytanie książek po angielsku, zapisywanie nieznanych słówek i tłumaczenie ich to bardzo dobra metoda nauki, która jeszcze kilka lat temu byłaby niewygodna, ze względu na brak Google Translatora. To cudowne narzędzie. Wertowanie papierowych słowników byłoby męką. W ogóle żyjemy w czasach sprzyjających nauce i ułatwiających ją. Czemu więc wszyscy wokół wydają się być coraz głupsi? Może coraz więcej mamy w Internecie, a coraz mniej w głowach.


2012.02.20 / Poniedziałek / 16:59 - Cure

Z powodu mojego złego stanu zdrowia anulowano mi dzisiejszy dyżur w pracy, a konkretnie anulował mi go kolega Sebastian, dzięki czemu mogę sobie teraz wypoczywać i powracać do zdrowia. Wypoczywam w leśnym domu, do którego powróciłem po południu, i w którym pozostanę na pewien czas. Możliwe, że w ogóle już nie powrócę do warszawskiego mieszkania... Tak byłoby najlepiej. Przed południem przyszła je oglądać pewna fajna dziewczyna zza wschodniej granicy, ale myślę, że cena 800 złotych za ten pokój jest zbyt wysoka i odstraszy wszystkich.

Najważniejsze, że w domu wszystko jest już w porządku, rury są przepchane, sedes sprawny, można srać bez obaw. W domu mam smaczne obiadki i bardzo wygodne łożko. Jest cudownie. Wszak jedzenie, spanie i sranie to trzy najważniejsze rzeczy w życiu każdego człowieka.


2012.02.19 / Niedziela / 14:26 - Ludzie z ogłoszenia

Sylwia przysłała mi z pracy smsa, że dzisiaj dzwoniło sporo ludzi w sprawie ogłoszenia i ludzie ci przyjdą wieczorem oglądać mój pokój. Niech przychodzą, niech oglądają, niech wynajmują. Ja jednak chętnie stąd ucieknę, powrócę do swojego poprzedniego życia, w którym miałem więcej pieniędzy niż teraz. W tym roku chcę podróżować, a podróże kosztują...

Zrobiłem sobie kanapki i niebawem idę do pracy... Czuję się fatalnie, ale wróżki muszą pracować także wtedy, gdy są chore. :(



2012.02.19 / Niedziela / 11:58 - Chory w Warszawie

Zdjęcie zrobiłem wczoraj, gdy przypadkowo natknąłem się przy ulicy Marszałkowskiej na manifestację słuchaczy Radia Maryja i widzów Telewizji Trwam, którzy domagali się przyznania Telewizji Trwam miejsca na cyfrowym multipleksie, czyli w cyfrowej telewizji naziemnej, która jest darmowa. Popieram ich protest, skoro koncesję dostały już tak idiotyczne stacje jak Polo TV, nadająca muzykę Disco Polo, oraz ESKA TV, nadająca zwyczajne gówno. Moher też człowiek, powinien mieć równe prawa.

Rozchorowałem się. Już wczoraj w pracy źle się czułem, a dzisiaj czuję się bardzo źle, niemniej jednak do pracy i tak muszę iść, by przemęczyć się jakoś przez te siedem godzin dyżuru. :( Zazwyczaj choruję raz lub dwa razy do roku i najwidoczniej przyszedł czas na zimowo-wiosenną chorobę. Ciekawe czy jutro dam radę pracować...

Postanowiłem zrezygnować z kursu języka angielskiego. Moje piękne plany pozostaną na razie tylko planami. Inwestowanie w siebie zostanie odłożone na później. W chwili obecnej moja sytuacja finansowa jest tak tragiczna, że najzwyczajniej w ściecie nie stać mnie na ten kurs, nawet jeśli miałbym go spłacać ratami. Rozpocznę go na jesieni, gdy finanse ponownie będą mi sprzyjać. Póki co angielskiego będę się uczył na własną rękę, choć słyszałem, że to niemożliwe. Kupiłem wczoraj w Empiku "Olivera Twista" po angielsku i czytam go sobie powoli, zapisując tłumaczenie każdego nieznanego mi słowa. Po przeczytaniu kilku stron uzbierałi mi się takich słówek ponad sto. Zgroza. :)

Współlokatorka Sylwia wspominała wczoraj, że za dwa miesiące też planuje się wyprowadzić z tego mieszkania, gdy jej siostra poleci do USA, i pytała czy nie mógłbym tutaj zostać na ten czas. Teoretycznie mógłbym, ale to oznacza dla mnie stratę około 1700 złotych, więc nie za bardzo mi się taka opcja podoba. Zastanowię się jeszcze...

Na razie nie mam gdzie wracać, bo w leśnym domu trwa walka mojego Taty z zatkaną rurą. Rura była już przepychana od strony domu i od strony szamba, podobno jest już trochę lepiej, ale jeszcze dużo pozostało do zrobienia. Z sedesu nadal nie można korzystać. Podobno rury mają być odkopywane i rozkręcane, więc szykuje się tam jakaś poważniejsza akcja, której chyba nie będę miał okazji oglądać. Kanalizacyjny armageddon.

Najbliższe dwa dni wolne, czyli środę i czwartek, podobnie jak kolejne dwa dni wolne, czyli poniedziałek i wtorek, spędzę w Puławach, o ile będę tam w stanie dojechać jako człowiek zaatakowany przez choróbsko. Rozważę także wyjazd do Kutna zamiast do Puław, choć myślę, że Kutno będzie się ładniej prezentować wiosną. Wiosną wszystko się ładniej prezentuje.

Późnym latem podobno mam jechać w Bieszczady, razem z moją radomską koleżanką - Marzenką. Po raz pierwszy w życiu pojadę w góry. Wcześniej może odwiedzimy razem Kraków? :) Marzenka jest pierwszą poznaną przeze mnie dziewczyną, która jeździ na dłuższe, całodniowe wycieczki rowerowe. Przecież ja całe życie takiej szukałem! ;D


2012.02.17 / Piątek / 14:01 - Przytulniej, normalniej

Kilka najbliższych nocy spędzę w warszawskim mieszkaniu, nie tylko z powodu grafiku, ale przede wszystkim z powodu awarii rury w naszym leśnym domu. Główna rura odprowadzająca ścieki do szamba zapchała się (po angielsku użyłbym takich słówek jak drain pipe i clogged), przez co nie można korzystać z najważniejszej rzeczy w każdym domu, czyli z sedesu, nie wspominając już o kranach. Przeczekam ten hydrauliczny armageddon w Warszawie na Nowolipiu, choć Tata przewiduje, że trzeba będzie odkopać rurę, co będzie możliwe dopiero wiosną. Zgroza.

Tutaj co prawda także mieliśmy problem z zapchanymi rurami, ale od czasu wizyty pana-złotej-rączki wszystko jest już w porządku, woda spływa bardzo szybko i bez żadnego stresu można brać prysznic. Od dzisiaj w moim skromnym pokoju jest przytulniej, a to za sprawą starego telewizora i starego dywanu, który dostarczyła nam pani właścicielka. Gdybym na ścianach powiesił dodatkowo jakieś obrazki (lub zdjęcia swoich pięknych, byłych dziewczyn), byłoby tu naprawdę przyjemnie, ciepło i sympatycznie. Aż żal byłoby się wyprowadzać. Póki co jednak nie żałuję, że stąd zniknę.

Na Gumtree już pojawiło się nasze ogoszenie i możliwe, że wkrótce dziewczyny znajdą mojego następcę lub następczynię. Miesiąc później znika stąd siostra Sylwii, więc Sylwia będzie wtedy musiała szukać także jej następczyni, ale to już nie moja sprawa, nie mój problem... Ja uciekam.

Próbowałem przed chwilą zaprosić do mieszkania pewną ponętną mężatkę, jedną z najbardziej pociągających dziewczyn spośród tych, które znam, by odwiedziła mnie póki jestem tu sam i uprawiała ze mną namiętny seks, ale odpisała, że jak będę jej składał takie propozycje to doniesie o nich swojemu mężowi. Znam go, wygląda na silnego faceta, a ja nie chcę umierać. Poza tym przypomniałem sobie, że cenię wierność i powinno to działać w obie strony - nie tylko nie powinienem zdradzać, ale także nie powinienem namawiać do zdrady. ;)

Pozostaje jeszcze poznana w Radomiu Marzenka, którą ostatnio zasmuciłem wiadomością, że mimo naszych intensywnych pocałunków traktuję ją jednak po przyjacielsku, głównie z powodu braku zachwytu jej urodą. Jestem pustym mężczyzną poszukującym tego czegoś w wyglądzie kobiety, zamiast w osobowości i charakterze. Musiałem ją z tego względu przeprosić, ale na szczęście nadal się przyjaźnimy i rozmawiamy. Marzenka jest naprawdę w porządku i przemiłe było to, że się jej spodobałem. Chyba jeszcze żadna dziewczyna nie miała do mnie tak pozytywnego podejścia. Marzena myśli o porzuceniu Radomia i przeniesieniu się do Warszawy więc może dokwateruję ją do swojego pokoju i będę za niego płacił jedyne czterysta złotych? Tylko jak wytrzymałbym w jednym pokoju z tak zgrabną dziewczyną, nie mogąc wskoczyć do jej łóżka? :) Jakież to wszystko skomplikowane.

W każdym razie niebawem kończę trzydziestkę. Przydałoby się wreszcie rozpocząć normalne życie seksualne. Albo w ogóle przydałoby się rozpocząć normalne życie.

Za oknem bardzo intensywnie sypie śnieg...


2012.02.17 / Piątek / 11:33 - Upper intermediate 2

Zaczynając od najważniejszego - dokładnie trzy lata temu miałem swoją pierwszą randkę z Dorotą. Mniej więcej o tej godzinie szedłem do Liceum Czartoryskich w Puławach, by spotkać się po lekcjach z tą najpiękniejszą z najpiękniejszych, a następnie przyprowadzić ją do mieszkania siostry. Ach, nigdy nie przestanę być sentymentalny.

Wracając jednak do teraźniejszości - zająłem się dzisiaj rozwiązaniem testu mojej szkoły językowej, która jeszcze nie jest moja, bo jeszcze się do niej nie zapisałem. Test to pierwszy krok, drugim jest rozmowa kwalifikacyjna, na którą niebawem się udam (niebawem nie oznacza wcale, że już dziś), a trzecim wybranie dogodnych dni i godzin kursu oraz zapłacenie pierwszej raty. Myślę, że najwygodniej byłoby mi chodzić na kurs w soboty, lub ewentualnie w soboty i niedziele.

W każdym razie wynik testu sytuuje mnie na poziomie egzaminu FCE i rozszerzonej matury, ale wiadomo, że dopiero rozmowa kwalifikacyjna wskaże na jakim poziomie naprawdę jestem. Pisanie a mówienie to dwie różne bajki. Podczas rozwiązywania testu zdałem sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie znam podstawowych zasad. Miałem aż 36 błędnych odpowiedzi.

Muszę się zapisać na kurs, choć finansowo będzie ciężko, tym ciężej, że od wczoraj pracuję za mniejszą stawkę godzinową. Miałem zarabiać o dwa złote mniej za każdą godzinę, bo tak sobie ubzdurała nasza pierwsza spervisorka, ale na szczęście wybroniła mnie nasza nowa, druga supervisorka, która słyszała o czymś takim jak sprawiedliwość, i obniżyła mi stawkę zaledwie o złotówkę za godzinę (co w skali miesiąca daje aż 160 złotych). Stawka została mi obniżona praktycznie bez powodu, gdyż ja pracuję cały czas tak samo. Nagle nakazano mi osiągnąć wynik, którego nigdy nie osiągałem. Po prostu w naszej oszukańczej firmie tak już jest, pracownik traktowany jest jak pachołek, nikogo nie obchodzi to jak długo pracuje i jak się stara, liczy się tylko średnia, która tak naprawdę od pracownika zależna jest w niewielkim stopniu. W ogóle żal o tym pisać. W takiej chujni jeszcze nie pracowałem.

Ostatnio zwolniono naszą koleżankę samotnie wychowującą dziecko, która pracowała z nami od roku i miała całkiem dobre wyniki. Zwolniono ją za to, że narzekała na firmę i przełożonych podczas prywatnej rozmowy na Facebooku. Rozmowa ta okazała się nie być prywatną, gdyż nasi przełożeni śledzili ją, za nic mając coś takiego jak prywatność. Kamery z podsłuchem to za mało, teraz u kapitalistów modne jest wpierdalanie się do prywatnego życia swoich pracowników. Będę z siebie dumny jeśli kiedyś zostanę zwolniony z pracy z powodu photobloga.

Poprzednia firma była bardzo w porządku w porównaniu z obecną. Nie sądziłem, że miejsce, w którym rok temu tak przyjemnie mi się pracowało, zmieni się w takie szambo. Chwała wszystkim dobrze wykształconym i mądrym ludziom, który włożyli wysiłek w to, by nie musieć pracować w takim gównie. Choć w sumie każdy jest czyimś czarnuchem, jak śpiewał Marilyn Manson.


"It's so easy to laugh
It's so easy to hate
It takes strength to be gentle and kind"

The Smiths "I know it's over"


2012.02.15 / Środa / 17:23 - Mój las

Powróciłem do swojego lasu, póki co na jedną noc, gdyż kilka kolejnych nocy będę musiał spędzić w Warszawie, z powodu dyżurów kończących się w okolicach północy. Nie jest to takie złe, gdy weźmie się pod uwagę jak ciężko przebrnąć przez naszą leśną drogę w obecnych warunkach. Niemniej jednak w warszawskim mieszkaniu w ogóle już mi się nie chce mieszkać, najchętniej uciekłbym z niego już teraz. W ogóle mało co mi się teraz chce i jestem dosyć poważnie zdołowany. Cienko z kasą w tym miesiącu, tak cienko jak jeszcze nigdy, ale mimo wszystko zapiszę się na kurs języka angielskiego, utrudniając i zarazem urozmaicając swoje życie.


2012.02.14 / Wtorek / 13:10 - Walę tynki

Jutro Walentynki, a zarazem urodziny mojej nowej, radomskiej koleżanki. Walentynkę dla swojej ex-girlfriend kupiłem jeszcze zanim się rozstaliśmy, dlatego zaraz przejdę się na pocztę, by ją wysłać, choć w sumie nie wiem czy dojdzie na jutro. Przede wszystkim jednak Walentynkę muszę najpierw wypełnić odpowiednio dramatycznym tekstem... Dramatyczna miłość - dramatyczna walentynka.

Powyżej kolejny kawałek Radomia, taki nieco... Kasiowy. ;)


2012.02.13 / Poniedziałek / 10:22 - Przeddzień Walentynek

Jutro Walentynki, a zarazem urodziny mojej nowej, radomskiej koleżanki. Walentynkę dla swojej ex-girlfriend kupiłem jeszcze zanim się rozstaliśmy, dlatego zaraz przejdę się na pocztę, by ją wysłać, choć w sumie nie wiem czy dojdzie na jutro. Przede wszystkim jednak Walentynkę muszę najpierw wypełnić odpowiednio dramatycznym tekstem... Dramatyczna miłość - dramatyczna walentynka.

Powyżej kolejny kawałek Radomia, taki nieco... Kasiowy. ;)


2012.02.13 / Poniedziałek / 10:16 - Kawałek Radomia

Zrobiłem wczoraj kilka zdjęć, więc pokażę teraz choćby radomski deptak. Całkiem sympatyczne miasto i wcale nie tak niebezpieczne jak je opisują. W mroźne, niedzielne popołudnie nie widać, że dzisięć lat temu miało ono najwyższy współczynnik przestępczości na Mazowszu. ;) Radom nie jest zły, ale raczej się w nim nie zakocham, tak jak w Lublinie, Dęblinie, czy Krakowie... Ach właśnie. Jest szansa, że odwiedzę w tym roku Kraków. Słodko. :P


2012.02.13 / Poniedziałek / 00:08 - Pan Michał w Radomiu

Ponieważ moja współrandkowiczka nie jest fotogeniczna i nikt nie uwierzyłby, że na żywo wygląda dużo lepiej niż na zdjęciach, wstawiam zdjęcie niezwykle fotogenicznego człowieka, który na zdjęciach wygląda dużo lepiej niż na żywo - Pana Michała, którym mam przyjemność, lub nieprzyjemność, być. :P

Radom okazał się być miastem ładniejszym niż myślałem. Zawsze uważałem, że jest to miasto blokowisk, że nie ma tam żadnego deptaka lub rynku, ale jednak i deptak i rynek miałem okazję dzisiaj zwiedzić, oprowadzany przez nową koleżankę, Marzenę. Przeszliśmy się po mieście, zahaczając o te najatrakcyjniejsze miejsca, z czego najciekawiej prezentował się moim zdaniem rynek, na którym w dniu dzisiejszym nie było ani jednego człowieka. Interesujący widok, totalna pustka. Nie udaliśmy się niestety do Mc Donalda, by móc zjeść moje ukochane ostatnio cheeseburgery, ale kilka godzin spędziliśmy w pubie Casablanca. Tam miałem okazję przyjrzeć się dokładniej swojej nowej koleżance, poznać jej zapach, gładkość jej skóry, a nawet smak, gdyż w niezamierzony sposób wyzbyłem się swojej zasady mówiącej o tym, że na pierwszej randce nie doprowadzam do całowania. Efekt wódki, czy samej Marzeny? Cieżko powiedzieć. W każdym razie było dosyć intensywnie, nie żałuję i mogę teraz powiedzieć, że w swoim życiu całowałem się już z... Uwaga, uwaga... Czterema dziewczynami! Yes, yes, I am the sexer. ;)

Marzena jest bardzo niską, bardzo szczupłą dzewczyną, mającą bardzo ładny porządek w głowie, który spodobał mi się w niej najbardziej. Myślę, że mamy taki sam pogląd na wiele spraw i ogólnie jesteśmy do siebie w zadowalający sposób podobni, a przecież ciężko znaleźć dziewczynę podobną do mnie. Nie wiem czy kiedyś mógłbym się w niej zakochać, bo nie poczułem tego czegoś co poczułem na pierwszych spotkaniach z pierwszą i drugą Kasią w zeszłym roku, niemniej jednak z jakiegoś powodu nie mogę się doczekać, gdy spotkam się z nią po raz kolejny. Nastawiam się na przyjaźń, bo jestem głupi i wierzę w przyjaźń damsko-męską, ale zarazem odczuwam do Marzeny tajemniczy pociąg fizyczny, nad którym powinienem panować, jeśli nie zamierzam się zakochiwać. Dzisiaj nie do końca się udało. ;)

Wyjazd do Radomia uważam za udany, a nową przyjaźń uważam za rozpoczętą. Lepsza normalna przyjaźń, niż nienormalna miłość. Najlepsza oczywiście jest normalna miłość, ale akurat takiej w swoim życiu jeszcze nie zaznałem. Może właśnie nadeszła na nią pora?


2012.02.13 / Poniedziałek / 00:02 - Od tego zaczyna się randka

Wyjazd do Radomia rozpocząłem od zaopatrzenia się we wsparcie psychiczne, widoczne na powyższym zdjęciu. Jest ono dosyć tanie, a zarazem bardzo skuteczne, ale sięgam po nie tylko w wyjątkowo stresujących sytuacjach. Dawno już nie byłem na pierwszym spotkaniu z nowo poznawaną dziewczyną, bez uprzedniego wsparcia się wódką. W zeszłym roku poznałem trzy dziewczyny i przed pierwszą randką z każdą z nich znieczulałem się alkoholem. Każdy tak robi, czy tylko ja? ;D Wszystko przez tą moją wrażliwość i nieśmiałość... Najwięksi degeneraci to właśnie ludzie wrażliwi i słabi. :P


2012.02.12 / Niedziela / 10:21 - Cairdeas

Koniec dwóch Kaś w moim życiu. Kasia z firmy właśnie dzisiaj ma ostatni dyżur, natomiast moja ukochana Kasia nie jest jest moja i nie da się tego ukryć. Oddala się ode mnie i będzie oddalać z każdym dniem, który minie od zeszłotygodniowego końca naszego związku. W końcu oddali się na tyle, by być całkowicie poza moim zasięgiem, by nie było już nas, ale mam nadzieję, że poczuje się wtedy dobrze w ramionach jakiegoś innego mężczyzny, który może nawet pokocha ją tak bardzo, jak ja ją pokochałem.

Dwie noce temu ominęła mnie parapetówka w moim/nie moim mieszkaniu. Zamiast integrować się poprzez alkohol ze swoimi kolegami i koleżankami z pracy, wracałem rowerem z Warszawy do Truskawia, przy temperaturze bliskiej -25 stopni Celcjusza. To było niezapomniane przeżycie, zdaje się, że byłem o krok od utraty stóp, dłoni i nosa... Koszmar przez duże K. Nie polecam.

Za dwie godziny będę już jechał busem do Radomia, na spotkanie z dziewczyną, której jeszcze nie znam, ale którą mam zamiar poznać - z Marzeną. Pozostaje tylko pytanie - pić wódkę, czy nie pić? :P


2012.02.10 / Piątek / 13:28 - Przemeblowanie

Przyjechała właścicielka mieszkania wraz z rodziną i przywiozła nam stolik oraz cztery krzesła. Stolik trafił do mojego małego pokoju, przez co zrobiło się w nim na tyle ciasno, bym nie miał już gdzie trzymać roweru. Rower musiał się wyprowadzić do przedpokoju. Pani Ania, właścicielka mieszkania, zabrała mi osiemset złotych, co stanowi ponad połowę mojej styczniowej pensji... Na szczęście powiedziała, że mogę się stąd wyprowadzać tak szybko, jak tylko znajdziemy kogoś zainteresowanego wynajęciem mojego pokoju. Jeśli więc ktoś czytający te słowa chce tu zamieszkać - zapraszam. :)

Nigdy nie będę już Panem Michałem, który całe życie mieszkał z rodzicami i tylko gadał, że się wyprowadzi. Od teraz będę Panem Michałem, który faktycznie wyprowadził się od rodziców i zamieszkał samodzielnie, choć jednak na niewiele mu się to zdało...

Kolejne zamieszkanie w Warszawie już tylko z dziewczyną. Póki co dobrze będzie mi w domu rodzinnym.


2012.02.09 / Czwartek / 22:44 - Współlokatorka Sylwia

Warto od czasu do czasu pokazać na zdjęciu jakąś inną kobietę niż firmową Kasię, dlatego wczoraj uwieczniłem zgrabną, firmową Sylwię, która jest zarazem moją współlokatorką. Sylwia nadal jest wolną dziewczyną, gdyby więc jakiś atrakcyjny mężczyzna czytający mojego bloga był zainteresowany zaproszeniem jej na piwo, to gorąco do tego zachęcam, bo Sylwia to dziewczyna pod wieloma względami bardzo fajna. Gdyby ktoś był ciekaw czemu ja nie zaproszę jej na piwo, wyjaśniam - mam jednak inny gust i nie dostrzegam między nami podobieństwa, także wizualnego. :) Poszukuję dziewczyny naprawdę do mnie pasującej, takiej jak choćby moja ex-girlfriend Kasia, którą uważam za swoją drugą połówkę i przyszłą żonę oraz matkę mojego dziecka. :D Ona i Dorota to te dwie najbardziej zbliżone do ideału.

Niemniej jednak na niedzielę umówiłem się z pewną Marzeną z Radomia, którą poznałem na Sympatii. Fajnie się z nią rozmawia, wydaje się być warta tego, by ją odwiedzić w jej niezbyt ładnym mieście, dlatego po wymianie kilkunastu maili postanowiłem poznać ją osobiście. Ogólnie zamierzam teraz poznać kilka nowych dziewczyn i nie chodzi o to, że poszukuję miłości, bo i tak nadal jestem zakochany w tej, w której byłem zakochany przez ostatnie pół roku. Szukam tego w co mało kto wierzy - przyjaźni. Choć w sumie, gdy poznawałem Kasię, też byłem zakochany w innej i też szukałm przyjaźni. ;)

Dzisiaj późnym wieczorem odbędzie się w naszym warszawskim mieszkaniu spóźniona parapetówka, na którą przyjdzie spora część ludzi z pracy. Ciekawostką jest fakt, że ja na tę imprezę nie przyjdę. Ewakuuję się z Warszawy nocnym autobusem do swojego lasu, by żyć w zgodzie ze swoją dziką naturą, i by być jutro w stanie przyjść do pracy na 11:00 rano. Poza tym jestem zbyt zdołowany, by imprezować.


2012.02.07 / Wtorek / 22:25 - Pączka widelcem

Nie rozumiem czemu w firmie wszyscy dziwią się, że jadam pączki widelcem. Przecież pracuję palcami i muszą one być czyste, nie być lepkie od cukrowej polewy. Pracuję też umysłem, ale widocznie nie jest on w pełni sprawny, skoro znowu grozi przejście na karną stawkę za zbyt słabe wyniki. Zarobię psi grosz, a przecież wciąż muszę opłacać mieszkanie i kurs języka agielskiego, na który idę zapisać się w piątek. To bardzo denerwujące...

Z walki o bycie supervisorem zrezygnowałem, pisząc, że wycofuję się z powodu złych zmian, które zachodzą w firmie od jakiegoś czasu... Żal je tu wymieniać... Nową supervisorką została koleżanka Milena, a nie kolega Michał, na którego stawiałem. Może będzie lepsza od pierwszej supervisorki, która na swoje stanowisko według mnie zupełnie się nie nadaje i nie wiem jakim cudem je zajmuje. Nie zna nawet zasad ortografii i gramatyki.

Jestem ogólnie nieco zdołowany, czekam na wiosnę, gdy będę mógł wsiąść na rower i jechać w dowolnym kierunku, zostawiając wszystko to co złe za sobą, przynajmniej na kilka godzin. Zanim jednak nadejdzie wiosna, wsiąde do pociągu i pojadę wreszcie do Kutna i do Sójek, w miejsce, w którym spędziłem wczesne dzieciństwo.

Ciekawe gdzie będę obchodził swoje trzydzieste urodziny...


"You have loved
You were not alone
You have braved the weather
When the storm cut you to the bone
There was always shelter

My secred friend
I'll take you to the river
My secred friend
We can swim forever"

IAMX "My secret friend"


2012.02.06 / Poniedziałek / 14:36 - Pokój dziewczyn

Był już mój pokój, była kuchnia, a teraz nadeszła pora na uwiecznienie pokoju dziewczyn. Proszę nie zwracać uwagi na lekki bałagan.

Nie jestem tutaj szczęśliwy, jest mi tu źle i przede wszystkim czuję się samotny. Cieszę się z tego, że po dzisiejszym dyżurze nocnym powrócę do domu w lesie, tak samo jak po kolejnym dyżurze. Jak już pisałem - mieszkanie bez bliskiej osoby, a konkretnie bez dziewczyny, nie ma dla mnie sensu i jest nieprzyjemne. Dziwię się wszystkim, którzy są w stanie samotnie mieszkać. Jestem samotny jak Leon Zawodowiec, potrzebuję swojej Matyldy, choć może lepiej żeby nie miała dwunastu lat...

Pod koniec tygodnia, w niedzielę rano, wyruszam do Puław, w których zostanę aż trzy, a nawet cztery dni. Mógłbym tam pojechać już w sobotę wieczorem, gdyby nie to, że mam dyżur do 22:00, a o tej porze nie mam już żadnego busa.

Wszystko wskazuje na to, że tegoroczne Walentynki spędzę samotnie, a raczej z siostrą, choć nieco wcześniej miałem plan wyjechania na trzy dni z dziewczyną... Nie ma dziewczyny, nie ma normalnych Walentynek, ale nie można tracić nadziei. Kiedyś, gdzieś, znajdę kogoś, lub ktoś znajdzie mnie. Może wtedy jednak wszystko się uda, tak jak to sobie wymarzyłem... Obecnie czuję się tak jakbym chciał się dostać do lepszego świata i jakbym nie został do niego wpuszczony, lub został wpuszczony tylko na chwilę, a następnie wygoniony...

Obecnie jestem wypalony i wycofałem się ze spotkania zapoznawczego z dziewczyną, z którą miałem iść w marcu na koncert Renaty Przemyk. Co więcej, wycofałem się z jutrzejszego spotkania z Ewą, której nie widziałem już półtora roku, a która chciała się ze mną spotkać... Muszę odpocząć. Poczekam do wiosny, ona sprzyja miłości. Na razie żadna dziewczyna, poza jedną, mi się nie podoba...

Jadę do firmy podpisać rachunek za styczeń. Pieniędzy zostanie mi mało, ale na pierwszą ratę kursu języka angielskiego chyba będzie mnie stać...


"You were from a perfect world
A world that threw me away today"

Marilyn Manson "Coma white"


2012.02.05 / Niedziela / 16:09 - Noc w klubie, noc na Ursynowie

Na Starym Mieście udaliśmy się w czwórkę do pubu, którego nazwy w tej chwili już nie pamiętam. Pamiętam tylko, że Irlandzki Pub, do którego mieliśmy iść, był zamknięty z powodu remontu, tak samo jak Leżaki. Miejsce, w którym się zatrzymaliśmy było całkiem przyjemne, piwo smakowało tak samo jak wszędzie, wieczór był tak typowy, jak to tylko możliwe. Po ponad dwóch godzinach dołączył do nas spóźniony kolega, a kolejne dwie godziny później ruszyliśmy wszyscy na miasto, w poszukiwaniu miejsca bardziej odpowiedniego do tańca.

Nie za bardzo spodobała mi się idea przeniesienia się ze spokojnego pubu do roztańczonego klubu, zacząłem nawet marudzić i zastanawiać się czy pasuję do tego towarzystwa, a zarazem czy pasuję do swojej ukochanej i ona do mnie, ale ostatecznie dałem się namówić i uważam, że postąpiłem właściwie. Po drodze wstąpiliśmy do Zakąsek przy Krakowskim Przedmieściu, czyli charakterystycznego miejsca, w którym w sobotni wieczór tłum ludzi stoi w kolejce do taniego alkoholu i pożywienia, by następnie móc ruszyć do klubu, w którym alkohol jest już znacznie droższy. Ostatecznie trafiliśmy do Klubu Dzienikarza przy Nowym Świecie i zostaliśmy tam mniej więcej na dwie godziny.

Początkowo wyglądało to dla mnie dziwacznie, że ludzie, z którymi spędzałem wieczór nagle zaczynają się w głupi sposób poruszać, co nazywane jest powszechnie tańcem, ale kilka minut później uznałem, że jednak ja sam mógłbym poruszać się lepiej od nich, wkroczyłem więc na parkiet i zacząłem kręcić swoim tyłkiem oraz wszelkimi dostępnymi kończynami w sposób, który uważałem za najodpowiedniejszy. Miałem wrażenie, że przy utworze Michaela Jacksona tańczyłem niemal zupełnie tak jak on, ale wrażenie takie mogłem odnieść z powodu otępienia alkoholowego, gdyż tego wieczora wypiłem aż dwa piwa. Okazało się, że tak skromna ilość piwa wystarczy, bym zaczął robić coś czego nigdy nie planowałem, bym nagle bez skrępowania zaczął tańczyć, lub raczej wykonywać czynność, która w moim mniemaniu była tańcem. Ale bez kitu - uważam, że jestem w tym dobry, tylko w glanach ciężko się tańczy. Muszę sprawić sobie jakieś taneczne obuwie. Po pewnym czasie zrobiło mi się niedobrze i dwukrotnie odwiedziłem męską ubikację, by puścić w niej kilka pawii. Uwielbiam wymiotować.

Ogólnie w klubie nie było tak źle jak sobie to zawsze wyobrażałem, ale może nie był to typowy klub? Kasia co prawda nie doceniła moich starań, mojego poczucia rytmu i faktu, że dla niej, lub dzięki niej zrobiłem coś czego bez zakochania nigdy bym nie zrobił. Ja osobiście bawiłem się całkiem dobrze, wyglądało to wszystko dosyć zabawnie, choć byłem raczej zmęczony i senny, przez co nachodziła mnie chęć opuszczenia tego miejsca i zanurzenia się w muzyce Sonic Youth. Dzięki wizycie w klubie spojrzałem jednak nieco inaczej na muzykę, zrozumiałem lepiej, że można jej nie tylko słuchać i dopasowywać do różnych obrazów, ale także można przy niej tańczyć. Wtedy dopiero wychodzi na jaw jak świetna jest muzyka Michaela Jacksona i jak świetnie on się poruszał. Bądź co bądź był Murzynem. Swoją drogą poziom umiejętności tanecznych Polaków jest żenujący. Obserwowanie tego w jaki sposób poruszają się niektórzy panowie było niezwykle zabawne, dla wielu z nich taniec to wykonywanie cały czas jednego, skromnego zestawu ruchów, dreptanie w miejscu cały czas w tym samym tempie, niezależnie od puszczanego właśnie utworu, brak jakiejkolwiek swobody, wolności i ekspresji, brak temperamentu. W klubie było kilku czarnoskórych obywateli i w ich sposobie chodzenia było więcej tańca, niż w samym tańcu Polaków. Na szczęście kilku osobników radziło sobie całkiem nieźle, w tym na przykład przybyły z nami kolega, z którym Kasi tańczyło sę lepiej niż ze mną, i którego chyba zaprosi na wesele zamiast mnie. Szkoda, że nikt nie zrobił mi zdjęcia na parkiecie, mógłbym się nim teraz tutaj pochwalić.

Szkoda tylko, że Kasia patrzyła na mnie takim wzrokiem jakbym był głupi, jakbym nie pasował do tego całego warszawskiego nocnego życia, a przez to był kimś gorszym. Takie traktowanie mnie przez Kasię jest dosyć częste i dosyć denerwujące. A gdzie odrobina luzu, gdzie traktowanie tego wszystkiego z przymrużeniem oka, po co być takim poważnym na każdym kroku? Fakt, nie pasuję, nie są to moje klimaty, to wszystko jest dla mnie za mało alternatywne, za mało outsiderskie, wolę spędzać czas w inny sposób, ale najważniejsze, że byłem, widziałem, osobiście doświadczyłem i tańczyłem. To powinno być docenione. Zrobiłem coś nowego w swoim życiu i było całkiem ciekawie, mogę nawet wyjść do klubu ponownie w przyszłości, choć na trzeźwo pewnie bym tego nie zniósł.

Z klubu powróciliśmy metrem na Ursynów, na którm zostałem na noc, w domu Kasi, w tak lubianym przeze mnie łóżku. W południe zjadłem obiad w rodzinnym gronie i było bardzo, bardzo przyjemnie, Kasia ma fajnych, zabawnych, inteligentnych rodziców, naprawdę bardzo lubię tę rodzinę i ten dom. Jako domator najlepiej czuję się właśnie w takich miejscach, nie w klubach, nie w pubach, tylko po prostu w kuchni, w pokoju, na spacerze po osiedlu.

Najważniejsze jest to, co ustaliliśmy z Kasią, że nie jesteśmy już parą, że zostajemy przyjaciółmi, ale takimi naprawdę bliskimi. Nie za bardzo wiem czemu to zrobiliśmy, zdaje się, że według naszych ustaleń nie pasujemy do siebie, nie mamy tych samych celów życiowych i mamy kilka problemów natury naturalnej, za które głównie ja jestem odpowiedzialny. Biorę winę na siebie i przyznaję, że nie mam prawa protestować i walczyć o związek.

W sumie nie wiem jak to jest... Kocham, kocham, kocham do szaleństwa, patrzę na swoją ukochaną z podziwem i uwielbieniem, ale też wiele rzeczy chciałbym w niej zmienić. Mimo tej miłości sam zdaję sobie sprawę, że faktycznie nie pasujemy do siebie tak jak powinni pasować ludzie zamierzający spędzić wspólnie resztę życia. Tyle samo nas łączy, co dzieli. Zdaje się, że idziemy dwiema różnymi drogami, które biegną w dwóch różnych kierunkach, przez co możemy się od siebie za bardzo oddalić.

Najważniejsze, że pozostaje przyjaźń, że jako przyjaciel będę mógł nadal spotykać się z Kasią, rozmawiać z nią, interesować się jej życiem, nadal będziemy mogli zrobić sobie wyprawę do Zamościa, Rzeszowa lub Malborka. Będę mógł odwiedzić swoją ukochaną przyjaciółkę tam, gdzie rzuci ją los, lub gdzie sama postanowi się przenieść. Jeśli jej marzenia się spełnią, za kilka lat będę ją mógł odwiedzić w Wielkiej Brytanii.

Smutne to i piękne zarazem. Pewnie nawet to, że tutaj o tym pisze nas dzieli. Ja chcę to napisać, czuję taką potrzebę, w czymś mi to pomaga, natomiast Kasia raczej nie chciałaby dzielenia się choćby cząstką swojego życia z innymi, nieznanymi jej ludźmi. Jak wiele różnic można zaakceptować? Prawdziwa miłość potrafi sprawić, że one nie mają znaczenia? A może różnice są w stanie zdławić miłość? Chciałbym mieć dziewczynę podobną do siebie, a zarazem podziwiam Kasię bardzo często właśnie za to, że tak się ode mnie różni. Ma na mnie dobry wpływ właśnie dzięki tym różnicom.

Przede wszystkim jednak kocham ją. Nasze pożegnanie na stacji metra było piękne, tak właśnie wyobrażam sobie miłość idelną, idealny związek. Gdy ludzie przytulają się do siebie i po prostu nie chcą przestać... Nie chcę przestawać, chcę pozostać Misiem na zawsze, ale... Niech będzie przyjaźń. Najważniejsze, że Kasia nadal jest.


"Ostatni raz widziałem Cię
Zaraz przypomnę sobie gdzie
To było chyba na mieście
Chwaliłaś się biletem do Szwecji
To że stałem z boku już nie liczyło się

A miało być tak pięknie
Miało nie wiać w oczy nam
I ociekać szczęściem
Miało być "sto lat! sto lat!"

Happysad "A miało być tak pięknie"


2012.02.05 / Niedziela / 16:02 - Z Kasią z Lublina w Harendzie

Po wizycie na UW i po odwiezieniu swojej ukochanej na Ursynów, powróciłem do Centrum, udałem się do Empiku i kupiłem walentynkę, bo do Dnia Zakochanych zostało już nieco ponad tydzień czasu. Z Empiku przeszedłem pod Rotundę, czyli w miejsce, w którym zazwyczaj umawiam się z Kasią z Lublna, odwiedzającą Warszawę regularnie co dwa tygodnie. Podczas naszych spotkań dosyć regularnie odwiedzamy Harendę, w której zawsze zamawiam frytki lub smażone ziemniaki z piwem. Regularnie poruszamy podczas rozmów te same tematy, w zasadzie mam wrażenie, że na każdym spotkaniu rozmawiamy o tym samym, ale w sumie mi się to podoba, jako nudnemu i monotonnemu człowiekowi. Tym razem jednak porszyliśmy też jeden nowy temat, bardzo interesujący, a następnie zaczeliśmy coś mówić o umowie, która zobowiązywałaby nas do zostania parą w przypadku nie znalezienia sobie partnera/partnerki w wieku 35 lat. Nie ustaliliśmy tylko, czy ma to być moje 35 lat, czy 35 lat Kasi, ale nie ma to dużego znaczenia, gdyż umowa ostatecznie nie zotała podpisana.

Szkoda, bo miałbym się czego trzymać, mógłbym sobie mówić - nieważne jak będzie mi się układać w miłości, w wieku 35 lat i tak zostanę tatusiem. Taka umowa to dobry pomysł... Pomysł na nią wziąłem z serialu "Przyjaciele".

Po wizycie w Harendzie przemieściliśmy się autobusem i pieszo przez Plac Teatralny na Plac Bankowy. Tam, na stacji metra dwie Kasie zapoznały się ze sobą, udało mi się doprowadzić do ich konfrontacji. Ciekawie było obserwować dwie Kasie, które łączy ten sam rok urodzenia, to samo rozkochanie w sobie Pana Michała, oraz pewna drobnostka, o której nie będę wspominał.

Kasia z Lublina pojechała w swoim kierunku, a ja razem ze swoją Kasią i jej dwiema koleżankami udałem się na Stare Miasto, świętować upływ czasu.


2012.02.05 / Niedziela / 16:01 - Miś na UW

Nadarzyła się kolejna okazja do wręczenia różyczki - tym razem było to różyczka po części przeprosinowa, po moim głupim i nieodpowiednim zachowaniu sprzed kilku dni. Bardzo lubię wręczać dziewczynom kwiaty, ale robię to rzadko, tylko wtedy, gdy jestem naprawdę zakochany. Lubę też odwiedzać wszelkie instytucje związane z moimi ukochanymi dziewczynami, takie jak szkoły, uczelnie, czy firmy, w których pracują. Trzy lata temu regularnie odwiedzałem pewne liceum w Puławach, ale teraz jestem nieco starszy i u licealistek nie mam już szans (choć jak udowodnił zeszły rok, wciąż mam pewne szanse u gimnazjalistek). Zamiast do liceum, przychodzę teraz na uczelnię, a konkretnie na Uniwersytet Warszawski, na którym studiuje ta, którą kocham obecnie.

Zjawiłem się niezapowiedziany, by zrobić coś w stylu niespodzianki. Godzina czekania, niepewność, czy aby na pewno czekam we właściwym miejscu, widok mojej ukochanej wchodzącej po schodach, ulga, radość, jej zapach, minuta odprowadzenia ją pod salę, w której odbywał się egzamin, oczekiwanie na koniec egzaminu, w międzyczasie przyswajanie sobie kolejnych słówek, które na wydziale anglistyki zapamiętuje się jakby łatwiej, wizyta w ubikacji urozmaicona fotografowaniem zabawnych napisów na ścianie, szybka wyprawa do Rossmana i kwiaciarni, w której dawno temu przez jeden dzień pracowała moja starsza siostra, nabycie różyczki, powrót na uczelnię, kilkadziesiąt minut spędzonych na odwiezieniu i odprowadzeniu ukochanej do domu. Temperatura zdecydowanie niska, serce jednak rozpalone, a przede wszystkim radość, że jedak znowu ją widzę, że znowu jestem przy niej. Czysta przyjemność. Może jestem dziwny, ale takie zwykłe czynności są dla mnie wyjątkowe i bardzo miło je później wspominam. Wystarczy po prostu być obok tej, którą się kocha i już jest wspaniale, i życie jest piękne. Poczułem się dokładnie tak samo jak trzy lata temu.


2012.02.04 / Sobota / 11:31 - Saint in the city

Korzystając z tego, że jestem, i przez dwa najbiższe miesiące nadal będę, warszawiakiem, wychodzę dziś na miasto, by cieszyć się z wolnego dnia. Muszę też korzystać z tego, że przez najbliższe dwa miesiące będę miał przy sobie kogoś, kogo kocham. Później nadejdą trzy miesiące pięknej, ale samotnej wiosny. Może rower wtedy pomoże...

Czy w maju lub czerwcu naprawdę polecę na dwa tygodnie do Luksemburga? Byłoby wspaniale, byłaby to moja pierwsza wyprawa zagranicę. W zeszłym roku dotarłem aż do Krakowa i Wrocławia, więc może w tym jeszcze bardziej poszerzę swoje horyzonty. Jeśli otrzymam zaproszenie, z rozkoszą z niego skorzystam. Muszę tylko uzbierać pieniądze na taką atrakcję, dobrze więc, że już marcową wypłatę będę mógł zachować w całości dla siebie, nie wydając ponad połowy na mieszkanie.

Tymczasem wychodzę na warszawski spacer i kilka spotkań. Po drodze odwiedzę kościół i pomodlę się o miłość, spokój i stabilizację emocjonalną. Swoją, Nie zaszkodzi też pomodlić się o wierność. W tym także swoją, oczywiście.

Muszę wyrobić paszport? Chyba wystarczy zwykły dowód osobisty.


2012.02.03 / Piątek / 17:50 - Samotność

Dzisiejszy poranek był okropny. Po raz pierwszy od ponad sześciu miesięcy poczułem jak to jest być ponownie samotnym, wiem już, że nie potrafiłbym tego znieść, bardzo żałowałem swojej wczorajszej reakcji na to o czym się dowiedziałem, chciałem cofnąć czas, cofnąć swoje czyny i słowa. Załamany, w bardzo złym stanie psychicznym zacząłem spacerować po mieście, mimo mrozu. Spacerowanie zawsze mi pomagało w trudnych sytuacjach, tak samo jak jazda na rowerze... Gdy byłem w widocznym na zdjęciu miejscu odebrałem wiadomość, która mnie uspokoiła i dała nadzieję. W jednej chwili wszystko co złe odeszło. Może jednak jeszcze będzie dobrze? Może przestanę być tak niestabilny i impulsywny, bo mężczyzna nie powinien się tak zachowywać. Może sobotni wieczór będzie lepszy od czwartkowego...


2012.02.03 / Piątek / 17:34 - Zgasłem

Nietrafiony, źle wykonany prezent. Ta cała krew... Masakra. Masakryczny był też wczorajszy wieczór, bardzo trudny, nie taki jakiego się spodziewałem... Tegoroczna wiosna najwidoczniej też nie będzie taka jakiej się spodziewałem. Trudno, nie ma innego wyjścia... Nie wiem co będzie później, co przyniesie przyszłość.


2012.02.01 / Środa / 16:49 - Back to love

Zdjęcie zrobione na nocnym dyżurze, na którym stale przysypiałem... Całe szczęście, że ruch był niewielki.

Sytuacja poprawiła się. Piątek nie będzi wyglądał źle, dziewczyna poszła po rozum do głowy i nie pójdzie tam gdzie miała iść, nie będę musiał umierać ze zmartwienia, a co więcej, zrobiła dla mnie coś bardzo miłego, co dla każdego normalnego człowieka nie miałoby znaczenia, ale dla mnie ma. ;) Znowu jestem szczęśliwy...

Obudziłem się po południu, obejrzałem bardzo dobry film "Aż po grób", na którym jako wrażliwy człowiek uroniłem kilka łez, wystawiłem ocenę 8/10, a teraz będę szedł do pracy... Mam nadzieję, że nie zamarznę po drodze.

Pora odwiesić jesienną płaszczo-kurtkę z New Yorkera i zabrać z domu w lesie zimową z Cubusa, której tak bardzo nie lubię... Pora też napisać nowo poznanym dziewczynom z Sympatii.pl, że jednak nie mogę ich poznać na żywo, bo mam już dziewczynę, którą kocham. Mam nadzieję, że się nie załamią. ;) W sumie troszkę szkoda, ta 22 latka z dzieckiem była naprawdę interesująca i już zgodziła się ze mną iść na marcowy koncert Renaty Przemyk...

Najważniejsze, że jutro spotykam się ze swoją ukochaną, po ponad dwutygodniowej przerwie. :) Czas się ogolić.