2012.05.29 / Wtorek / 19:47 - Mortal Kombat 2

Dzisiaj wieczorem, podczas ostatniego dnia mojego urlopu, pograłem sobie z siostrą na starym komputerze w jedyną grę, która wymaga podłączenia drugiej klawiatury - słynny i wspaniały Mortal Kombat 2. Niektóre gry się nie starzeją. Ach. Szkoda tylko, że ani razu nie wygrałem z siostrą...

Niestety moja przyjemność już się kończy, od jutra zaczyna się nieprzyjemność, męka, udręka, rozpacz. Ciężko będzie wrócić do pracy, bo Białołęki nadal szczerze nienawidzę, a w dodatku mam teraz na głowie jakieś nowe zajęcia, o których nie mam bladego pojęcia. :P

Na szczęście mam też Marzenkę. Co prawda znajduje się sto kilometrów ode mnie, ale... Mam ją, tak samo jak ona ma mnie. Amen.


2012.05.28 / Poniedziałek / 17:14 - W radomskiej pizzerii z Marzenką

Wiedziony tęsknotą pojechałem dzisiaj do Radomia, by ponownie spotkać się ze swoją Marzenką. Tak dawno jej nie widziałem... ;) Właśnie siedzę w busie do Warszawy, powracam do domu w lesie, do domu w Warszawie, bo za dwa dni kończy się mój piękny urlop. Za cztery tygodnie rozpocznie się kolejny, także spędzany w dużej mierze z Marzenką, ponieważ jej urlop przypada dokładnie na ten sam tydzień . Możliwe, że pojedziemy wtedy na kilka dni do Rzeszowa, ale głównie będę stacjonował w Puławach, z których do Radomia jedzie się tylko godzinę.

Spotkanie było przyjemne, rozpoczęło się w miejscu, w którym Marzenka pracuje, a zakończyło na dworcu PKS. Wstąpiliśmy do pizzerii, w której zjedliśmy dużą i smaczną pizzę, oraz wypiliśmy piwo. Oczywiście w pizzy nie mogło zabraknąć mojego ulubionego składnika - salami. W galerii handlowej, całkiem ładnej i dużej jak na Radom, zjedliśmy loda i zakupiliśmy książkę w księgarni Matras, a raczej Marzenka zakupiła, ponieważ jest o wiele bardziej oczytana ode mnie. To w ogóle bardzo mądra kobieta, przykładowo w górach zaimponowała mi tym, że nie wiedziała nic na temat serialu Klan. :)

Mądra i piękna. Nie wiem jak to możliwe, że wcześniej mi się tak bardzo nie podobała. Być może wciąż byłem pod wpływem poprzedniej miłości, lub jest tak jak napisał kiedyś w pewnym komentarzu mój przyjaciel Jacek, że to jak postrzegamy drugą osobę jest determinowane emocjami i uczuciami, które ta osoba w nas budzi. Marzenka budzi we mnie teraz bardzo silne, pozytywne uczucia i emocje. :)

Doszła już do etapu "bukietu kwiatów", których jeszcze nie kupiłem, bo nie mogłem znaleźć kwiaciarni w Radomiu. ;)


2012.05.27 / Niedziela / 20:07 - Nawet Radom można pokochać

Niedzielę spędzam przed laptopem i netbookiem. Netbook kompresuje filmy, które następnie wrzucę na YouTube i na fotobloga, laptop zaś ściaga od ponad sześciu godzin cały kanał YouTube, na którym znajdują się moje ukochane kreskówki - Kapitan Bomba oraz Generał Italia. Z tego drugiego pochodzi powyższy kadr, a raczej zdjęcie ekranu laptopa siostry. Jeśli ktoś nie zna Kapitana Bomby i Generała Italii... Niech się wstydzi. :P

Jestem bardzo zadowolony z faktu, że znalazłem dzisiaj program do pobierania całych kanałów YouTube. Wcześniej musiałem otwierać każdy film osobno i klikać kilka ikonek, by rozpocząć zapisywanie na dysk. Normalni ludzie nie muszą sobie zapisywać filmików z YouTube na dysku, ale ja w domu nie mam szybkiego łącza z Internetem, dlatego gromadzenie filmów na dyskach jest u mnie normą. Bez kitu, YouTube jest jedną z najlepszych rzeczy, które przytrafiły się ludzkości. I pomyśleć, że założyło go kilku nastolatków...

Ja też mam pomysł na zarobienie miliona dolarów, w mojej głowie pojawił się jakiś czas temu pomysł na pewną usługę internetową, pewnego rodzaju serwis, który z jakiegoś powodu do dzisiaj nie powstał. Kto zainwestuje w mój pomysł? :P Nie mogę go tutaj zdradzić, gdyż pragnę być kosmicznie bogaty. ;)

Jutro opuszczam Puławy. Zostawiam tutaj większość ubrań, ponieważ za kilka tygodni i tak tu przyjeżdżam, na urlop, podczas którego będę obchodził swoje trzydzieste urodziny. Wtorek także mam wolny, natomiast w środę idę już do pracy, a raczej jadę do niej rowerem, co może być niezbyt przyjemne, ze względu na zapowiadany deszcz... Czymże jednak jest deszcz dla takiego bieszczadnika jak ja. :P

Najbardziej mnie teraz ciągnie do... Radomia! :P


2012.05.26 / Sobota / 12:42 - PKSem do Lublina

Dworzec PKS w Rzeszowie. Marzenka ma na sobie bardzo fajny sweterek, ale przede wszystkim powinienem tu zauważyć, że w dniu wyjazdu w góry, w poniedziałek, Marzenka zjawiła się delikatnie umalowana, a w uszach miała ładne kolczyki. :) Doceniam także to, że nie używa przy mnie perfum, których bardzo nie lubię. :) Poświęca się kobieta dla Pana Michała, nie ma co. :P

W Puławach pożegnaliśmy się, Marzenka wsiadła do samochodu brata, którego miałem okazję po raz pierwszy poznać. Sześć dni i pięć nocy minęło szybko, bo wszystko co dobre szybko przemija. Było nawet lepiej niż sobie wymarzyłem i jestem teraz bardzo szczęśliwym człowiekiem, mającym poczucie, że nareszcie znalazłem właściwą kobietę. :)

Na koniec wspomnę jeszczę tylko, że w autobusie jadącym z Bieszczad do Rzeszowa odebrałem telefon od swojego przyjaciela, który poinformował mnie z radością, że został ojcem i ma synka. :) Wspaniała wiadomość, życzę, by wszystko układało się jak najlepiej. Życzę temu przyjacielowi i życzę temu nam - sobie i Marzence, a nawet Wam czytelnicy i czytelniczki w wieku rozrodczym. :P Może kiedyś ja też poinformuję przyjaciela, że moja ukochana właśnie urodziła dziecko i mam synka, albo córkę. :)


2012.05.26 / Sobota / 12:39 - Marzenka i Michał w Rzeszowie

Uwielbiam przytulać tą malutką kobietkę. :) Zdjęcie zrobione w Rzeszowie, podczas czekania na bus BP Tour. Rzeszów jest miastem ładniejszym od Lublina, do którego jechaliśmy niemal trzy godziny. Na miejscu, w Lublinie, okazało się, że nie ma już miejsc w busie do Radomia, przez co przyjechaliśmy razem zwykłym puławskim busem do Puław, do mieszkania, w którym Marzenka poczekała na swojego brata. Ja niestety nie mogłem jej odwieźć, gdyż samochodu i prawa jazdy nie posiadam, dzięki czemu stać mnie na wyjazdy w Bieszczady i noclegi w Werchowynie. :P


2012.05.26 / Sobota / 12:38 - Pod pomnikiem waginy w Rzeszowie

Słynny pomnik waginy, lub cipki. O Rzeszów tym razem tylko się otarłem, ale możliwe, że kiedyś wybiorę się tam na dłużej, przenocuję u cioci i wujka, albo u brata, zabiorę ze sobą Marzenkę, siostrę lub siostry i zwiedzimy to przyjemne, ciepłe miasto. Wszelkie miasta leżące na zachodzie Polski, takie jak Wrocław, są zimne i odpychające, mają niemiecką, szarą architekturę i nie chcę ich odwiedzać. Zdecydowanie preferują miasta leżące na wschodzie, od których co prawda zalatuje nieco wioskowym klimatem. :)

A może w Rzeszowie mają jakieś centrum operatorskie sms? :P No tak, zapomniałem, że już nie jestem operatorem sms... Absolutnie nie chce mi się przechodzić na nowe stanowisko, ale w sumie smsów także nie chce mi się pisać. Jak powiedział ksiądz, który chodził u nas po kolędzie - szczęśliwy będę dopiero wtedy, gdy zwolnie się z tej firmy, gdy porzucę tę oszukańczą branżę.

Tyle, że ta oszukańcza branża daje mi pieniądze, za które mogę jeździć ze swoją dziewczyną w Bieszczady, a dzięki temu także jestem szczęśliwy. :P Dziękuję wszystkim klientom wysyłającym smsy za sfinansowanie mojego wyjazdu. :)


2012.05.26 / Sobota / 12:37 - Na dworcu PKS w Rzeszowie

W piątek poszliśmy wcześnie wstać, ponieważ w sobotę bardzo wcześnie wstawaliśmy, już o 3:45 rano. Nasz autobus do Rzeszowa odjeżdżał około 5:35. Ponownie jechaliśmy z tym samym kierowcą. Trzy razy jechaliśmy różnymi autobusami Veolii i za każdym razem za kierownicą siedział ten sam człowiek. :) Autobus do Rzeszowa jechał powoli i często się zatrzymywał, robił kilka dłuższych postojów, przez co jechaliśmy do tego pięknego miasta aż cztery godziny. Na miejscu, na dworcu PKS okazało się, że autobus do Lublina odjechał minutę wcześniej i może nawet zdążylibyśmy na niego, gdybyśmy szybciej wychodzili ze pojazdu, którym przyjechaliśmy.

Na rozkładzie jazdy przeczytaliśmy, że kolejny autobus odjedzie za trzy godziny, więc zacząłem kręcić się po okolicy dworca, by znaleźć jakieś busy lub inne autobusy, ale niczego takiego nie znalazłem. Wyjąłem netbooka i wyczytałem w nim, że za godzinę odjedzie bus BP Tour z ulicy Piłsudskiego, znajdującej się niedaleko dworca. Poszliśmy na nią, czekaliśmy długo w miejscu, z którego powinien odjechać bus BP Tour, ale z niewiadomego nam powodu bus ten w ogóle się nie zjawił. Widocznie przeniesiono przystanek w inne miejsce, z powodu remontów, które panoszą się wszędzie dookoła. Wróciliśmy więc na dworzec, zjedliśmy loda i poczekaliśmy na normalny PKS, który zawiózł nas do Lublina.

W Rzeszowie mieszka mój brat cioteczny kochający Bieszczady, a także moja ciocia i wujek. Tak się szczęśliwie złożyło, że ciocię akurat widziałem przez okno autobusu, gdy przejeżdżaliśmy obok jej osiedla. Przez cały czas rozglądałem się uważnie na boki, ponieważ Rzeszów to także miasto Doroty, mojej ukochanej z roku 2009, ale jej niestety, a może na szczęście nigdzie nie wypatrzyłem. Poza tym mam teraz swoją własną, małą, piwnooką brunetkę, mądrzejszą i lepszą od wszystkich poprzednich dziewczyn. :)

Ciekawe czy teraz, gdy sam ją pokochałem, zapragnie mnie porzucić, zgodnie z teorią mówiącą o tym, że kobiety starają się tylko wtedy, gdy są niekochane. :P Mam nadzieję, że Marzenki ta teoria nie dotyczy, tak samo jak mnie nie dotyczą wszelkie teorie opisujące zachowania mężczyzn.


2012.05.25 / Piątek / 20:37 - Z okna Chaty Wędrowca

Pod koniec ostatniej wycieczki, gdy nareszcie zaświeciło słońce, zasiedliśmy w Chacie Wędrowca, w której zamówiliśmy słynny Naleśnik Gigant. Okazał się on być jedną z najpyszniejszych rzeczy jakie w życiu jadłem, dorównywała mu chyba tylko szarlotka z Harendy, którą jadłem także z Marzenką, podczas jej pierwszej wizyty u mnie. Naleśnik można zamówić jako całość, za 36 złotych, lub jako półowkę, za 18 złotych i my wybraliśmy tą drugą opcję. Możliwe, że smakował mi on tak bardzo dlatego, że byłem zmęczony i głodny, ale myślę, że uznałbym go za pyszny nawet wtedy, gdybym jadł go przed wycieczką.

Kim był Majster Bieda, o którym śpiewa Stare Dobre Małżeństwo, i którego imię jest wymieniane w opisie Chaty Wędrowca na karcie menu? Pojawiło się we mnie pragnienie porzucenia swojego stołecznego życia i przenisienie się w Bieszczady. :P Białołęka, na której teraz znajduje się moja nieszczęsna firma to zadupie gorszej jakości od zadupia bieszczadzkiego. Zadupie zadupiu nierówne. :)

Szkoda tylko, że dostęp do Internetu w Wetlinie jest tak ograniczony - mój modem iPlus ledwo działał.


2012.05.25 / Piątek / 20:32 - Marzenka na Małej Rawce

Mała Rawka jest skromna i niewiele z niej widać. Zeszliśmy z niej aż do Wetliny, szlakiem, który schodził delikatnie w dół, i którego pokonanie zajęło nam dwie i pół godziny. To właśnie tam zaczęło mnie boleć kolano, pod koniec tak bardzo, że z trudem szedłem. Całe szczęście, ze taka kontuzja dopadła mnie na sam koniec ostatniej wycieczki, bo uniemożliwiłaby mi jakiekolwiek chodzenie po górach. Noga bolała mnie przez resztę piątku i całą sobotę, przestała dopiero dzisiaj, w niedzielę. Stary, rozpadający się dziad ze mnie, ale podczas wędrówek myślałem o tym, ze za jakieś trzydzieści, czterdzieści lat taki przyjazd w Bieszczady nie byłby już możliwy, tak samo jak obecnie mój Tata nie mógłby już tak chodzić po górach (choć pewnie zadziwiłby mnie pod tym względem, wykazując się lepszą kondycją niż moja).

Nadal jestem dosyć młody, mam dopiero dwadzieścia-dziewięć lat, a moja dziewczyna ma lat dwadzieścia-osiem. Cieszmy się tym, że jeszcze tak wiele przed nami i żyjmy, jak najpełniej i jak najlepiej. :)


2012.05.25 / Piątek / 20:19 - Miedzy Wielką i Małą Rawką

W tym miejscu telefon poinformował mnie, że znalazłem się na Słowacji, ponieważ złapał sygnał ze Słowackiej anteny. Ceny nieco niższe niż na Ukrainie, ale i tak niemałe. Miejsce piękne, ale wietrzne, choć tym razem ponad lasem byliśmy krótko, chyba nawet niecałą godzinę. Zastanawiałem się czy góry, które było widać daleko na horyzoncie to Tatry, ale doszedłem do wniosku, że jednak nie. Podobno Tatry widać z Bieszczad tylko wtedy, gdy jest naprawdę dobra widoczność. Podobno z Halicza widać światła Lwowa, pod warunkiem, że jest się na nim w nocy.


2012.05.25 / Piątek / 20:02 - Wietrzna Wielka Rawka

W piątek na szczęście nie padało, choć pogoda i tak była marna. Nie pojawiło się słońce, jak to zapowiadano, było pochmurno i chłodno, ale mimo tego wyruszyliśmy na ostatnią wycieczkę. Niestety zbyt długo zalegaliśmy w łóżku, przez co pod sklep ABC przyszliśmy dopiero około 10:00, gdy było już za późno na wyjazd busem do Ustrzyk Górnych. Z tego powodu zaczeliśmy iść w ich kierunku pieszo, by po kilkunastu minutach spaceru złapać okazję - młodą parę podróżującą eleganckim, miejskim jeepem. Ludzie dostający się w góry prywatnymi samochodami mają pewien problem, polegający na tym, że szlak nigdy nie kończy się tam gdzie się zaczynał, przez co na koniec muszą znaleźć sposób na dostanie się do własnego samochodu. Niestety w sprzedaży nie ma jeszcze samochodów, które same dojeżdżają we wskazane miejsce, choć jak wiemy, takie cudo już istnieje i radzi sobie bardzo dobrze. Zamiast robić prawo jazdy poczekam na samochód, który sam jeździ. :P Za jakieś dwadzieścia lat powinny być w powszechnym użyciu.

Ostatnia, trzecia wycieczka, rozpoczęła się w Ustrzykach Górnych, z których wspinaliśmy się przez ponad dwie godziny na Wielką Rawkę. Dosyć strome podejście, które cały czas ma takie samo nachylenie, męczące i długie, a na końcu widoczny na powyższym zdjęciu szczyt, na którym wiało wprawdzie nieco słabiej niż dwa dni wcześniej na Szerokim Wierchu, ale za to było bardzo zimno, miało się wrażenie, że panuje tam temperatura ujemna. Ręce zmarzły mi dokładnie tak jak zimą, szczególnie prawa ręka, w której trzymałem aparat. Nie szliśmy już do miejsca, w którym stykają się trzy granice - polska, ukraińska i słowacka, ponieważ w ten sposób przeszlibyśmy dodatkowe kilka kilometrów. Z Dużej Rawki udaliśmy się od razu na Małą Rawkę, znajdującą się kilkaset metrów dalej.


2012.05.24 / Czwartek / 22:10 - Chata Wędrowca

Chata Wędrowca, z pięknym widokiem na góry, których akurat na tym zdjęciu nie widać, z powodu prześwietlenia. Specjalnością Chaty Wędrowca, słynnym przysmakiem w Bieszczadach, jest Naleśnik Gigant, kosztujący 36 złotych, przypominający bardziej racucha niż naleśnik, gruby, delikatny i przepyszny. Jego smak poznałem jednak dopiero w piątek, po powrocie z ostatniej wycieczki. W czwartek Marzenka zaspokoiła swoje mięsne pragnienie. Mi wystarczyły słodycze i chipsy.


2012.05.24 / Czwartek / 22:03 - Wetliński zachód słońca

W czwartek wieczorem przestało padać i mogłem ze swoją szanowną dziewczyną pójść do Chaty Wędrowca. Po drodze sfotografowałem mniejszym aparatem powyższy zachód słońca. W góry zabrałem ze sobą oczywiście dwa aparaty, by móc zadręczać Marzenkę fotograficznie ze zdwojoną mocą. :P Najmilsze jest to, że mogę tutaj zamieszczać jej zdjęcia, choć nie wszystkie, bo kilka z nich musiałem usunąć, jak choćby to, na którym tak ładnie razem wyglądaliśmy, przytuleni do siebie w łóżku...

Cieszę się, że nie mam lustrzanki - nie chciałoby mi się jej wnosić na szczyty. ;)


2012.05.24 / Czwartek / 17:37 - Droga do Werchowyny

Oto Werchowyna, ten biały budynek znajdujący się za zakrętem. Pensjonat prowadzi młode, sympatyczne małżeństwo i z przyjemnością powróciłbym w przyszłości dokładnie w to samo miejsce, mimo tego, że do Ustrzyk Górnych i w prawdziwe Bieszczady trzeba się każdego dnia dostawać busem. Mi się te dojazdy busami bardzo spodobały i uznałem nawet, że bez nich byłoby mniej ciekawie. Werchowynę gorąco polecam wszystkim, którzy szukają wygodnego noclegu w Bieszczadach, na nieco wyższym poziomie.

To okno na górze po lewej było oknem od naszego pokoju telewizyjno-stołowego, natomiast to małe okno dachowe było oknem od naszej sypialni. Przyjemnie jest zasypiać mając nad sobą widok rozgwieżdżonego nieba, przyjemnie jest się budzić widząc przesuwające się powoli chmury. Najprzyjemniej jednak jest się budzić obok półnagiej kobiety, do której od razu można się przytulić. :)

Naszym soundtrackiem był tym razem wspaniały i od zawsze kochany przeze mnie album "Mezzanine" zespołu Massive Attack odtwarzany przez Marzenkę z telefonu, ale puszczała ona także sporo Starego Dobrego Małżeństwa, którego pełną dyskografię przegrałem sobie na netbooka. Stare Dobre Małżeństwo to zespół, którego muzyka w Bieszczadach smakuje jeszcze lepiej.


"Ze snu obudzony latem tego roku,
Po trzydziestu latach śpiączki chorobliwej
Po raz pierwszy naprawdę poczułem że żyje,
Że trawa jest zielona i błękitne niebo
I smak wody poczułem gardłem całym sobą
Poczułem zapach ziemi węchem i palcami
I poczułem że śmierć wcale nie jest straszna,
Że ona jest po prostu tak samo jak ja"

Stare Dobre Małżeństwo "Ze snu obudzony"


2012.05.24 / Czwartek / 17:30 - Chmury nad Wetliną

Pięknie wygląda para wodna unosząca się znad wszelkich potoków. Takiego zjawiska nie można ujrzeć w Puszczy Kampinoskiej i właściwie nigdy czegoś podobnego ne widziałem. Zdjęcie przedstawia widok z drogi prowadzącej do Werchowyny, do której od centrum Wetliny jest zaledwie 400 metrów. W Wetlinie niemal każdy oferuje nocleg, powstaje też sporo nowych, pięknych domów, które w przyszłości zapewne także będą przyjmować turystów. Chciałoby się mieszkać w takim miejscu, mimo tego, że znajduje się daleko od prawdziwej cywilizacji. A może cywilizacja nie jest człowiekowi tak bardzo potrzebna do szczęścia jak zwykło się sądzić?


2012.05.24 / Czwartek / 17:25 - Sklep ABC w Wetlinie

Czwartek spędziliśmy w łóżku, w którym zajmowaliśmy się jak zwykle sobą, a także czytaniem książek. Marzenka czytała "Wiedźmina", a ja zacząłem "Pachnidło", którego początek spodobał mi się tak bardzo, że z chęcią wypożyczę je sobie z biblioteki w Izabelinie. Książki zdobyliśmy w naszym pensjonacie, na dole, gdzie schodzliśmy po herbatę, którą nalewało się z dużego termosu. Na dole znajdował się także kominek i duży stół, ale my jadaliśmy w swoich pokojach na górze. Pozostałe pokoje były zajęte przez innych przyjezdnych. Werchowyna ma tylko dwie wady - śmierdzącą bagnem wodę w prysznicu, która niekiedy jest zimna, oraz cienkie ściany, które łatwo przepuszczają dźwięki z innych pokoi. Gdybym na siłę musiał znaleźć trzecią wadę uznałbym, ze jest nią skrzypiące łóżko, które jednak skrzypi tylko w niektórych sytuacjach... ;)

W czwartek z pensjonatu wyszedłem jedynie na chwilę, po zakupy do sklepu ABC, konkretnie po chipsy w tubce, orzeszki ziemne i kwaśne żelki, a wieczorem razem wybraliśmy się do pobliskiej Chaty Wędrowca, w której Marzenka zamówiła zraza, a może zraz, ja zaś wypiłem tylko pół słowackiego piwa Kelt. Chata Wędrowca jest bardzo pozytywnym miejscem i z pewnością będę do niej powracał.


2012.05.23 / Środa / 21:25 - Wetlina po deszczu

Najwidoczniej wielki deszcz nie ominął Wetliny, ponieważ po przybyciu do niej zastaliśmy mokrą szosę. Wetlina leży przy tak zwanej wielkiej pętli bieszczadzkiej, mającej długość 144 kilometrów, jak się przed chwilą dowiedziałem z Wikipedii. :) Moje zamszowe Vansy nie zostały zalane wodą więc byłem gotowy na trzecią wycieczkę, na którą mieliśmy wybrać się w czwartek. Jak się jednak okazało, pogoda w czwartek była na tyle koszmarna, by zniechęcić nas do wychodzenia z łóżka. :) I bardzo dobrze...

Zanim wróciliśmy do pensjonatu, zaliczyliśmy pobliską restaurację serwującą potrwawy z rusztu. Ja zamówiłem zwykłe ziemniaki, Marzenka natomiast zamówiła sobie schab, który ja także od czasu do czasu skubnąłem. Restauracja, w której jedliśmy nazywa się W Starym Siole, ale o wiele ciekawsza jest Chata Wędrowca, znajdująca się obok, którą odwiedzliśmy dzień później.


2012.05.23 / Środa / 21:08 - Przy zejściu do Mucznego

Schodząc z Bukowego Berdu można skręcić w prawo, by dojść do miejscowości Muczne, my jednak poszliśmy prosto, długim i w sumie średnio przyjemnym szlakiem prowadzącym przez las. Gdy w końcu niemal trzy godziny później znaleźliśmy się we wsi Pszczeliny trafiliśmy akurat na autobus firmy Veolia, na który czekaliśmy dosłownie minutę i nim dostaliśmy się do Ustrzyk Górnych. Do Wetliny powróciliśmy busem, z grupą turystów, która zadzwoniła po kierowcę. Wycieczka numer dwa była równie piękna jak wycieczka numer jeden, ale znacznie bardziej męcząca. Pod koniec już ledwo szedłem. :)


2012.05.23 / Środa / 21:02 - Marzenka na Bukowym Berdzie

Marzenka w swojej czerwonej kurtce, która kiedyś nie przepuszczała deszczu i wiatru, a teraz już przepuszcza, to główny temat większości moich zdjęć. :) Ogólnie podczas tego wyjazdu zbliżyłem się do Marzenki tak bardzo, że ciężko mi jest sobie wyobrazić wyjazd w Bieszczady lub gdziekolwiek bez niej. Być może w ogóle ciężko jest mi sobie wyobrazić życie bez niej, dlatego postanawiam żyć razem z nią. :P To moja nowa dziewczyna, tym razem już na sto procent. Jak miło, że dała mi czwartą szansę i była cierpliwa. :)

Co się zmieniło między nami? Co się zmieniło w moim podejściu? Przede wszystkim to, że teraz Marzenki nie zamieniłbym już tak łatwo na inną. Nawet na tą, która wróci niebawem z zagranicy... Jeszcze z żadną dziewczyną nie spędziłem sześciu dni. Cóż za przełom. :P


2012.05.23 / Środa / 20:51 - Chmury nad Bukowym Berdem

Chwilę później zaczęło padać. Dałem Marzence aparat i powiedziałem, by zrobiła mi zdjęcie w tym pięknym miejscu. Zrobiła kilka zdjęć, ale uznałem, że najlepsze jest to, na którym widać mnie tyłem. :P To jedno z najbardziej zachwycających miejsc, przez jakie przechodziliśmy, gdzieś w połowie Bukowego Berda, o ile tym mianem można nazywać cały grzbiet, którym szliśmy. Trzeba przyznać, że chmury także były bardzo malownicze i w sumie cieszyłem się gdy nadciągneły - dzięki nim zdjęcia były ciekawsze. ;)

Fajnych ludzi mijaliśmy po drodze, najczęściej pary, a wśród nich także parę z dziewięciomiesięcznym dzieckiem. Dla mnie najbardziej intrygujący byli jednak panowie-samotnicy, w typie mojego Taty z młodości. Tata w czasie studiów i po studiach schodził wszystkie polskie góry, ale z tego co wiem to Bieszczady były jego ulubionymi. Były to inne czasy, o wiele bardziej dzikie, o wiele mniej cywilizowane, a Tata sypiał nie w pensjonatach, których zapewne i tak wtedy nie było, tylko w namiocie. Ja także chciałbym kiedyś spędzić noc w namiocie, ale Marzenka się boi i twierdzi, że to bardzo niewygodne. :)

Niedźwiedzia, jelenia, żubra lub rysia nie spotkaliśmy. Trafił się tylko jeden zajączek, na samym początku pierwszej wycieczki.


2012.05.23 / Środa / 20:45 - Bukowe Berdo

Długi szlak prowadzący grzbietem Bukowego Berda. Godzina spaceru po grzbiecie, a następnie niemal trzy godziny spaceru lasem, do miejscowości Pszczeliny. Na Bukowym Berdzie zaczęło padać, ale nad nami opady były niewielkie, znacznie silniejsze widzieliśmy po prawej stronie, nad wsią Muczne, której nie miałem okazji odwiedzić, oraz przed nami. Słychać było grzmoty, ale nie błyskało się, więc nie obawiałem się, że stracę życie rażony piorunem. :)

Bukowe Berdo także jest bardzo piękne. Szkoda, że tak długo trzeba później iść przez las, by się z niego wydostać. Ciekawym urozmaiceniem jest odcinek martwego lasu, z drzewami pozbawionymi liści. W lesie zrobiło się dosyć ślisko, przez co musiałem iść podpierając się kijem. Może w górach przydatne okazują się kijki Nordic Walking? :P


2012.05.23 / Środa / 20:36 - Wietrzny Szeroki Wierch

Podczas drugiej wycieczki tutaj wiało najbardziej - na Szerokim Wierchu, którym dochodzi się pod Tarnicę. Tym razem nie wchodziliśmy już na Tarnicę, tylko zeszliśmy do Przełęczy Goprowców, z której zaczeliśmy brnąć najbadziej stromym podejściem prowadzącym na Bukowe Berdo. Tego dnia nie było już tak ciepło i słonecznie, niebo spowijały coraz ciemniejsze chmury, aż w końcu doczekaliśmy się burzy i deszczu.


2012.05.23 / Środa / 20:30 - Chwila wypoczynku

Każda wycieczka zaczyna się od dosyć nudnego wspinania się ścieżką prowadzącą przez las. W lesie człowiekowi nie chce się wchodzić pod górę, dopiero na szczytach wspinaczka nabiera sensu, pragnie się wejść wyżej, by mieć lepszy widok, przestrzeń dodaje energii. Na zdjęciu widać mnie odpoczywającego przy kolejnej wiacie, przy której pożywiliśmy się tym co mieliśmy w plecakach. Ja zjadłem Twixa lub rogala, Marzenka zaś zjadła coś mięsnego, o ile dobrze pamiętam. Kilkadziesiąt minut później wydostaliśmy się z lasu i odczuliśmy zimne podmuchy silnego wiatru. Podobno Marzenka nigdy wcześniej nie doświadczyła tak silnego wiatru w Bieszczadach.


2012.05.23 / Środa / 20:25 - Marzenka nad potokiem

Po kolejnej nocy spędzonej w pięknym, wygodnym i wielkim łożu małżeńskim, rozpoczeliśmy dzień trzeci, czyli dzień drugiej wycieczki. Wstawaliśmy około 7:00 rano, by około 9:00 być już w busie. Druga wycieczka rozpoczęła się w Ustrzykach Górnych, w których ponownie musieliśmy zapłacić 12 złotych za samo wejście na szlak. To bardzo denerwujące, że za zwykłe chodzenie pobierana jest opłata. W Puszczy Kampinoskiej czegoś takiego nie ma i zastanawiam się na co idą pieniądze zdobywane w ten sposób. Wydaje się, że głównie na pensję dla osoby sprzedającej bilety. W każdym razie z Ustrzyk Górnych dostaliśmy się tego dnia ponownie pod Tarnicę, tym razem innym szlakiem, prowadzącym przez Szeroki Wierch, na którym bardzo, bardzo silnie wiało.

Zaraz po wyjściu z Ustrzyk Górnych trafia się na widoczny na powyższym zdjęciu potok. Marzenka, jako kobieta żyjąca blisko natury, zdjęła buty i skarpetki, a następnie zaczęła chodzić po potoku, w poszukiwaniu jakiegoś wyjątkowego kamienia, który mogłaby zabrać do domu na pamiątkę. Znalazła dwa - jeden wyglądający jak ząb, a drugi wyglądający jak objekt z grafiki Beksińskiego. Ja do potoku nie wchodziłem, jako człowiek żyjący z dala od natury. ;)

Tym sposobem z Bieszczad nie przywiozłem żadnej pamiątki. Najlepszą pamiątką jest fotoblog. :)


2012.05.23 / Środa / 08:27 - Stodoła w Wołosatem

Zdjęcie zrobione pod koniec pierwszej wycieczki, po zejściu z widocznej w tle Tarnicy, w miejscowości Wołosate, w której znajduje się kilka domów i stadnina koni, a także owa studnia. Doświadczyłem tego na własnym ciele, że schodzenie z góry jest o wiele bardziej męczące od wchodzenia. Nogi zaczynają boleć znacznie szybciej niż podczas najgorszej nawet wspinaczki. Do Ustrzyk Górnych dostaliśmy się autostopem, ponieważ w Bieszczadach łatwo o ten darmowy środek transportu - wystarczy pomachać ręką przed nadjeżdżającym samochodem i już. Ludzie tam są sympatyczni i przyjaźni, przez co nawet ja stałem się milszy niż zwykle. ;)

W Ustrzykach Górnych załapaliśmy się na busa i ponownie przyjechaliśmy nim do Wołosatego, z którego kierowca zabrał jeszcze kilka osób, a następnie zawiózł nas wszystkich do Wetliny, pod sklep ABC, który jest najważniejszym miejscem w całej wsi. Kierowca mówił, że przez trzydzieści lat mieszkał na Bemowie w Warszawie, aż w końcu postanowił się przenieść w Bieszczady i teraz wynajmuje turystom pokoje, a także wozi ich busem.

Pierwszego dnia pogoda była idealna, później niestety nie było już tak pięknie.


2012.05.23 / Środa / 08:14 - Pan Michał na Tarnicy

Tarnica, na której stoi krzyż. Wiało mocno, zwłaszcza podczas wchodzenia na nią. Tam po raz pierwszy doświadczyłem silnego, górskiego wiatru, ale znacznie silniej wiało podczas drugiej wycieczki, kiedy to Marzenka niemal została porwana przez podmuch. ;) Razem ważymy mniej niż sto kilogramów, ale na szczęście mieliśmy na sobie plecaki, dzięki którym nie pofruneliśmy. :P Dobrze, że w tym roku kupiłem plecak. Ciężko byłoby chodzić po górach z torbą na ramieniu. Dobrze też, że w 2006 roku kupiłem tą pomarańczową kurtkę w sklepie Hi-Mountain. Niestety dopiero teraz, podczas studiowania metki, dowiedziałem się, że jest to kurtka damska. :P Buty, które miałem to moje stare Vansy, które nadal się trzymają i wcale nie są takie złe jak sądziłem, w górach także dają radę.

Jedynie rower byłby tam zupełnie bezużyteczny...


2012.05.23 / Środa / 08:08 - Na Przełęczy Goprowskiej

Pod zejściu z Halicza dostaliśmy się na Przełęcz Goprowską, na której zaczęło silnie wiać. Mimo tego właśnie tam zjedliśmy to co mieliśmy do zjedzenia i wyruszyliśmy zdobywać najwyższy szczyt, który zrobił na mnie jednak mniejsze wrażenie niż sam Halicz. Na Haliczu wiatr tak ładnie gra na znajdującej się tam rurze... Wydawało mi się, że to dźwięk lecącego gdzieś w górze samolotu, ale Marzenka wyjaśniła mi, że to jednak wiatr.

To właśnie wiatr sprawia, że na niektórych zdjęciach mam taką skwaszoną minę. Tak naprawdę byłem cały czas radosny i zachwycony widokami oraz obecnością Marzenki. Bieszczady pokochałem już podczas pierwszej wycieczki i z pewnością będę w nie wracał, być może już podczas tegorocznej jesieni, kiedy to wyglądają podobno najpiękniej.

Po lewej stronie zdjęcia widać ścieżkę prowadzącą na Bukowe Berdo. Tablica informacyjna mówi, że wejście tą ściażką na górę trwa godzinę, w co nie wierzyłem dopóki drugiego dnia nie zaczeliśmy się na nią wspinać... :)


2012.05.22 / Wtorek / 19:50 - Z Halicza na Tarnicę

Marzenka znajduje się na znacznie większej ilości zdjęć niż ja, niemniej jednak od czasu do czasu brała ode mnie aparat i uwieczniała moją turystyczną sylwetkę. ;) Oczywiście kręciłem także filmiki, i byłbyby one bardzo ładne, gdyby nie rysy na moim obiektwie, które na filmach są o wiele bardziej widoczne niż na zdjęciach. Zastanawiam się kiedy te rysy powstały? Czy aby nie wtedy, gdy pożyczyłem swój aparat znajomym z pracy, którzy zabrali go na firmowe wyjście integracyjne do klubu? Od teraz mam nową zasadę - nigdy nie pożyczać nikomu aparatu.

Za mną widać Halicz, na którym spotkaliśmy nie tylko dwóch panów fotografików, ale także młodą parę, z którą dostaliśmy się busem do Wołosatego. W maju busy oraz autostop to jedyny sposób na dostanie się do Ustrzyk Górnych, z których wychodzi większość szlaków turystycznych. Bus odjeżdża dopiero wtedy, gdy znajdzie się kilka chętnych osób, a bilet kosztuje około 8 złotych od osoby. Rano nie ma żadnego problemu ze znalezieniem ludzi, którzy byliby chętni zabrać się do Ustrzyk Górnych, ale już przed południem nie jest to takie łatwe, o czym przekonaliśmy się w piątek, podczas ostatniej wycieczki.

Niezapomnianym doświadczeniem jest jazda busem prowadzonym przez pewnego konkretnego kierowcę, jeżdżącego w kapeluszu, najwidoczniej słynnego w okolicy ze swojej brawurowej jazdy, polegającej na nie zwalnianiu na zakrętach. Góralska muzyka w głośnikach i duża prędkość na górskiej, krętej drodze, to coś czego się nie zapomina. :) Trzeba się tylko mocno trzymać fotela.


2012.05.22 / Wtorek / 19:39 - Marzenka na tle Tarnicy

W tle, po lewej stronie zdjęcia, Tarnica - najwyższy szczyt Bieszczadów - 1346 m n.p.m. Tuż pod nią Przełęcz Goprowców, na której odpoczeliśmy, robiąc sobie przerwę na jedzenie. W góry zabierałem ze sobą przede wszystkim parówki, bułki i słodycze, takie jak rogale z czekoladą i batony. To wszystko w zupełności wystarczyło, by nie stracić sił. Oczywiście potrzebne były także napoje, w dosyć dużych ilościach, ale woda ze strumyków także nadawała się do picia i w dodatku była bardzo smaczna.

Podczas pierwszej wycieczki Marzenka założyła koszulkę bez okrycia ramion, przez co później chodziła obolała i poparzona. Mi od słońca spiekł się kark, który także przez kilka dni lekko mnie bolał. Dobrze, że zabraliśmy ze sobą kurtki, które przydały nam się gdy zaczynał wiać silny wiatr, na którym łatwo było zmarznąć.

Zdjęcie zrobione już po zejściu z Halicza i kierowaniu się na Tarnicę. Tam ludzi było już więcej.


2012.05.22 / Wtorek / 19:30 - Bieszczady

Wejście na Halicz, który w chwili robienia tego zdjęcia znajdował się za moimi plecami. Była to dla mnie najpiękniejsza część naszej wycieczki, być może dlatego, że wtedy wszystkiego doświadczałem po raz pierwszy. Fajnie jest spojrzeć w bok i pomyśleć sobie, że to już nie Polska, to inny kraj, Ukraina. O fakcie, że znajdujemy się blisko Ukrainy poinformował mnie telefon, który złapał zasięg tamtejszej sieci komórkowej. Cena za minutę rozmowy - 4,94zł, cena za wysłanie smsa - 1,51zł, cena za przesłanie jednego megabajta danych internetowych - około 21 złotych. Telefon okazał się w górach bezużyteczny, brakuje tam bowiem zasięgu polskiego Orange, dlatego po prostu go wyłączałem. Przyjemnie się żyje z wyłączonym telefonem.

Wspaniałe w Bieszczadach jest także to, że nie ma w nich komarów. Kto próbował spacerować po Puszczy Kampinoskiej od maja do września, ten wie jak cenny jest brak tych wrednych insektów. Jedynym utrudnieniem jest wiatr, który każdego dnia dawał nam się we znaki.


2012.05.22 / Wtorek / 19:25 - Marzenka w Bieszczadach

Marzenka, moja towarzyszka w górach i od teraz, mam nadzieję, także w życiu. Marzenka była w Bieszczadach już wiele razy, zaliczyła wszystkie szczyty dużo wcześniej, więc dla niej nie była to żadna nowość, ale jako kobieta kochająca góry z przyjemnością wybrała się w nie ze mną. Być może Marzenka jest kobietą kochającą nie tylko góry, ale także Górkę? ;) Wszystko na to wskazuje i jest to bardzo, bardzo przyjemne doznanie. :)

Zdjęcie zrobione podczas wspinaczki na Halicz. Przed nami szło dwóch panów fotografików, z porządnymi lustrzankami, którzy na każdym postoju pili piwo, i byli oni jedynymi ludźmi, których spotkaliśmy przed Haliczem. Podobno w maju w Bieszczadach jest jeszcze dosyć pusto, gdyż sezon turystyczny zaczyna się dopiero w czerwcu lub lipcu. Autobusy Veolii między miejscowościami zaczynają kursować regularnie dopiero od początku lipca.

Bardzo spodobał mi się zwyczaj mówienia "cześć" lub "dzień dobry" każdej napotkanej osobie na szlaku. U nas, w Puszczy Kampinoskiej, nie ma czegoś takiego. Zbyt blisko Warszawy?


2012.05.22 / Wtorek / 19:20 - Pan Michał w Bieszczadach

Zdjęcie z drugiego dnia pobytu w Bieszczadach, czyli z pierwszej wyprawy w prawdziwe góry. Marzenka uchwyciła na tym zdjęciu moją wspinaczkę na Halicz, pierwszy w miarę porzdny szczyt, który zdobyłem w swoim życiu - 1333 m n.p.m. Zdjęcia dodawałem na bieżąco, każdego dnia po kilka, ale opisy robię dopiero teraz, dzień po powrocie z gór, w niedzielne popołudnie, leżąc na wersalce w puławskim mieszkaniu.

Ogólnie wyjazd oceniam jako wspaniałe doświadczenie, jako jeden z najpiękniejszych tygodni mojego życia. Pierwszego dnia przyjechaliśmy na miejsce i rozgościliśmy się w swojej Werchowynie, czyli bardzo ładnym pensjonacie, w którym mieliśmy przyjemność stacjonować. Drugiego dnia wyruszyliśmy busem do miejscowości Wołosate, leżącej około sześć kilometrów za Ustrzykami Górnymi i właśnie tam rozpoczęła się nasza całodniowa wycieczka.

Po dwóch godzinach średnio ciekawego spaceru przez całkiem zwyczajny las dotarliśmy w miejsce widoczne na zdjęciu i dopiero tam zachwyciłem się tym co widziałem dookoła. Dwóch sympatycznych fotografików, których spotkaliśmy pod wiatą, poleciło nam oddalić się o sto metrów od właściwego szlaku i właśnie tam po raz pierwszy zobaczyłem prawdziwe góry. Wspaniale jest po trzydziestu latach życia odkryć coś nowego, coś tak pięknego. Poczułem się doskonale, znajdując się tam w górze, daleko od zwykłej codzienności, od miast i miasteczek, a przede wszystkim z dziewczyną u boku. :)


2012.05.21 / Poniedziałek / 20:02 - Bieszczadzkie łoże małżeńskie

Dotarliśmy na miejsce, do Wetliny, do Werchowyny, czyli naszego pensjonatu, który okazał się być wspaniały. Do dyspozycji mamy dwa pokoje i ładną łazienkę. Bieszczady na pierwszy rzut oka także bardzo przypadły mi do gustu i kto wie, być może kiedyś nawet je pokocham? Na razie niewiele widziałem, choć kręta droga górska, którą się tu dostaliśmy była bardzo malownicza. Autobusem jechaliśmy długo, od 10:30 do 18:00. Właściwie była to podróż dwoma autobusami i jednym busem, z czego po drodze najbardziej podobało mi się w Rzeszowie. Z pewnością będę chciał odwiedzić to miasto w najbliższej przyszłości. :) W sumie już czuję, że mógłbym tam zamieszkać. ;)

Marzenka właśnie bierze prysznic i za chwilę ja także go wezmę. Oczywiście odchyliłem na chwilę drzwi, by obejrzeć ponownie jej nagie ciało. :) Będziemy zasypiać dziś na tym wielkim łożu widocznym na zdjęciu. Widoki z okna piękne, pogoda piękna, my także piękni i prawie młodzi. Jutro wyprawa numer jeden, zaplanowana przez Marzenkę. Mamy pojechać czymś do Ustrzyk Górnych i stamtąd szlakiem dostać się na najwyższy szczyt Bieszczad. Problemem jest jedynie to, że stąd nic nie jeździ do Ustrzyk Górnych, które znajdują się zaledwie dwanaście kilometrów na południowy wschód. Trzeba będzie łapać stopa...

Po raz pierwszy w życiu jestem w prawdziwych górach. Jest świetnie. :)



2012.05.20 / Niedziela / 18:09 - Kazimierz Dolny po raz kolejny

Dzisiejszy dzień spędziłem z siostrą w Kazimierzu Dolnym, w sposób całkowicie zwyczajny, czyli przyjemny. Zjedliśmy niewielką i smaczną pizzę, pospacerowaliśmy po wale nad Wisłą, posiedzieliśmy na ławce i w barze widocznym na powyższym zdjęciu. Moją uwagę przyciągały głównie zgrabne nogi, ale to u mnie normalne. Było ciepło, a nawet gorąco i mam nadzieję, że przez cały najbliższy tydzień pogoda będzie podobna.

Jutro wstaję wcześnie rano i jadę pierwszym busem do Radomia, z którego wyruszymy razem z Marzenką na południe Polski, do Sanoka. Wczoraj załamałem się, gdy zrozumiałem jak ciężko będzie dojechać do Wetliny, w której mamy zarezerwowany pensjonat. Planowałem nawet dwudniową podróż połączoną z noclegiem u cioci i wujka w Rzeszowie, ale dziś rano z ratunkiem przyszła Marzenka, która wyjaśniła mi, że jest pewien sposób na to, by dostać się do Wetliny w ciągu jednego dnia. Z Radomia do Sanoka, z Sanoka do Wetliny, w której zjawimy się wieczorem. Jeżeli coś pójdzie nie tak, będziemy szukać noclego w Sanoku. ;)

Oczywiście zabieram ze sobą netbooka, dzięki czemu będę mógł zdawać fotoblogowe relacje z naszego wypoczynku. :P Oby był tam zasięg mobilnego internetu.


2012.05.20 / Niedziela / 00:11 - Kasia z Lublina w Puławach

Kasia z Lublina odwiedziła mnie dziś w Puławach, zgodnie z zapowiedzią. Poznała moją siostrę, zobaczyła mieszkanie, które wcześniej znała tylko ze zdjęć, zgrała sobie płytę Lany Del Rey na pendrive, a następnie poszła razem ze mną nad Wisłę, na kamienny próg, na którym wypiliśmy razem dwa piwa. Jedna butelka straciła szyjkę podczas otwierania przy pomocy kamienia, ale i tak udało się nam wypić jej zawartość. Kamienny próg na Wiśle to jedno z moich ulubionych miejsc w Puławach i na powyższym zdjęciu widać nas leżących właśnie na tym progu, choć sama Wisła na zdjęcie się nie załapała. Nie załapały się też nogi Kasi, a szkoda. ;)

Znad Wisły powróciliśmy na osiedle Czartoryskich, gdzie już razem z siostrą odwiedziliśmy tutejzsą pizzerię, w której zamówiliśmy bardzo dużą pizzę, chyba nawet zbyt dużą. Dziewczyny zjadły po kilka kawałków, ale mi udało się wchłonąć tylko jeden, głównie ze względu na przeciętny smak. Zdecydowanie bardziej smakuje mi pizza z mojej ulubionej pizzerii w Warszawie, której nazwy do dzisiaj nie znam.

Z Kasią było jak zwykle przyjemnie i ciekawie, nad Wisłą streściła mi nawet swój ulubiony fragment Kubusia Puchatka i nie protestowała gdy ją przytulałem. :) Niestety na minetkę się nie zgodziła. ;) Znamy się już prawie rok, bo pierwsze nasze spotkanie odbyło się w czerwcu, w Lublinie, a wirtualnie poznaliśmy się pod koniec maja, dzięki temu, że podawałem się na Sympatii.pl za mieszkańca Lublina. Wszystkie puławskie miejsca, po których oprowadzałem Kasię były jej już znane, gdyż poznała je rok temu, u boku mojego ówczesnego konkurenta. :)

Jak miło, że zostaliśmy przyjaciółmi. :) Takiej przyjaciółki jak Kasia życzę każdemu mężczyźnie. Takiej partnerki - tym bardziej.

Wieczorem nad Wisłę poszedłem z samą siostrą. Przeszliśmy się nowym deptakiem w stronę Dęblina i doszliśmy nim aż do Tesco, w którym zrobiliśmy małe zakupy. Atrakcji w Puławach przybywa w takim tempie, w jakim ubywa włosów na mojej głowie. Najciekawiej prezentuje się nowy port na Wiśle, którego budowa jest już niemal zupełnie ukończona.


2012.05.18 / Piątek / 09:36 - Halobusem na urlop

Po nocnym dyżurze spędzonym na dzikiej Białołęce, której nadal nie lubię, zawitałem na ukochane Śródmieście, na ulicę Marszałkowską, skąd zabrał mnie widoczny na zdjęciu Halobus. W tej chwili właśnie się w nim znajduję, jest ciasno i niewygodnie, a do tego jestem niewyspany, ale mimo wszystko przepełnia mnie radość, gdyż o godzinie 8:00 rozpoczął się mój urlop. :)

Sytuacja związana z wyjazdem w Bieszczady zmienia się z dnia na dzień. Na przykład wczoraj Marzenka stwierdziła, że ze mną nie jedzie, skoro proponuję pięknej Natalii wyjazd do Krakowa, na Coke Live Music Festival, który odbędzie się w sierpniu. :P Czy z Marzenką nadal jestem w związku, czy też nie, sam nie wiem. Oficjalnie, czyli na wchodzącym dziś na giełdę Facebooku, tak, nieoficjalnie, czyli w brutalnej rzeczywistości, chyba nie. Marzenka zapowiedziała, że w górach nie będę mógł jej dotknąć w jakikolwiek erotyczny sposób, ale na wszelki wypadek zabrałem ze sobą 25 prezerwatyw kupionych przeze mnie na Allegro po cenie o wiele niższej niż w Rossmanie. :P Może nie uda mi się ich wykorzystać do końca życia? ;)

Mam nadzieję, że Marzenka wie jak silną ma pozycję i jak ważne miejsce zajmuje w moim sercu. :) Jak to sobie ostatnio wymyśliłem - nie zakochałem się w niej, ale ją kocham. ;P

Jutro do Puław zawitać ma Kasia z Lublina, która trochę ze mną pospaceruje, a przy okazji pozna moją starszą siostrę i zje z nami pizzę. Po powrocie z urlopu na pizzę będę próbował zaprosić też Natalię, gdyż miło mi się z nią rozmawiało i chętnie porozmawiałbym dłużej. Może nawet z jakiegoś dziwnego powodu Natalia przyjmie moje zaproszenie? :P Może jestem dla niej szałowym facetem? ;)

Nieco chaotyczny ten wpis, ale nie mogę zebrać myśli, bo jestem wykończony po nocnym dyżurze. Jak dobrze, że przez najbliższe jedenaście lub dwanaście dni będę się aktywnie i biernie opierdalał. Najlepsze jednak jest to, że kolejny urlop już za nieco ponad miesiąc. :) Być może po nim już nie powrócę do firmy. Być może nie powrócę nawet po tym obecnym? Tylko za co będę wtedy kupował pizzę?


2012.05.17 / Czwartek / 10:08 - Kasia w Żabce

Kasia wygląda trochę tak jakby pochodziła z rodziny Górków. Wygląda jak moja trzecia siostra. Czyż nie? :P

Na ranem, gdy ja kończyłem pracę, a Kasia zaczynała, wybraliśmy się do pobliskiej Żabki, o ile pobliskim można nazwać sklep oddalony od firmy o jakieś siedemset metrów... Przed sklepem nagrałem kolejny odcinek mojego martwego i oglądanego tylko przeze mnie VideoBloga, na którym gościnnie wystąpiła Kasia, teoretycznie widziana wtedy przeze mnie ostatni raz w życiu.

Wystarczy już tych zachwytów nad Kasią, bo i tak podpadłem jej mężowi... ;) Koniec ze wspólną penetracją Puszczy Kampinoskiej. :P



2012.05.17 / Czwartek / 10:06 - Kasia na Białołęce

Nad ranem na Białołęce zrobiło się cieplej, gdyż rano do pracy przyszła Kasia, z którą w poprzedniej siedzibie nie miałem już kontaktu, ze względu na to, że pracowała na innym piętrze. Przypomniałem sobie jaka to przyjemność obcować z Kasią, w zasadzie 75% zadowolnia z pracy w tej firmie w zeszłym roku wynikało z faktu, że pracowałem z Kasią. Jest to jednak kobieta niosąca w swoim sercu słońce... :) Poza tym uwielbiam jej robić zdjęcia. :P

W zasadzie na awans zgodziłem się także po to, by siedzieć w tej części budynku, w której siedzi Kasia. Niestety kilka godzin później dowiedziałem się, że Kasia i tak od nas odchodzi za dwa dni, powracając do swojej Pizzy Hut.


2012.05.17 / Czwartek / 10:05 - Wróżka bez przyszłości

W dniu dzisiejszym zgodziłem się na coś na co według pierwotnego założenia miałęm się nie zgodzić - na tak zwany awans. Nasz szanowny szef wyznaczył mnie na stanowisko administratora pewnego serwisu internetowego poświęconego wróżbom. Jako człowiek nienawidzący wróżb odrzuciłem tę propozycję, ale po dłużym namyśle zmieniłem zdanie, jak to mam w zwyczaju robić. Jeśli mi się nie spodoba, porzucę całkowicie firmę, która przeniosła się z miasta do lasu i znajdę sobie inne zajęcie, ale za to będę mógł sobie wpisać do CV, że byłem administratorem serwisu, czy czymś w tym stylu...

Podobno nadal mam być zwykłą wróżką, ale przy okazji mam się zajmować także administrowaniem, czyli po prostu ściemnianiem w nieco innym stylu. Nie wiem na razie jak to będzie zorganizowane, czy kilka dni będę pracował jako wróżka, a kilka jako administrator, czy po prostu zostanę zmuszany do dodatkowej pracy w domu, bo szczegóły poznam po powrocie z urlopu.

Jakby na to nie patrzeć - awansowałem. Czy będę teraz bardzo bogaty? ;) Najlepsze jest to, że mam wszystko w dupie, bo to tylko głupia Białołęka. Cenić można pracę na Śródmieściu, ale gdy pracuję na Białołęce, jest mi wszystko jedno.


2012.05.17 / Czwartek / 10:03 - Leśna wróżka

Na Białołęce podoba mi się troszkę bardziej, ale tylko dlatego, że tym razem dostałem się na nią autobusem, omijając w ten sposób nielubiany przeze mnie Most Północny. Będę wielkim wrogiem tego mostu, dopóki nie zakończy się na nim budowa ścieżki rowerowej. Niestety wszystko wskazuje na to, że stanie się to dopiero na jesieni....

Kolejnym czynnikiem poprawiającym mój odbiór nowego biura jest ciepełko. Pierwsze dwa dni tutaj były koszmarne właśnie ze względu na niską temperaturę, przez którą drętwiały mi palce. Na szczęście podczas trzeciego dyżuru temperatura osiągnęła zadowalającą wartość, dzięki czemu daje się pracować.

Sam budynek jest bardzo ładny,, chętnie bym w takim zamieszkał, nawet gdyby znajdował się on tu gdzie się znajduje. Jak na mój gust jest za cicho i za zielono, zupełnie jak w miejscu, w którym mieszkam, ale niektórym się to podoba, na przykład kochającej przyrodę Kasi.


2012.05.15 / Wtorek / 10:48 - Dzicz

Oto nowy widok za oknem, z naszego nowego biura znajdującego się na nieszczęsnej Białołęce. Pierwsze wrażenie - nie jest źle, drugie - jest do dupy. Po pierwszym dyżurze jestem negatywnie nastawiony do naszej nowej lokalizacji, ale jestem też negatywnie nastawiony do naszej pracy jako takiej, a to ze względu na duży ruch i zmiany jakie zaszły niedawno w naszym regulaminie. To całe ogarnianie triggerów jest naprawdę bardzo, bardzo zniechęcające.

Sam dojazd na Białołękę mam niezły, wyraźnie krótszy niż dojazd na Śródmieście i wszystko byłoby w porządku gdyby nie Most Północny, który muszę pokonać w drodze do pracy i z pracy. Przejazd z Bielan na Białołękę nie jest jeszcze tak bardzo zły, natomiast powrót tym mostem z Białołęki na Bielany to koszmar, przynajmniej do czasu otworzenia mostu tramwajowo rowerowego, który znajduje się obok. Póki co trzeba poruszać się jezdnią dla samochodów, gdzie dopuszczalna prędkość wynosi 80 km/h, a po drodze trzeba trzy razy zmienić pas ruchu, z prawego zjechać na środkowy, co jest totalnie niebezpieczne, a być może w ogóle niewykonalne. Problemu nie ma wtedy, gdy jedzie się po północy, tak jak ja wczoraj, gdy nikt tamtędy nie jeździ, ale jak pokonać ten odcinek w godzinach szczytu? Będę się zastanawiać, gdy skończę jakiś dyżur o godzinie 15:00 lub 17:00...

Sam budynek jest ładny, ale co z tego skoro widok za oknem przypomina o tym, że znajduje się on w lesie, w dziczy całkiem podobnej do tej, którą mam w domu. W dodatku wczoraj nie działało ogrzewanie, przez co było koszmarnie zimno. Palce tak mi zmarzły, że nie byłem w stanie normalnie pisać...

Ale dosyć narzekań na nową siedzibę firmy, bo za trzy dni i tak rozpoczyna mi się urlop, który spędzę... No właśnie, nie wiem w jaki sposób go spędzę i z kim, bo zdaje się, że wczoraj znowu rozstałem się z Marzenką. Czy to ja ją porzuciłem, czy ona mnie, sam nie wiem. Nie da się ukryć, że nie jestem w niej zakochany, nie podziwiam jej tak jak podziwiałem inne dziewczyny, ale na pewno coś do niej czuję i cenię ją za to jak porządną i dobrą jest osobą. To co czuję to zapewne przyjaźń, o ile mianem przyjaźni można nazwać jakiekolwiek uczucie. Lubię ją bardzo, ale nie występują u mnie objawy typowe dla zakochania.

Czyżbym musiał odwołać wyjazd w Bieszczady? Marzenka nie chce tam ze mną jechać jako przyjaciółka, jest smutna i obrażona, mówi żebym zabrał tam inną dziewczynę. Z jednej strony ją rozumiem, a z drugiej strony mnie to dziwi, gdyż ja w swoim czasie nie zrezygnowałem z przyjaźni z dziewczyną, w której byłem zakochany bez wzajemności. Ja nigdy nie rezygnuję z przyjaźni. Trudne to wszystko, skomplikowane i troszkę smutne. Dla mnie troszkę, dla Marzenki pewnie bardzo smutne, ale... Ja też się nacierpiałem w swoim czasie. Love is suffering. Przepraszam za nadzieję, którą dawałem, próbowałem coś poczuć, ale mi się nie udało. Chciałbym żeby przyjaźń przetrwała... Chciałbym pojechać w Bieszczady.

Najbardziej jednak chciałbym się przytulić do tej, która nazywała mnie Misiem, i która jest teraz tak daleko stąd. Chciałbym jeszcze poczuć jej zapach, mieć ją obok siebie... Albo znaleźć podobną do niej, przy której czułbym to samo co czułem przy niej. Lepiej kochać, czy być kochanym? Chyba jednak ta pierwsza opcja bardziej mi się podoba.

A odwzajemniona miłość? Czy ona w ogóle istnieje? Jak rzadkie są to przypadki? Jak wielu ludzi jest z kimś tylko po to, by kogoś mieć? Jak wielu bojąc się samotności, przestaje szukać?

Na koniec coś z zupełnie innej beczki - Natalia słucha Renaty Przemyk! ;)


"You're no good for me
Baby you're no good for me
You're no good for me
But baby I want you, I want you"

Lana Del Rey "Diet mountain dew"


2012.05.13 / Niedziela / 20:51 - Ostatnia gasi światło

Sylwia i Ramona, dwie dziewczyny, które zostały dzisiaj w firmie po moim wyjściu. Ostatni dyżur w biurze przy Emilii Plater dobiegł dzisiaj końca, Sylwia była ostatnim operatorem sms w dziejach firmy, który wylogował się na Śródmieściu. Przed nami dzicz, przed nami las, przed nami mrok. Jednym słowem Białołęka.

Kobieco się robi na tym moim fotoblogu. Tak sobie patrzyłem dzisiaj na Sylwię, podziwiając jej zgrabną sylwetkę i zastanawiałem się czemu własciwie nigdy nie próbowałem poderwać tej dziewczyny, lub chociaż wyjść z nią na piwo? Z tego co się orientuję Sylwia obecnie wciąż jest wolna W sumie widzę w niej same zalety, właściwie jest pod każdym względem w porządku (poza porządkiem jako takim). Ktoś kiedyś będzie z nią szczęśliwy, ktoś ciekawszy, lepszy ode mnie i więcej pijący. :)

Dobrze, wystarczy tego wychwalania Sylwii, bo Marzenka popadnie w kolejny dołek i po raz kolejny stanie się zazdrosna, a przecież mając Górkę nie powinno się wpadać w dołki. ;)

Żegnam biuro przy Emlilii Plater. Było naprawdę bardzo przyjemnie, zwłaszcza na początku, gdy nie było kamer, gdy nie było zakazów, nakazów i rygoru. Podobno na Białołęce wszystkiego co złe ma być jeszcze więcej.


2012.05.13 / Niedziela / 20:33 - Natalia w całej okazałości

Wrzucam trzecie i ostatnie zdjęcie Natalii, tym razem ukazujące całą jej sylwetkę. Na lewym ramieniu widzimy teczkę, atrybut artystki, artefakt dodający +50 punktów do atrakcyjności. ;) Arafatki i zielonych glanów akurat dzisiaj brak, ale trampki też są fajne. :P Natalia jest nieco podobna do równie nietypowo wyglądającej Mariolki, którą kiedyś nazwałem najpiękniejszą dziewczyną pracującą w MNI.

Wystarczy już tych zdjęć Natalii, ponieważ Marzenka, będąca cały czas moją dziewczyną, moją partnerką na dobre i na złe, popadła dzisiaj po raz kolejny w dołek, a może nawet uroniła kilka łez, widząc jak bawię się jej uczuciami. Ja jak zwykle uważam, że nie robię niczego złego, przecież wszystko jest jawne, nie mam żadnych tajemnic i nie planuję żadnych romansów, bo nie są one w moim stylu.

Oczywiście, gdybym był wolny, a raczej samotny, to próbowałbym namówić Natalię na jakieś wyjście na pizzę, spacer po Łazienkach, czy cokolwiek innego, by spędzić z nią więcej czasu i zrobić jej setki zdjęć. Co prawda nie wiem czemu miałaby się ona na cokolwiek zgodzić, ale... Próbowałbym. :) Na szczęście nie jestem wolny i nie będę zamęczał swoją starczą osobą młodej dziewczyny.

Szkoda, że dawno, dawno temu, w czasach swojej młodości, gdy miałem piętnaście lat, nie byłem w stanie odezwać się do dziewczyn, które mi się podobały, mieszkanek Truskawia, które dzisiaj jako mężatki mieszkają daleko stąd, Bóg wie gdzie. Niestety, kiedyś nie byłem w stanie pokonać tego strachu przed odezwaniem się do kogoś, kto mi się podobał, a i dzisiaj wcale nie było łatwo, myślałem, że serce wyskoczy mi z mojej wklęsłej piersi. W autobusie słuchałem "Pain in any language", planowałem odezwać się zaraz po wyjściu z niego, ale Natalia czmychnęła do ubikacji na Młocinach, przez co musiałem na nią zaczekać na peronie metra i właśnie tam ją dopadłem, plotąc coś bez ładu i składu. ;) Na szczęście poradziłem sobie bez wódki, co stanowi dobry znak na przyszłość...

Tyle, że przyszłości już nie ma, połowa życia za mną, ja mam już swoją Marzenkę, pora zakończyć wszelkie podrywy, bo Marzenka jest dziewczyną tak dobrą, tak cierpliwą i tak ugodową, że nie jestem w stanie z niej zrezygnować. :) Najzwyczajniej w świecie nie chciałbym tego, by znikła z mojego życia.

Natalii życzę więc znalezienia fajnego faceta, którego zresztą być może już teraz ma, nie wiem, bo nie zapytałem czy jest zajęta, mam nadzieję, że od czasu do czasu będziemy się widywać w naszym wspólnym autobusie 708 lub na naszej wspólne wsi. Jakby co, mam do niej telefon. ;) Swoją drogą, fajnie byłoby mieć dziewczynę stąd, z Truskawia... Fajnie byłoby też mieć dziewczynę o jedenaście lat młodszą, czyli o tyle, o ile moja Mama jest młodsza od mojego Taty.

Tymczasem za tydzień będę się już szykował do jakże wspaniałego wyjazdu w Bieszczady, z jakże wspanią dziewczyną, Marzenką. Jak mówiła wczoraj Ewa - nie zasługuję na Marzenkę, ona jest dla mnie po prostu za dobra. :)


2012.05.13 / Niedziela / 13:21 - Natalia z Truskawia

Duży ruch w pracy mnie nudzi, dlatego olewam klientów i dodaję kolejne zdjęcie pięknej Natalii. :) Jej nietypowa uroda jest jedyną zaletą zrobionych dziś przeze mnie zdjęć, ale cóż na to poradzę, że nie mam talentu? :P Szkoda, że nie można na tym blogu usłyszeć jej zajebistego głosu, no ale... Dobrze, wystarczy już tych pochwał. Za cztery godziny wyjdę z biura i nigdy już tu nie wrócę.


2012.05.13 / Niedziela / 10:41 - Najpiękniejsza Truskawianka

Podczas dzisiejszego dojazdu do pracy ostatecznie się przełamałem i wyjawiłem widocznej na powyższym zdjęciu dziewczynie, że bardzo mi się podoba. :) Wspominałem tutaj o niej co jakiś czas od trzech lat, przez ten czas zawsze spoglądałem z podziwem w jej kierunku, ale nigdy się nie odezwałem, aż do dziś. Okazało się, że jest to Natalia, ma osiemnaście lat i nie ma nic przeciwko temu bym zrobił jej kilka zdjęć, a nawet opublikował je na fotoblogu. :) Natalia miała dziś przy sobie dużą teczkę na rysunki, gdyż zmierzała własnie do szkoły artystycznej, która znajduje się tuż obok naszej firmy, przy ulicy Hożej. Wcześniej widywałem ją też z gitarą, nie może więc być wątpliwości - to artystka. :)


2012.05.12 / Sobota / 21:13 - Z przyjaciółką Ewą spotkanie

Przedostatni dyżur w biurze przy Emilii Plater był bardzo męczący, ruch był zdecydowanie zbyt duży jak na moje skromne umiejętności ogarniania go. Jestem naprawdę bardzo powolną wróżką... Na szczęście dyżur już o godzinie 15:00 się zakończył, a ja mogłem skorzystać z tego, że nadal mamy biuro w centrum Warszawy i po przejściu paru kroków byłem w miejscu spotkania z Ewą, której najatrakcyjniejsze fragmenty znajdują się na powyższym zdjęciu. Ewa jest jedną z czterech dziewczyn, które w swoim życiu miały nieprzyjemność widzieć mnie całkiem nagiego, ale było to dawno temu... Ze stacji metra poszliśmy w miejsce, w którym ostatnio jadłem pizzę z Marzenką, a następnie z siostrą, czyli do pizzerii, której nazwy nadal nie znam, ale która znajduje się na rogu Wspólnej i Kruczej. Po raz kolejny zamówiłem tam pizzę Mafia, kosztującą 25 złotych i smakującą, jak na mój mało obeznany w pizzach gust, wyśmienicie. Ewie opowiedziałem wszystko to co i tak już przeczytała na moim fotoblogu, dodając do tego przy okazji kilka bonusowych, pikantnych szczegółów. Oczywiście nie dość, że nie odzyskałem od niej żadnych pieniędzy, to jeszcze najadła się na mój koszt pizzy i opiła piwa. Swoje straty odkupiłem macaniem ją po tyłku i cyckach. Z pizzerii przeszliśmy się do Metropolitana, wyglądającego w tak zimny dzień zupełnie nieatrakcyjnie, wręcz odstraszającego swoją chłodną fontanną.

Ostatnio zapoznaję się dokładnie z muzyką, którą mam zapisaną na komputerze w plikach mp3. Zmuszam się do słuchania każdej płyty, każdego utworu, czytam opisy zespołów na Allmusic.com i Last.fm, by wiedzieć z kim mam do czynienia. Przeczesuję tę muzykę alfabetycznie i nadal jestem przy zespołach zaczynających się na literę A. Najlepszym utworem jaki wyłowiłem z tej mieszkanki jest pięknie smutny i cudownie bolesny "Pain in any language" zespołu Apollo Four Fourty. Dzięki temu utworowi przypomniałem sobie jak bardzo kocham depresyjne dziewczyny i jak bardzo kocham cierpieć z powodu miłości. Przypomniałem sobie też jak bardzo kocham piękną muzykę.

A może miłość w moim życiu zawsze była niespełniona, przez co wiązała się z cierpieniem i teraz w moim mózgu pojawia się dziwna zależność - cierpię, więc kocham, kocham, więc cierpię. Gdy w końcu ktoś obdarza mnie prawdziwą, dobrą miłością, uświadamiam sobie, że coś jest nie tak, zaczynam odczuwać niepokój i pragnę uciekać. Na szczęście przed ucieczką ratują mnie resztki rozumu...


"I'm gonna love you - till you love me then no more
You're gonna need me - like I need you right now...

...It's the same in any language
The pain in any language
Same in any language...

...They won't love you, like I love you
They won't love you, like I do"

Apollo Four Fourty "Pain in any language"


2012.05.11 / Piątek / 20:56 - Przeprowadzka firmy

Zbliża się kres naszego bytowania w apartamentowcu przy Emilii Plater. Dzisiaj pod budynkiem stał duży samochód firmy od przeprowadzek, do którego zapakowano całe biuro znajdujące się na drugim piętrze. Nasze, trzecie piętro podzieli ten smutny los już w niedzielę, a ja swój pierwszy dyżur na Białołęcę rozpocznę w poniedziałek o 17:00, zakończę zaś o północy. Najsmutniejszy był dzisiaj gadatliwy pan ochroniarz, znawca muzyki, który teraz nie będzie miał z kim o niej rozmawiać. To kolejny człowiek, który opowiedział mi całe swoje życie... Oby moje było lepsze niż jego i obym nie został na starość samotnym, bezdzietnym facetem, który w domu nie ma się do kogo odezwać, przez co rozmawia z każdym kogo dorwie, i kto poświęci mu swoją uwagę.

W przyszłym tygodniu popracuję tylko przez cztery dni i w piątek nad ranem, o godzine 8:00, po całonocnym dyżurze, rozpocznę swój urlop, pierwszy w tym roku, jeden z trzech. Od razu pojadę do Puław, w których spędzę trzy dni z siostrą, a następnie wyruszę na południe Polski, na koniec świata zwany Bieszczadami, z kobietą, która z dziwnych przyczyn ma do mnie cierpliwość.

Po jutrzejszym dyżurze spotkam się z Ewą, moją niziutką przyjaciółką spod Dęblina, którą poznałem niemal dokładnie trzy lata temu przez Internet. Ewa do dziś nie oddała mi tysiąca złotych i zapewne już nigdy tego nie zrobi, ale przyjaźń to przyjaźń, chętnie się z nią jutro spotkam, przespaceruję, opowiadając o wszystkich szczegółach swojego życia i dowiadując się co nowego u niej.

W czarnym korytarzu widocznym na powyższym zdjęciu zjawiłem się po raz pierwszy na początku zeszłorocznego stycznia, w dniu zaćmienia Słońca. Za dwa dni zjawię się w nim po raz ostatni i będzie mi nieco smutno, bo polubiłem to miejsce. Może Białołękę też jakimś cudem polubię.


2012.05.09 / Środa / 10:58 - Wetlina czeka

Poszukiwanie noclegu w Ustrzykach Górnych zakończyło się moim wkurwieniem i zrezygnowaniem z całego wyjazdu, ponieważ nie znalazłem ani jednego miejsca oferującego ludzkie, cywilizowane warunki. Wszędzie PRL, wszędzie wiocha. Na szczęście dwanaście kilometrów przed Ustrzykami Górnymi znajduje się miejscowość Wetlina, w której udało się namierzyć przyjemnie się zapowiadający pensjonat, oferujący pokoje z łożem małżeńskim i własną łazienką, dlatego dzień po zrezygnowani z wyjazdu zmieniłem zdanie i postanowiłem udać się razem z Marzenką właśnie do Wetliny. Tak się złożyło, że wszystkie pokoju dwuosobowe były już zajęte, dlatego przypadł nam tak zwany apartament, dwupokojowy, z większą ilością łózek, ale tylko trochę droższy od zwykłego pokoju. Teraz czekam już tylko na wypłatę.

Wiem już od kiedy będziemy pracować na Białołęce - od najbliższego poniedziałku, czyli od 14 maja. Dyżury będą się teraz zaczynać i kończyć o nieco innych godzinach, na przykład będzie można jeździć do pracy na 22:00 i kończyć o 8:00 rano. Zostały mi więc jeszcze tylko cztery dyżury na Emilii Plater, licząc z dzisiejszą nocką.

Między mną a Marzenką jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Cały czas mam poczucie, że jeszcze żadna dziewczyna tak mnie nie lubiła jak Marzenka. Wspaniale, że mamy urlop w tym samym czasie i jedziemy w Bieszczady na sześć dni i pięc nocy, tylko szkoda, że przez to znowu stanę się bankrutem. Oby nas niedźwiedzie i wilki nie zjadły. Wczoraj kupiłem sobie moduł GPS do telefonu i teraz zawsze będę wiedział gdzie jestem i gdzie powinienem iść. Bardzo fajna rzecz. :)

Powyższe zdjęcie margaryny Kasia zamieszczam, bo nie miałem niczego innego do sfotografowania. Pozdrawiam Kasię z Lublina, którą znam już niemal od roku. :P


2012.05.06 / Niedziela / 17:42 - Ustrzyki Górne czekają

W drodze do pracy towarzyszyła mi dzisiaj siostra, która po kilku dniach wypoczynku powróciła do Puław. Zapakowałem ją do Halobusa, który odjeżdża z opustoszałej obecnie ulicy Marszałkowskiej i poszedłem do firmy, w której spędziłem zaledwie pięć godzin. Ze względu na mały ruch na własne życzenie wyszedłem z pracy trzy godziny wcześniej, tracąc w ten sposób trzydzieści złotych i zyskując wolny czas, z którego właśnie teraz korzystam.

Najważniejszym wydarzeniem dnia było ustalenie między mną a Marzenką faku, że jesteśmy nadal razem. Marzenka wybaczyła mi to, że już trzy razy ją porzuciłem i zaufała mi ponownie, godząc się zarazem na wyjazd w Bieszczady za dwa tygodnie. Dowiedziałem się, że celem naszej wyprawy będą Ustrzyki Górne, w których spędzimy cztery lub pięć nocy. Na zdjęciach bardzo mi się to miejsce podoba, pozostaje więc tylko mieć nadzieję, że pogoda dopisze, a miłość między mną i Marzenką będzię kwitła.


2012.05.05 / Sobota / 21:40 - Przejażdżka rowerowa z siostrą

Z pracy wypuszczono mnie dwie godziny wcześniej, dzięki czemu miałem więcej czasu na cieszenie się piękną pogodą. Po wyjściu z biura, jak zwykle w taką pogodę zostałem zaatakowany widokiem pięknych nóg i dekoltów, nabrałem ochoty na przytulenie się do jakiejś pięknej dziewczyny, a najlepiej do Marzenki, lecz byłem całkiem samotny, nie miałem nikogo, poczułem pustkę... Co za dramat. ;) Ach, niektóre dziewczyny naprawdę mają cudowne piersi, gdybym miał być kobietą, chciałbym być taką z dużymi piersiami. :P

Zamiast spacerować po mieście, powróciłem do lasu i pewnie spędziłbym całe popołudnie i wieczór przed komputerem, gdyby nie to, że siostra wybrała się razem ze mną małą wycieczkę rowerową po okolicy, jak za starych, dobrych lat naszej młodości. Okolicę mamy całkiem ładną i nadającą się doskonale do jazdy na rowerze, ze względu na brak jakichkolwiek górek, pagórków i wzniesień. Płaski teren ma jednak niekiedy swoje zalety...

Wracając jednak do tematu kobiet... Nie umiałbym już żyć bez kobiety, bez przytulania, całowania i wszystkich tych przyjemności, z których najbardziej lubię robienie minetki. ;) Jeśli jakaś dziewczyna chce minetkę to zapraszam, zrobię chętnie i za darmo każdej ładnej. :P Hah. Tylko o higienę proszę. ;)

Przede wszystkim jednak ciężko byłoby mi żyć bez miłości, i nie mam tutaj na myśli swojego zakochania w kimkolwiek, bo już dosyć się przez nie nacierpiałem, tylko poczucie, że sam jestem kochany. Marzenka jest pierwszą kobietą, która dała mi takie poczucie i powiem wam, że jest ono zajebiste. Nie zrezygnuję z niego nigdy i nigdy nie zgodziłbym się już na jakikolwiek związek z taką dziewczyną, która zamiast mnie kochać, nie wie czego chce. Właśnie to uczucie sprawia, że z Marzenką czuję się zupełnie inaczej niż z każdą poprzednią dziewczyną. Pod kilkoma względami lepiej. A zatem - Bieszczady!


2012.05.05 / Sobota / 21:14 - Zamknięta Marszałkowska

Ulicę Marszałkowską zamknięto na cztery miesiące przy skorzyżowaniu ze Świętokrzyską. Dziwne, przecież to oznacza, że w czasie Euro 2012 samo centrum miasta będzie rozkopane. Dobrze, że metro normalnie jeździ, bo tramwaje i autobusy zostały z ulicy Marszałkowskiej wycofane. No cóż, to w sumie bez znaczenia, skoro firma także wycofuje się ze Śródmieścia na dziką Biało-niech-będzie-przeklęta-łękę.

Fajnie jest iść na 7:00 do pracy, gdy na ulicach prawie nie ma ludzi, gdy jest tak spokojnie i pięknie, bo przenież światło poranka jest najpiękniejsze, o czym już kilka razy pisałem. Szkoda, że nigdy nie zobaczę poranka w... Luksemburgu. Może jednak uda mi się zobaczyć o poranku Bieszczady? Jeśli Marzenka zgodzi się ze mną jechać po tym jak ja rzuciłem trzy razy w ciągu dwóch miesięcy...

Spojrzałem dzisiaj na Pałac Kultury w nieco inny sposób i przypomniałems sobie jaki jest wielki. Fajnie, że Rosjanie nam go wybudowali. Wielki jest także dźwig przy wciąż budowanym apartamentowcu widocznym po prawej stronie zdjęcia. Szkoda tylko, że ów apartamentowiec pokryto bardzo nieatrakcyjnym pokryciem. ;) Myślałem, że będzie o wiele ładniejszy.


2012.05.05 / Sobota / 04:35 - MCA z Beastie Boys nie żyje

W wieku 47 lat zmarł MCA z Beastie Boys, założyciel jednego z najbardziej przeze mnie cenionych zespołów hip-hop'owych. Nie mam ich wszystkich płyt, gdyż nie kupiłem sobie dwóch najnowszych, ale poprzednie uwielbiam i regularnie do nich wracam. MCA przegrał walkę z rakiem.

Odejdą niebawem moi idole, umrze Nick Cave, umrze Tori Amos, odejdzie Beth Gibbons i Róisin Murphy, aż na końcu odejdziemy my, by dołączyć do nich w nowym świecie, który na 50% istnieje. Czy za dwieście, trzysta lat ktoś będzie interesował się muzyką nam współczesną? Czy za dwieście lat ktoś przeczyta mojego fotobloga? Czy moje pra-pra-pra-pra-pra wnuki będą miały świadomość, że istniał kiedyś Pan Michał, którego krew płynie w ich żyłach?

Marilyn Manson wydał nową płytę, ale słuchając jej mam wrażenie, że lepiej byłoby gdyby już niczego nie nagrywał, tylko dołączył do MCA w "great big white world"... Muszę wybrać się na koncert Placebo, póki Brian Molko żyje... Żałuję, że rok temu nie pojechałem do Poznania na lipcowy koncert Portishead.

Na koncert Beastie Boys już nigdy nie pójdę... Tylko co to za Boys, którzy mają po pięćdziesiąt lat i co to za Youth, którzy mają lat sześćdziesiąt?


"I'm The M To The C To The A And It's A Must
The Rhymes That We Bust On The Topic On Lust"

Beastie Boys "Get it together"


2012.05.05 / Sobota / 04:16 - Ostatnie dni na Emilii Plater

Dostałem same zmiany nie-rowerowe, dzięki czemu mogę nacieszyć się resztkami śródmiejskiego życia. Jeżdżę metrem, chodzę po Marszałkowskiej, korzystam z tego wszystkiego, czego wkrótce nie będę miał. Na Białołękę nie przeniesie się jeden z naszych najlepszych pracowników, mający niegdyś swój program w telewizji, Paweł, który odszedł w zeszłym tygodniu, bynajmniej nie z tego świata, a tylko z naszej firmy. Podjął słuszną decyzję i jestem ciekaw do jakiej pracy trafi teraz, tak samo jak ciekawi mnie gdzie ja trafię, gdy kiedyś porzucę tę branżę.

Do urlopu pozostały dwa tygodnie i trzy dni, a ja nadal nie wiem gdzie, jak i z kim go spędzę. Najprawdopodobniej z Marzenką, która znowu jest moją dziewczyną, w Bieszczadach. Pod uwagę biorę jednak także wersję oszczędną - puławską, oraz samotną - czeską, czyli wyjazd na trzy dni do Pragi, którą pragnę odwiedzić od czasu, gdy obejrzałem film Samotari. ;) Hotele kosztują tyle samo co w Polsce, a przejazd Polskim Busem, tam i z powrotem, to koszt 150 złotych. Przydałaby się tylko jakaś Jitka lub Lenka, którą pokazałaby mi miasto. ;)

Kaś tam nie mają.


2012.05.02 / Środa / 21:09 - Love trip

To tylko 1080 kilometrów, jakieś siedem dni jazdy rowerem. Niestety urlop, który sobie dzisiaj wyznaczyłem na przedostatni tydzień maja potrwa tylko siedem dni, więc nie będę mógł wywiesić na rowerze flagi z napisem "Love trip to the most beautiful girl in the world" i wyruszyć na zachód. :P Szkoda, bo byłoby to bardzo spektakularne i romantyczne, szczególnie gdybym w zębach trzymał pierścionek zaręczynowy. ;) Byłoby to też bardzo głupie, bo szukanie miłości tam gdzie jej nie ma mija się z celem.

Podjąłem dzisiaj szybką decyzję dotyczącą urlopu w maju, ponieważ jedyna dziewczyna, która darzy mnie poważniejszym uczuciem - Marzenka, także ma wtedy wolny tydzień, pokrywający się z moim. Czy my w tym czasie też się w jakiś sposób pokryjemy - czas pokaże. Ja bym chciał, choć już pewnie na to nie zasługuję. ;)

Mogę wybrać się rowerem do Puław i przesiedzieć tam całe siedem dni, mogę także wyruszyć gdzieś dalej, w podróż rowerową podobną do tej, którą planowałem rok temu, z noclegami w motelach i gospodarstwach agroturystycznych. Mogę także odwiedzić jakieś większe miasto, choćby Gdańsk, w którym praktycznie nigdy nie byłem, lub nawet kilka miast. Za cel obrać mogę też jakiś obóz zagłady, na przykład Treblinkę - do kolekcji. Biorę pod uwagę także Rzeszów i Bieszczady, a nawet czeską Pragę.

Oczywiście przydałaby mi się jakaś piękna dziewczyna do towarzystwa, bo z pięknymi dziewczynami wszystko wydaje się piękniejsze, ale myślę, że najprzyjemniej i tak byłoby z Marzenką, która niestety jest obecnie na mnie nieco obrażona, sam nie wiem za co, być może za to, że ją wczoraj rzuciłem. ;)

Mój oficjalny status na Facebooku to - wolny. Na Sympatię.pl nie wracam, bo ewentualnych nowych miłości poszukam w realu, gdy będę czuł taką potrzebę. Na razie jednak nie czuję, gdyż najlepiej jest mi w towarzystwie Marzenki. Ciekawe jak to będzie, gdy na Ursynów powróci najpiękniejsza mieszkanka tej zacnej dzielnicy... Moja przyjaciółka, z którą tak wspaniale się podróżowało rok temu.

Pozostały mi niecałe trzy tygodnie do niespodziewanego urlopu. Po przeprowadzce na Białołękę popracuję tam tylko kilka dni i wyruszę ku wolności, ku miłości, ku prawdziwemu życiu.


2012.05.02 / Środa / 20:53 - Śladami Marzenki

Ledwo rzuciłem Marzenkę, a już zacząłem tego żałować. W drodze do pracy mijałem miejsca, w których wypoczywałem razem podczas jej ostatniej wizyty i zrobiło mi się smutno, gdy pomyślałem, że coś tak przyjemnego może się już nie powtórzyć. Zrobiłem więc to co robię najlepiej i najczęściej - zmieniłem zdanie i obecnie znowu chcę mieć Marzenkę przy sobie. :P Ciężko byłoby z niej zrezygnować, jest zbyt wartościowa. Chaotyczny człowiek ze mnie...

W miejscu widocznym na zdjęciu, na Placu Grzybowskim, pod kościołem, w którym w czasie wojny chrzczony był mój Tata, siedziałem kilka dni temu z Marzenką, która była w tym czasie nadąsana z powodu mojej wizyty w sklepie Yves Rocher... Siedzieliśmy, przytulaliśmy się i patrzyliśmy na bawiące się przy wodzie dzieci, rozmyślając o swojej przyszłości. W zasadzie to nie wiem o czym rozmyślała Marzenka, ale ja rozmyślałem właśnie o przyszłości, która będzie wyglądać tak jak ją sobie zorganizuję. Gdybym tak mógł cofnąć się w czasie zorganizowałbym ją sobie zajebiście, przede wszystkim całkowicie oddając się nauce. Nauka jest rozkoszna.

Siedziałem więc i zastanawiałem się jak wyglądałyby dzieci moje i Marzenki, albo moje i Kasi, jak wyglądałyby związki małżeńskie z tymi kobietami. Szkoda, że nie można mieć kilku żon, jak świętej pamięci Osama Bin Laden. ;)

Na Placu Grzybowskim powstaje aktualnie kolejny wieżowiec, sam nie wiem, czy biurowy, czy mieszkalny? A może są to nawet będą to dwa wieżowce? W każdym razie będzie jeszcze ładniej.


2012.05.01 / Wtorek / 18:02 - Ku przeznaczeniu

Wyjaśniłem dziś Marzence, że nie ma sensu być razem, skoro nie jestem zakochany... Nie zniosła tego zbyt dobrze. Szkoda, smutno mi. :( W zasadzie wcale nie chcę jej porzucać, chciałbym mieć ją nadal przy sobie, chciałbym mieć kilka kobiet, ale one się wzajemnie nie akceptują. :P

W każdym razie zmierzam nadal ku przeznaczeniu, które jest nieznane. Być może nie ma żadnego przeznaczenia i sam decyduję jak będzie wyglądać moje życie, być może była nim właśnie Marzenka, lub jest nim jakaś inna kobieta, której jeszcze nie znam. W to, że jest nią ta, którą obecnie kocham, jakoś nie mogę uwierzyć... Nie zasługuję na nią.

W każdej chwili może mi przyjść do głowy szalony pomysł skierowania się na zachód Europy, wyruszenia w spontaniczną podróż. Człowiek kierujący się miłością zdolny jest do takich dziwnych i pięknych czynów. Miłość jest najlepszym napędem.

Tymczasem kończy się pięć dni wolnych. Dziękuję Marzence za to, że mnie odwiedziła i przepraszam za to, że jest jak jest. Mi było bardzo przyjemne. Pora wrócić do pracy, do zwykłej codzienności...