2014.05.31 / Sobota / 21:42 - Bukiet dla mamy

Pod notką, w komentarzach, rozwinęła się dyskusja, w której ja specjalnie nie wezmę udziału. :) Najprawdopodobniej dlatego, że ja po prostu staram się w ogóle nie myśleć. W każdym razie zdjęcie przedstawia Gosię i Kasię w lesie pod Kozienicami, w którym zatrzymaliśmy się, by rozprostować kości. Mała przerwa, spacer z dzieckiem, rysowanie patykiem zwierzątek, domków i słoneczek. Fajna sprawa taki "rodzinny" spacer po lesie. Podczas wyjazdu mnóstwo razy uświadamiałem sobie, że posiadanie rodziny i bycie rodzicem to jednak mega-fajna sprawa, co zresztą było mi wiadome od zawsze. Trzeba też zauważyć, że Gosia jest mega-dobrą mamą. Nigdy nie bije swojej córki, nawet wtedy, gdy sama jest okładana przez nią kijem. Mówi tylko wtedy, że jest jej smutno, że nie jest to dla niej miłe i pyta się Kasi czemu ta ją bije. Nie wiem jak skuteczne jest takie bezstresowe wychowanie, rodem z krajów skandynawskich, ale dla obserwatora takiego jak ja zdaje się ono mieć sens, a rodzice stosujący wobec dzieci kary cielesne i krzyk zdają się być po prostu nieporadni. Gosia powinna dostać medal super-mamy.


2014.05.31 / Sobota / 21:11 - Jedziemy w trójkę

Gosia dobrze kieruje, choć jak twierdzi, jest początkującym kierowcą. Prawo jazdy zdała za pierwszym razem, tak samo jak ja chciałem zdać. ;) Córka została umieszczona w foteliku z tyłu, a ja co chwila musiałem jej dawać tablet z grą w "żabkę". Po drodze Kasia udowadniała kilkukrotnie jakim jest bystrym dzieckiem, a ja zastanawiałem się czy sam jako dziecko byłem bystry... Hmm.

Nowa obwodnica jest bardzo fajna, można nią dojechać na Ursynów, całkowicie omijając miasto. Byłoby teraz o wiele łatwiej jeździć z Mamą do szpitala onkologicznego, ale już nie ma takiej potrzeby. Może kiedyś będzie się tam wozić mnie?


2014.05.31 / Sobota / 00:27 - Masa Krytyczna widziana z góry

Ostatni piątek miesiąca - przejazd Warszawskiej Masy Krytycznej. Ostatni raz na Masie byłem rok temu i był to ważny dzień, bo zakończył się wtedy mój związek z Asią. Dzisiaj nie mam dziewczyny, a na Masie nie byłem, bo od godziny 15:00 do 22:00 po prostu pracowałem, zmagając się z kaszlem i bólem brzucha. Znowu marnie się czuję... Ech.

Idę spać, by za niecałe 6 godzin wstać, spakować się i wyruszyć do Puław, samochodem Gosi. Pojedziemy trasą przez Piaseczno, Górę Kalwarię i Kozienice. Wszystko wskazuje na to, że deszczu jednak nie będzie.


2014.05.30 / Piątek / 00:44 - Prezent na Dzień Dziecka

Kupiłem dziś w Empiku trzy książeczki będące moim prezentem dla Kasi - córki Gosi. Ciężko nazwać je bajkami i wątpię, by spodobały się cztero-i-pół-letniej dziewczynce, ale najważniejsze, że mi się spodobały. :P Zaraz je sobie przeczytam. Swoją drogą jeszcze nigdy nie kupowałem niczego dla dziecka i muszę przyznać, że nie jest to zadanie proste, bo cholera wie co się takiemu dziecku spodoba, a co nie. W ogóle dzieci mnie raczej przerażają. :P

Siostra z Puław miała przyjechać na ten weekend do naszego domu w lesie, mijając się w ten sposób z Gosią i jej córką, ale zmieniła zdanie. Przestała się wkurzać na moje złe podejście do kolejnej dobrej kobiety i będzie tam razem z nami. Miło. Faktycznie, trochę to dziwne, że do złych kobiet mam dobre podejście, a do dobrych złe.

Z dnia na dzień coraz więcej kaszlę, co zaczyna mnie niepokoić, bo od tego kasłania rozbolała mnie już szyja. W pracy moje kasłanie wkurza prawdopodobnie wszystkich, bo kaszlę dosłownie co kilka, kilkanaście sekund. Dosyć jednak o moich dolegliwościach, przecież i tak wiadomo, że umieram na raka, albo coś jeszcze gorszego.

Oczywiście nie wziąłem sobie tygodnia wolnego i na razie nie jadę rowerem na Mazury, bo pogoda jest dosyć podła. Dzisiaj było tak zimno, że musiałem jechać do Warszawy w kurtce, wcale nie rowerem, tylko autobusem. Jutro jednak bez względu na pogodę pojadę rowerem, bo żal mi 11 złotych wydanych na bilety. :P Poza tym trzeba być twardym mężczyzną.

Co Pan Michał dostanie na Dzień Dziecka? :P


2014.05.28 / Środa / 20:08 - Majowe nakrętki

Maja nauczyła mnie zbierać nakrętki, za które potrzebujące dzieci mogą dostać sprzęt rehabilitacyjny, więc zbieram je i zbieram, aż w końcu zaczną się wysypywać z miski, jeśli ich nigdzie nie oddam. Miska z nakrętkami przypomina mi o tym, że w moim domu pojawiała się kiedyś regularnie ta dobra i piękna dziewczyna z Siedlec, za którą oczywiście tęsknię po swojemu, jak za każdą, w której byłem naprawdę zakochany. Tęsknie sobie ot tak, bez dramatu i rozpaczy, przyzwyczajony już do tego, że ludzie przychodzą i odchodzą, szczególnie wtedy, gdy ich nie szanuję...

Gosia pewnie też kiedyś odejdzie, a mój kontakt z nią zaniknie niemal zupełnie, gdy już znajdzie kochającego ją mężczyznę. Teraz jest mi bliska, ale w przyszłości w ogóle jej nie będzie. Wydaje mi się, że nie za bardzo zdaję sobie sprawę z tego, że moje życie jest prawdziwe, że otaczający mnie ludzie nie są fikcyjnymi postaciami, pionkami, które można dowolnie przestawiać. To dziwne podejście do życia i do ludzi jest chyba konsekwencją przebywania tak długo w mojej dziwnej pracy, w któej przecież nic nie jest prawdziwe, nawet ja sam. Może zresztą takie oderwane od rzeczywistości podejście jest lepsze? Może nasze życie jest taką głupią, wirtalną opowieścią, w której ostatecznie nic nie ma znaczenia? Ostatnio rośnie liczba ludzi, przy których nie chce mi się nawet otwierać ust, by cokolwiek powiedzieć. Ktoś mnie o coś pyta, a ja mam ochotę patrzeć się tylko przed siebie, jakby tej osoby w ogóle nie było, jakby jej słowa i myśli nie miały dla mnie najmniejszego znaczenia.

Czasami wydaje mi się, że prawdziwy ja to ten nastoletni Michał z lat dziewięćdziesiątych, a wszystko to co nastąpiło później było tylko jedną z miliardów alternatywnych dróg mojego życia, przez co po prostu nie mogło mieć żadnego znaczenia. Wydaje mi się, że jestem teraz na wycieczce w przyszłość, w którą wyruszyłem by zobaczyć jak tam jest. Kiedyś, gdy moje życie się zakończy, wróce właśnie tam, do lat dziewięćdziesiątych, swojej bazy, do swojego podstawowego ja. To dla mnie trochę nieuczciwe, że jest tak wiele dróg w życiu, a wybrać można tylko jedną z nich. Jeżeli ktoś wybierze źle, to co mu pozostaje po wielu latach zmarnowanego życia? Może powiedzieć, że jego teraźniejszość nie jest prawdziwa, że on sam nie jest prawdziwy, a życie będzie mieć sens dopiero wtedy, gdy się skończy. Ja już od wielu, wielu lat tak uważam, czekając na coś naprawdę wielkiego, na swoją śmierć.


2014.05.27 / Wtorek / 23:39 - Kubrick w Iluzjonie

Mistrz Kubrick na wielkim ekranie. Gosia wyciągnęła mnie do kina na przegląd filmów mojego idola, a konkretnie na jego dzieło zatytułowane "Odyseja kosmiczna 2001". Spotkaliśmy się w miejscu, w którym Gosia pracuję, w którym byłem już dawno, dawno temu, jako kilkuletni chłopiec razem z Tatą. Po wyjściu na miasto, pod przedszkolem, miałem okazję poznać byłego męża Gosi, najwidoczniej bardzo wrażliwego człowieka, podobnego pod wieloma względami do mnie, który pragnął zabić mnie wzrokiem. Następnie udaliśmy się do ciekawego miejsca z przebraniami dla dzieci i dorosłych, w którym Gosia wypożyczyła strój na piątkowe przedstawienie w przedszkolu swojej córki. Strój nie dla cóki, a dla siebie, bo będzie ona narratorem. W sumie obie dziewczyny, i matka i córka, mają zdolności teatralne, w mojej rodzinie zupełnie nieznane.

Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy pod kino Iluzjon. Kupiłem frytki w pobliskim barze, przeszliśmy się po Mokotowie, posiedzieliśmy na ławce, a Gosia zjadła swój dietetyczny posiłek z pudełka, gdyż ostatnio żywi się właśnie czymś takim, co kosztuje ją miesięcznie ponad 1000 złotych. Skandal! :) Codziennie rano kurier dostarcza jej kilka pudełek, w których znajdują się wszystkie posiłki przewidziane na cały dzień.

Kino Iluzjon jest rewelacyjne, ponieważ grają w nim tylko stare filmy. W czerwcu ma tam być na przykład "Forrest Gump", "Pulp Fiction", czy "Jurrasic Park". Cudownie! Na seans filmu Kubricka przyszli sami inteligentni ludzie, którzy nie gadali na sali i nie szeleścili popcornem tak jak pospolici ludzie, albo nawet pseudo-ludzie w multipleksach, na filmach dla mas. Obejrzenie "Odysei kosmicznej 2001" było bardzo ciekawym przeżyciem, jest to film wielki i bardzo "kinowy", który po prostu warto oglądać na dużym ekranie. Jest to też film trudny w odborze i dla niektórych może być po prostu nudny, tak jak dla siedzącego obok mnie faceta, który w połowie po prostu wyszedl. Gosia dzielnie wytrwała do końca i wystawiła Odysei wysoką ocenę na FilmWebie, ale ja zawsze biorę korektę na to, że może ona chcieć mi się podlizać. ;) Od samego początku znajomości dopatruję się w gości takich właśnie elementów podlizywania się, próby udowadniania, że faktycznie wiele nas łączy, a robię to pewnie dlatego, że faktycznie jeszze żadna dziewczyna nie walczyła o mnie tak jak Gosia, lub po prostu jeszcze żadna nie była dla mnie tak dobra.

Po seansie pojechaliśmy do mieszkania na Jelonkach, w którym spędziłem kolejną noc, choć przecież miałem już tego nie robić. Najważniejsze, że byłem już naprawdę grzeczny, tak jak zapowiadałem, i do żadnego zbliżenia cielesnego nie doszło. Dla Gosi pewnie jest to trochę smutne, ale mi taka opcja bardziej się podoba. Zresztą wszystko to nieważne bo i tak jestem zdrowotnym wrakiem, który już nawet na seks nie ma siły...

Ostatnio dużo kaszlę, odczuwam ból w okolicach prawego oka, mam kłopoty ze wzrokiem, widzę przed oczami jakieś białe plamki, a także cierpię z powodu kilku innych dolegliwości, takich nawet jak ból małych palców u stóp. Czy jest coś takiego jak ból małego palca u stopy? Pewnie też to mam.

Cóż, Kubrick był wielki, tyle mogę przede wszystkim napisać po wczorajszym wieczorze. W ogóle w przeszłości powstawało wielkie kino, które na szczęście nadal można oglądać na dużym ekranie, wśród ludzi naprawdę kochających dobre filmy, dalekich od całe tej okropnej, pustej współczesności.


2014.05.26 / Poniedziałek / 19:27 - Wycieczka przerwana przez burzę

Po raz pierwszy ubrałem się zgodnie z zaleceniami producenta odzieży rowerowej - nie założyłem majtek. :) Jazda w samych spodenkach rowerowych, bez majtek, to wielki komfort i od teraz już zawsze będę jeździł bez majtek. :P Oczywiście ponownie miałem ze sobą tablet i ponownie program MapMyRide wyrysował przejechaną przez mnie trasę. Niestety, gdy nadciąga burza, tablet trzeba wyłączyć, tak samo jak komórkę, by nie przyciągać do siebie piorunów. Choć w sumie nie, wystarczy tylko wyłączyć przesyłanie danych, bo tablet działający w trybie offline magnesem na pioruny nie jest.

Póki co zapowiadają kilka deszczowych dni, a ja już w środę musze podjąć decyzję czy w przyszłym tygodniu wyruszam na Mazury. Póki co jeszcze tego nie wiem, ale myślę, że w środę wszystko już będzie dla mnie jasne. Po prostu zerknę na prognozę pogody i na tej podstawie zadecyduję co i jak.

Dzisiaj był Dzień Matki, dla mnie niestety już nieaktualny. Niemniej życzę swojej Mamie, aby jej się tam w Niebie wszystko dobrze układało. :)


2014.05.26 / Poniedziałek / 19:24 - Z Leszna autobusem

Na koniec musiałem przejechać rowerem 4 kilomery z Borzęcina Dużego do swojego Truskawia Małego, zaliczając po drodze dosyć intensywny deszcz. Dowiedziałem się dzięki temu, że moja kurtka przeciwdeszczowa już nie jest przeciwdeszczowa, bo przez lata straciła swoje właściwości. Dowiedziałem się też, że tylne sakwy nie są nieprzemakalne i wszystko co się w nich znajduje po kilku minutach jazdy w deszczu może być mokre, jeśli nie zostanie zabezpieczone folią. Na szczęście przednie sakwy, trzykrotnie droższe od tylnch, wykonane z Cordury, są nieprzemakalne, przynajmniej przez jakiś czas. Jedno jest pewne - nie jestem obecnie przygotowany na jazdę w deszczu, nie mam błotników, ochraniaczy na buty i jakiegokolwiek przeciwdeszczowego ubrania. Jeśli na Mazurach dopadnie mnie deszcz, będę w ciemnej, mokrej dupie. ;) Tak czy siak dzisiejsza wycieczka była ciekawa, przyjemna i zdecydowanie udana, mimo wodnego etapu na koniec. :P


2014.05.26 / Poniedziałek / 19:23 - Burza przed Lesznem

W miejscowości Kępiaste, znanej mi i mojej siostrze z dawnych lat, zobaczyłem pierwszą błyskawicę. Zatrzymałem się, wyjąłem lustrzankę i czekałem dziesięć minut z palcem na spuście migawki, aby zrobić zdjęcie kolejnej. Niestety, błyskało się zawsze wtedy, gdy patrzyłem się akurat w inną stronę, więc ostatecznie pięknego zdjęcia błyskawicy nie mam. Po dziesięciu minutach stania tam zrozumiałem, że burza jednak nie przejdzie bokiem, bo wiatr zmienił kierunek i chmury nadciągają prosto na mnie. Wsiadłem na rower i zacząłem mknąć w kierunku Leszna, z którego odjeżdża autobus 719 do znajdującego się o 4 kilometry od mojego domu Borzęcina Dużego, a dalej do Warszawy. Gdy wjechałem na skrzyżowanie w Lesznie zaczęło od razu ostro padać, ale zdążyłem w miarę suchy dojechać do autobusu czekającego na pętli, którym ostatecznie dojechałem do Borzęcina. Tym sposobem moja wycieczka rowerowa zakończyła się inaczej niż planowałem, nie w Truskawiu Małym, lecz w Lesznie, a mi pozostaje się tylko cieszyć z tego, że od kilku, lub kilkunastu lat z Leszna jeżdżą autobusy, bo gdyby ich nie było, jak dawniej, musiałbym jechać w ulewny deszcz jeszcze przez niemal 15 kilometrów.


2014.05.26 / Poniedziałek / 19:22 - Dębe

Zapora w Dębem, cel mojej wycieczki. Dębe to miejscowość, do której jeździło się na wyjazdy integracyjne w mojej szkole przy Zajączka. Ja oczywiście nigdy na taki wyjazd nie pojechałem, bo jako outsider nigdy nie chciałem się z nikim integrować, więc zaporę w Dębem obejrzałem dziś pierwszy raz w życiu. Ogólnie ciekawe miejsce, w którym miło było troszkę posiedzieć, nagrywając kolejny odcinek niepopularnego videobloga. Cel podróży osiągnąłem po przejechaniu 53 kilometrów, oczywiście nie odczuwając przy tym najmniejszego zmęczenia. Niestety odczuwałem nieprzyjemny ból oka lub powieki, który męczy mnie od jakiegoś tygodnia. Pojawia się i znika, a najczęściej występuje właśnie wtedy, gdy jadę na rowerze. Ech... Jak nie urok to sraczka. :P Istnieje coś takiego jak rak powieki? ;)

Z Dębego dojechałem do Nowego Dworu Mazowieckiego, mniej przyjemną trasą, po której jednak jeżdzi trochę tirów. Po raz pierwszy przejechałem przez samo centrum Nowego Dworu Mazowieckiego i po raz pierwszy zrozumiałem, że jest to prawdziwe miasto. Po przejechaniu mostu na Wiśle skręciłem w prawo, kierując się na Leszno trasą przecinającą puszczę na pół. Będąc tam otrzymałem od Gosi informację, że w Warszawie zanosi się na burzę i deszcz, a kilkanaście minut później zobaczyłem na wschodzie granatowe chmury. Wiedziałem, że suchy do domu jednak nie dojadę. :P



2014.05.26 / Poniedziałek / 19:21 - Zieleń nad Zalewem Zegrzyńskim

To miejsce na żywo jest bardzo ładne, ale na zdjęciu nigdy nie umiem tego uchwycić. Zieleń tak ładnie dochodzi tu do wody, aż ma się ochotę popływać po tej okolicy kajakiem, którym zresztą nigdy nie pływałem. Zaraz za mostem skręciłem w lewo, kierując się do celu mojej podróży, przejeżdżając przez tak piękne miejscowości jak choćby Jachranka. Bardzo ładne okolice, bardzo przyjemne miejsce do życia, choć jednak trochę daleko od stolicy. Po drodze mija się też dwa rewelacyjne hotele, których nie było, gdy jechałem przez Jachrankę ostatni raz, kilkanaście lat temu. ;) Ech, jak szybko leci czas...


2014.05.26 / Poniedziałek / 19:16 - To już prawie Mazury

Nieco dalej, w miejscu mniej atrakcyjnym dla plażowiczów, postanowiłem nieco wypoczać i porobić sobie zdjęcia. Ustawiłem aparat kompaktowy na mini statywie, który zresztą ostatnio się zepsuł i zrobiłem sobie serię zdjęć. Próbowałem wcześniej użyć do tego celu lustrzanki, ale okazało się, że mini statyw jest dla niej po prostu za mały, przez co lustrzanka się przewraca.

Zabrałem ze sobą przednie sakwy i karimatę, by przekonać się jak wygląda jazda z pełnym ładunkiem. Muszę stwierdzić, że jest rewelacyjnie, przednie sakwy tylko pomagają, bo obniżają środek ciężkości, dzięki czemu nie rzuca tak rowerem na boki. Wyglądałem jak prawdziwy podróżnik rowerowy, dzięki czemu inni rowerzyści machali mi i mówili różne ciekawe rzeczy. Fajnie, lubię tą całą rowerową kulturę, choć póki co nadal uważam się za dosyć marnego rowerzystę.

Muszę jednak przyznać, że kondycja cudownie mi się poprawiła i przejechanie setki kilometrów to dla mnie obecnie żaden problem. Nie dziwne, skoro praktycznie każdego dnia przejeżdżam minimum 50 kilometrów. Mam nadzieję, że przejechanie 170 będzie równie łatwe i bezbolesne. ;)


2014.05.26 / Poniedziałek / 19:14 - Baywatch

Zalew Zegrzyński. Ostatnio byłem tam wiosną roku 2011, podczas mojej wycieczki rowerowej do Serocka. Tym razem na miejsce dojechałem inaczej, lepszą, spokojniejszą trasą biegnącą przez Nieporęt. Musiałem przejechać ścieżką rowerową na drugą stronę Mostu Północnego, stwierdzając przy tym, że dzięki ścieżce rowerowej most stał się bardzo przyjaznym miejscem, zupełnie innym niż za czasów, gdy jeździłem nim do pracy, korzystając z jezdni.

Z Białołęki do Nieporętu dostałem się ulicą Klasyków, czyli tą, którą chodziłem tyle razy do pracy w nieszczęsnym roku 2012. Białołęka, ta częśc leśna, jest w sumie całkiem ładna, przypomina trochę Izabelin i znajduje się na niej wiele bardzo ładnych domów. Trasą przez Nieporęt dojeżdża się do samego zalewu, a ponieważ jeździ tam autobus podmiejski z Marymontu, mógłbym podczas mojej wyprawy na Mazury skorzystać z dwóch autobusów i metra, aby skrócić swoją trasę o całe 40 kilometrów. :P Tylko czy to byłoby uczciwe? ;) Najpewniej w dniu wyprawy dojadę po prostu autobusem 708 do Młocin i dopiero z nich wyruszę w dalszą drogę rowerem, skracając w ten sposób przejazd o 13 kilometrów. Możliwe też, że całkowicie ominę jakikolwiek autobus.

Chętnie poleżałbym sobie na plaży, ale musiałem jechać dalej, bo jestem rowerzystą, a nie plażowiczem. ;)


2014.05.26 / Poniedziałek / 09:05 - Trasa na dziś

Poniedziałek, mój upragniony, wolny dzień. Wczoraj znowu zaczęło mnie boleć to i owo, szczególnie brzuch, więc planowałem zostać w poniedziałek w domu i w końcu wypocząć, ale rano zmieniłem zdanie - ładna pogoda zachęca do kolejnej wycieczki rowerowej, nie potrafię usiedzieć w domu. Pojadę nad Zalew Zegrzyński wzdłuż Kanału Żerańskiego, jak jeszcze nigdy nie jechałem, obejrzę zaporę w Dębem, przejadę przez nowoczesny Nowy Dwór Mazowiecki i przetnę Puszczę Kampinoską na pół, kierując się na Leszno, trasą przy której stoją tirówki. Tym sposobem znowu zrobię ponad sto kilometrów. Pozostaje tylko pytanie, w którym miejscu dopadnie mnie nagły deszcz. ;) Chyba wezmę ze sobą przednie sakwy - na próbę.

Jutro po pracy kino z Gosią, która niestety zdaje się być załamana. Jak można się załamywać z powodu fikcyjnej postaci jaką jest Michał Górka? :P Ech... Mnie najbardziej martwi to, że ból mój brzucha potrafi jednak powracać, razem z innymi dolegliwościami takimi jak dziwne wibracje w żyłach i pulsowanie w oku, nie wspominając już o pulsowaniu w penisie. ;) Oczywiście stanem Gosi też się martwię, ale niewiele mogę na jej dolegliwość poradzić. Poza tym Gosia jest bogata, poradzi sobie w życiu ze wszystkim. :P


2014.05.24 / Sobota / 09:55 - Zmiana planowanej trasy

Po rozmowie z Tatą zmieniłem nieco trasę swojego wyjazdu na Mazury. Poprzednia trasa była układana jeszcze za czasów mojego związku z Mają, dlatego uwzględniała Siedlce i biegła aż do Puław, które z samymi Mazurami niewiele mają wspólnego. Moja nowa trasa jest już naprawdę mazurska, a najciekawszym odcinkiem wydaje się ten z dnia trzeciego, prowadzący z Augostowa do Gołdapi, biegnący po pięknych pagórkach tuż przy północnej granicy Polski. W sumie sześć dni jazdy, od poniedziałku do soboty, z czego najtrudniejsze zadanie stawiam sobie na początek - dojechanie z Truskawia do odległego o 170 kilomerów Szczytna, a dzień później przejechanie takiej samej odległości ze Szczytna do Augustowa. Jeżeli przetrwam dwa pierwsze dni to reszta powinna być już zdecydowanie łatwa. :P

Ostatnio zmieniłem także trasę swoich dojazdów do pracy, co bardzo mi się podoba, bo jeżdżę obecnie tak, że omijam praktycznie wszystko. Taka trasa na uboczu...


2014.05.22 / Czwartek / 12:53 - Nowe ubrania rowerowe

Poprzednie ubrania rowerowe, pierwsze w swoim życiu, kupiłem latem roku 2008, co zostało odnotowane na moim blogu. Po sześciu latach kupiłem w tym samym sklepie kolejny komplet - krótkie spodenki z wkładką i koszulkę z krótkim rękawem, a do tego bardzo fajne, czerwone skarpetki. Wszystko oczywiście mojej ulubionej firmy Scott, wyprodukowane w europejskich krajach, nie w Chinach.

Najchętniej wyruszyłbym na Mazury zaraz po powrocie z Puław, dokładnie dzień później, ale mój dowód osobisty traci wtedy ważność i nie wiem czy będę w takim przypadku przyjęty do jakiegokolwiek hotelu. ;) Ostatecznie jednak wszystko zależy od prognozy pogody, a decyzję podejmę w środę za tydzień, gdy będę musiał w firmie podać dyspozycje.

Tymczasem wsiadam na rower i jadę do pracy, w której spędzę tylko siedem godzin.


2014.05.22 / Czwartek / 10:19 - Gosia już się nie uśmiechnie

Spotkaliśmy się przed godziną 18:00 przy przedszkolu córki Gosi, które faktycznie znajduje się o rzut beretem od uczelni, na której studiuje Maja. Po Warszawie poruszaliśmy się nietypowo - na moim rowerze. Ja kierowałem i pedałowałem, a Gosia siedziała na bagażniku, dzielnie znosząc upokorzenie i ból tyłka. ;) Nie mogłem jeździć autobusem, bo żal mi było wydać kilka złotych na bilety, a pieniądze były mi potrzebne, bo to ja zaprosiłem Gosię na randkę, więc i ja płaciłem za nasze jedzonko w La Tomatina. Ach, jakiż ze mnie dżentelmen. :P W jakieś pół godziny dojechaliśmy na ulicę Kruczą, pod restaurację, w której ja zamówiłem pyszne Calzone, a Gosia jakieś słodkie kluski zwane Pastą. Najadłem się do syta, uszczęśliwiając w ten sposób swój malutki brzuszek, który ostatnio już mnie nie boli, odkąd przestałem pić napoje gazowane. Co za ulga, co za radość.

Gosia stwierdziła, że nie mam obycia w wielkim świecie i nie znam zasad kulturalnego zachowywania się w restauracji, a ja przyznałem jej rację, nic sobie z tego nie robiąc. :) Nauczyłem się przy okazji jak dawać kelnerowi do zrozumienia, że już dokonałem wyboru właściwej potrawy z menu - zamykjac karte, oraz jak układać sztućce na talerzu, aby kelner wiedział, że skończyłem jeść. Wynika z tego, że Gosia jest najkulturalniejszą kobietą jaką poznałem, czego bynajmniej wcale nie uznaję za jej zaletę. :P W zupełności zadowalają mnie proste dziewczyny ze wsi. ;)

Po wizycie w restauracji udaliśmy się na najbliższą stację Veturilo, by Gosia mogła z niej wypożyczyć rower, którym dojechałaby wraz ze mną na swoje Jelonki. Niestety Veturilo to gówniany system, przez co wypożyczenie roweru nie było możliwe, a Gosia musiała ostatecznie nawet dwa razy dzwonić na infolinię, by poradzić sobie z piętrzącymi się problemami. Ja osobiście już nigdy nie dotknę żadnego Veturilo, będe omijał firmę Nextbike szerokim łukiem, szczególnie wtedy, gdy naprawdę każą mi zapłacić 1770 złotychz a zgubiony rower plus 270 za zbyt długie wypożyczenie roweru.

Ostatecznie na Jelonki dostaliśmy się moim rowerem, robiąc w ten sposób ponad dziesięć kilometrów. Mocna kobieta z tej Gosi, skoro tak długo wytrzymała na twardym bagażniku, ale i sam bagażnik jest mocny, skoro się nie urwał. Moje nóżki też są całkiem mocne - ostatnio nawet pojawiły się na nich jakby zarysy mięśni. ;)

Spędziliśmy razem noc, podczas której Gosia najwidoczniej zrezygnowała z zakazu obmacywania. Rozumiem jej podejście, jest zakochana, a takim przypadku chce się być jak najbliżej ukochanej osoby, nie rozumiem natomiast swojego podejścia - po co obmacuję i po co robię to wszystko, skoro zakochany nie jestem? Trzeba będzie z tym skończyć, bo czuję się winny, ale przede wszystkim nie jestem nawet odpowiednio zaangażowany w... Pieszczoty. Właśnie to jest najgorsze, mój brak zaangażowania, którego nie jestem w stanie pokonać. To chyba głównie dlatego nie daje się być w związku z kimś, w kim się nie zakochało. Rano Gosia przestała się uśmiechać i stwierdziła, że jest głupia, bo ja przecież nigdy się w niej nie zakocham. Co prawda to prawda, szans na swoje zakochanie nie widzę, dlatego chyba nie powinienem już nigdy nocować w tym gościnnym mieszkaniu przy Lazurowej. Będe musiał poszukac swojej miłości...

Póki co nadal wybieramy się do kina w przyszłym tygodniu, a nawet do Puław, w przyszły weekend. Co prawda Gosia powiedziała, że odwołałaby wyjazd do Puław, skoro to wszystko i tak nie ma sensu, ale nie zrobi tego, bo jej córka już się cieszy, że tam pojedziemy. Hmm, chyba troszkę nabroiłem, ale przecież od początku jestem szczery, nie czuję, bym robił coś złego... Trzeba się wziąć w garść i podjąć męską decyzję - zostajemy przyjaciółmi! :P

Muszę znaleźć jakąś gorszą kobietę... ;) A tak na serio - tęsknię już za prawdziwą miłością, za zakochaniem, za tym wszystkim co nadaje sens głupocie. :)


2014.05.22 / Czwartek / 10:00 - Truskawki na Żoliborzu

Wspaniały, leniwy dzień relaksu. Przyjemnie jest się tak kręcić po stolicy bez celu, cieszyć się ładną pogodą, zielenią, całym swoim życiem. Bardzo mi się to podoba w moim życiu, że czas mija, a ja cały czas znajduję się w tym samym miejscu, mieszkam w tym samym domu, jeżdżę tymi samymi ulicami, widuję tych samych ludzi. Lubię taki zastój. :) Zanim spotkałem się z Gosią, spędziłem w Warszawie pięć bardzo przyjemnych godzin.


2014.05.22 / Czwartek / 09:54 - Stara szkoła w nowym otoczeniu

Tak prezentuje się szkoła, do której chodziłem siedem lat. :) Kiedyś już ją pokazywałem na zdjęciu, pisałem o moim sentymencie do niej, więc nie będę się powtarzał. Nowe jest widoczne na zdjęciu wyjście z metra i niewidoczne wejście do szkoły od drugiej strony, od której kiedyś w ogóle nie było dostępu. Stary pozostał sam bundynek, niemal niezmieniony. Uczniów dziwnie mało, jakby cała populacja młodych ludzi wyginęła, albo w ogóle się nie narodziła.


2014.05.22 / Czwartek / 09:23 - Tego tu nie było

Żoliborz, zdjęcie z mojego wczorajszego wypoczynku, najbliższa okolica mojej szkoły. Przy drzewie widać szary budynek, w którym kiedyś mieściły się moje warsztaty szkolne, a obecnie jest tam ulokowana Warszawska Szkoła Filmowa Bogusława Lindy i pewnego bardzo marnego reżysera. Za moich szkolnych czasów tej ulicy w ogóle nie było, tak samo jak widocznego w tle bloku. Nie było też stacji metra, która znajduje się kawałek dalej i ogólnie cały ten teren porastały krzaczory. Zmieniło się to wszystko niezwykle, wypiękniało, ucywilizowało się i jest ogólnie lepiej, choć przepadł gdzieś dawny klimat. Wyjątkowy klimat byle-czego. :)


2014.05.21 / Środa / 16:06 - Czekając na Gosię

Przepiękny dzień, który spędzam w Warszawie. Najpierw zrobiłem sobie w Izabelinie zdjęcia do dowodu osobistego, płacąc 30 zł za to co mogłem zrobić sam w domu, wywołując następnie zdjęcia w Empiku. Następnie złożyłem w urzędzie gminy wniosek o wyrobienie nowego dowodu osobistego i za trzy tygodnie mam się zgłosić po odbiór. W tej chwili czekam sobie na spotkanie z Gosią, do którego zostały jeszcze ze dwie godziny. Czekam na terenie bardzo przeze mnie libianej uczelni na Ochocie, na której bywałem co dwa tygodnie pól roku temu. Wcześniej rozkoszowałem się Żoliborzem, a w szczególnosci najbliźszym otoczeniem mojej dawnej szkoły, które bardzo się zmieniło. W ogóle Żoliborz zaczyna teraz przypominać Saską Kępę, co automatycznie oznacza, że zaczyna przypominać też Paryż. ;) Kręci się tam teraz mnóstwo wytwornych ludzi z klasą, którzy głownie siedzą na dupskach w tamtejszych restauracjach. Kiedyś na Żoliborzu w ogóle ich nie było, tak samo zresztą jak restauracji. Od dziadka stojącego przy Placu Inwalidów kupiłem kilogram truskawek, by dosyć szybko zrozumieć, że kilogram to jednak za dużo jak na jeden raz. Truskawki skończyły w koszu na śmieci, bo nie chciała ich ode mnie przyjąć ani starsza pani, ani starszy chłopak siedzący na ławce. Ach, byłbym zapomniał, na samym początku wizyty w Warszawie ponownie odwiedziłem sklep Scotta, w którym tym razem wydałem 380 złotych, na świetną koszulkę z krótkim rękawem i skarpetki. Chciałem od razu wziąć też tę piękną kurtkę za 600 złotych, ale nie zrobiłem tego, bo przecież nie wiem co dalej z moją karą finansową za zgubienie roweru Veturilo. Posiedzę sobie na uczelni, popatrzę na syudentki i pojadę na spotkanie z Gosią, która jest obecnie tuż obok, w przedszkolu swojej córki, na przedstawieniu. Pójdziemy razem do La Tomatina, bo porządnie już zgłodniałem i mam ochotę na małą pizzę. Gosia zapewne zje inną włoską potrawe, a na koniec podejmiemy razem decyzję czy nocuję dzisiaj u Gosi w mieszkaniu, czy jednak wracam do swojego domu w lesie. Najchętniej przenocowałbym u Gosi. :P Ach, rewelacyjny dzień.


2014.05.21 / Środa / 10:20 - Karimata

Wczoraj odebrałem karimatę, ale namiotu na razie nie kupuję, gdyż jeszcze nie jest mi on potrzebny. Niestety, podczas odpakowywania karimaty lekko ją naciąłem scyzorykiem. Dobrze, że nie na wylot i dobrze, że śpiwora też tak nie naciąłem. ;)

Przed dyżurem wstąpiłem do swojego ulubionego sklepu z ubraniami rowerowymi marki Scott. Ach, wszystko tam jest piękne, chciałbym mieć te kurtki, spodnie, koszulki... Póki co kupiłem sobie swoje drugie spodenki rowerowe, z najniższej serii Authentic, które mimo tego kosztują 259 złotych. Będę musiał jeszcze zakupić koszulkę z krótkim rękawem, bo póki co mam tylko jedną. Najbardziej podoba mi się kurtka na chłodne dni, kosztująca 600 złotych. :)

Dzisiaj mam dzień wolny, ale nie jadę jednak na żadną wycieczkę rowerową, bo muszę pojechać do Warszawy, do fotografa, ponieważ potrzebuję zdjęcia do nowego dowodu osobistego. Na szczęście od roku 2010 wyrobienie dowodu osobistego jest darmowe. Na zdjęciu będę miał brodę, co jest zresztą zgodne z moim najczęstszym wyglądem.

Być może wstąpię dzisiaj na Bemowo, do WORD'u, by zapisać się na kolejny egzamin teoretyczny. Dopiero trzeci.

Wieczorem spotykam się z Gosią, z którą idę na piwo, choć zastanawiam się jak wrócę rowerem do domu po wypiciu piwa. ;) Gosia zapraszała mnie do swojego mieszkania na noc, pod warunkiem, że nie będę jej obmacywał, ale chyba nie skorzystam z tego zaproszenia, bo to nieuczciwe, że u niej nocuję, skoro nie jestem zakochany. :P W ogóle cała ta znajomość jest trochę nieuczciwa i czuję się winny. :)

Ech, gdybym w poniedziałek pojechał do Sójek, to dzisiaj bym z nich wracał, ciesząc się idealną pogodą. Zaliczyłem wpadkę nie biorąc trzech dni wolnych. :/ Może na początku czerwca pogoda dopisze? Może pojadę tylko na dwa dni, zamiast na trzy?


2014.05.19 / Poniedziałek / 22:59 - MapMyRide

Oto ostateczna trasa mojej dzisiejszej wycieczki, zapisana i wyrysowana przez aplikację MapMyRide. W sumie 128 kilometrów, sześć godzin jechania, siedem godzin i czterdzieści minut czasu poza domem, co oznacza, że mnóstwo czasu poświęciłem na postoje. Średnia prędkość - zaledwie 21 kilometrów na godzinę, czyli bardzo marny wynik. Maksymalna prędkość - 39 kilometrów na godzinę. Wiatr łagodny, temperatura idealna, zero opadów. Opaliłem się mocno, a raczej przypiekłem, więc teraz pieką mnie ręce i nogi.

Jutro praca, ale pojutrze kolejny dzień wolny i być może kolejna wycieczka rowerowa. Gosia ma w środę wolny wieczór i wolną noc, bez córki, więc chętnie znowu bym się z nią spotkał. Chyba miałem ją zaprosić na kawę? ;)

Zazwyczaj podczas jazdy rowerem dużo rozmyślam, ale dzisiaj nie myślałem wcale, po prostu jechałem przed siebie. Widocznie nie mam teraz żadnego problemu, żadnego dramatu, najzwyczajniej w świecie nie mam o czym myśleć i nie mam czym się martwić. Jestem szczęśliwy? :P W sumie jestem.



2014.05.19 / Poniedziałek / 22:47 - Najgorsza trasa jaką jechałem

Po przejechaniu mostu znalazłem się na szosie biegnącej z Płońska do Sochaczewa, która jest po prostu koszmarna. Już przy moście zacząłem ze mną rozmawiać jeden młody facet, który pytał się mnie czy na pewno chcę tędy jechać i czemu nie skorzystam ze starej trasy do Sochaczewa, biegnącej po drugiej stronie bzury. Wyjasniłem mu, że tamtą trasę już znam, a tej jeszcze nie i chcę ją poznać. Powiedział, że on sam bałby się tędy jechać i popatrzył na mnie jak na dziwaka. W sumie miał sporo racji - jeszcze nigdy nie widziałem tylu tirów i jeszcze nigdy nie musiałem tak często zjeżdżać na pobocze. Czasami tirów było mniej i wtedy wracałem na szosę, oglądając się co chwila za siebie, ale po kilku lub kilkunastu sekundach pojawiały się kolejne przez co znowu musiałem uciekać na pobocze. Taka mordęga odbiera całą przyjemność z jazdy, dlatego planując w przyszłości kolejne wycieczki powinienem starać się uniknąć takich atrakcji.

Na szczęście szybko trafił się sklep, w którym mogłem zakupić napój pomarańczowy, niezbędny do kontynuowania dalszej jazdy. Podczas samotnego podróżowania rowerem pojawia się problem z robieniem zakupów - rower trzeba zabezpieczyć, by nie został ukradziony w czasie wizyty w sklepie. Co jednak, jeśli w sakwach znajduje się sporo cennych rzeczy? Zabierać je wszystkie ze sobą? Poza tym moje zabezpieczenie do roweru jest ciężkie, waży chyba ponad dwa kilogramy, więć zabieranie go ze sobą na wycieczki jest nieco uciążliwe i dlatego dzisiaj go przy sobie nie miałem. Zawsze można też próbować wejść do sklepu z rowerem, ale może to nie być zbyt mile widziane. ;)

Z koszmarnej trasy musiałem zjechać, gdy pojawił się znienawidzony przeze mnie znak - zakaz jazdy rowerem. Na szczęście ustawiono go w miejscu, w którym rozpoczyna się alternatywna trasa do Sochaczewa, na skróty, prowadząca przez spokojne wioski. Dalszy powrót do domu był zupełnie bezproblemowy i do końca nie straciłem siły. Po przejechaniu stu kilometrów w miejscowości Kampinos zacząłem tylko mieć drobne problemy z kasłaniem, które pojawiają się u mnie wtedy, gdy nie jestem jeszcze odpowiednio wytrenowany. Najwidoczniej płuca wymagają rozruszania. :)


2014.05.19 / Poniedziałek / 22:30 - Wyszogród zdobyty

Po przejechaniu ponad sześćdziesięciu kilometrów dotarłem do Wyszogrodu, najstarszego miasta na Mazowszu i jednego z najstarszych w Polsce. Najwięcej czasu poświęciłem na robienie sobie zdjęć przy znaku drogowym, spośród których ani jedno nie było udane. ;) Samo miasto praktycznie zupełnie ominąłem, kierując się od razu na most, ale z tego co zdążyłem zauważyć jest ono raczej skromne. W Wyszogrodzie zaczęła kończyć mi się woda, więc postanowiłem rozejrzeć się za jakimś sklepem spożywczym. Postałem dłużej na moście, porobiłem zdjęcia, wrzuciłem notkę na bloga i ruszyłem dalej, trasą do Sochaczewa - chyba najkoszmarniejszą jaką kiedykolwiek jechałem!


2014.05.19 / Poniedziałek / 22:19 - Przerwa na Hity

Fajne są te stare przystanki autobusowe. Zatrzymałem się na jednym z nich, by trochę się posilić. Miałem ze sobą ciasteczka Hit kupione w Truskawiu, które są najlepszymi znanymi mi ciastkami na wycieczki rowerowe, ze względu na swoją pożywność. Wziąłem też dwie bułki i dwie parówki, ale w ogóle ich nie ruszyłem, gdyż same Hity w zupełności mi wystarczały. Podczas dzisiejszej wycieczki odpoczywałem trochę więcej niż zwykle, lub po prostu częściej cieszyłem się postojami, których zazwyczaj nie robię. Z tego powodu łączny czas postojów wyniósł ponad godzinę, ale być może to właśnie dzięki nim moje zmęczenie było praktycznie żadne.

Sakwy bardzo dobrze się spisują, jestem z nich zadowolony, a wypełniłem je dzisiaj po brzegi, zabierając nawet cieplejsze ubrania, przydatne w razie załamania pogody. ;) Najlepiej jednak spisywał się wyposażony w gps tablet, z włączoną rewelacyjną aplikacją do zapisywania trasy, którą można sobie później wyświetlić w formie graficznej. Najciekawsze jest to, że moją jazdę można wtedy na żywo śledzić, wchodząc po prostu na mój profil. Mapka z zaznaczoną na czerwono, pokonywaną przeze mnie trasą jest w takim wypadku uaktualniana co minutę, lub po każdym przejechanym przeze mnie kilometrze. Moja rodzina, lub ewentualnie moja żona, może dzięki temu widzieć gdzie się obecnie znajduję i jak daleko jeszcze mam do celu. Bajer. :P



2014.05.19 / Poniedziałek / 21:47 - 40 kilometrów od centrum stolicy

Najdalszy znany mi punkt, z którego dobrze widać całą Warszawę. Zdjęcie zrobiłem stojąc na wiadukcie nad Szosą Gdańską, niedaleko lotniska w Modlinie, oddalonego od Warszawy o około 40 kilometrów. Stolica jest z tego punktu widoczna tylko w pogodny dzień i znajduje się wtedy daleko na horyzoncie. Powyższe zdjęcie może być nieco mylące, bo zrobiłem je na maksymalnym zbliżeniu mojego kompaktu Canona. Dzisiaj na wycieczkę zabrałem kompakt i lustrzankę, z czego o wiele lepiej wyszły zdjęcia robione lustrzanką, co oznacza, że jednak będe ją zabierał na wszystkie wycieczki. Bardzo pomógł filtr polaryzacyjny, dzięki któremu zdjęcia mają lepsze kolory.


2014.05.19 / Poniedziałek / 21:28 - Przekrocznie Wisły i Narwii

Po niecałej godznie dojechałem do dwóch mostów znajdujących się obok siebie - na Wiśle i na Narwii, w Nowym Dworze Mazowieckim. Zatrzymałem się, zrobiłem kilka zdjęć, zamieniłem kilka zdań z jednym starszym rowerzystą i ruszyłem dalej, w kierunku lotniska w Modlinie, przy którym jeszcze nigdy nie byłem. Oj, ulokowano je zdecydowanie daleko od Warszawy, ale taki jest urok tanich linii lotniczych... Może kiedyś wreszcie polecę samolotem? Póki co wystarczy mi rower. Stan wody dosyć wysoki, ale tragedii nie ma.


2014.05.19 / Poniedziałek / 21:09 - W pół godziny do Palmir

Po niemal ośmiu godzinach jazdy powróciłem do domu, zupełnie niezmęczony, więc mogę teraz wrzucić zdjęcia na bloga i napisać parę słów o swojej pięknej wycieczce do Wyszogrodu. Nie będę zbyt intensywnie przynudzał, bo w sumie moja wycieczka polegała na tym, że jechałem, jechałem i jechałem, od czasu do czasu odpoczywając. Cieszyłem się cudownym światem, wspaniałą pogodą, niezłym zdrowiem, swoją nadal trwającą młodością i wolnością. :) Wziąłem ze sobą odtwarzacz mp3, ale ani razu go nie włączyłem, woląc dla odmiany słuchać dźwięków otoczenia, czyli głównie mijających mnie samochodów, których w kilku miejscach było bardzo dużo.

Wycieczka zaczęła się od dojechania przez las do Palmir, w których znalazłem się już po trzydziestu minutach. Widoczna na powyższym zdjęciu szosa biegnąca do Palmir jest bardzo charakterystyczna i przede wszystkim bardzo ładna, a raczej piękna. Zauważyłem, że bardzo często na swoim blogu używam tego przymiotnika - piękna. :P

Cholera, przydałby się wyższy statyw, do robienia zdjęć samemu sobie podczas wypraw rowerowych. ;)


2014.05.19 / Poniedziałek / 14:51 - Na moście w Wyszogrodzie

Połowa drogi za mną. :) Skończyło mi się picie, czyli woda, którą zabrałem z domu. Chowam tablet do sakwy i jadę dalej. :) Poszukam sklepu. Jest bosko.


2014.05.18 / Niedziela / 09:39 - Wycieczka rowerowa do Wyszogrodu

Słońce w końcu wyszło i wszystko wskazuje na to, że najbliższe trzy dni będą pogodne, co oznacza, że mógłbym właśnie jutro pojechać do Sójek, gdyby nie to, że wziąłem wolny tylko poniedziałek i środę, a we wtorek muszę iść do pracy. Buu. Postąpiłem tak zgodnie z prognozą pogody, która przewidywała opady deszczu... Szkoda.

Skorzystam jednak z pogodnego dnia wolnego, wsiądę jutro na swój czarny rower i pojadę trasą, którą jeszcze nie jechałem. Pojadę przez Palmiry na północ, dotrę do mostu na Wiśle pod Nowym Dworem Mazowieckim i tam skręcę w nieznaną mi trasę prowadzącą wzdłuż Wisły do Wyszogrodu. Na początku kwietnia jechałem południową stroną Wisły, natomiast teraz pojadę północną. W Wyszogrodzie ponownie przekroczę Wisłę, by jadąc na południe dostać się do znanego mi już Sochaczewa. Do Domu wrócę standardowo, trasą przez Żelazową Wolę, Kampinos i Leszno. W sumie jakieś 120 kilometrów, więc niezbyt dużo, dlatego mogę jeszcze pomyśleć o ewentualnym wydłużeniu trasy mojej jutrzejszej wycieczki.

W tym roku postaram się zrealizować plan przejechania w ciągu jednego dnia trzytu kilometrów, wybierając spontanicznie kierunek, w którym będę pchany przez wiatr. Trzysta kilometrów powinienem pokonać w jakieś szesnaście godzin, dlatego na koniec będę musiał wylądować w hotelu, a następnego dnia wrócić stamtąd... Pociągiem. Ewentualnie powrót rozbić po prostu na dwa dni, bo przejechanie trzystu kilometrów pod wiatr póki co z pewnością nie jest dla mnie wykonalne.

Poznałem wczoraj na Sympatii dziewczynę, której najwidoczniej bardzo przypadłem do gustu, zapaloną rowerzytskę, o ile w ogóle istnieje takie słowo jak rowerzystka. ;) Szybko zapragnęła umówić się ze mną na rower, na jakąś dłuższą wycieczkę, ale chwilę później równie szybko uznała, że ją do siebie zniechęciłem, gdy napisałem, że wieczorem jadę do zakochanej we mnie Gosi. :) Wcześniej zniechęciłem do siebie także pewną bardzo ładną Karinę z Sympatii, której także przypadłem do gustu, i która chciała iść ze mną na pizzę. Cóż, jakiekolwiek by nie były te dziewczyny, muszę przyznać, że przegrywają konkurencję z Gosią, co może być o tyle dziwne, że przecież nie jestem w Gosi zakochany. :P

Nieważne dziewczyny, nieważne uczucia, jutro będzie się liczyć tylko szosa, rower, muzyka w słuchawkach i otaczający mnie świat. :) Trasa na powyższej mapie jak zwykle nie jest domknięta, brakuje czterech kilometrów, ponieważ mechanizm na GoogleMaps źle działa dokładnie w tym miejscu, które jest dla mnie ważne, czyli przy samym Truskawiu. Za nic w świecie nie można wyznaczyć trasy biegnącej na północ od Truskawia, bo system proponuje inną, przez Łomianki. Ech...


2014.05.17 / Sobota / 23:20 - Prawie jak rodzina

Rano, w drodze do pracy mocno przemokłem, choć deszcz dopadł mnie dopiero w okolicach Arkadii. Nawet po ośmiu godzinach suszenia się przed firmowym komputerem nadal byłem mokry. Po pracy wsiadłem jednak na rower i pojechałem na Jelonki, bo Gosia zaprosiła mnie na wspólną kolację, z nią i jej córką. Na miejscu byłem około godziny 18:00, a kolację, czyli kurczaka, którego córka Gosi uwielbia, zjedliśmy dopiero o 20:00. Do tego czasu miałem okazję poczuć się trochę jak tatuś, uczestnicząc w grach i zabawach z dzieckiem, a nawet w czytaniu bajek. To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, które dało mi dużo do myślenia, w zasadzie dawno już nie miałem takiego kłębowiska myśli w głowie. Moje myśli jak zwykle biegną w wielu różnych kierunkach jednocześnie, niekiedy zupełnie ze sobą sprzecznych i póki co postanowiłem je zachować tylko dla siebie. Jedno jest pewne - Gosia ma bardzo mądrą, żywiołową i zabawną córkę, którą bardzo pięknie i rozsądnie wychowuje. Kasia bardzo chciałaby, by jej mama kogoś miała, chciałaby nawet, by nowy mężczyzna jej mamy jak najszybciej z nimi zamieszkał, tak mi się wydaje. Zostałem nawet przez nią dziś przytulony wiele razy i dowiedziałem się, ze mnie "kocha", tak samo jak swoje kucyki My Little Pony. :) Kasia przytulała zresztą nas oboje, przysuwając nas w ten sposób do siebie... Nasz wspólny wyjazd do Puław pod koniec miesiąca nadal jest aktualny, a kilka dni wcześniej idę z Gosią do kina Iluzjon, w którym odbywać się będzie przegląd filmów Stanleya Kubricka. Wybieramy się na "Odyseję Kosmiczną 2001", którą zresztą od dawna mam na dvd. Nie wiem co przyniesie dalsza przyszłość i nie bardzo nawet wiem czego tak naprawdę chcę. Wiem czego chce Gosia i póki co zmierzamy powoli w kierunku obranym właśnie przez nią, a ja staram się przed tym troszkę bronić, zresztą niezbyt efektywnie.

Spotkanie było przyjemne, wesołe, bardzo rodzinne... Nie wiem jak sprawdzam się jako przyszywany tatuś, ale czuję się w tej roli całkiem dobrze. Przede wszytkim jednak nadal czuję się bardziej jak dziecko niż jak dorosły, a Gosię traktuję trochę, o zgrozo, jakby była moją przyszywaną mamą. Czasem mam wrażenie, że traktują ją jak siostrę, połączyły nas takie nieco rodzinne relacje, ale zupełnie nie ma we mnie tego co zapewne powinno być, czyli miłości mężczyzny do kobiety. Nie wiem co z tego wszystkiego wyniknie, pewnie jak zwykle jakaś katastrofa. :)

Z prawej strony ekranu, na blogu mojej byłej dziewczyny - Mai, pojawiło się właśnie zdjęcie jej obecnego faceta. Wydaje się on być bardzo fajnym człowiekiem, przystojnym, mającym mądre i dobre spojrzenie. Oby Maja była z nim szczęśliwa już zawsze, bo była porządną dziewczyną, zasługującą na jak najlepsze życie, jakiego ze mną by nie miala. Zabawne, że Gosia jest dokładnie taką dziewczyną o jakiej marzyłem kilka miesięcy temu, wiedząć, że Maja do mnie nie pasuje. Tak jakby Bóg zanotował wszystkie moje żale i zastrzeżenia, a następnie zesłał mi dziewczynę dokładnie taką jakiej chciałem. Powinien mi więc wyjaśnić czemu się nie zakochałem. :)

Ech, życie... Tak czy siak odkryłem dzisiaj, że Gosia jest podobna do Briana Molko z zespołu Placebo. Ma takie samo spojrzenie! ;) To zresztą bardzo ładny facet. :)


2014.05.15 / Czwartek / 23:28 - Śpiwór Lafuma GR45

Odebrałem z Merlina.pl swój pierwszy w życiu śpiwór. Urządzono akurat jednodniową promocję wybranego sprzętu turystycznego, dzięki czemu śpiwór kosztujący normalnie 280 złotych, mogłem kupić za sto złotych mniej. Zamówiłem sobie także karimatę, ale do pełnego wyposażenia rasowego turysty brakuje mi jeszcze namiotu i tutaj pojawia się problem, bo wybór jest dosyć duży, ale niemal każdy model ma jakieś wady. Minie trochę czasu zanim zdecyduję się na wybór konkretnej marki i konkretnego modelu. Póki co biorę pod uwagę przede wszystkim polską firmę Fjord Nansen, która jednak bywa krytykowana za marne wykonanie niektórych egzemplarzy. Zastanawiam się także czy powinienem zdecydować się na namiot dwuosobowy, czy trzyosobowy. Musze rozważać różne opcje, wybiegając rozsądnie w przyszłość. ;) Oczywiście można sobie też zadać całkiem rozsądne pytanie - do czego Michałowi Górce potrzebny jest namiot? Póki co nigdy nie spędziłem ani jednej nocy w namiocie, nawet na własnym podwórku. ;)

Zbliża się czas mojej wyprawy na Mazury, którą obecnie planuję odbyć na początku czerwca, kierując się mało precyzyjnymi prognozami pogody. Namiot podczas tej wyprawy mógłby mi się przydać, choć równie dobrze, a nawet lepiej, poradzę sobie bez niego. Wyprawa do Sójek prawdopodobnie będzie miała miejsce dopiero po Mazurach, bo nie udało mi się jej nigdzie wcisnąć, ze względu na częste opady deszczu... Najważniejsze, że mam chęci i siłę.


2014.05.15 / Czwartek / 23:26 - Telewizor Daewoo z 1998 roku

Po powrocie rowerem do domu zastałem przed furtką nasz stary, nadal sprawny, telewizor Daewoo, który Tata wystawił, by mogli go zabrać śmieciarze przeprowadzający zbiórkę i wywóz sprzętu elektronicznego. Ten telewizor był niegdyś moim spełnionym marzeniem, gdy wczesną wiosną roku 1998 kupiłem go wraz z Mamą w sklepie ze sprzętem RTV/AGD znajdującym się przy mojej szkole na Zajączka. Do tego czasu mieliśmy stary, mocno już zepsuty telewizor Unitra, którego bardzo nie lubiłem, i który próbowałem sam naprawiać, niemal tracąc przy tym życie. Ach, jaka była moja radość, gdy Tata zdecydował się kupić nowy telewizor, z idealną jak na tamte czasy geometrią i pięknymi, nowoczesnymi rogami, które nie były zaokrąglone. Do dziś pamiętam jaki byłem zachwycony gapiąc się na to czarne pudło, oglądając jeden film za drugim, odtwarzany z kasety vhs. Jestem na tyle sentymentalnym człowiekiem, że nawet ze sprzętami elektronicznymi ciężko mi się jest żegnać. Bądź co bądź jest to jedyny telewizor, który kupowałem razem ze swoją Mamą...

Ostatnio zastanawiałem się gdzie trafią wszystkie te rzeczy, które mnie teraz otaczają, z któych każdego dnia korzystam. Co z nich zostanie za pięćdziesiąć, sto, lub nawet dwieście lat? Po takim czasie nawet groby przepadają i nikt już nimi się nie zajmuje. Jest to dosyć smutne, że nie tylko my wszyscy umrzemy, przeminiemy, ale że znikną też te wszystkie rzeczy, które teraz towarzyszą nam każdego dnia. Nadejdzie rok 2314 i nigdzie nie będzie można znaleźć ani jednego śladu po nas, ani jednego dowodu na to, że istnieliśmy. Najchetniej nie wyrzucałbym niczego, najchętniej nigdy bym nie umarł i nie pozwolił nikomu z moich bliskich odejść, ale to by nie miało sensu...


2014.05.13 / Wtorek / 19:59 - Sam na cmentarzu z Mamą

Druga połowa mojego trzeciego, wolnego dnia okazała się być pogodna, dlatego postanowiłem wsiąść na rower i pojechać nim na cmentarz. Pobyt tam był dosyć wyjątkowy, bo po raz pierwszy na całym cmentarzu nie było nikogo, byłem zupełnie sam, stojąc przy grobie Mamy. Dzięki temu było tak jakoś... Prywatnie. Słońce świeciło, wiał przyjemny wiatr, było wyjątkowo pięknie, aż nie chciałem się stamtąd ruszać. Na początku, po śmierci Mamy, w ogóle nie czułem Jej obecności, ale teraz, niemal rok później, jest inaczej. Postałem więc przy grobie, posiedziałem na ławce, porozmawiałem w myślach z Mamą, głównie o tym, że poznałem Gosię, że jest ona dobrą dziewczyną, że mógłbym wspólnie z nią ruszyć jedną drogą... Gosia być może odwiedzi kiedyś grób mojej Mamy, razem ze swoją córką Kasią. Pod koniec kwietnia pojedziemy razem do Puław, ja, Gosia i Kasia, bym mógł zrobić kolejny krok na tej nowej drodze, jeszcze nie do końca wspólnej... Porozmawiałem też z Mamą o tym co mi dolega, zdając sobie sprawę z tego, że jeśli jestem na coś chory to Mama już to doskonale wie. Może już się mnie spodziewa, a może wcześniej przywita się jednak z Tatą... Zobaczymy co przyniesie los, co przyniesie czas...

Do mieszkania wróciłem jadąc dłuższą drogą, robiąc sobie miłą przejażdżękę przez piękne Puławy. Trzy dni wolnego jak zwykle szybko zleciały.


2014.05.13 / Wtorek / 15:04 - Redaktorzy z dzieciństwa

Natknąłem się w internecie na bardzo dal mnie ważny film, dzięki któremu mogłem dowiedzieć się jak teraz wyglądają i co robią moi idole z dzieciństwa, redaktorzy czasopism poświęconych grom komputerowym. Całe to zagadnienie jest dla mnie ważne i chętnie zacząłbym przynudzać, rozwijając ten temat, ale zdaję sobie sprawę, że to co napiszę i tak do nikogo nie dotrze, że są to moje sentymenty, że jest to moja młodość, której opisywanie tutaj nie ma jednak sensu. Najważniejsze, że Borek, Sir Haszak, Alex i Gawron, Berger, Pegaz Ass, BadJoy, Micz i Voyager nadal żyją, nie zapomnieli o tym fenomenie, który sami tworzyli i spoglądają w przeszłość z takim samym sentymentem jak ja. Zabawne, że oni wszyscy byli wtedy nastolatkami, lub mieli po dwadzieścia parę lat, bo przecież mi wydawali się być tacy dorośli. Zabawne jest też to, że wszystkie te czasopisma upadły, niemal w tym samym czasie, pozostawiając po sobie pustkę, której nic już nie wypełniło. To wszystko niby nie jest ważne, to tylko gry komputerowe i głupie czasopisma im poświęcone, ale dla nas, dla chłopaków z pokolenia Top Secretu i Bajtka to co wtedy razem przeżywaliśmy już zawsze będzie wyjątkowe i już nigdy nie będzie to możliwe do powtórzenia. Pewnie każde pokolenie ma coś takiego... Zawsze uważałem, że w tym wszystkim to nie gry komputerowe są najważniejsze, tylko poczucie jedności, wspólnoty, tworzonej razem przez nas - czytelników i przez nich - redaktorów.

Ktoś ostatnio wystawił na Allegro trzy pierwsze numery Top Secretu, które ja oczywiście także mam w swojej kolekcji. Cena tych trzech cienkich czasopism przekroczyła 300 złotych, widać więc, że nie tylko ja jestem sentymentalny. Cóż, należę już do pokolenia starców, wspominajcych swoją młodość z łezką w oku. Naturalna kolej rzeczy.


2014.05.12 / Poniedziałek / 15:14 - Carmageddon na tablecie

Rewelacja, cudo, zachwyt. :) Carmageddon, wspaniała gra z mojego dzieciństwa, a raczej z mojej młodości, jest dostępna na Androida i mogę w nią teraz grać na swoim tablecie. Generalnie chodzi w niej o to, by rozjeżdżać samochodem przechodniów i siać ogólną rozpierduchę. Wygląda i brzmi dokładnie tak samo jak w roku 1997, choć działa płynniej i ma większą rozdzielczość. To właśnie dzięki takim rzeczom uwielbiam swój tablet, dzięki temu, że można w nowej formie powrócić do przeszłości. Równie doskonale prezentuje się emulator mojego drugiego komputera z bardzo dawnych lat - Zx Spectrum. Kto by pomyślał, że będę mógł grać w dokładnie tą samą grę, na przykład "Into the Eagle's Nest", w którą grałem mając osiem lat, na tak nowoczesnym sprzęcie, w roku 2014. Ach, miło jest wspominać dawne czasy, gdy na komputerze grałem nie tylko ja, ale także mój Tata.

Obudziłem się dzisiaj po dwunastu godzinach snu. Myślałem, że może dzięki temu minie ból kości i ciągłe zmęczenie, ale tak się nie stało, jestem cały czas tak samo zmęczony, a kości dłoni bolą mnie nawet od trzymania książki. Mam lekkie zawroty głowy, odczuwam ból z tyłu głowy, wykańcza mnie kręgosłup... Ból brzucha zmienił się więc w ból kości. Ech...

Przeszedłem się do salonu Plusa, w którym podpisałem umowę na kolejny rok dostępu do internetu. Obsłużyła mnie miła dziewczyna, zachowująca się jednak bardzo nieprofesjonalnie, na przykład prowadziła sobie prywatną rozmowę przez telefon, załatwiając w tym samym czasie moją sprawę. Przypomniałem sobie o Mai, która też pracowała w salonie Plusa. Nie wiem gdzie pracuje teraz, gdyż praktycznie straciłem z nią kontakt... Szkoda.

Mam za to cały czas doskonały kontakt z Gosią, która pisze do mnie od rana do wieczora. :) Wczoraj zagraliśmy w Literaki, w których przegrałem taką różnicą punktów, że wstyd o tym wspominać. :P W czasie gry pogadaliśmy przez komunikator Skype, a później miałem okazję oglądać także jak córeczka Gosi śpiewa piosenkę poznaną w przedszkolu. Córeczka zaproponowała mi, że może kiedyś wraz ze swoją mamą u mnie przenocują, co było bardzo słodkie... Podobno faceci niechętnie podchodzą do kobiet, które samotnie wychowują dzieci, do rozwódek, ale według mnie to, że Gosia ma tak fajną córkę jest jej wielką zaletą, kolejną zresztą. :)

Swoją drogą jets to coś nowego w moim życiu, gdy po raz pierwszy jestem traktowany przez dziecko trochę jak ojciec, gdy po raz pierwszy odczuwam, że naprawdę jestem dorosły, lub przynajmniej, że ktoś może mnie tak postrzegać. Po raz pierwszy czuję, że przeszedłem na drugą stronę, na stronę dorosłych. Przecież tak naprawdę uważałem się dotychczas za dziecko, mimo zbliżajcych się trzydziestych-drugich urodzin...

Mam też okazję przekonywać się jak to jest być z kobietą, która zarabia praktycznie czterokrotnie, a może nawet pięciokrotnie więcej ode mnie. Podobno facetom coś takiego może nie odpowiadać, ale ja uważam, że to nic strasznego. ;)

Pytania zawodowe do Gosi - jak piszemy trzydziestych drugich? Ze spacją po prostu? A może łącznie? Ja lubię z kreseczką. :) I jak piszemy po polsku "porozmawialiśmy na Skypie"? Skajpie? Na Skype'ie? Ile się należy za odpowiedź? :P


2014.05.11 / Niedziela / 19:09 - Po dłuższej przerwie w Lublinie

Najbardziej zmienił się sam wjazd do Lublina od strony Puław. Dzieją się tam istne cuda, koparki wgryzły się w tę piękną część miasta, zamieniając ją w coś co przypomina autostradę, jakiś wielki węzeł komunikacyjny. Wiadukty, tunele, ślimaki, rozjazdy... Gdzie się podział mój dawny, spokojny Lublin?

Na szczęście na starówce prawie nic się nie zmieniło i mogliśmy się cieszyć z siostrą Lublinem takim jaki dobrze znamy. Poszliśmy do restauracji, w której ja zjadłem pizzę a siostrą sałatkę. Po niezbyt długim pobycie, bez dalszego spacerowania, opuściliśmy Lublin, unikając w ten sposób wielkiej ulewy, która nadeszła, gdy już byliśmy w busie do Puław.


2014.05.11 / Niedziela / 19:08 - Odwiedziliśmy Marcina Różyckiego

Do Lublina jechałem trzy godziny, zaczytując się wspaniała książką pt. "Rowerem i pieszo przez czarny ląd", opowiadającej o wspaniałym, przedwojennym podróżniku Kazimierzu Nowaku i jego, trwającej przez pięć lat, wyprawie rowerowej przez Afrykę. Książkę tę można chyba uznać z biblię każdego rowerzysty planującego dłuższe wyprawy. Ja osobiście jestem nią zachwycony.

Skoro mowa o wspaniałych ludziach to powyżej zamieszczam zdjęcie grobu Marcina Różyckiego. Siostra czekała na mnie na dworcu PKS, z którego przeszliśmy się na cmentarz, na którym pochowany jest Marcin. Znalezienie grobu zajęło nam trochę czasu, bo siostra była tam tylko raz, w dniu pogrzebu. Postawiliśmy na grobie biały znicz, postaliśmy chwilkę i poszliśmy na starówkę.

Smutne, że Marcin umarł tak młodo, wymęczony rakiem. Smutne, że ja umrę w jeszcze młodszym wieku niż on...

Przyjemnie było po raz kolejny pojawić się w Lublinie, pospacerować ulicami pnącymi się w górę i opadającymi w dół. Z bólem kości o wiele trudniej jest nimi iść...


2014.05.11 / Niedziela / 12:52 - Do Lublina Polskim Busem

Trzy dni wolne. W sobotę kupiłem sobie bilet na Polskiego Busa do Lublina, bo wymyśliłem, że w niedzielę do Puław dostanę się właśnie przez Lublin, w którm spotkam się z siostrą. Dawno nie byłem w Lublinie i nie miałem jeszcze okazji odwiedzić grobu Marcina Różyckiego, więc najwyższa pora się tam wybrać.

Na zdjęciu widok z Polskiego Busa mknącego nową trasą prowadzącą do Lublina, która w przyszłości będzie stanowić część obwodnicy.


2014.05.11 / Niedziela / 07:11 - Weeeeee

W sumie bardzo sympatycznie spędziłem z Gosią czas, nie odczuwałem z jej strony takiej tajemniczej miłosnej presji jak wcześniej, choć cały czas mam swiadomość, że wiele dla niej znaczę, że faktycznie jest we mnie z jakiegoś powodu zakochana. Sam oczywiście zakochany nie jestem, ale doceniam jej pozytywne cechy, których ma tak wiele, a przede wszystkim zaczynam się do niej przywiązywać. Gosia twierdzi, że znamy się już ponad miesiąc, a ja czuję jakbyśmy poznali się dopiero kilka dni temu... Nie wiem czemu. W tej znajomości wszystko jakoś tak szybko się potoczyło...

Póki co twierdzę, że i tak nic nie jest ważne, gdyż ból kości, który właśnie się u mnie pojawił, na pewno zwiastuje moją rychłą śmierć.


2014.05.11 / Niedziela / 00:04 - Przejażdżka z Gosią na Moczydło

Do pracy jechałem na godzinę 15:00, a Gosia postanowiła założyć konto Veturilo, wypożyczyć po raz pierwszy rower i przejechać się ze mną. Wstąpiliśmy do mojego ukochanego Parku Moczydło, na którym niestety posiedzieliśmy bardzo krótko, bo czas mnie gonił. Tak jak przypuszczałem, Gosia ma lepszą kondycję na rower niż ja, przez co ciężko było mi ją dogonić, gdy nacisnęła mocniej na pedały. Zresztą ostatnio wszystko ciężko mi robić, odkąd bolą mnie kości... Ech.

Na stacji Veturilo, na której zostawiłem ten nieszczęsny rower pod koniec kwietnia, dowiedziałem się, że nie ma tam w ogóle zamków elektromagnetycznych. Na każym stojaku naklejona jest mała karteczka informująca o tym, że rower należy przypiąć linką zabezpieczającą, gdyż stacja nie jest wyposażona w elektrozamki. Wspaniale, szkoda tylko, że w nocy tych karteczek prawie wcale nie widać i nie byłem świadom tego jak należy postąpić. Draństwo... Nie wiedziałem nawet, że są jakieś stacje bez elektrozamków. Póki co sprawa roweru jest niewyjaśniona, nadal czekam na informację... Pieniądze w razie czego mam przygotowane i jestem już pogodzony z tym, że będę musiał zapłacić.


2014.05.11 / Niedziela / 00:01 - Michał dostał na śniadanie zupkę

Mniam. :) Dostałęm na śniadanie pyszną zupę pomidorową, która tak mi posmakowała, żę poprosilem o dolewkę. Gosia najwidoczniej dobrze gotuje, więc jako partnerka dogadzałąby mi także kulinarnie. Cud kobieta, życie z nią byłoby jedną niekończącą się rozkoszą. ;) Oczywiście doceniałbym to, byłbym odpowiedzialny, poważny i w ogóle wspaniały. :P


2014.05.10 / Sobota / 09:47 - Obudziłem się obok przyjaciółki

Wygodne to łóżeczko w mieszkaniu Gosi... :) Obudziłem się obok mojej przyjaciółki, co oznacza, że spędziliśmy razem już czwartą noc. Dwie u mnie, dwie u Gosi. Po raz kolejny zostałem ugoszczony w przemił sposób, nakarmiony na kolację orzeszkami i red bullem, zaproszony do łóżka, w którym obejrzeliśmy pierwszy odcinek "Królestwa" Larsa von Triera, oraz jeden z moich ukochanych filmów "Powrót żywych trupów". Zapoznałem się też z muzyką pewnego nieżyjącego już artysty-poety, którego nazwiska teraz nie pamiętam, oraz zaprezentowałem Gosi kilka utworów mojego ukochanego Marka Dyjaka. Sytuacja między mną a Gosią wygląda tak, że ona jest we mnie zakochana, a ja robię zamęt. :)

Zaczęły mnie ostatnio boleć kości, więc nawet nie jestem w stanie uprawiać seksu. Właśnie dlatego go nie było. ;)


2014.05.09 / Piątek / 08:47 - Zgubiłem rower Veturilo

Ach, nareszcie odzyskałem normalną prędkość dostępu do Internetu, po tym jak przekroczyliśmy miesięczny limit gigabajtów i cały transfer zwolnił do koszmarnej prędkości GPRS. Dowiedziałem się, że naliczanie kolejnego limitu zaczyna się u mnie zawsze dziewiątego dnia każdego miesiąca. Póki co myślę, że przedłużę umowę z Plusem, choć ich warunki są naprawdę marne, w porównaniu z innymi operatorami.

Dwa dni temu dowiedziałem się, że nie znaleziono roweru Veturilo, który nieprawidłowo zwróciłem pamiętnego dnia 30 kwietnia. Może to oznaczać, że po prostu ktoś go ukradł, co jest tym bardziej prawdopodobne, że stacja Veturilo przy Lazurowej znajduje się w fatalnym miejscu, tuż obok sklepu z alkoholem czynnego 24 godziny na dobę, pod którym zbiera się zawsze grupa imprezujących meneli osiedlowych. Możliwe, że któryś z nich zauważył, że źle zwróciłem rower i po chwili go sobie zabrał, a to, że rower został przeze mnie źle zwrócony wiem od kolegi, który wyjaśnił mi, że powinienem usłyszeć syngał dźwiękowy potwierdzający zwrot roweru i dopiero wtedy odejść od stacji. Sygnału faktycznie nie było, ale przecież rower nie dawał się wyciągnąć z haków zabezpieczających, więc uznałem, że wszystko jest w porządku. Najwidoczniej ktoś go jednak zdołał wyciągnąć. Mogłem go zapiąć linką, mogłem też sprawdzić na terminalu czy system odnotował zwrot, ale nie zrobiłem tego, więc w sumie sam jestem sobie winny. Za zgubienie roweru mogę teraz ponieść dotkliwą karę finansową przewidzianą w regulaminie - 1770 złotych. Jestem z tego powodu mocno wkurwiony, nie tylko na Veturilo, ale także na samego siebie. Ech... Trudno, jeśli przyjdzie mi tyle zapłacić firmie NextBike, która utrzymuje się po cześci z podatków warszawiaków, to zapłacę, choć ktoś sprytniejszy ode mnie na pewno by się od tej decyzji odwoływał, a może nawet poszedł z tą sprawą do sądu...

Nagle poczułem jak to jest być człowiekiem oszukanym przez system. Poczułem się jak nasi klienci, którzy także muszą płacić duże rachunki z powodu włożenia łapy w tryby oszukańczego systemu. Ech, nieprzyjemne uczucie. Powinienem w końcu porzucić tę pracę. :P W sumie poniesienie takiej kary mi się należy, możliwe, ża nałożył ją na mnie sam Bóg. :) Powinienem ją przyjąć z pokorą... Ja, zły człowiek... Zły i leniwy.

Póki co zablokowano mi konto Veturilo i kazano czekać na to, aż rower się odnajdzie. Szanse są raczej marne, wziąwszy pod uwagę ile dni już minęło...


2014.05.05 / Poniedziałek / 01:03 - Firmowe okno

Popracowałem cztery dni, pora wypocząć... Przed dyźurem wstąpiłem na chwilę na Osiedle Przyjaźń, gdzie Gosia wraz z liczną rodziną i rodzicami przygotowywała się do grilla. Na początku zostałem przytulony przez córkę Gosi, co sprawiło, że na moment poczułem się trochę jak szczęśliwy tatuś. Sama Gosia była raczej zdystansowana, ale to dlatego, że sam się od niej oddaliłem, wyjaśniając wcześniej, że nasz związek to źaden związek. Poznałem też jednego szwagra oraz siostrę Gosi, zdecydowanie ładną dziewczynę, bardziej w moim stylu niż sama Gosia, z pewnym dramatem w oczach, tak przeze mnie lubianym. ;) To mnie utwierdziło w przekonaniu, że nie mogę być partnerem Gosi - ciągle rozglądałbym się za innymi dziewczynami. Powinno być tak jak wtedy, gdy byłem z Mają lub Asią, wtedy na inne dziewczyny w ogóle nawet nie patrzyłem. Podczas niedzielnej wizyty mogłem wejść do domu, by poznać niedoszłą teściową, czyli bardzo niską mamę Gosi, ale nie zrobiłem tego, nie chcąc robić zamieszania, tym bardziej, że przecież i tak nie będę częścią tej, naprawdę fajnej, rodziny. Po kilku minutach pojechałem do pracy, w której znowu nawiedził mnie ból brzucha, połączony tym razem z bólem tylnej częsci głowy i jej zawrotami. To pewnie rak mózgu...


2014.05.02 / Piątek / 11:55 - Pierwszy kontakt z Veturilo

Wpłaciłem 10 złotych na swoje konto Veturilo, by móc wypożyczać rowery i po pracy po raz pierwszy skorzystałem z ich usług. Stacja obok mojej firmy była pusta, nie zastałem na niej ani jednego roweru, dlatego musiałem przejść się pod Politechnikę, gdzie akurat ktoś zwracał rower, który następnie wypożyczyłem. Cena wypożyczenia trwającego mniej niż godzinę wynosi tylko 1 złoty, dlatego po dojechaniu w 45 minut na Jelonki byłem zadowolony z tego, że można się tak tanio wozić po Warszawie. Sam rower jest całkiem wygodny, choć wygląda dosyć topornie i początkowo trzeba się do niego przyzwyczaić. Rower odstawiłem zgodnie z instrukcją - wstawiłem jego przednie koło w specjalny zaczep, z którego już nie dał się wyciągnąć. Uznałem, że został on prawidłowo zwrócony i poszedłem do mieszkania Gosi.

Następnego dnia przed południem ponownie przybyłem na tą samą stację, mając zamiar wrócić kolejnym rowerem na Śródmieście, ale po wpisaniu na terminalu numeru telefonu okazało się, że rower z poprzedniego dnia nie jest jeszcze zwrócony - system zapytał mnie czy chcę zwrócić rower, potwierdziłem i okazało się, że dopiero wtedy zwrot roweru został odnotowany, po ponad 12 godzinach. Na stacji nie było żadnego wolnego roweru, więc wsiadłem do autobusu i bez biletu dojechałem na Śródmieście. W firmie włączyłem tablet, wszedłem na swoje konto i okazało się, że mam do zapłacenia 272 złote, bo sama kara za przetrzymanie roweru dłużej niż 12 godzin wynosi 200 złotych!

Zezłościłem się strasznie, ale nie wpadałem w panikę, bo przypomniałem sobie, że było wiele reklamacji na Veturilo, gdyż system działa dosyć marnie i takich przypadków jak mój jest mnóstwo. Napisałem maila i po godzinie dług został zniesiony z mojego konta, a ja dostałem wiadomość, że mam wysłać oficjalną reklamację. Tak też zrobiłem, wypełniłem oficjalny formularz i mam nadzieję, że to zakończyło sprawę. Następnego dnia dowiedziałem się od kolegi, który miał podobną przygodę, że jemu naliczono 1700 złotych za przetrzymanie roweru przez 15 dni. Pięknie. Mi też by tyle naliczono, gdybym rano nie poszedł na tą samą stację Veturilo i nie zobaczył, że rower nadal jest wypożyczony.

Wszystko to można podsumować jednym zdaniem - Veturilo to gówno. Stworzono wadliwy system, który zniechęca mnie do dalszego użytkowania ich rowerów. Dno.


2014.05.02 / Piątek / 00:49 - Gosia zagrała i zaśpiewała

Po powrocie z Puław posiedziałem siedem godzin w pracy, a następnie wsiadłem po raz pierwszy w życiu na rower z wypożyczalni Veturilo i dojechałem nim w 45 minut na Bemowo, a konkretnie na Jelonki, na których mieszka Gosia. Zakochana we mnie kobieta zaprosiła mnie na całą noc do siebie i była to pierwsza noc, którą spędziliśmy razem u niej w domu. Córki akurat nie było, gdyż w środy zazwyczaj zajmuje się nią tatuś, były mąż Gosi.

Zostałem poczęstowany pyszną kolacją, którą sam sobie wybrałem, i na którą Gosia specjalnie kupiła składniki - jajecznicą z kiełbaskami. Mniam. :) Po zjedzeniu kolacji wysłuchałem śpiewu Gosi, połączonego z grą na gitarze. Kilka porządnych utworów, spośród których dwa miałem okazję sfilmować, choć nie będę wrzucał ich na YouTube. ;) Gosia gra bardzo dobrze, śpiewa jako-tako, ale przede wszystkim widać, że barzdo to lubi. Ja oczywiście bardzo lubię dziewczyny, umiejące grać na gitarze, śpiewające artystki, co przyczyniło się do tego, że na Gosię spojrzałem z większym podziwem. Zrobiłem sporo zdjęć, spośród których jedno umieszczam powyżej. Po wysłuchaniu wszystkiego wziąłem kąpiel w dużej wannie, a następnie położyliśmy się do łóżka, by obejrzeć film "Wożąc panią Daisy" na dvd, którego jednak nie obejrzeliśmy nawet do połowy. Z Gosią nie obejrzałem nigdy jeszcze żadnego filmu, gdyż zawsze rzuca się ona na mnie, gdy tylko znajdziemy się w łóżku, jako największa znana mi erotomanka. :P Kilka godzin później zasneliśmy, po najkrótszym stosunku płciowym mojego życia. ;)

Wieczorem lub rano ustawiliśmy sobie na Facebooku tak zwany związek. Pomyślałem, że w zasadzie Gosia jest na tyle dobrą dziewczyną, że ustawienie związku nie zaszkodzi, choć szybko zacząłem mówić, że to tylko taki próbny związek, na pół roku, po którym podejmiemy decyzję co dalej. ;) Wiem, jestem okropny. Później dorzuciłem do tego myśl, że w zasadzie nie jest to prawdziwy związek, bo przecież ja nie jestem zakochany. Gosia tymczasem zaangażowała się w pełni, zapraszając mnie dwa dni później na kolację z córką, połączoną zabawą klockami, próbując zapewne uderzyć w mój czuły, rodzinny punkt. Na środę dostałem natomiast zaproszenie na wspólne piwo z kolegami z pracy Gosi, ale poczułem, że nie jest to dobry pomysł, bo będę tam musiał występować w roli partnera Gosi, a dziwnie pełnić tę rolę, nie będąc w niej zakochanym. Ogólnie trzeba przyznać, że cała sytuacja jest dziwna, a ja jestem najgorszym partnerem jakiego można sobie wyobrazić. W zasadzie lepiej używać słowa pseudopartner i pseudozwiązek, a gdyby Gosia postępowła logicznie i rozsądnie kopnęłaby mnie w dupsko i zakazała się do siebie zbliżać. Niestety wszystko wskazuje na to, że naprawdę jest zakochana i przez to straciła rozum. Szkoda, bo u mnie szansa na zakochanie wynosi jakieś... 7 %.

Zawsze gdy widzę Gosię na żywo to zadaję sobie pytanie czemu nie jestem zakochany, przecież to całkiem ładna dziewczyna, pod wieloma względami idealna. Zakochanie jednak nie przychodzi i nic nie wskazuje na to, by miało przyjść, więc pozostaje tylko żal i smutek, że ominie mnie dobre życie u boku tej dobrej kobiety, z którą mógłbym się dosyć szybko szczęśliwie rozmnożyć. Trudno, przynajmniej jestem w stu procentach szczery, szczególnie na swoim blogu. ;) Tak czy siak, jeśli wierzyć Facebookowi, jestem obecnie w związku i chyba tak zostanie, na jakiś czas... Aż Gosia zmądrzeje. :)