2012.07.29 / Niedziela / 20:25 - Mój pierwszy samochód

Kupiłem dziś samochód! Bardo przypadł mi do gustu, przyjemnie się go prowadzi i ma seksowny kolor. Zjeździłem nim już wszystkie okoliczne wioski i przewiozłem Mamę. Oficjalnie stałem się mężczyzną. Uprawiam seks, jeżdżę samochodem, jestem boski. :> Teraz jeszcze muszę zrobić prawko...


2012.07.29 / Niedziela / 04:23 - Nowodwory

Nowodwory są niemal tak fajne jak Ursynów... Własnie tutaj przesiadam się do autobusu 101, który wiezie mnie na Młociny, skąd autobusem 708 wyruszam na swoją wioskę. Na Białołęce i Tarchominie można jednak znaleźć kilka naprawdę fajnych miejsc, choć na Ursynowie jest ich jednak więcej. :)


2012.07.25 / Środa / 18:22 - Kurek

Kurek. Słowo ostatnio przeze mnie lubiane. O wiele lepsze niż taki na przykład stojak, słowo, którego nie lubię już od trzech lat. ;) Górka jest całkiem niezłe. Katarzyna Górka. Marzena Górka. Natalia Górka, Sylwia Górka, Amanda Górka... Pasuje do każdego imienia. ;)

Mój kolega/przełożony, Sebastian, który od niedawna ma prawo jazdy i samochód, pozwolił mi dzisiaj łaskawie wyjść do domu dwie godziny wcześniej, ze względu na mały ruch i na to, że umieram, dręczony tajemniczymi bólami kości. Uradowany wcześniejszym powrotem do domu jechałem przez las rowerem, który zawsze czeka na mnie w Truskawiu, i którym jeżdżę tylko przez las, ale nie dojechałem nim do celu bez problemów. W pewnym momencie w szprychy wpadł mi malutki, kilkucentymetrowy patyk, który zablokował mi koło w jednej chwili, w wyniku czego spadłem niezgrabnie na szutrową drogę Borzęcińską, obijając swoje i tak już obolałe ręce i nogi, a nawet przecinając w jednym miejscu skórę. Masakra. Nawet malutki patyczek może być przyczyną masakry.

Jutro przyjeżdża do nas rodzina, z którą się jednak minę, będąc w pracy. Zostanie tutaj tylko ciocia, która ostanio była u nas jakieś dwanaście lat temu, albo jeszcze dawniej. Mama wypoczywa, nie jeździ na razie na żadne badania i na żadne leczenie, ma dużo czasu do myślenia i do smutku.


2012.07.25 / Środa / 18:13 - Modlińska

Ulica Modlińska. To tutaj wysiadam z autobusu w drodze do pracy i z tego miejsca idę dalej pieszo niemal półtora kilometra. Gdy nogi nie bolą, nie jest to takie złe, przyzwyczaiłem się już. Szkoda tylko, że nie mogę sobie kupić cheeseburgera w drodze do pracy, jak to bywało dawniej... Gdy z pracy wychodzę przed godziną 20:00 to mam całkiem wygodny powrót na swoją pętlę na Młocinach. Wsiadam w autobus, który odjeżdża prawie spod samej firmy 11 minut po każdej godzinie i jadę nim do na Nowodwory, z których następnie drugim autobusem dostaję się pod Hutę, jadąc Mostem Północnym. W sumie do domu wracam więc trzema autobusami i rowerem...

Wczoraj po pracy wybrałem się na Śródmieście i między innymi przeszedłem się ulicą Hożą, przy poprzedniej siedzibie firmy. Apartamentowiec, który budowano pod naszymi oknami, jest już niemal całkiem gotowy. Kupiłem sobie pączka w sklepie na rogu, by przypomnieć sobie jak to było dawniej... A było mimo wszystko lepiej. Po raz setny napiszę, że bardzo lubię Śródmieście, szczególnie południowe.


2012.07.23 / Poniedziałek / 19:57 - Pozdrowienia dla Quentina

Nie zaszkodzi odrobina foot fetishu w stylu Quentina Tarantino, a raczej w stylu Michała Górki... Dzisiaj miałem dzień pełen załatwiania spraw związanych z ubezpieczeniem Mamy. Myślałem, że wreszcie wypocznę, leżąc w łóżku od rana do wieczora, lub wybiorę się z Natalią z Truskawia na Mokre Łąki, albo na pizzę, ale niestety musiałem wyruszyć do Warszawy, sam. Odwiedziłem posterunek policji w Izabelinie, na którym niczego nie załatwiłem, a następnie urząd gminy, z którego przyjechałem do domu razem z panem urzędnikiem po podpis Mamy. Z domu pojechałem do oddziału PZU przy ulicy Hanki Czaki na Żoliborzu, w którym Mama jest ubezpieczona na życie i tam udało się wszystko ostatecznie załatwić. W międzyczasie wstąpiłem do bardzo ładnie pachnącego sklepu z ziółkami, w którym kupiłem różne naturalne leki dla Mamy, za niemal 200 złotych.

Tymczasem idę spać, mimo tego, że jeszcze nie ma 20:00, bo jutro wstaję o 3:30 do pracy, swojej głupiej pracy, w której muszę siedzieć i stukać w klawisze obolałymi palcami... W niedzielę, po dyżurze, pod firmę ma przyjechać kolega, który sprzedaje mi samochód. Przyjedzie tutaj do lasu, podpisze ze mną dokumenty i do Warszawy wróci już autobusem, a ja zostanę ze swoim Fiatem Punto SX, rocznik 1997.

Może kiedyś pojadę nim na urlop, w góry... W Bieszczady... Z Marzenką, która właśnie mnie rzuciła, za macanie innych dziewczyn... ;)

Która chce być przeze mnie pomacana? :P Ach, nastolatki...


2012.07.21 / Sobota / 07:42 - Rok z Kasią i bez Kasi

Minął rok od czasu mojej pierwszej randki z podpisaną powyżej dziewczyną. Chętnie pisałbym w tym miejscu, że minął rok naszego związku, ale widocznie nie byliśmy sobie pisani na całe życie. Najważniejsze, że nadal jesteśmy przyjaciółmi, i że to wszystko naprawdę się wydarzyło, pozostając w mojej pamięci. Początki, z tłem muzycznym Morrisseya, były naprawdę piękne. Ja także pozdrawiam i dziękuję.

Tymczasem nie powinienem zapominać, że mam obecnie dziewczynę, która jest o mnie bardzo zazdrosna, co zresztą bardzo mi się podoba, bo to oznaka prawdziwej miłości. :) Jej zazdrość staram się cały czas podsycać, zgodnie z zasadą, że kobiecie zależy na mężczyźnie tylko wtedy, gdy musi o niego walczyć. Muszę tylko uważać, aby nie przegiąć i nie stracić jedynej kobiety, która mnie kocha. :) Jedynej poza Mamą i siostrami...

Nie wiem czy będę tu w najbliższym czasie dodawał notki, bo fatalnie się czuję, nie wiem, czy nadal będę w stanie pracować, i czy kupię od kolegi samochód, który ma mi dostarczyć już w przyszłą niedzielę. Nie wiem jak długo jeszcze będe żył i nie wiem czy mam raka, ale na badania nie idę, bo niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć. I tak żyję już o kilka lat dłużej niż Kurt Cobain.

Na weekend przyjechała do nas siostra. Znowu jesteśmy pełną rodziną. Znowu i jeszcze...


2012.07.20 / Piątek / 01:24 - Baby's on fire

Po wizycie na Powązkach wizytowaliśmy w restauracji. Ja niczego nie zamawiałem, tylko pognałem czym prędzej do kibla, w którym ostatecznie zakończył się mój dramat gastryczny. ;) Kasia zjadła Chickenburgera, którego ja nigdy nie próbowałem, bo bardzo nie lubię smaku kurczaków.

Na koniec pozostał nam już tylko mały spacerek do metra przy Dworcu Gdańskim i na stacji Plac Wilsona pożegnaliśmy się. Następnego spotkania na razie nie wyznaczaliśmy, ale skoro mąż Kasi denerwuje się, gdy ona umawia się ze mną, to może nie powinno do takich spotkań dochodzić zbyt często. ;)

Szkoda, że nie mam tutaj Marzenki, z którą mógłbym spacerować, kiedy tylko bym zechciał, ale z drugiej strony otwiera mi to możliwości spotykania się z innymi dziewczynami, moimi przyjaciółkami, których chcę mieć zawsze kilka, nawet wtedy, gdy będę już w związku małżeńskim. :P Co prawda w związku małżeńskim nie będę, bo wcześniej umre, ale pomarzyć można...

Tytuł wpisu pochodzi z najlepszego utworu jaki słyszałem w tym roku, któremu towarzyszy najlepszy teledysk jaki widziałem w tym roku. Zespół z RPA, który ostatnio jest na moim, i nie tylko moim, topie. Die Antwoord!


"Baby's on fire
She's got me going fokken crazy soos a mal naaier
O jirre God se Jesus"

Die Antwoord "Baby's on fire"


2012.07.20 / Piątek / 01:22 - Kasia i Michał na Powązkach

Kasia nadal pracuje w Pizzy Hut i nadal chwali sobie tę pracę. Ja nadal chwalę sobie pracę w centrum operatorskim sms, choć sam nie wiem jak długo tam popracuję, a nawet nie wiem jak długo pożyję, bo moje obecne objawy wskazują na to, że mogę mieć dokładnie takiego samego raka kości jak Mama. Mam ociężałe kończyny, bóle praktycznie w całym ciele, ciężko mi jest chodzić i pisać na klawiaturze komputera, nawet po długim śnie budzę się zmęczony i obolały. To, że rok temu przez miesiąc nie mogłem chodzić mogło być pierwszym sygnałem do niepokoju, a teraz mam takich sygnałów dziesiątki. Innymi słowy - umrę młodo.

Zanim umrę, chcę jeszcze pospacerować trochę z dziewczynami, które lubię. Kasię lubię najbardziej, a podczas wizyty na cmentarzu okazało się, że wyzbyła się ona jednej ze swoich nielicznych wad. Wcześniej mówiła, że nie chce mieć dzieci, ale teraz zmądrzała i zmieniła zdanie. Ojcem jej dzieci niestety nie będę mógł zostać, a raczej nie powinienem, ale to miło, że będzie się rozmnażać. Życzę jej jak największej gromadki celtyckich bachorków. :P

Ja już nie zdażę począć dziecka...


2012.07.20 / Piątek / 01:21 - Kasia na grobie Kathleen

Kasia wyraźnie schudła, co widać przede wszystkim na jej talii, udach i tyłku. Niestety mam wrażenie, że widać to także na piersiach, które teraz są jakby mniejsze... ;) Arkadia znajduje się blisko Powązek, dlatego poszliśmy tam zaraz po wypitej kawie. Zaczeliśmy od odnalezienia grobu Krzysztofa Kieślowskiego, a później poszliśmy na poszukiwanie grobu irlandki - Kathleen Smith. Nie mam pojęcia kim była, ale Kasia sfotografowała jej grób, podobnie jak kilkanaście innych. Zdjęcia, które zrobiła naprawdę ładnie wyszły, zupełnie inaczej niż moje, ale nie ma się czemu dziwić, skoro Kasia ma lustrzankę i odrobinę talentu. ;)

Spacer z Kasią po Powązkach byłby dla mnie zapewne mega-przyjemny, gdyby nie to, że po wypiciu kawy zaistniała nieciekawa sytuacja w moim żołądku i kiszkach. Im głębiej w cmentarz wchodziliśmy, tym bardziej czułem, że miałbym ochotę znaleźć się w toi-toi, którego niestety nigdzie w okolicy nie było. Świadomość, że do najbliższego sedesu mam jakieś pół kilometra wpłynęła na mnie stresująco i już zastanawiałem się, na który grób będę się musiał wypróżnić, poszukując najmniej wartościowego. Przysiadywałem na każdej napotkanej ławce i starałem się wytrwać, co na szczście mi się udało. Niemniej jednak nigdy już nie będe pił kawy, przynajmniej przed wizytą na Powązkach. ;)

Kasia na tle cmentarnej scenerii prezentowała się dobrze, a na jesieni mam jej podobno robić w tym miejscu zdjęcia w klimacie gotyckim, które ten klimat osiągną dzięki gotyckiej sukni, którą Kasia na siebie nałoży. Jeśli jej tolerancyjny mąż nie będzie miał nic przeciwko takiej sesji zdjęciowej i jeśli ja na jesieni nadal będę żywy i sprawny, to bardzo chętnie chwycę jej aparat do ręki i dam z siebie wszystko, czyli w sumie niewiele. ;)


2012.07.20 / Piątek / 01:20 - Z Kasią na Powązkach

Wstałem wcześnie rano i udałem się w miejsce, które bardzo lubię, czyli na Bemowo, do tamtejszego WORDu, w którym o godzinie 9:00 odbył się mój drugi egzamin sprawdzający wiedzę teoretyczną z przepisów ruchu drogowego. Chyba tak to można nazwać. ;) Po raz drugi odniosłem sukces, test rozwiązałem bezbłędnie i mogłem być z siebie dumny. Gdy po egzaminie wszyscy zostali na miejscu, by zdawać egzamin praktyczny, ja wyszedłem, ponieważ części praktycznej jeszcze nie wykupiłem. Być może jeszcze przyjdzie na nią czas.

Z Bemowa przeniosłem się na kochany Żoliborz, a konkretnie na Plac Wilsona, gdzie pod kinem Wisła poczekałem na widoczną na powyższym zdjęciu Kasię, która od maja już nie pracuje w naszej firmie. Nie wiem czym to jest spowodowane, ale już od ponad roku, czyli praktycznie od samego początku mojej znjomości z Kasią, odczuwam wielką radość i nie mogę powstrzymać uśmiechu, gdy tylko pojawia się ona w zasięgu mojego wzroku. :) Z sercem przepełnionym radością i mężatką u boku, wyruszyłem na spacer po Żoliborzu, który zakończył się w Arkadii. Tam wstąpiliśmy do CoffeHeaven, w którym zapłaciłem także za kawę Kasi, żeby wyglądało to jak prawdziwa randka. ;) Tak naprawdę to zapłaciłem dlatego, że kilka dni wcześniej Kasia miała urodziny. Jest teraz niemłodą już dwudziesto-dwu-latką.


2012.07.17 / Wtorek / 21:14 - Do domu w Radomiu

Pobyt Marzenki w Puławach ponownie zakończył się na przystanku Sinbusa, którym odjechała do swojego miasta. Ja w Puławach spędziłem jeszcze wieczór i nastepny poranek. Po raz kolejny mogłem poczuć różnicę między mieszkaniem z kimś, a mieszkaniem samotnie. Ten kontrast jest najsilniej odczuwany wtedy, gdy jeden wieczór spędzało się z dziewczyną, a drugi spędza się samotnie. Samotność jest zdecydowanie mało przyjemna, ale własciwie łatwo można ją pokonać, wystarczy zrobić krok w kierunku drugiego człowieka. Trzeba tylko znaleźć kogoś odpowiedniego... Jest sporo odpowiednich ludzi.

Dziwi mnie to, że niektórzy nie szukają nikogo, pogodzili się ze swoją samotnością, mają niską samoocenę, nie robią niczego, aby mieć kogoś bliskiego. Ja bym tak nie potrafił. Samotne wieczory w pustym mieszkaniu są bardzo dołujące i pozbawione jakiegokolwiek sensu. Przyjemne bywają tylko od czasu do czasu. Zaraz po porzuceniu przez Marzenkę, lub po porzuceniu Marzenki przez samego siebie, zabrałbym się za kolejną dziewczynę, lub przynajmniej bym próbował. Za taką na przykład Natalkę z Truskawia... ;)

Choć podobno gustuję w niskich, piwnookich brunetkach...


2012.07.17 / Wtorek / 21:13 - Marzenka na osiedlu

Drugiego dnia mieliśmy jechać do Kazimierza Dolnego, ale pogoda okazała się nieodpowiednia do realizacji tego planu. Pozostaliśmy w mieszkaniu, w którym większość dnia spędziliśmy w łóżku, zajmując się między innymi oglądaniem całego Pulp Fiction. Ja osobiście bardzo lubię tak sobie leżeć z dziewczyną, nic nie robiąc, szczególnie teraz, gdy jestem już stary, schorowany i zmęczony. Z mieszkania wytoczyliśmy się dopiero wieczorem i nigdzie już nie spacerowaliśmy. Poszliśmy prosto na radomskiego busa.

Oczywiście wszelka radość jest stale ograniczana świadomością, że Mama jest chora. Co więcej, we wtorek odebrałem kolejną smutną informację z domu, mówiącą o tym, że wyniki kolejnych badań wskazały na przerzuty raka do płuc. Źródła nadal nie odnaleziono... O moim raku na razie nikt nic nie wie.


2012.07.17 / Wtorek / 21:12 - Przez żołądek do serca

Po powrocie znad Wisły położyliśmy się do łóżka, w którym po jakimś czasie zapadliśmy w błogi sen. Tym sposobem umknęło nam kilka godzin z naszego wspólnego dnia wolnego, ale zdaje się, że nie ma czego żałować, bo przez sen słyszałem padający deszcz. Pogoda poprawiła się dopiero wieczorem, kiedy to wybraliśmy się na miasto w celu zjedzenia czegokolwiek. Miałem ochotę na pizzę, ale pech chciał, że trafiłem na drugą najgorszą pizzę swojego życia, sprzedawaną w Galerii Zielonej na drugim piętrze, w jakimś podrzędnym barku. Paskudztwo, które szczerze odradzam, nie mające żadnych zalet. Nawet salami nie poprawiło mojego nastroju, gdy uświadomiłem sobie, że wydałem na to badziewie ponad 20 złotych. Trudno, nauczyłem się przynajmniej, by nie jadać pizzy w miejscu, które nie jest pizzerią.

Na koniec dnia zjedliśmy frytki, które sami sobie przygotowaliśmy, a po ich zdjedzeniu obejrzeliśmy mój ukochany film, czyli "Lśnienie". Usneliśmy dopiero po godzinie 3:00 w nocy, na wersalce siostry...

Marzenka udowodniła podczas tych dwóch dni, że jest przydatna w kuchni. Miło jest mieć kobietę, która potrafi cokolwiek ugotować, choć w sumie moje frytki miały lepszy kształt, niż te przygotowane przez Marzenkę. :P


2012.07.17 / Wtorek / 21:11 - Piwko nad Wisłą z Marzenką

Po raz kolejny piszę notkę jakiś czas po zamieszczeniu zdjęcia. To ostatnio u mnie norma, gdy nie mam czasu, bo jestem czymś, lub kimś zajęty, na przykład Marzenką. Pracę skończyłem w niedzielę wieczorem i po dyżurze udałem się z Białołęki na Śródmieście, by po raz kolejny je docenić. Zjadłem cheeseburgera, przeszedłem się, zahaczając o budynek Radia Zet i Instytut Anglistyki, posiedziałem przed Muzeum Narodowym, by następnie odjechać busem do Puław. Tym razem w mieszkaniu nie było siostry, bo odwiedziła ona Mamę, w naszym domu rodzinnym. W Puławach oczywiście nie musiałem być sam, ponieważ już w poniedziałek zjawiła się Marzenką, z którą zaraz po jej przyjeździe poszedłem na słynny próg na Wiśle, będący moim ulubionym miejscem picia piwa z dziewczynami. Ponownie nie zabrałem ze sobą otwieracza, ale Marzenka poradziła sobie bez niego, zdejmując sprawnie dwa kapsle, z dwóch butelek piwa. Pogoda dopisała.


2012.07.15 / Niedziela / 06:36 - Mój Fiat Punto SX

Samochód jeszcze nie jest mój, ale z dnia na dzień może już należeć do mnie, wystarczy, że zapłacę koledzę sumę, jakiej za niego żąda. Suma ta nie jest zbyt duża, nie przekracza wysokości mojej jednomiesięcznej pensji, dlatego zdecydowałem się nabyć od kolegi tego Fiata Punto SX, rocznik 1997. Przynajmniej będę miał czym wozić chorą Mamę przez las... Szkoda tylko, że z tego powodu znowu mogę popaść w finansowy dołek, z którego przecież miałem się wydostać. Gdyby nie chora Mama, nie kupowałbym samochodu i nie podchodził ponownie do prawa jazdy.

Wczoraj rano Jacek opuścił nasz dom, a kilka godzin później jego miejsce zajęła siostra, która przyjechała z Puław. Siostra zostanie tutaj do środy, a ja do środy będę wypoczywał w Puławach, z Marzenką. Yes, całe mieszkanie dla nas! :D

Trzy dni temu Mama miała robioną biopsję piersi. Zrobiono pięć nakłuć, pobrano próbki i wyniki badań będą w sierpniu. Jak wszystko dobrze pójdzie, to w sierpniu będę już miał samochód na podwórku. Problem finansowy polega na tym, że we wrześniu trzeba będzie mu opłacić ubezpieczenie. Ech, kolejna pensja w błoto zwane samochodem...

Dowiedziałem się, że mój ulubiony supervisor z poprzedniej firmy, który po moim odejściu został z niej usunięty, założył swoje własne centrum sms w samym centrum Warszawy, w którym zatrudnia na razie kilka osób. Ciekawe czy chciałby mnie tam przyjąć... ;)

Dzisiaj w nocy odbywało się wesele, na które jeszcze pół roku temu byłem zaproszony przez dziewczynę, którą Mama widziała kilka dni temu w metrze na Ursynowie. Kolejny piękny zbieg okoliczności - tyle godzin w ciągu dnia, tyle minut w ciągu godziny, tyle wagonów metra, a i tak Mama natknęła się na moją ex-girlfriend. :) Po powrocie stwierdziła - "Jaka ona jest do ciebie podobna"... Ech. Mam nadzieję, że ja też się na nią natknę, gdy powróci tu na dobre, lub tylko na pewien czas, i umówi się ze mną na przyjacielskie spotkanie, spotkanie numer 51, choć Jacek mówi, że byłoby ono zbędne i byłbym wtedy nielojalny wobec swojej obecnej dziewczyny. Pewnie ma rację...

Tymczasem Puławy, tymczasem Marzenka! :) Moja obecna dziewczyna.


"I play the street life
Because there's no place I can go
Street life, it's the only life I know
Street life, and there's a thousand parts to play
Street life, until you play your life away"

Randy Crawford "Street life"


2012.07.12 / Czwartek / 06:55 - Mama chodząca o kulach

Drugi dzień wolny spędziłem po części w Warszawie, z Mamą i siostrą. Pojechaliśmy do ośrodka zdrowia, który znajudje się niedaleko Placu Wilsona, by odebrać cztery zdjęcia i jeden papierek. Ludzie są dla Mamy mili, ustępują miejsca w metrze i autobusie, pomagają na wszelkie sposoby. Pracownicy służby zdrowia także bardzo się starają, choć nalepiej byłoby gdyby zechcieli Mamę zostawić w szpitalu na kilka dni i zrobić jej wszystkie badania w jednym miejscu, ale nikt nie podjął takiej decyzji. Mamę czekają więc kolejne wyjazdy do Warszawy.

Po wizycie w osrodku odwieźliśmy Mamę do autobusu, którym wróciła do Truskawia, a sami pojechaliśmy na Bemowo. Tam się rozdzieliliśmy, Ania pojechała do ZUSu, a ja do WORDu, w którym o tej godzinie i o tej porze roku jest bardzo mało ludzi. Zazwyczaj w kolecje do zapłacenia za egzamin i drugiej, do zapisania się na niego, czekało się do dwóch godzin, ale tym razem podszedłem do okienka bez żadnego oczekiwania. Zapisałem się tylko na egzamin teoretyczny, który wyznaczono mi na przyszły tydzień, na czwartek, o godzinie 9:00. Egzamin teoretyczny to sama przyjemność, gorzej z praktycznym. Już na widok samochodów egzaminacyjnych WORDu zacząłem odczuwać stres.

Na koniec pozostała mi wizyta w żoliborskim sklepie z ziołami, w którym unosi się bardzo przyjemny zapach. Po powrocie do domu nie robiłem nic szczególnie ciekawego, wypoczywałem, ciesząc się z jednodniowego odzyskania swojego pokoju.


2012.07.10 / Wtorek / 23:03 - Michał i Rodzice

Ławki, które niedawno zrobił Tata, bardzo się przydają i są wygodniejsze od poprzednich, także zrobionych przez Tatę. Mama wyjechała na badania wcześnie rano, a powróciła dopiero wieczorem. Nadal niczego nie wiadomo, poza tym, że ma przerzuty raka we wszystkich kościach, od nóg poprzez miednicę, żebra, aż po czaszkę. Zdjęcie z rezonansu magnetycznego, na którym czarne plamki oznaczają przerzuty, a jest tych plamek całe mnóstwo, to bardzo smutny widok.

Czasami, gdy Mama wyjeżdża na badania i w domu robi się cicho, mam wrażenie, że już jej nie ma na tym świecie, że zostaliśmy sami i zapanowała pustka. Wtedy dzwoni telefon, w słuchawce odzywa się Mama i przypominam sobie, że przecież jeszcze nie umarła, że nadal jest z nami i nadal możemy się cieszyć każdą chwilą, w której jest obecna, że zostało jeszcze trochę ciepła. Mój wyjazd w Bieszczady był ostatnim okresem mojego życia, w którym byłem tak szczęśliwy, jak może być szczęśliwy człowiek mający oboje rodziców. Po powrocie z Bieszczad wszystko się nagle zepsuło, nasze życie zmieniło się, a radość gdzieś odpłynęła, ale jednak w tym wszystkim jest coś dobrego. Uczymy się teraz wzajemnego szacunku, pomagamy sobie i wspieramy się, staramy się być dla siebie lepszymi ludźmi. Wiemy, że jest już za późno, ale trzymamy się tego, co jeszcze mamy. Nawet drobne kłótnie, sprzeczki rodziców, które przecież były czymś stale obecnym w ich małżeństwie i w naszej rodzinie, odbieram teraz jako coś pięknego, gdyż są przejawem życia.

Chciałoby się cofanąć czas, choćby do początku lat dziewięćdziesiątych, w których przeprowadziliśmy się do Truskawia. Ja byłem wtedy dziesięciolatkiem, a Mama trzydziesto-dziewięcio latką, pełną życia i energii. Jakież to wszystko było piękne... Kocham swoje życie, i prawdopodobnie będę je kochał zawsze.

A co z moim obecnym bólem, którego kiedyś nie miałem? Moje problemy z chodzeniem, które po raz pierwszy pojawiły się rok temu? Kto wie, może ja też mam już raka? Może coś innego? A może po prostu jestem człowiekiem, który przekroczył trzydziestkę. Życie najlepsze jest do trzydziestki. Spośród żywych istot zaś najlepsze są siedemnastoletnie dziewczyny, a spośród nich siedemnastoletnia Dorota, dzisiaj już nie istniejąca.

Tak sobie myślę, bardzo głupio zresztą, że gdybym dowiedział się o tym, że zostały mi cztery miesiące życia, to przede wszystkim miałbym jedno życzenie - chciałbym jeszcze raz porozmawiać z Dorotą, głównie po to, by się z nią pogodzić. Chciałbym ją jeszcze raz w życiu zobaczyć. Wiem, że mam teraz dziewczynę, wiem, że po Dorocie była inna, także bardzo dla mnie ważna, ale to właśnie Dorota była tą pierwszą i tą, dla której najbardziej zgłupiałem. Za swoją absolutnie najszczęśliwszą chwilę życia uważam wieczór po naszej drugiej "randce" w Puławach, gdy wróciłem do mieszkania i poczułem, że spełniło się moje największe marzenie. Właśnie wtedy przepełniała mnie największa radość, której być może nie poczuję nawet wtedy, gdy zostanę ojcem. Właśnie w Dorocie byłem najbardziej zakochany. Szkoda, że nie może pozostać siedemnastolatką na zawsze, szkoda, że moja radość nie mogła trwać wiecznie. Szkoda, że wszystko przemija...

Szkoda też, że pieprzę tu takie głupoty. Idę spać, bo jutro wcześnie wstaję. Cieszę się, że będę mógł się przejechać z Mamą, spędzając z nią kolejne, cenne godziny... Cieszę się też z tego, że mam Marzenkę.


2012.07.10 / Wtorek / 22:46 - Michał i Mama

Dla Mamy był to kolejny męczący dzień badań. Z jednego ośrodka musiała jechać do drugiego, który znajduje się aż w Legionowie. Ponownie miała robione prześwietlenia z użyciem kontrastu, przed którymi nie można jeść. Zdaje się, że Mama praktycznie nic nie jadła od dwóch dni, nie tylko dlatego, że tak trzeba, ale także z powodu stresu jaki człowiek odczuwa, gdy dowiaduje się, że być może zostały mu cztery miesiące życia. Jutro Mama musi jechać do Warszawy po głupią kartkę z wynikami, której według chorych przepisyów nie może odebrać nikt inny. Wraz z Mamą jedzie młodsza siostra, często toważysząca Mamie w badaniach i wszelkich wyjazdach, a także ja. Być może wstąpię też do WORDu na Bemowie, by zapisać się na egzamin teoretyczny z prawa jazdy...

Zapomniałem wspomnieć, że siostra niestety nie zdała matury. Nie udało się jej to ani z języka polskiego, ani z matematyki, mimo że w tym roku matura była podobno wyjątkowo łatwa. Siostra i tak nie wybierała się póki co na żadne studia, więc można powiedzieć, że to bez różnicy. Nie wspominałem także o tym, że po dwóch tygodniach użytkowania zepsuły się moje nowe słuchawki, za które zapłaciłem 160 złotych. Na szczęście są na gwarancji i będą naprawiane, ale dwa tygodnie żywotności przewodu to już naprawdę przesada... Ostatnio żyję z tego powodu bez muzyki, co wcale nie jest takie złe.

Mama zaczęła poruszać się o kulach, które okazały się być bardzo pomocne. Jutro zabiera je po raz pierwszy do Warszawy i może dzięki temu będzie Jej łatwiej. I pomyśleć, że całkiem niedawno Mama przyszła pieszo ze swojej pracy, robiąc przy tym jedenaście kilometrów. Cudownie jest być nie tylko zdrowym, cudownie jest być choćby w miarę zdrowym.


2012.07.10 / Wtorek / 22:27 - Michał i Jacek

Dzisiaj miałem pierwszy z dwóch dni wolnych. Nie pojechałem do Puław, nie pojechałem do Marzenki, ponieważ jestem potrzebny tutaj. Przyjemnie było odkurzyć cały dom i pojechać po zakupy. Sam już nie pamiętam kiedy to ostatnio robiłem...

Postanowiłem uwiecznić Jacka na zdjęciu, skoro już się u nas znajduje. Wyniosłem na dwór statyw i porobiłem kilkadziesiąt zdjęć, z których najbardziej spodobały mi się te, na których są moi rodzice. Nadal razem. Przyjemnie jest ich fotografować, zwłaszcza wtedy, gdy nie wiadomo jak długo jeszcze będzie to możliwe. No ale może wystarczy już tego dramatyzowania na moim blogu, tego pesymistycznego pisania o odchodzeniu i przemijaniu. Nie będę też zagłębiał się w temat Boga i życia wiecznego, bo przecież jestem wierzący. Tak po prostu...

Jacek pracuje obecnie w ochronie, takiej nieco lepszej. Co czterdzieści-osiem godzin ma dwudziesto-cztero-godzinny dyżur, co oznacza, że ma sporo czas wolnego, który może wykorzystać choćby na rozmowy z moim Tatą, a raczej słuchanie tego co mówi Tata, mający zawsze setki opowieści ze swojego do przekazania. Dzisiaj usłyszałem nawet kilka takich opowieści, których jeszcze nie znałem. Lubię słuchać tego co Tata mówi i w jaki sposób to mówi. Jak stwierdził, że mój Tata jest człowiekiem z pasją, kochającym to co robił w życiu. Szczęściarz z tego mojego Taty.

W sumie całkiem fajnie jest mieć tutaj takiego Jacka, kręcącego się po domu i podwórku. To taki trochę mój brat, którego nigdy nie miałem. Nie mogę się już jednak doczekać powrotu do swojego pokoju, w którym śpi mi się lepiej niż tutaj, na wersalce siostry, w małym pokoju, który kiedyś należał do mnie.


2012.07.08 / Niedziela / 23:55 - Droga do firmy

Napisałem tutaj bardzo długi tekst na temat choroby, która zjada moją Mamę. Stwierdzałem w nim, że życie wieczne najprawdopodobniej nie istnieje, nawet jeśli istnieje Bóg. Byłem o krok od tego, by rozważać możliwość, że Boga także nie ma. Tekst był bardzo sensowny, podobał mi się, był odpowiednio dramatyczny, ale niestety znikł, gdy chciałem go zapisać. Wygląda mi to na boską interwencję...

W takim razie wyjaśniam tylko w skrócie, że Mama dowiedziała się o przerzutach raka na cały kościec. Lekarze dają jej cztery miesiące życia, jeśli ognisko znajduje się w płucach. Bardziej optymistyczna opcja mówi o ognisku znajdującym się w piersiach i maksymalnie dziesięciu latach życia. Bedą szukać, a Mama będzie żyć w stresie i bezsilności.

Jacek nadal u nas nocuje, choć już jutro miał się wyprowadzić do pokoju w Truskawu. Znalazł jednak inny pokój, za jedyne 450 złotych, w dwupokojowym mieszkaniu w centrum Warszawy, który będzie wolny dopiero od soboty. W związku z tym pozwolimy mu tu zostać do soboty, choć jego obecność jest nieco uciążliwa, bo trafił na najgorszy okres życia rodziny Górków, który można nazwać okresem... Umierania. Początkiem naturalnego rozpadania się rodziny Górków.

Wszyscy kiedyś umrzemy, pozostaje tylko pytanie w jakiej kolejności. Pozostaną po nas dzieci, o ile je spłodzimy. Jackowi już się to udało i twierdzi on, że życie nabiera wtedy sensu, zaś ja sam nie wiem czego chcę... Być może kiedyś popełnię samobójstwo, wjeżdżając pod rozpędzonego tira rowerem, o ile będę sprawny, a nie tak unieruchomiony i ograniczony jak teraz moja Mama.

Trzeba mieć w sobie całkiem sporo życia, aby popełnić samobójstwo. Zapewne sam w tej kwestii o niczym nie zdecyduję, moją smierć wybierze Bóg, w którego chyba jednak nadal wierzę... Nawet po przeczytaniu trzeciej części "Nauki świata dysku", Terrego Pratchetta i dwójki naukowców, którym udało się otworzyć mój umysł na kwestie wcześniej przeze mnie nie rozważane.


2012.07.05 / Czwartek / 16:59 - SMS girls

Nasze zacne operatorki rozsiadły się przed firmą w czasie przerwy na papieroska... Po lewej Justyna, po prawej u góry Ania, a u dołu Sylwia. Same piękności, jednak najbardziej pociągająca fizycznie jest dla mnie Sylwia, moja była współlokatorka. ;) Jest to dla mnie obecnie najfajniejsza dziewczyna z firmy. Nigdy jednak nie przestanę opłakiwać Kasi, która odeszła od nas na dobre, poświęcając swoje życie pizzy... Hut. ;(

Powrót do pracy osłodziła mi nieco wiadomość, że od teraz zarabiamy więcej za nocki. Wcześniej płacono nam 11 złotych za godzinę, niezależnie od pory dnia i nocy, ale od lipca zarabiamy 14 złotych za godzinę od 23:00 do 6:00 rano. Zresztą dzisiaj podpisałem rachunek za czerwiec i po raz drugi okazało się, że zarobię o wiele więcej niż myślałem. Dodatek za dojazdy, podniesiona stawka godzinowa o jedną złotówkę, a także pramie sprawiają, że zarabiamy teraz całkiem nieźle. Pod tym względem absolutnie nie możemy narzekać. Kolega dostał niemal trzy tysiące, kolezanka ponad dwa i pół... Ja co prawda znacznie mniej, ale i tak dużo, gdy weźmie się pod uwagę, że miałem tygodniowy urlop. W takim systemie mógłbym miec urlop co miesiąc. ;)

Na trzeci tegoroczny urlop nie będę długo czekał, ponieważ wyznaczyłem go sobie dzisiaj na koniec sierpnia. Lipiec i sierpień szybko zlecą, upały przestaną nas dręczyć i nadejdzie kolejny czas wypoczynku, a po nim jesień, będąca moją ulubioną porą roku. Mój trzeci urlop ponownie pokryje się z urlopem Marzenki, dzięki czemu będziemy mogli razem gdzieś pojechać i się pokrywać...

Idę spać, bo muszę obudzić się około 9:00, zanim przyjedzie Jacek i zajmie moje łóżko, wraz z całym moim pokojem. :P Co prawda przywiózł ze sobą namiot i powiedział, że może w nim spać, ale na razie jesteśmy dla niego bardzo gościnni. ;)


2012.07.04 / Środa / 11:04 - Books

Powróciłem z Puław, szybko i elegancko, dwa dni temu. Co prawda zapomniałem zakręcić zawory wody i gazu w mieszkaniu siostry, a także postawić zaporę przeciwko szczurom w jej łazience, przez co zostałem opieprzony, ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Siostra była wczoraj z Mamą na badaniu, które ma związek z medycyną nuklearną, ale nie pamiętam jaką dokładnie nosi nazwę. Zaraz po badaniu na Urysnowie siostra udała się na Śródmieście, skąd powróciła busem do Puław. Wyniki badania Mama dostanie dopiero w poniedziałek.

Ja czekam dzisiaj na przyjazd Jacka, który ponownie nie ma gdzie mieszkać i ponownie będzie szukał mieszkania, stacjonując w moim rodzinnym domu. Na jak długo tu zostanie? Do czasu aż uda mu się znaleźć tanie mieszkanie lub domek dla swojej rodziny, a raczej dla swojej kobiety i swojego dziecka. Niby jestem prorodzinny i popieram rozmnażanie się ludzi, zwłaszcza gdy są oni porządni i ciekawi, ale jeszcze bardziej popieram zadbanie o swój własny los, zanim zostanie się rodzicem. Przede wszystkim o swoją sytuację finansową. Pod tym względem bardzo imponowała mi pewna osoba poznana w zeszłym roku... W sumie bardzo mądra. Czy ja obecnie jestem gotowy na to, by mieć dziecko? Raczej nie. Wolę na razie uniknąć kłopotów podobnych do tych, jakie ma Jacek, choć ja osobiście mam lepszą sytuację rodzinną niż on.

Jacek przyjedzie około 14:00 do Truskawia, a ja około 16:00 wsiadam na rower i jadę do pracy, do znielubianej firmy. Być może uznam, że nie warto tam wracać i zawrócę, jak trzy lata temu.

Czytam książki. Czytam ich kilka naraz. Kiedyś skupiałem się na jednej, ale od niedawna, gdy zrozumiałem jak mało czasu zostało mi do końca życia, czytam kilka naraz. Szkoda tylko, że tak niewiele czasu poświęcam na czytanie, przez co jedną książkę potrafię męczyć nawet cały rok. Obecnie znajduję się na następujących stronach, w następujących książkach:

"Oliver Twist" Charlesa Dickensa po angielsku - strona 32 z 511
"Dracula" Brama Stokera po angielsku - strona 81 z 454
"The Growing Pains of Adrian Mole" Sue Townsend po angielsku - strona 14 ze 192
"Nauka Świata Dysku III - Zegarek Darwina" Iana Stewarta, Terrego Prattchetta i Jacka Cohena - strona 80 z 278
"Dziennik 1953-1956" Witolda Gombrowicza - strona 9 z 364
"Polska Jagiellonów" Pawła Jasienicy - strona 36 z 414
"Fizyka popularna" Friedricha Katschera - strona 204 z 431
"Powstanie '44" Normana Daviesa - strona 7 z 850
"Król Inkaust" Nicka Cave'a - strona 11 z 206

Dziękuję za Pratchetta i Gombrowicza, które to książki dostałem w prezencie na moje urodziny. :) Miło jest dostawać książki w prezencie.

Na koniec zapytuję koleżankę Owcę o to kiedy odda mi biografię Nicka Cave'a, którą jej pożyczyłem rok temu?! :P


2012.07.02 / Poniedziałek / 05:41 - Rowerowy koszmar

O ile trzygodzinny dojazd do Radomia był męczący i nieprzyjemny, o tyle powrót stamtąd do Puław był koszmarem. Chyba nigdy nie przeżyłem niczego tak okropnego na rowerze, czułem się fatalnie, a po wjechaniu do Puław najzwyczajniej w świecie zwymiotowałem, choć w zasadzie nie miałem czym wymiotować. Cały czas wylewałem na siebie wodę mineralną, szczególnie na spieczone słońcem nogi, ale woda szybko robiła się ciepła, przez co wszystkie te zabiegi niewiele dawały. Pić nie mogłem, bo po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów w upale człowiekowi odechciewa się pić. Przez cały czas marzyłem o tym, by wejść do wanny z chłodną wodą, ale było to możliwe dopiero po kilku godzinach męki. Obiecuję sobie, że już nigdy w taką temperaturę nie będę jeździł na tak długie wyprawy. W sumie przejechałem 125 kilometrów i cieszę się, że nie dostałem udaru, albo zawału. Jestem już starym człowiekiem i powinienem na siebie bardziej uważać. W roku 2003 w podobnie gorący dzień wybrałem się rowerem z Truskawia do Puław, ale wtedy byłem dużo młodszy. Najważniejsze, że tym razem także udao mi się przeżyć i udowodniłem Marzence, że jestem w stanie przebrnąć przez piekło, by spędzić z nią choćby godzinkę. :) Można też powiedzieć, że udowodniłem swoją głupotę. ;)

Dzisiaj powracam do domu w lesie. Z obolałymi, spieczonymi nogami wybiorę się busem do stolicy, a następnie do rodzinnego domu, w którym czeka na mnie cała familia. Może zrobimy sobie kolejne rodzinne zdjęcie? Póki co rodzina Górków nadal jest kompletna. Jutro ostatni dzień wolny, a w środę powracam do złej pracy, pod warunkiem, że jakaś dobra siła mnie od niej nie odwiedzie. Trzy lata temu zrezygnowałem z pracy, właśnie po powrocie z urlopu.

Nie obejrzałem finału Euro, ponieważ z powodu wielkiej burzy, która nawiedziła Puławy, wyłączyła się telewizja kablowa i Internet. :(



2012.07.02 / Poniedziałek / 05:39 - Rowerem do Radomia

W niedzielę zrobiło się bardzo, bardzo ciepło. Postanowiłem nie siedzieć w mieszkaniu, tylko wsiąść na rower i pojechać nim gdzieś. Przez chwilę myślałem o Dęblinie, ale po chwili postawiłem przed sobą znacznie trudniejsze zadanie. Uznałem, że warto będzie po raz pierwszy w życiu pojechać rowerem do Radomia, który jest oddalony od Puław o 62 kilometry. Nie jest to bardzo daleko, ale nie wziąłem pod uwagę tego, że tego dnia na dworze było prawie 40 stopni Celcjusza. Zmęczenie przyszło już po dwóch godzinach, a do Radomia jedzie się ponad trzy. Jako tako dałem radę dojechać, odnalazłem osiedle Marzenki i jej dom, poznałem jej najmłodszego brata oraz tatę, ponownie zobaczyłem dwóch innych braci oraz mamę i teraz nie znam już tylko siostry. Marzenka jest najstarszym dzieckiem swoich rodziców, ma młodszą siostrę, na zdjęciach podobną do Karen O z zespołu Yeah Yeah Yeahs, oraz trzech młodszych braci. Mieszka w dosyć skromnym domku, ale ogólnie rodzina wydaje się być normalna i całkiem porządna. Być może nie jest to poziom rodziny z Ursynowa, którą miałem okazję poznać w zeszłym roku, ale w Radomiu także czuję się dobrze i będę tam zapewne wpadał od czasu do czasu. Z pewnością jednak nigdy już nie pojadę tam rowerem, zwłaszcza w tak upalny dzień jak wczorajszy. :)