2013.07.31 / Środa / 22:10 - Przeprowadzka płyt

Przestały się mieścić na lewej szafce, powędrowały na prawą, zamieniając się miejscami z płytami dvd i blu-ray, które z kolei przestały się mieścić na prawej... Merlin.pl ma ostatnio promocję na filmy Woody'ego Allena, mojego największego idola od niemal roku, dlatego na półce przybyło mi trochę płyt. Co prawda dvd nie opłaca się już za bardzo kupować, ale nie ma wyjścia - znakomitej większości jego filmów na blu-ray po prostu nie można w Polsce kupić. W ogóle blu-ray ma się w naszym kraju marnie, a szkoda, bo daje przecież tak piękną jakość, którą powinno się doceniać.

Muzycznie ostatnio głównie IAMX - mam już wszystkie ich albumy, tak samo jak Sneaker Pimps. Ciekawe czy kiedyś w ogóle doliczę się ile płyt stoi na mojej półce.


2013.07.30 / Wtorek / 07:31 - Wolę blondynki

Bardzo ładna, mała blondyneczka. Chyba ostatnio bardziej lubię blondynki. ;) Tymczasem nie da się ukryć, żę koleżanka Ania z pracy się we mnie zakochała... Nie dziwię się, przecież taki fajny ze mnie facet. :P Niestety piętnastolatka znad morza przestała mnie podrywać, uznając, że nie możemy razem pisać, bo to złe. Może to i dobrze, bo skończyłoby się tak, że dostałbym wpierdol od jej rodziców. ;) Szkoda, milutka była, ładna i całkiem mądra.


2013.07.27 / Sobota / 13:37 - Ezoteryczna Ania

Ani ciąg dalszy. Mimo wieczornego zniechęcenia wywołanego moją szczerością, Ania była dzisiaj dla mnie dosyć miła. Przydzielono jej miejsce obok mnie (i kolegi Pawła z poprzedniej firmy), dzięki czemu przez cały dyżur miałem do niej łatwy dostęp i dzięki czemu czas minał mi bardzo szybko. Fajnie się z nią rozmawia, fajnie się z nią droczy i fajnie się ją trzyma za rękę, ale mimo wszystko jest ona dosyć trudną dziewczyną, o trudnym charakterze, który w połączeniu z jej całkiem zwyczajną urodą może tworzyć mieszankę znięchęcającą mnie ogólnie do dalszego angażowania się...

Na zdjęciu zamieszczam spodnie Ani, ponieważ nie pozwala ona na to, by fotografować jej twarz, twierdząc, że jest niefotogeniczna. No cóż, co prawda to prawda... Ale jeszcze raz wspomnę, że jest dobrą, ciekawą i wrażliwą dziewczyna. W sumie to wszystko przypomina mi trochę sytuację z Marzenką, która także była fajną dziewczyną, ale na pewno nie piękną. Czy naprawdę jest to niezbędny czynnik do budowania jakiegokolwiek związku i do tego, by się zakochać? Możliwe, że tak, a w takim przypadku powinienem postąpić zgodnie ze swoim gustem wizualnym, zignorować wszystkie zalety Ani, a ma ich wiele, i skupić się na poszukiwanich kolejnej pięknej, ale być może pustej i złej dziewczyny.

Chyba nie jestem wcale takim dobrym facetem za jakiego się podaję. Gdy tylko dostrzegam w dziewczynie jakieś braki, przestaje mi zależec na tym by była szczęśliwa, a przez to potrafię być niemiły, potrafię krzywdzić i bawić się jej uczuciami. Do dziś zresztą nie mogę przeboleć tego, że tak bawiłem się porządną Marzenką. Czytam wpisy z roku 2012 i dziwię się, że byłem taki okropny.

Czy w firmie jest jakaś inna, interesująca dziewczyna? Ja takiej nie dostrzegam, Ania jest jedyną odpowiednią, pod wieloma względami, a czy jest jakaś piękna? Tak, tylko jedna, z którą dzisiaj po raz pierwszy porozmawiałem. Ma na imię Agnieszka, ma 34 lata, ośmioletniego syna i... Faceta. :) Od pierwszej chwili, gdy zatrudniała się u nas kilka miesięcy temu, bardzo mi się spodobała. Oczywiście biednej Ani powiedziałem o tym, która dziewczyna z firmy mi się najbardziej podoba. Jakże mógłbym tego nie wypaplać? ;)

Ponownie zapanował w moim życiu uczuciowym chaos. W dodatku wprowadziłem zamęt w życie i myśli Ani. Jestem przekonany, że zostałaby moją dziewczyną, gdybym był cierpliwy, dobry i grzeczny. U jej boku bywałbym nawet bardzo szczęśliwy, bo dobrze się dogadujemy i mamy podobny gust. Wszystko byłoby fajnie i dobrze do czasu pojawienia się w zasięgu mojego wzroku jakiejś piękności, która wzbudzałaby we mnie tęsknotę za zwykłym, prostackim zakochiwaniem się w urodzie.

Na koniec, w tramwaju, natknałem się na kolejną piękność, podobną do wyklętej przeze mnie Asi i do podziwianej przeze mnie do dziś Doroty. Ponownie pomyślałem, że właśnie tym trzeba się kierować - pogonią za pięknem. Nie można być zdziewczyną, w której urodzie nie dostrzega się piękna. Będę się więc kierował właśnie tym głupim wyznacznikiem, dzięki czemu z pewnością już niedługo, a może za lat kilka, odnajdę kobietę, która... Ponownie mnie wykorzysta, oszuka, zdradzi i zamieni na lepszy model. :P Już chciałem podejść do tej z tramwaju, ale... Była licealistką. ;)

Wszystko to nieważne, jestem teraz łysy i powinienem mieć przerwę we wszelkich uczuciach przynajmniej do końca roku. Żałobę mam. Póki co dobrze mi jest jako samotnemu, wolnemu człowiekowi. Chyba pojadę sobie gdzieś w sierpniu, zwiedzę samotnie jakieś nieznane mi miasto...

Ciągłe pragnienie ucieczki od wszystkiego, aby wypocząć...


2013.07.26 / Piątek / 19:51 - Imieniny Ani

Pisać mi się nie chce, jestem stale zmęczony. Chyba przejdę z długich notek na krótkie, tak będzie łatwiej i zwięźlej. Tylko czy potrafię pisać zwięźle? ;)

Do środy miałem zwolnienie lekarskie, wykorzystałem całe, by powrócić do zdrowia i wypocząć. Podczas wypoczynku okazało się jednak, że Tatę wypuszczają ze szpitala o tydzień wcześniej, więc moja laba została przerwana. We wtorek pojechaliśmy z sąsiadem do Wieliszewa, odebraliśmy Tatę (wzruszające było prowadzenie go za rękę przez szpital) i przywieźliśmy go do domu. Już następnego dnia, w środę, odkleił się worek na mocz, przez co szybko zostałem poddany konieczności przeprowadzenia operacji wymiany worka na nowy. Ponownie zobaczyłem stomię, która w warunkach domowych nie wydała mi się już tak straszna jak w szpitalu i tym razem odbyło się bez mdlenia. Nowy worek trzymał się chyba nawet przez dobę...

W czwartek pomaszerowałem do pracy, gdzie wszyscy dziwili się, że mam obcięte włosy. Wszyscy, którzy mnie znają i rozpoznają, a mam wrażenie, że po tych ośmiu miesiącach i tak jestem kimś anonimowym dla większości pracowników. Bardzo dobrze, bo właśnie na tym mi zależy. Prawie z nikim nie rozmawiam. :P Dyżur miałem bardzo krótki, bo wypuszczono mnie już po pięciu godzinach, z powodu bardzo małego ruchu. Później okazało się, że ruch był tak mały z powodu awarii, spamy nie dotarły do klientów, tylko zawisły gdzieś w przestrzeni telekomunikacyjnej, a następnie odblokowały się wieczorem, przez co ruch z piętnastu klientów przypadających na jednego operatora, zwiększył się do trzystu.

Po wyjściu z Orco wpadłem do Merlina, jednego i drugiego, a następnie do Empiku. Dopiero niedawno przypomniałem sobie, że obok Orco jest Merlin, w którym kiedyś regularnie odbierałem towar, oddalony od firmy zaledwie o kilkaset metrów. Z jakiegoś powodu przez ostatnie pół roku wszystko zamawiałem do Merlina przy Metrze Politechnika, niepotrzebnie utrudniając sobie w ten sposób życie. Odebrałem z Merlinów co miałem odebrać (IAMX i Musierowicz), a następnie odebrałem siostrę, która akurat przyjechała z Puław, by pomagać nam w walce ze stomią Taty.

Przewiozłem siostrę samochodem przez las, ale jechałem zbyt szybko, nie zważając na liczne doły i nazbyt ufając amortyzatorom w swoim Fiacie Punto. W końcu wjechałem w taki dołek, który okazał się być zbyt głęboki jak na osiągniętą przeze mnie prędkość, coś stuknęło, walnęło i zaczęło działać trochę inaczej niż wcześniej. Okazało się, że zerwała się guma z amortyzatora i wyciekł z niego olej. Nie wiem czy to pewne, ale wygląda na to, że wykończyłem amortyzator, a nowy kosztuje ponad sto złotych, lecz zawsze wymieniać należy je parami. Wpadka. :) Samochód zaczyna mnie denerwować, jako maszyna będąca źródłem niepotrzebnych problemów i wydatków. :P Najchętniej sprzedałbym tego Fiata w cholerę, ale wiadomo, że tego nie zrobię... Jeszcze nie teraz.

W piątek były imieniny Ani, czyli mojej młodszej siostry, ale także koleżanki z pracy, którą ostatnio podrywam, przy czym w moim podrywaniu więcej jest denerwowania niż prawdziwej adoracji. ;) Ania jakoś się tam zaangażowała, widać to po niej, a jej zaangażowanie podsyciłem dodatkowo białymi czekoladami, które podarowałem jej jako prezent imienionowy (na czarne jest uczulona). Wieczorem, po powrocie do domu, podczas rozmowy na gadu gadu ochłodziłem skutecznie jej zapał, wyjaśniając jej, że według mnie absolutnie nie jest piękna i nie będę o niej mógł tak nigdy powiedzieć, ani napisać. Po raz kolejny moja szczerość doprowadziła do rozpadu wszystkiego. :) Nie szkodzi, mimo wszystko będę stał po stronie swojej niemiłej, brutalnej, denerwującej i bezczelnej szczerości, nawet jeśli będzie mi ona bardzo szkodzić.


"I never promised you an open heart or charity
I never wanted to abuse your imagination

I come with knives
I come with knives
And agony
To love you"

IAMX "I come with knives"


2013.07.22 / Poniedziałek / 00:37 - Gorszy ja

Właśnie sobie przypomniałem, że miałem już nigdy nie obcinać włosów, że miałem je zapuszczać i zapuszczać i zapuszczać... Jak na chłopaka z puszczy przystało. Cóż, jest już za późno, "It's too late", jak śpiewał David Bowie, podjąłem chaotyczną decyzję i będę ponosił jej skutki przez kilka kolejnych miesięcy. Następnym razem, gdy wpadnę na ten sam pomysł, to włosy zgolę nie tylko maszynką do strzyżenia, ale także maszynką do golenia, na kompletne zero. To będzie coś nowego. Będę utożsamiał się z ludźmi po chemioterapii.

Przywiozłem właśnie samochodem młodszą siostrę, by nie szła sama przez las o północy. Ostatnio strasznie się rozleniwiłem, najchętniej za każdym razem jeździłbym do Truskawia samochodem, zapomniałem już o czymś takim jak rower... Może dlatego, że jestem wiecznie chory i zmęczony. Za moją chorobę na pewno odpowiedzialna jest klimatyzacja w firmie, która wykańcza mi gardło od niemal dziewięciu miesięcy. Z pogrzebu wracałem klimatyzowanym samochodem i już w nim poczułem, że dopada mnie kolejne przeziębienie... Klimatyzacja to zło.

Wszystko nieważne, bo kiedyś i tak dopadnie mnie rak. Gdy poczuję, że koniec jest już bliski, rozpędzę swojego Fiata Punto do dwustu kilometrów na godzinę i zderzę się czołowo z lokomotywą lub tirem, ewentualnie z drzewem lub betonową ścianą. Mogę też pojechać do Norwegii i rzucić się samochodem z fiordu, wypełniając wcześniej bagażnik nitrogliceryną. Ostatecznie zastrzelę się z kilku strzelb jednocześnie, lub zbuduję sobie gilotynę.

Póki co raka chyba jeszcze nie mam, mogę żyć, a nawet mogę się zbliżać do kolejnej dziewczyny, Ani z firmy, z którą dzisiaj pogadałem sobie przez telefon. Ania to straszna gaduła, a ja zawsze lubiłem gaduły. Chyba po raz pierwszy trafiłem na dziewczynę, która nie idzie z facetem do łóżka w pierwszym tygodniu znajomości. Nareszcie jakaś poważna? Podrywałem ją już w maju, gdy jeszcze byłem w związku z Asią. Podświadomie szukałem lepszej?

Jaką świetną muzykę właśnie puszczają w Trójce. Ostatnio słucham sporo radia i dochodzę do wniosku, że ono wcale nie jest takie złe jak myślałem, zwłaszcza, że słucham tylko Trójki... Słucham też dużo muzyki ze swoich płyt, gromadzonych przez ostatnie trzynaście lat. Jestem zachwycony swoją kolekcją, mam mnóstwo pięknej, wartościowej muzyki. Mógłbym leżeć i słuchać, słuchać, słuchać... W zasadzie teraz mogę to robić, przede mną jeszcze trzy dni wolne.


"You and I, alone here
You and I
It'll end in tears"

This Mortal Coil "A single wish"


2013.07.21 / Niedziela / 21:14 - Choruję sobie

Chorowania ciąg dalszy. Jestem już w lepszym stanie, leki faktycznie działają, ale to nie znaczy, że już powróciłem do pełnego zdrowia. Czuję, że powinienem jeszcze sobie powypoczywać w domku, przed telewizorem, tak długo jak chciał lekarz, czyli do środy. Do pracy pójdę dopiero w czwartek. Siostra wróciła dziś do Puław, a wczoraj odwiedziła w szpitalu Tatę, który nie pokazał jej swojej stomii, bo miał ją zakrytą woreczkiem. Szkoda. Może zemdlałaby tak jak ja? ;) Tata czuje się coraz lepiej i dzisiaj nawet wyjęto mu dwie rurki, które miał wetknięte w miejscu, w którym kiedyś znajdował się jego pęcherz. Niebawem wróci do domu i będziemy musieli się nim zajmować. Póki co żyjemy jak na wakacjach, przynajmniej ja, niezdolny do pracy. ;)


2013.07.20 / Sobota / 13:58 - Włosy precz

Moje włosy są coraz bardziej liche, coraz bardziej siwe i jest ich coraz mniej, dlatego postanowiłem się z nimi pożegnać, chwyciłem za maszynkę i skróciłem je wszystkie do długości jednego milimetra. Właściwie zawsze robię to raz do roku, więc tylko podtrzymałem tradycję. Wygodnie mi bez nich, a że nie będę się teraz podobał żadnym dziewczynom - mała strata. ;) Ania z firmy się załamała.

Nadal jestem chory, ale dzisiaj wziąłem leki, które nieco mi pomogły. Odwiozłem siostrę do Truskawia, ściąłem włosy, a teraz coś zjem i poleżę w łóżku... Bardzo się cieszę, że nie muszę dziś pracować, bo mój stan zdrowotny zdecydowanie na to nie pozwala.


2013.07.20 / Sobota / 13:54 - Nowa maszynka do golenia

Trzecia w moim życiu maszynka do golenia. Nie umiem golić się zwykłymi maszynkami, z żyletką, potrzebuję elektrycznych i tym razem mój wybórł padł na maszynkę firmy Panasonic. Jest ona dosyć mocno wypasiona, ma własną stację dokującą, w której sobie mieszka, w której się myje i w której ładuje swoje akumulatory. ;) Wszystko to jednak tylko marketing, bo poprzednie maszynki, tańsze i prostsze, były równie dobre jak ta. Producent zaleca wymianę folii po jednym roku użytkowania, ale takich folii nie można nigdzie kupić, nawet w serwisie. Poprzednie maszynki wciąż działały, z tym, że jedna miała zepsuty trymer, a w drugiej nie działało nic poza trymerem. Oddałem je Tacie, który teraz nie ma siły golić się maszynką z żyletką. Siostra właśnie zawiozła je Tacie do szpitala...


2013.07.18 / Czwartek / 20:38 - Na IAMX do Stodoły

Zdjęcie dodane wczoraj, notka pisana dziś. więc jednak nie udaje mi się walczyć z tymi opóźnieniami. Teraz będę mógł wszystko nadrobić, bo dzisiaj dostałem od lekarza pięć dni zwolnienia. Lekarz spojrzał w moje gardło, kazał powiedzieć aaaa i zabronił mi pracować. Trzy dni temu nie dałem rady pracować - wypisałem sie z dyżuru zaraz po przyjściu do firmy, następnie miałem dzień wolny, podczas którego tylko pozornie wydobrzałem. Wczoraj poszedłem do pracy i po sześciu godzinach poczułem, że nie jestem w stanie dłużej pracować, przez co ponownie wypisałem się z dyżuru. Po powrocie do domu byłem w koszmarnym stanie, a noc była jeszcze gorsza. Dzisiaj podjąłem decyzję, że po raz pierwszy w życiu pojadę do lekarza po zwolnienie z pracy i udało się. Pan Borowski przyjąl mnie bez kolejki i przepisał jakieś leki, które zacznę brać od jutra. Jestem bardzo osłabiony...

Poza tym, że jestem chory, dni mijają mi ostatnio przyjemnie. W domu nie ma Mamy, bo nie żyje, nie ma Taty, bo jest w szpitalu. Można puścić sobie "Piratów z Karaibów" na dvd w środku nocy, ustawiając wzmacniacz na niemal pełną głośność, by dźwięk był jak w kinie i nikt nie ma nic przeciwko temu, bo jestem tutaj sam... Siostra pracuje czasem na nocki. Do braku Mamy przywykliśmy bardzo szybko, przynajmniej ja... Nie myśli się o tym, że kiedyś tu była, a teraz Jej nie ma. Wspomina się o tym tylko na blogu...

W uczuciach i życiu towarzyskim bez zmian. Koleżanka z pracy jest mi coraz bliższa i nawet przynosi mi na dyżur różne podarki. Chyba tylko do niej będę chciał się zbliżać, bo przy niej czuję się bardzo dobrze. Miło jest poobcować wreszcie z kimś inteligentnym, prawie tak jak ja. ;) Jeśli się nie uda - z czasem znajdę sobie inną. Na Sympatii.pl nadal jeste aktywny, ale poznaję tam ostatnio głównie piętnastolatki, dziewczyny, które właśnie ukończyły gimnazjum i idą do liceum. Z jedną nawet porozmawiałem ostatnio kilka razy przez telefon, a bloga drugiej przeczytałem dzisiaj w całości... Przepadnijcie wy wszyscy, którzy uważacie, że piętnastolatka nie może być mądra. Młodość jest bardzo ciekawa, lubię mieć z nią kontakt, choć sam jestem od niej coraz dalej i dalej. Są też inne dziewczyny, ale mój profil stał się dla nich interesujący dopiero wtedy, gdy nauczyłem się rozpoczynać znajomość od bycia złośliwym. Cóż, widocznie z kobietami tak właśnie trzeba postępować, trzeba być wredna mendą. ;) To nawet dobrze, bo bycie wredną mendą łatwo mi przychodzi...

Leżę w łóżku, mam podłączony komputer do telewizora, co jest świetnym rozwiązaniem, a byłoby jeszcze świetniejszym, gdyby telewizor był większy. Obejrzę dziś kolejne filmy od koleżanki z pracy, a później... Porządnie się wyśpię. Jutro starsza siostra odwiedzi Tatę w szpitalu, a ja teraz cofnę się o jeden krok i napiszę notkę o tym co widziałem w Wieliszewie, podczas ostatniej wizyty. Stomia - coś od czego nie możemy uciec.

Ach tak, kupiłem sobie bilet na koncert IAMX. Daleko jeszcze do niego, bo odbędzie się dopiero w listopadzie, ale i tak miło, że wracam do kulturalnego życia, po kilku miesiącach kulturalnej pustki z na-szczęście-już-byłą dziewczyną. ;) Na koncercie spotkam prawdopodobnie Kasię z Lublina, obecnie już niemal zupełnie zapomnianą przyjaciółkę, dzięki której poznałem ten zespół. IAMX polecam każdemu człowiekowi mającemu dobry gust muzyczny.


2013.07.16 / Wtorek / 20:11 - Wyprawa z siostrą do Taty

Tak się złożyło, że oboje z młodszą siostrą mieliśmy wolny dzień. Postanowiliśmy odwiedzić w szpitalu naszego biednego Tatę, który kilka dni temu pomyślnie przeszedł operację. Do Wieliszewa dostaliśmy się pociągiem SKM, odjeżdżającym z Dworca Gdańskiego, a na miejscu okazało się, że do samego szpitala trzeba będzie się przejść przez las, pokonując w ten sposób niemal dwa kilometry. Droga była zawiła i ciekawa zarazem, okolica przypominała mi Truskaw, ale najważniejsze, że na koniec wyszliśmy z lasu przy samym szpitalu. Myślałem, że u Taty będziemy kilkanaście minut, pogadamy troszkę i obejrzymy rurkę sterczącą z jego brzucha, ale nie było tak łatwo. Okazało się, że pani pielęgniarka przygotowała dla nas półgodzinny pokaz i wykład na temat stomii, czyli tego, co zastąpiło Tacie pęcherz po jego wycięciu. Jest to dziura w brzuchu, mająca średnicę około pięciu centymetrów, przez którą wystaje kiszka. Kiszka wygląda dosyć przerażająco, a po pewnym czasie pokrywa się śluzem, przypominającym ten z filmu "Alien". Mocz sączący się przez stomię należy gromadzić w specjalnym woreczku, przymocowywanym do brzucha Taty na klej. Najpierw na ciało nakleja się płytkę, w której wcześniej wycina się odpowiedniy otwór - nie za duży i nie za mały. Skóra musi być doskonale oczyszczona i zadbana, ponieważ w przeciwnym razie płytka szybko odpadnie, a powinna się trzymać przez około pięć dni. Do płytki na zatrzask przymocowuje się woreczek, w którym gromadzi się mocz, i który można co jakiś czas opróżniać. Aby mocz nie wypływał podczas wymiany płytki, w widoczną kiszkę wsuwa się tampon. Tata powiedział, że czeka nas pokaz i pomyślałem - spoko, obejrzymy go sobie, nie jestem przecież wrażliwy na takie widoki. Pani pielęgniarka podwinęła ubranie Taty, naszym oczom ukazała się stomia, a ja poczułem, że coś złego się ze mną dzieje. Po kilku minutach było mi już tak gorąco, że musiałem zdjąć marynarkę, a chwilę później poczułem, że muszę usiąść. Zrobiłem się totalnie blady i zaczęło mi się kręcić w głowie, przez co pani pielęgniarka musiała przerwać pokaz i otworzyć okno. Moja siosra zareagowała tak samo. Zupełnie nie spodziewałem się u siebie takiej reakcji, myślałem, że jestem o wiele twardszy, a tymczasem zmeniłem się w galaretę. :) Zrozumiałem, że w przyszłości nie mógłbym jednak być przy narodzinach swojego dziecka, bo szybko bym tam zemdlał. Szkoda. Niby tyle jest brutalności w filmach i grach komputerowych, niby jesteśmy przyzwyczajeni do widoku krwi, ale wystarczy pójść do szpitala, obejrzeć małą dziurkę w brzuchu własnego Taty, uzmysłowić sobie, że trzeba będzie się nim zajmować, by dostać zawrotów głowy i niemal zemdleć. Mdlałem po raz pierwszy w swoim życiu... Niewiele brakowało, bym odleciał całkowicie.

Po wizycie w szpitalu pojechaliśmy z siostrą na pizzę do La Tomatina. Do końca dnia nastrój miałem jedak skopany, bo zrozumiałem, że sytuacja Taty po operacji jest o wiele poważniejsza niż mi się wcześniej mogło wydawać. Ech, życie jest takie trudne... Najważniejsze jednak, że Tata nie ma już pęcherza i nie będzie miał krwotoków. Nie wiem co z dalszym leczeniem i na razie nie chcę tego wiedzieć...

Cieszmy się wszyscy, my, którzy mamy zdrowe pęcherze i w każdej chwili możemy normalnie pójśc do ubikacji, by załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Doceniajmy to co mamy.


2013.07.14 / Niedziela / 21:35 - Ania z Bródna

Na Bródno ostatnio regularnie jeżdżę po pracy... Ania, koleżanka od filmów, od torebki w serduszka, jest już chyba kimś więcej niż koleżanką... Nawet pizzę w La Tomatina zjedliśmy kilka dni temu. Dużo pracy, a będzie jeszcze więcej, bo muszę nadrobić to co straciłem na początku miesiąca. Wyniki na szczęście też niezłe, choć przy tak dużym ruchu ciężko wyrabiać naprawdę dobre przeciągi. Siostra przyjechała z Puław, odwiedziła Tatę, już po operacji. Tata żyje, podobno ma się jako tako... Na razie znajduje się na oddziale intensywnej terapii, ale jutro ma już być przeniesiony na zwykły, jeśli wszysko dobrze pójdzie... Przed operacją znowu miał krwotok, więc sytuacja była już naprawdę marna i poważna, a nawet tragiczna. Mnie boli głowa i gardło, a nawet cała szyja... To na pewno rak mózgu połączony z rakiem krtani i kilkoma innymi... Może powinienem się wreszcie wyspać. Kładę się, sam w domu.


2013.07.10 / Środa / 20:33 - Odnowiona Warszawa Wschodnia

Warszawa Wschodnia wyremontowana. Bardzo ładnie, czysto, w miarę nowocześnie. Dworzec Wschodni kojarzy mi się przede wszystkim z moim wyjazdem do Wrocławia, z Owcą i jej piękną koleżanką, Agnieszką. Było to w roku 2011, a sam wyjazd wspominam jako jedno z przyjemniejszych doświadczeń mojego życia. Chętnie pojechałbym sobie gdzieś jeszcze... Niby mogę, czasu dużo, pieniądze są i nawet mam z kim jechać... Póki co jednak zostaję w stolicy, zostaję w Truskawiu.


2013.07.10 / Środa / 20:33 - Przejażdżka do Otwocka

Otwock okazał się być ładnieszy niż Wołomin. Sporo w nim zieleni, sporo całkiem porządnych bloków, nie ma takiej biedy i menelstwa jak w Wołominie. Przeszedłem spory kawałek jedną ulicą, odebrałem antenę i wróciłem w okolice dworca PKP. Na miejscu okazało się, że na peronie stoi właśnie pociąg SKM, którym można dojechać za darmo (na karcie miejskiej) do Warszawy Wschodniej. Jechało się bardzo przyjemnie, bo te nowoczesne SKMki są zdecydowanie fajne.


2013.07.10 / Środa / 20:33 - Patelnia

Sąsiad podwiózł mnie na Młociny, skąd przejechałem się na Śródmieście. Planowałem dostac się do Otwocka pociągiem Kolei Mazowieckich, odjeżdżającym ze starcji Warszawa Śródmieście, ale na miejscu przypomniałem sobie, że stacja jest obecnie zamknięta dla pociągów, z powodu wymiany torów na Moście Średnicowym. Zacząłem się zastanawiać jak dojadę do Otwocka, w którym musiałem odebrać zakupioną na Allegro antenę do modemu, ale szybko znalazłem przystanek z autobusami, które tam się kierują. Znajduje sie on pod Rotundą, przy Alejach Jerozolimskich, a linię obsługuje firma MiniBus. Dojazd do Otwocka kosztuje 5,50zł, a podróż trwa godzinę. Dobrze, że mam przy sobie GPS'a, który powoli staje się jednym z moich najważniejszych gadżetów, bo tylko dzięki niemu wiedziałem gdzie mam wysiąść.


2013.07.10 / Środa / 20:33 - Tata dwa dni przed operacją

Mnóstwo papierków do wypełnienia, większośc z nich o poważnej treści, sugerującej, że podczas operacji coś może pójść i tak i można się przez to rozstać z życiem. Powikłania także mogą wystąpić i prawdopodobnie wystąpią... Tata ma w szpitalu spędzić trzy tygodnie. Dostał ładny, dwuosobowy pokój, pożegnał się ze mną i został... Sam.


2013.07.10 / Środa / 20:32 - Szpital w Wieliszewie

Szpital w Wieliszewie. Kolejne miejsce, w którym można spotkać ludzi naznaczonych rakiem. Od teraz można tam spotkać mojego Tatę, który trafił w to miejsce na operację usunięcia pęcherza. Miejsce bardzo ładne, szpital nowoczesny, na uboczu. Dojazd nieco trudny, ale to przede wszystkim moja wina, bo... Tak tak, nadal nie mam prawa jazdy. Nasz sąsiad zawiózł na miejsce Tatę i mnie... Dziękujemy, jak zwykle. Muszę się zapisać na egzamin...


2013.07.09 / Wtorek / 22:35 - Sąsiedzi z Truskawia Małego

Sąsiedzi, którzy zawieźli mnie do Puław, a następnie przywieźli do Truskawia. W środku Renata, koleżanka ze szkoły podstawowej, z którą chodziłem do jednej klasy. Po bokach jej rodzice, w tym Pan Edek, który tak często woził Tatę do szpitala, dlatego, że ja nie zrobiłem prawa jazdy. Miło, że sąsiedzi wybrali się na pogrzeb Mamy, mimo że musieli w tym celu przejechać w sumie ponad 300 kilometrów. Poza nimi nikt inny z Truskawia i okolic się nie zjawił. Przyjechali za to także dawni znajomi rodziców, a szczególnie Taty. Znajomi, których odwiedzaliśmy w Pusczy Kampinoskiej jeszcze wtedy, gdy sami w niej nie mieszkaliśmy.


2013.07.09 / Wtorek / 22:33 - Mama pochowana

Grób już jest. Pomnik będzie wkrótce. Wieńce piękne, ale zbędne, bo kilka dni później nadają się tylko do wyrzucenia. Kolejne standardowe zachowanie - ludzie kupują wieńce, bo takie są zasady, bo tak ktoś ustalił. Wydają pieniądze na coś zupełnie niepotrzebnego, ale jeśli chcą - niech im będzie. Ktoś przynajmniej zarabia uczciwie na produkcji wieńców. Trzeba będzie wybrać jakieś ładne zdjęcie Mamy, które umieści się na pomniku. Miło będzie tam jeździć i patrzeć Mamie w oczy, rozmawiać z Nią w myślach. Z Mamą można zresztą teraz rozmawiać cały czas. Mama prawdopodobnie wszystko teraz widzi.


2013.07.09 / Wtorek / 22:27 - I do dołu

Ksiądz zawodził te idiotyczne pieśni kościelne, aż miałem ochotę kopnąć go w tyłek, by wpadł do tego grobu. Nie podobała mi się ta ceremonia, wolałbym żeby wyglądało to inaczej. Dzieci i rodzina sama mogłaby nieść trumnę, a następnie sama by ją zamurowała. Sami byśmy się pomodlili, bez pomocy księdza, który wziął za tę szopkę kilkaset zlotych. Wszystko to było strasznie sztampowe, a nawet nudne. Tylko zapłakana rodzina i koleżanki były naturanym elementem tego pogrzebu. Liczą się ludzie, a nie instytucja, jaką jest kościół.


2013.07.09 / Wtorek / 22:22 - Ostatnia droga Mamy

Cmentarz znajduje się jeszcze dalej od Puław niż myślałem. Spory kawałek drogi, blisko Azotów, których kominy widoczne są na tym zdjęciu. Ładna okolica, ale cmentarz nie jest tak fajny jak stary, znajdujący się nad Wisłą w Puławach. Niemniej na pewno będę tam częstym gościem... To zdjęcie mi się podoba. Ciało Mamy w swojej ostatniej drodze, niesione na ramionach czterech silnych mężczyzn, a w tle Azoty, obok których tyle razy przejeżdżaliśmy z Mamą pociągiem jako dzieci. Tylko tek ksiądz jakiś taki... Denerwujący.


2013.07.09 / Wtorek / 22:14 - Trumna z Mamą

Trumna wyglądała jak zwykły mebel, nie czułem tego, że w środku znajduje się ciało mojej Mamy. A może po prostu ciało zupełnie nic nie znaczy? Obecność Mamy czułem raczej w sobie i wokół siebie, a nawet gdzieś daleko... W zasadzie można powiedzieć, że nie czułem obecności Mamy. Gadka księdza mi się nie podobała i całą uroczystość kościelną uznałem za zbędną. Mnie nie musicie w ten sposób chować, poproszę o pogrzeb cywilny, bo instytucja zwana kościołem nie jest mi do niczego potrzebna w chwili odchodzenia. To takie zinstytucjonalizowanie śmierci, czegoś, co powinno być intymne i namacalne. Kościół odgradza nas od naszych zmarłych i narzuca swoje standardy, które moim zdaniem są po prostu... Głupie? Możliwe jednak, że Mamie się to wszystko podobało... Zawsze lubiła kościoły i była osobą jako-tako wierzącą. Ja też jestem wierzący, ale nie w kościół.


2013.07.09 / Wtorek / 22:11 - A ja nadal lubię pogrzeby

Pogrzeb był krótki i całkiem zwyczajny. Trumna była zamknięta, zwłoki Mamy widziały wcześniej tylko moje siostry, ja się na ten widok nie załapałem, choć już we wtorek Mama wyglądała jak nieżywa. Przed kaplicą spotkaliśmy rodzinę, każdy podawał mi rękę i składał kondolencję. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że na tym pogrzebie nie jestem tylko zwykłym obserwatorem, że będę na nim grał jedną z głównych ról. Nie było źle... Rodzina smutna i zapłakana, ale ja nie płakałem i nawet nie wiem, czy było mi smutno... Czemu pogrzeb nie jest radosną uroczystością, skoro wierzymy w życie wieczne?


2013.07.09 / Wtorek / 22:00 - Klepsydra

Dzień pogrzebu Mamy. Do Puław dostałem się z sąsiadami, ich samochodem. Po ponad dwóch godzinach byliśmy na miejscu, pod blokiem siostry, w tej chwili akurat remontowanym. Na drzwiach od klatki wisiała klepsydra... Bożenna przez dwa n - zawsze trzeba było to powtarzać. Klepsydra nie zrobiła na mnie wrażenia, jakby umarł ktoś inny, a nie moja Mama...


2013.07.08 / Poniedziałek / 21:11 - Piwko na Placu Konstytucji

Wstąpiłem do Merlina.pl po kartę pamięci do telefonu, kupiłem sobie smaczną kanapkę przy Placu Zbawiciela, a po zjedzeniu jej poczułem, że chętnie napiłbym się piwa, więc wstapiłem do pierogarni, w której oprócz pierogów i naleśników można kupić także piwko. Mieszkająca nieopodal Ewa nie mogła do mnie dołączyć, ponieważ była akurat w pracy, ale może kiedyś jeszcze się spotkamy i napijemy razem. Po wypiciu połowy piwa postanowiłem odpisać na smsa od Asi, której numer telefonu już skasowałem, ale która jednak do mnie napisała... Przez jakieś dwie minuty wymiany wiadomości udało mi się unikać mieszania Asi z błotem, ale już w trzeciej minucie zacząłem jej pisać co o niej myślę, nie udało mi się tego uniknąć. Najwidoczniej jakakolwiek przyjaźń między nami jest już niemożliwa, bo swojej byłej dziewczyny nie cenię już za nic, natomiast przeszkadza mi w niej niemal wszystko. Przede wszystkim nie potrafię pogodzić się z tym, że jest taką kłamczuchą, że udawała dobrą, uczciwą dziewczynę, gdy tymczasem jest najgorszą ze wszystkich jakie poznałem. Pokłóciliśmy się i na koniec Asia napisała, że jestem skończonym dupkiem i żałuje każdej chwili, którą ze mną spędziła. I to pisze dziewczyna, która porzuciła mnie bez żadnej rozmowy, usuwając mnie z Facebooka, która znalazła sobie nowego faceta jeszcze przed odejściem ode mnie, która nie kupiła mi nawet najtańszego prezentu na urodziny, która wyrzuciła kwiaty ode mnie do śmietnika, która okłamała mnie w paskudny sposób kilka, lub kilkanaście razy, i która pasożytowała na mnie przez pół roku pierdoląc farmazony o wspólnej przyszłości. Powinienem był ją porzucić już w grudniu, gdy po raz pierwszy poczułem, że coś jest z nią nie tak, gdy tak po prostu, z byle powodu powiedziała, że jestem popierdolony. Powinienem ją wtedy strzelić w twarz i wyrzucić z puławskiego mieszkania, ale zamiast tego zaprosiłem ją kilkanaście dni później na Walentynki do Krakowa i kupiłem ogólnie kilkanaście prezentów, wydając na nie całkiem ciężkie pieniądze. Cóż, może przynajmniej dzięki Asi nauczyłem się ostrożności i braku zaufania do kobiet, a może Asia była karą, która spotkała mnie za to wszystko, co zrobiłem Marzence, za to jak niepoważnie ją traktowałem. Właśnie, Marzenka była świetną, warościową dziewczyną... Tęsknię za nią, mimo tego, że każe mi spierdalać za każdym razem, gdy do niej dzwonię. ;) Ma powód, by to robić. Szkoda, że się w niej nie zakochałem, tak jak w złej Asi...

Po południu powróciłem do swojego leśnego domu, wpatrując się w autobusie w piękną twarz drugiej najpiękniejszej dziewczyny z Truskawia, Kariny. Patrząc na nią poczułem, że jednak nie będę mógł nigdy związać się z dziewczyną, której urodę będę oceniał jako przeciętną. Oczywiście, charakter jest ważniejszy, ale bez urody po prostu się nie da... Kochać. Możliwe, że po prostu zawsze będę samotny i żadnej rodziny nie założę. Jeśli tak ma być, niech tak będzie. Przynajmniej dzieci nie będą się o mnie martwić, gdy zachoruję w przyszłości na raka...

Właśnie. Kasia, z którą spotkałem się wczoraj, opowiadała o tym, że jej koleżanka, nasza rówieśniczka, ma raka mózgu. Lekarz zabronił jej używać telefonów komórkowych i powiedział, że ostatnio, odkąd upowszechniła się telefonia komórkowa i internet mobilny, a szczególnie technologie trzeciej generacji, odnotowuje się znaczny wzrost zapadalności młodych ludzi na raka. A jeśli to prawda, że telefony komórkowe naprawdę są aż tak szkodliwe? Czy ludzkość potrafiłaby z nich zrezygnować? Czy firmy zarabiające na telefonii komórkowej miliardy dolarów, zgodziłyby się na potwierdzenie tej szkodliwości? Może po prostu powinniśmy odłożyć telefony na bok i używać ich tylko wtedy, gdy naprawdę tego potrzebujemy? Chyba niebawem będę telefoniczne offline.

Obejrzę jakiś film i pójdę spać... Jutro pogrzeb Mamy. Zawsze lubiłem pogrzeby, może więc i ten mi się spodoba... Może Mamie też się spodoba.


2013.07.08 / Poniedziałek / 20:46 - Wolny dzień przed pogrzebem Mamy

Poniedziałek, piękny, słoneczny dzień. W ogóle początek lipca pod względem pogody jest bardzo przyjemny. Pojechałem do Izabelina, poszedłem do banku, wypisałem się z jutrzejszej wizyty w ośrodku zdrowia, opłaciłem rachunek za prąd na poczcie i czynsz w dyrekcji Kampinoskiego Parku Narodowego. Wszyscy tam już wiedzą, że Mama odeszła, tak samo jak wiedzą o zbliżającej się operacji Taty. Operacja już w tym tygodniu, w piątek...

Czekając na przyjazd autobusu pokręciłem się w szkolnym boisku mojej dawnej podstawówki. Sporo się tam zmieniło, ale stara część szkoły nadal jest niemal zupełnie taka sama jak wtedy, gdy byłem dzieckiem. Wydaje się, że tak niedawno miałem dziesięć lat, tak szybko dzieciństwo i młodość przemineły, tak szybko nadszedł moment, którego jako dziecko niezwykle się obawiałem. Kiedyś nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić jak zniósłbym śmierć Mamy, ale teraz, jako dorosły, choć niepoważny człowiek, radzę sobie z tym zadziwiająco dobrze. Może swoją śmiercią też nie za bardzo się przejmę. ;)

Z Izabelina pojechałem do Warszawy, w której załatwiałem to i owo, a następnie wstąpiłem sobie w jedno miejsce na piwko, oglądając po drodze setki zgrabnych dziewczyn w krótkich spodenkach... :P


2013.07.08 / Poniedziałek / 09:35 - Randka z najstarszą Kasią

Najstarsza dziewczyna, z jaką umówiłem się na randkę - 32 letnia Kasia. Zabroniła mi publikować tutaj swoją twarz, więc uwieczniłem kwiat i trochę ciała. ;) Przedsiębiorcza, pracowita, doskonale zorganizowna, rozważna, spokojna, sympatyczna i do tego nawet ładna. Niefotogeniczna, co sama zasugerowała i co osobiście sprawdziłem, robiąc jej zdjęcia, ale na żywo ładna, podobna do mojej Mamy z młodości. ;) Spotkaliśmy się pod kinem Femina, przeszliśmy na drugą stronę ulicy, do Starbucks Coffee i tam spędziliśmy półtorej godziny, rozmawiając i pijąc smaczną kawę. Początkowo było troszkę sztywno, jak zwykle na początku, ale szybko się rozkręciliśmy i na koniec nawet szkoda było się rozstawać. Wszystko w Kasi jest w porządku, nie powiedziała niczego co by mnie do niej zniechęciło, ale jakoś szczególnie zauroczony tez nie jestem - ot, taka koleżanka. ;) Po wyjściu z kawiarni przytuliliśmy się, dając sobie trochę ciepła, a następnie zostałem odprowadzony pod samo Orco Tower, choć tylko dlatego, że Kasia akurat szła tamtędy w swoją stronę. Ledwo zdążyłem na dyżur, wszedłem na salę w ostatniej minucie... Na szczęście dyżur poszedł mi świetnie i chyba nawet skończyłem go z najlepszym wynikiem ze wszystkich pracowników. Moi przełożeni wykreślili mi co prawda sobotę i niedzielę z grafiku, myśleli, że nie przyjdę pracować po śmierci Mamy, ale ja uznałem, że nie jest to konieczne i w dodatku poszło mi całkiem dobrze.

Być może spotkam się jeszcze kiedyś z Kasią, być może nie... Kasia lubi mężczyzn, którzy dobrze tańczą, więc to raczej nie ja. ;) Nazwała mnie sympatycznym na koniec i stwierdziła, że miło było mnie poznać. Spotkanie z 32 latką jest zupełnie inne niż wszelkie spotkania z młodszymi dziewczynami. W zasadzie podoba mi się mądrość i dojrzałość kobiet w moim wieku. Chyba już nie chciałbym randkować z dwudziestolatkami, które zazwyczaj po prostu nie wiedzą czego chcą, lub są bardzo niestabilne. Kasia przekonała mnie, że rówieśniczki mogą być dla mnie lepszym rozwiązaniem. Zobaczymy, co przyniosą dalsze poszukiwania...

Tymczasem wstaję z łóżka, idę zrobić sobie śniadanie i jadę do Izabelina oraz do Warszawy, załatwić kilka spraw. Tata za dwa dni jedzie na operację, a tymczasem sam pali w piecu... To nie jest dobre, mógł poczekać na mnie.

Jutro pogrzeb Mamy... Młodsza siostra do Puław dostanie się już dziś, ja natomiast jutro pojadę tam samochodem z sąsiadami, którzy także wybierają się pożegnać Mamę. Mamę znało mnóstwo osób, gdy jechała rowerem przez Truskaw, prawie wszyscy się Jej kłaniali. Była powszechnie lubiana, uważana za ciepłą i życzliwą osobę. Na pogrzeb jednak przyjadą tylko Ci najbardziej zaangażowani, bo odbędzie się on 150 kilometrów stąd, w Puławach. Tak, zdecydowanie to jedyne dobre miejsce dla Mamy... Puławy, nowy cmentarz, przy mojej ukochanej trasie do Dęblina... Będę często zajeżdżał...


2013.07.08 / Poniedziałek / 09:12 - A teraz trochę życia

Nie wierzycie pewnie, ale już się pozbierałem. Smutek trwał trzy dni, ale w niedzielę nie zostało z niego już nic. Dobrze, wiem, że i tak nie wierzycie, ale to prawda. Uznałem, że Mama jest obecnie na wyższym poziomie od nas i w sumie to powinniśmy się użalać nad tym, że jeszcze żyjemy... ;) Ale przecież, życie jest piękne, gdy jest się zdrowym.

Korzystając ze zdrowia, a może z jego resztek, bo nigdy nie wiadomo kiedy zdrowie zmieni się w chorobę, postanowiłem wykorzystać wolny czas przed pracą, na spotkanie z pewną Kasią, z Sympatii, poznaną tam ponad pół roku temu, w tym samym czasie, w którym poznałem Asię. Z Kasią miałem już w grudniu wyznaczoną randkę, ale moje zbliżenie się do Asi anulowało wszystkie inne spotkania z innymi kobietami. Asi już nie ma, usunąłem nawet jej numer telefonu, bo jest marna i niegodna zaufania nawet jako koleżanka, więc jestem już otwarty na nowe znajomości. :)

Kasia była pierwsza, dostąpiła więc zaszczytu poznania Pana Michała w pierwszej kolejności, a inne kobiety grzecznie czekają w kolejce. ;) Jest więc przede wszystkim Ewa, mieszkająca w okolicach kina Luna, trzydziesto-jedno latka o dobrym sercu, bardzo mądra i ciepła dziewczyna, posiadająca w domu niezliczoną ilość mrożonej pizzy. Jest też koleżanka z pracy, dwudziesto-ośmio letnia, trochę chaotyczna, z ADHD, ale znająca się na kinie, wrażliwa dziewczyna, pod względem urody zastanawiająca (ładna, czy nieładna?), najlepsza w firmie pod względem wyników i przepracownych godzin. W zasadzie pracuje tak dużo, że nie ma nawet czasu kiedy się z nią spotkać poza firmą. Jest też Edyta, najbardziej mnie interesująca, z którą najchętniej bym się spotkał, znana mi od półtora roku, ale mająca obecnie mężczyznę, którego znalazła sobie chyba na pocieszenie... Jest też jakaś Marta mieszkająca między Puławami, a Radomiem, z którą przyjemnie się rozmawia, ale która nie pokazała mi nawet swojego zdjęcia, więc nie mogę traktować jej poważnie. ;) Poza tym jest jedna atrakcyjna miłośniczka Woodyego Allena i Sonic Youth, dwudziesto-siedmio latka o doskonałym guście muzyczno-filmowym, która przez wiele lat mieszkała gdzieś blisko Truskawia, może w Izabelinie, i która nawet nazwała mnie wczoraj "interesującym". To już chyba wszystkie... Nie liczę jeszcze dwóch, które napisały do mnie wczoraj po raz pierwszy, szczególnie tej piętnastolatki spod Szczecina. ;)

A ta dziewczyna na zdjęciu? Po prostu przechodziła ulicą, gdy szedłem pod kino Femina, na spotkanie z Kasią. Okaz zdrowej, zgrabnej, szczupłej, wysokiej kobiety. Tylko szorty ma troche za długie. ;) Mama, gdy była już chora, zwracała uwagę na piękno kobiecej urody, patrzyła w telewizor i powtarzała, jak wspaniale jest być zdrową i zadbaną kobietą, jakie one wszystkie są piękne... Tak, życie i zdrowie jest piękne. Życie pozostaje takie do samego końca, nawet w chorobie, jest cenne do ostatniego odechu i tak bardzo różni się od nicości, która zostaje tutaj po człowieku w chwili jego śmierci... Chcę teraz żyć bardziej.


2013.07.05 / Piątek / 19:01 - Przeszłość

Włożyłem do odtwarzacza ulubioną płytę Mamy, praktycznie jedyną, której słuchała - Leonard Cohen "Ten new songs" i zabarałem się za porządkowanie Jej rzeczy. Spora ilość papierów, kilkadziesiąt zdjęć, dokumenty, świadectwa szkolne z podstawówki, listy od Babci, z bardzo dawnych czasów, z początku lat osiemdziesiątych, albo końca lat siedemdziesiątych, a nawet bardzo stare listy od Taty, chyba można je nazwać listami miłosnymi, które były pisane jeszcze przed ślubem. Nie miałem pojęcia, że są w naszym domu, schowane na dnie szuflady. Powyższe zdjęcie pochodzi z dyplomu ukończenia studiów, więc Mama ma na nim mniej niż 25 lat. Zobaczenie pisma Mamy, czytanie Jej zapisków, przyprawiło mnie o jeszcze większy smutek. Postanowiłem zachować te wszystkie rzeczy i mieć je do końca życia. Duża ilość zapisków poświęcona jest leczeniu raka wszelkimi metodami polecanymi przez znajomych i rodzinę. Wszystkie metody są niewiele warte, gdy choroba jest wykryta w tak zaawansowanym stadium. Mama o tym wiedziała, nie była głupia i naiwna, nie wierzyła, że jakiekolwiek leczenie przyniesie skutek... W wielkim strachu czekała tylko na to co nieuniknione. Musiało być Jej bardzo, bardzo ciężko, ale i tak dzielnie to znosiła.

Koniec był smutny i bolesny, ale wcześniejsze lata życia mojej Mamy, były przecież szczęśliwe. My, dzieci, byliśmy największym szczęściem Mamy i odczuwaliśmy to zawsze, każdego dnia. Piękne są te wszystkie zdjęcia, na których Mama jest zdrowa, na których jest młoda. Tak często się uśmiechała, tak ciepłą była osobą. Niektórzy czytający te słowa mieli okazję poznać moją Mamę, większość jednak nie. Niektórzy poznali Ją wtedy, gdy była już chora i o nich można powiedzieć, że prawdziwej mojej Mamy jednak nie poznali. Kiedyś przyjemnie mi było zapraszać znajomych do naszego rodzinnego domu, gdy miałem świadomość tego, jak Mama ich ugości, ugotuje coś smacznego, porozmawia serdecznie, a gdy trzeba będzie, pożyczy, a nawet da pieniądze, choćby sama miała niewiele. Jakże brakuje Jej tu teraz, jakże pusto jest bez Niej...

Doceniam jednak to, że sam mam trzydzieści lat, że być może jeszcze dużo życia przede mną, że wciąż mam dużo możliwości. W końcu mam tylko kilka lat więcej niż Mama na powyższym zdjęciu. Najważniejsze jest dla mnie teraz znalezienie dobrej dziewczyny, a następnie założenie rodziny... Kiedyś w końcu się uda, zwłaszcza wtedy, gdy będę się kierował nie tylko sercem i instynktem, ale także rozumiem. Żałuję tylko, że nawet gdy będę miał swoje dzieci, to babcię będą one znać wyłącznie z opowieści, z filmów, z bloga, ze zdjęć... Zawsze bardzo chciałem, żeby Mama miała okazję wykazać się jako babcia. Byłaby przecież wspaniałą babcią... Mogła jeszcze tak długo żyć. Swoją Mamę straciła dopiero wtedy, gdy sama była po pięćdziesiątce.

Jesteśmy jeszcze my, dzieci. W każdym z nas Mama jest obecna. Nie tylko w genach, ale także w naszych umysłach i sercach, w naszym podejściu do świata i ludzi... W tym jak nas wychowała. Będzie nam brakować miłości Mamy. Była to najwspanialsza miłość jaką odczuwałem na tym świecie. Każde dziecko powinno być tak kochane.

Zawsze możemy też udawać, że Mamy nie ma teraz w domu, bo pojechała do swoich ukochanych Puław, do sióstr, do rodziny... Tak chyba będzie łatwiej.


2013.07.05 / Piątek / 17:12 - Miejsce, w którym umarła Mama

Czwarty balkon od prawej, sala numer 2, łóżko stojące bliżej drzwi... To właśnie tam widziałem Mamę po raz ostatni i to właśnie tam zakończyła swoje niemal sześćdziesięcioletnie życie. Dzisiaj pewnie leży tam już kolejna osoba, kolejna pacjentka Hospicjum Opatrzności Bożej w Wołominie. Miejsce całkiem ładne, ale... Okropne. Myślałem, że będę odwiedzał w nim Mamę przez kilka najbliższych miesięcy, widząc jak gaśnie, widząc jak smuci się, gdy wracam do domu. Smuciła się tylko raz, nie musiała przechodzić przez to więcej. Chyba otrzymała na sam koniec nagrodę od Stwórcy, za swoje dobre i szlachetne życie... Myślę, że nie straciła wiary w Boga. W poniedziałek przyjęła komunię, modliła się, umierając miała przy swoim łóżku obrazek z Jezusem Chrystusem. We wtorek przywiozłem Mamie to piękne zdjęcie rodzinne, które zrobiliśmy sobie w 2009 roku. Może spojrzała na nie, gdy juz opuściła ciało i widziała cały pokój z góry... Ciekawe jak to jest, tak naprawdę umrzeć...

Jak okopnie musiała się Mama czuć, gdy kładli ją na łóżku, mając świadomość, że przyjdzie Jej na nim umrzeć... Hospicjum jest przerażającym miejscem.

Z hospicjum poszedłem do urzędu stanu cywilnego, w którym dosyć szybko otrzymałem wszystkie dokumenty wystawiane po śmierci człowieka. Urzędnik odciął róg dowodu osobistego Mamy i oddał mi go. Będę go nosił przy sobie, w portfelu... Opuściłem Wołomin, powróciłem do Warszawy i do domu, w którym już czekał na mnie Tata. Wieczorem młodsza siostra wrociła z pracy, a jutro dołączy do nas starsza siostra, która dzisiaj załatwiała wszystkie formalności związane z pogrzebem. Klepsydra jest już wydrukowana...

Wszyscy w domu mamy zapłakane, czerwone oczy... Nie płaczemy przy sobie, ale najwidoczniej łzy lecą nam wtedy, gdy zostajemy sami... Nie sądziłem, że tyle będę płakał...


2013.07.05 / Piątek / 17:03 - Rzeczy po Mamie

Dzień po. Pierwszy dzień reszty naszego życia. Obudziłem się rano, by napalić w piecu. Po zjedzeniu śniadania pojechałem w pierwszej kolejności do Szpitala Bielańskiego, do Taty, który dzisiaj wyszedł ze szpitala. Tata nie będzie mógł pojechać do Puław na pogrzeb Mamy, ponieważ jest w złym stanie fizycznym i od zbyt dużego wysiłku znowu mógłby dostać krwotoku. Stan psychiczny Taty także jest marny, widać, że bardzo przeżył śmierć swojej żony, z którą przeżył niemal czterdzieści lat. Do domu Tata wrócił z naszym niezawodnym, zawsze służącym pomocą sąsiadem, gdyż ja oczywiście nadal nie mam prawa jazdy.

Ze szpitala pojechałem do firmy, w której wypisałem się z dyżuru. Z tego co wiem można to zrobić dwa razy w miesiącu, bez żadnych konsekwencji. Myślałem o tym, by poprosić o wolne do końca tygodnia, ale wydaje mi się, że mój stan psychiczny nie jest aż tak podły, bym nie mógł pracować. Choć różnie z tym bywa...

W południe pojechałem autobusem do Wołomina, mam nadzieję, że po raz ostatni w życiu. Przeszedłem się ulicą Piłsudkiego, przy której znajduje się hospicjum i tym razem było już inaczej, bo miałem świadomość, że na miejscu nie ma już Mamy. Było lżej. Na miejscu podpisałem kilka dokumentów i dowiedziałem się, że Mama po tym jak zastnęła w poniedziałek, już się nie obudziła, do samego końca. Często powtarzała przez ostatni rok, że taka śmierć we śnie jest najlepsza, że to wielki dar, móc odejść w ten sposób. Właściwie Mama obudziła się raz, wtedy we wtorek, przy mnie... Obecnie ma to dla mnie bardzo duże znaczenie i cieszę się, że mogłem przy tym być, że obdarowała mnie tym ostatnim spojrzeniem... Na koniec wizyty przyniesiono mi duży worek z rzeczami Mamy, z którego mogłem wyjąć wszystko to co chciałem ze sobą zabrać. Większość niepotrzebnych już rzeczy zostawiłem, ale te najważniejsze pamiątki zabrałem. Okulary, zegarek, telefon... W telefonie, w nieodebranych połączeniach, zapisany jest mój numer, gdy dzwoniłem do Mamy kilka godzin przed Jej śmiercią... Jest także odebrane połączenie, z poniedziałku, z godziny 19:29, gdy siostra zadzwoniła do Mamy z autobusu, mówiąc gdzie jesteśmy i życząc Jej dobrej nocy. Nie mieliśmy pojęcia, że to ostatnia możliwość, aby porozmawiać z Mamą...

Trzymałem się dzielnie do chwili wyjścia z hospicjum. Nie udało się powstrzymać łez, gdy spojrzałem na zegarek Mamy i przypomniałem sobie, jak na niego parzyła, panicznie odmierzając czas w ciągu całego ostatniego roku. Tak samo podziałał na mnie widok ledwo trzymających się okularów i telefonu, z którym Mama podczas choroby nigdy się nie rozstawała. Było mi bardzo, bardzo smutno... Taki piękny, słoneczny, gorący dzień dziś mieliśmy...


2013.07.04 / Czwartek / 22:10 - 1953 - 2013

Bożenna Górka

1953 - 2013

Moja Mama


2013.07.04 / Czwartek / 21:42 - Mama dzisiaj umarła

Dzisiaj, kilka minut po tym, gdy rozpocząłem dyżur, kilka minut po godzinie 15:00, Mama umarła. Na zdjęciu warszawskie Śródmieście, ponieważ to właśnie tam dowiedziałem się o końcu tej smutnej historii. Jest tylko jedno miejsce na świecie, w którym się rodzisz, jest tylko jedno, w którym umierasz i tylko jedno, w którym dowiadujesz się o śmierci swojej Mamy. Ja dowiedziałem się o tym w firmowej kuchni, do której wyszedłem, by odebrać telefon z hospicjum. Dzwoniąca do mnie pani zapytała co teraz robię, czy może jestem teraz w samochodzie i już wtedy wiedziałem, co chce mi przekazać. Idąc do kuchni z dzwoniącym telefonem nie myślałem o tym co usłyszę, ale chyba spodziewałem się czegoś bardziej przyziemnego i mniej ostatecznego. Ogólnie zniosłem to o wiele lepiej niż mogłoby się wydawać. Przyjąłem fakt do wiadomości, podziękowałem za telefon, buntując się też trochę przeciwko temu, że hospicjum w jedną noc wysączyło z mojej Mamy resztkę życia. Życia, które było już bardzo, bardzo smutne, które tak naprawdę skończyło się rok wcześniej, w dniu, w którym Mama dowiedziała się, że ma raka.

W poniedziałek, gdy wychodziliśmy z siostrą z hospicjum, przekonani, że jeszcze wiele razy będziemy w nim odwiedzać Mamę, to ja spojrzałem na Nią ostatni. Mama była smutna, że wyjeżdżamy, ja się uśmiechałem, wiedząc, że jutro przyjadę ponownie. We wtorek wszystko było już inaczej. Na początku myślałem, że Mama tylko śpi, bo głośno i całkiem zdrowo chrapała, dałem Jej więc pospać kilka godzin, ale gdy podano obiad, postanowiłem w końcu Mamę obudzić. Niestety, nie dawało się tego zrobić. Dotykałem Mamę lekko i mocniej, mówiłem do Niej cicho i głośniej, a w końcu odtwarzałem Jej bardzo głośno muzykę z telefonu, przystawiając go do ucha. Nic nie pomogło, Mama spała cały czas, a ja po raz pierwszy w życiu poczułem, że Mamy już nie ma, że jestem w miejscu, w którym Mama znajduje się fizycznie, ale jako człowiek jest już nieobecna. Było to póki co najsmutniejsze doświadczenie mojego życia, które spotęgowało się dodatkowo wtedy, gdy Mama otworzyła oczy i spojrzała na mnie. To już nie były oczy mojej Mamy, przypominały bardziej oczy ryby, albo jakiegoś zwierzęcia, były bardzo przekrwione, rozjechane na boki, nie było w nich ludzkiego życia, było coś bardzo smutnego i przerażającego zarazem. Powiedziałem wtedy - Mamo, to ja, Michał, przyjechałem do Ciebie, przyjechałem Cię odwiedzić w hospicjum. Wtedy stało się coś pięknego, Mama uśmiechnęła się, przez trzy sekundy jej usta wyrażały radość, bardzo dziwną i zupełnie inną niż przez całe Jej życie, ale jednak poczułem, że Mama ucieszyła się z mojej obecności. Niestety, trwało to tylko trzy sekundy, chwilę później Mama zamknęła oczy i powróciła do poprzedniego stanu, a następnie zaczęła chrapać. Zrobiłem jej wtedy ostatnie zdjęcie, na którym wygląda niemal tak samo, jak Babcia, gdy leżała w trumnie. Poczułem, że mojej Mamy już nie ma, przestraszyłem się, że może już nigdy nie wrócić, że to już koniec. Pocałowałem Mamę w czoło, pogłaskałem po policzku, dotknąłem dłoni i wyszedłem z pokoju, wyszedłem z hospicjum, które mimo całej dobrej woli wspaniałych ludzi, którzy tam pracują, jest bardzo złym miejscem. Każdy człowiek powinien jednak takie miejsce odwiedzić, powinien to wszystko zobaczyć, ponieważ bez tego nie będzie wiedział czym tak naprawdę jest życie.

Skończyło się cierpienie Mamy, skończyła się nierówna walka z rakiem, z góry skazana na przegraną. Rok temu, latem, gdy nie wiadomo było jeszcze gdzie znajduje się źródło choroby, lekarze mówili o tym, że jeśli mieści się ono w płucach, to Mamie pozostały dwa lub trzy miesiące życia. Mama miała szczęście, źródło znajdowało się w piersi, nie musiała żegnać się z nami po dwóch miesiącach, wszyscy dostaliśmy więcej czasu, na to, by się pożegnać, na to, by nacieszyć się ostatnimi miesiącami, tygodniami i dniami z Mamą. Każdy kolejny miesiąc przynosił zmiany na gorsze, aż w końcu sytuacja stała się zupełnie beznadziejna. Ostatni miesiąc Mama przeleżała w jednej pozycji, na swoim łóżku, mając kłopoty z jedzeniem, piciem i wydalaniem. Na szczęście do końca mogła z nami rozmawiać, zachowała jasność umysłu, była w pełni świadoma tego co się dzieje. Odjeżdżając karetką mówiła - żegnajcie dzieci, już nigdy się nie zobaczymy, a ja pomyślałem, że niepotrzebnie przesadza, bo przecież będziemy ją odwiedzać w hospicjum. Nie spodziewaliśmy się, że koniec nastąpi tak szybko... Młodsza siostra faktycznie właśnie wtedy widziała Mamę po raz ostatni.

Gdzie teraz jest Mama? Czy widzi mnie piszącego te słowa, czyta je razem ze mną, lub nawet czyta w moich myślach? Czy zobaczyła się dziś z Babcią i Dziadziem, za którymi tak bardzo tęskniła? Czy jest teraz poddawana osądowi przez Stwórcę? Czy jest doceniona za to jakim dobrym była człowiekiem? Ktoś mógłby powiedzieć - a może tego wszystkiego nie ma? Może Mama po prostu przestała istnieć? Czy taki koniec byłby nieuczciwy? Pustka.

Ja tak nie zapytam, bo wierzę w istnienie duszy. Warto przypomnieć sobie zeszły rok, gdy wczesną wiosną, albo nawet jeszcze zimą, kiedy nie mieliśmy pojęcia o chorobie i byliśmy wspaniałą, szczęśliwą rodziną, Mama opowiedziała nam co Jej się śniło. Powiedziała, że miała dziwny i niepokojący sen - przyśnił jej się Dziadzio i Babcia, rodzice Mamy, którzy we śnie powiedzieli - Bosiu, szykuj dla siebie trumnę. Trochę się wtedy przestraszyłem, tak poważnego snu Mama nigdy wcześniej nie miała, ale po chwili pomyślałem, że to jakieś bzdury, że to tylko sen, a Mama jest jeszcze młoda i zdrowa, więc nie odejdzie. Myslę, że ten sen to jeden z dowodów na to, że śmierć tak naprawdę nie jest końcem, że po niej rozpoczyna się coś innego, ale co konkretnie? O tym dzisiaj przekonała się moja Mama. My wszyscy przekonamy się o tym w swoim czasie.


2013.07.04 / Czwartek / 10:07 - Ciężko jest

Obudziłem się. Siostra pojechała do pracy, ja także wkrótce jadę, wstępując wcześniej do Szpitala Bielańskiego. Tata nadal tam jest, ale już jutro będzie wypuszczony, więc na operację będzie czekał tutaj, a nie w szpitalu, co jest chyba gorszym rozwiązaniem. Mama już czwarty dzień jest w hospicjum, ale tylko pierwszy dzień był normalny. Drugiego lekarze tak ją uśpili różnymi środkami uspokajającymi i przeciwbólowymi, że Mama zmieniła się w warzywo. Nie mamy z Nią żadnego kontaktu, dzwonienie nic nie daje, ale myślę, że jutro mogę się tam przejechać, by obejrzeć zmienioną przez lekarzy Mamę. Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie to zrobili... Mama była jedną z najbardziej żywych pacjentek w całym hospicjum, a teraz najpewniej cały czas śpi. Jest trochę tak jakby już nie żyła... Jakby nie choroba, tylko oni przenieśli mamę do innego świata, w którym już nie ma z Nią kontaktu...

Powrót do pracy nie był zły, od razu zająłem dobre miejsce w wynikach, oczywiście tylko dlatego, że trafiłem na dobrych, wyjątkowo naiwnych klientów. W obecnej sytuacji trochę ciężko mi z nimi rozmawiać, ale jakoś daję radę. Przed pracą zjadłem Wieś-Maka, który był moim najporządniejszym posiłkiem od kilku dni. Ostatnio jadam dwa razy dziennie, w dodatku skromnie... W domu jest pusto, cicho, zupełnie inaczej niż przez wszystkie poprzednie lata. Życie się zmieniło, nasz świat się zmienił... Ale show must go on...


2013.07.02 / Wtorek / 23:46 - Luna

Kino Luna, w którym byłem tylko raz, w roku 2000, w Dniu Wagarowicza, na filmie Joanna d'Arc Bessona, po raz czwarty. Coraz mniej tych starych kin w Warszawie, ale Luna, Muranów i Wisła nadal się trzymają. Ja do kina zupełnie przestałem chodzić, sam nie wiem czemu... Chyba wolę swój telewizor.


2013.07.02 / Wtorek / 23:38 - The Smiths

Wyrwałem się z hospicjum, zostawiłem wszystkich tych cierpiących ludzi za sobą, ciesząc się swoim zdrowiem i sprawnością. Powróciłem do Warszawy, pojechałem do Merlina, odebrać płytę Florence + The Machine, a później pokręciłem się trochę po Placu Zbawiciela i okolicy. Na ścianie jednej kamienicy znalazłem ten oto cytat z The Smiths. To naprawdę piękny zespół, to naprawdę piękny album, jeden z ważniejszych w moim życiu...


2013.07.02 / Wtorek / 22:47 - Wizyta u śpiącej Mamy

Ostatnie zdjęcie mojej Mamy na tym fotoblogu. We wtorek, ostatniego dnia, było bardzo smutno. Mama spała z lekko otwartymi oczami i nie dało się Jej obudzić. Scena zupełnie jak z "Króla Lwa", gdy Sinba próbuje obudzić swojego zmarłego ojca. Wtedy zrozumiałem, że z tego stanu Mama już nie wyjdzie, że to już koniec, że praktycznie już jest po drugiej stronie, gdzie nie mam do Niej dostępu. Telefon nie odpowiadał, Mama nie dzwoniła...


2013.07.02 / Wtorek / 22:17 - Różaniec Mamy

Różaniec, który mojej Mamie podarował Jacek. Modliła się przy nim do końca, w domu, lecz w hospicjum leżał tylko obok. Myślę, że Mama do końca nie utraciła wiary, choć zrozumiała, że Bóg nie nagradza ludzi tutaj, na Ziemii. Żyła uczciwie i dobrze, a spotkało ją tak wielkie nieszczęście i cierpienie. Może po drugiej stronie została nagrodzona...


2013.07.02 / Wtorek / 12:04 - Stacja PKP w Wołominie

Załosne miasteczko, którego nie dało się polubić. Dojazd pociągiem nieprzyjemny, dojazd autobusem za cztery złote znacznie lepszy. Hospicjum znajduje się niecały kilometr od stacji PKP, przy ulicy Piłsudskiego. Dobrze przynajmniej, że podczas każdej mojej wizyty w Wołominie pogoda była bardzo ładna.


2013.07.02 / Wtorek / 12:02 - Wizyta z bratem na Saskiej

Drugiego dnia po odstawieniu Mamy do hospicjum pojechałem wcześnie rano do Warszawy, razem z siostrą wracającą akurat do Puław. Odprowadziłem siostrę do busa, a następnie pojechałem na bardzo przyjemną ulicę Saską, na której wszyscy chętni mogą oddać swoją krew, pod warunkiem, że przejdą pomyślnie badania. Mój szlachetny brat stryjeczny zgodził się oddać krew za Tatę, miał mieć dzięki temu wolny dzień w pracy, przyjechał więc rano na miejsce, w którym już na niego czekałem, wypełnił długą ankietę i poszedł na pobranie próbki. Po chwili okazało się, że nie może oddać krwi, ponieważ jego wyniki odstają minimalnie od normy - musiał więc szybko pojechać do pracy, ponieważ zamiast dnia wolnego dostał tylko trzy godziny zwolnienia. Szkoda, jego dobre chęci spotkały się z twardymi przepisami, co podobno zdarzało mu się już kilka razy wcześniej. Niemniej miło było znowu zobaczyć się z bratem, którego zawsze podziwiam, bo jest człowiekiem mądrym, bystrym i odważnym, zupełnie innym niż ja. :)


2013.07.02 / Wtorek / 06:11 - Pierwsza wizyta w hospicjum

Zdjęcie dodane dwa tygodnie temu, notka pisana dopiero teraz, już po śmierci Mamy. Tylko pierwszy dzień w hospicjum był normalny, tylko wtedy Mama miała świadomość gdzie się znajduje. Hospicjum to okropne miejsce. Nie ma tam zbyt wiele życia, jest tylko śmierć i umieranie. Owszem, można tam spotkać wspaniałych ludzi, wolontariuszy i pracowników, którzy mają siłę i chęć zajmować się chorymi. Podziwiam ich, ale już nigdy nikogo nie oddałbym do hospicjum i sam nigdy nie chiałbym tam trafić, nawet gdybym był w najgorszym możliwym stanie. Jeśli umierać to tylko w domu, lub w zwykłym szpitalu. Zwykły szpital jest jak kurort w porównaniu z hospicjum. Dobrze, że już nie będę musiał odwiedzać tego miejsca... Dobrze, że byłem tam tylko trzy razy. Zobaczenie Mamy na łóżku w hospicjum, wśród innych umierających ludzi, było jednym z najsmutniejszych widoków mojego życia. Hospicjum to też życie? Ten, kto ułożył to hasło miał fantazję...


2013.07.01 / Poniedziałek / 12:11 - Zabranie Mamy do hospicjum

Dzisiaj rano obudził mnie telefon od pani z hospicjum, która powiedziała, że muszę szybko pojechać do lekarza rodzinnego po zlecenie na transport sanitarny, bo tylko dzisiaj mogą przyjąć Mamę. Ogarnąłem się więc, wsiadłem w samochód i pojechałem nim do ośrodka w Izabelinie. Na miejscu wszyscy byli bardzo mili, bo znają Mamę i chętnie nam pomagają w każdej sprawie. Otrzymałem zlecenie, wezwaliśmy karetkę i nieco ponad godzinę później dwaj sympatyczni sanitriusze byli już na miejscu. Mama opuściła nasz dom, zapewne ze świadomością, że już nigdy do niego nie wróci. Zniesienie Jej po schodach i samo podniesienie z łóżka było trudne, ale i tak poszło łatwiej niż myślałem. W tej chwili jadę autobusem do Warszawy, a następnie pociągiem z Dworca Wileńskiego dostanę się do Wołomina. Starsza siostra pojechała z Mamą karetką, ale dla mnie nie było już miejsca. Rozpoczął się nowy okres w życiu naszej rodziny. Jest smutno, ale nic na to nie poradzimy... Jadę dalej.