2014.06.29 / Niedziela / 15:15 - Trzydziestodwulatek

Oficjalnie 32 lata, nieoficjalnie 17. Wiek duszy i umysłu nastoletni, wiek ciała starczy, choć widuję starców, którzy na oko czują się lepiej niż ja. Znowu czuję się źle, znowu jest mi niedobrze i boli mnie brzuch, tak mocno jak nigdy wcześniej, a co jakiś czas boli także głowa i jądra... W dodatku pojawia się u mnie dziwne drżenie, jakby moje narządy wewnętrzne prowadziły z czymś walkę, albo trzęsły się ze strachu. Dziś rano w telewizji powiedzieli, że w samym województwie Świętokrzyskim każdego roku trzysta nowych osób dowiaduje się, że ma białaczkę. Jak żyć w takim świecie bez strachu przed chorobami?

Młodsza siostra we wtorek jedzie do mojej firmy, by napisać tam test, po którym być może zostanie przyjęta w szeregi szczęśliwych operatorów czatów sms. Fajnie, pracowalibyśmy wtedy razem, więc może poszlibyśmy też razem na ten te same studia, by się w pełni zintegrować? Nie wiem niestety czy mam siłę na studiowanie, przez te wszystkie bóle... Pora myśleć raczej o trumnie niż o studiach.

Wczoraj przez godzinę jazdy rowerem do pracy trenowałem intensywne moknięcie. Moja kurtka przeciwdeszczowa zdecydowanie nadaje się już do wymiany. Powinienem też na jakąś deszczowa noc rozłożyć namiot, by przekonać się jak wygląda jego wodoszczelność.

Czy na Mazury powinienem wyruszyć już za nieco ponad tydzień? Czy już powinienem brać wolne? Pogoda w te wakacje chyba nie będzie lepsza, będzie regularnie padać co kilka dni, nici z naprawdę słonecznego wyjazdu. Pomyślałem ostatnio, że jazda przez Mazury według planu nie ma sensu, że o wiele lepiej będzie układać trasę na bierząco, by nie wiedzieć nigdy rano gdzie będzie się zasypiać wieczorem. Dobrze byłoby przedłużyć czas wyprawy do dwóch tygodni, bo jeden tydzień to raczej za krótko. Tylko jak można jeździć przez dwa tygodnie mając tylko dwa komplety ubrań rowerowych? A może powinienem prać swoje ciuszki w mazurskich jeziorach?

Za godzinę wyjeżdżam z domu i jadę do Gosi, za którą się trochę stęskniłem. Dobrze mi było z Gosią i ciekawie. Z Mają też i często za tym tęsknię. O, a rok temu, w moje urodziny, w akademiku Asi, też było całkiem przyjemnie... Wtedy widziałem Asię po raz ostatni, ale teraz pracuje ona w biurowcu obok mojego Orco Tower. Hmm, ostatnio z Magdaleną w łóżku też było tak miło... I z Marzenką dwa lata temu. Łaskawe były dla mnie te wszystkie kobiety. Tak czy siak umieram... Ech.


2014.06.28 / Sobota / 15:07 - Siostra zdała maturę

Wszyscy bardzo się cieszymy - w wieku 24 lat siostra w końcu zdała maturę! Ja swoją maturę także zdałem w wieku 24 lat, ale różnica między mną a siostrą jest taka, że ja nie wybrałem się na studia do dziś, a siostra podobno planuje to zrobić już teraz, już zaraz. Ja mam jeszcze troszkę czasu na zastanowienie się co z moją edukacją, dokładnie około tygodnia, bo później zapisanie się na studia nie będzie już możliwe. Przydałaby się jakaś motywująca miłość... Ech. W sumie jednak na chwilę obecną naprawdę planuję studiować! Na APS! :P

Nasz pies Kajtek od wczoraj dni jest ledwo żywy. Zdaje się, że ktoś mu coś zrobił, bo nie ma siły chodzić, leży tylko pod krzakiem poruszając jedynie oczami na lewo i prawo. Szkoda by było, gdyby staruszek Kajtek od nas odszedł, bo to taka mądra psina... Kolejna śmierć w rodzinie by była. Za tydzień rocznica śmierci Mamy.

Przede mną trzy dni pracy, po których nastaną moje dwa dni wolne. Mazury czekają, kobiet prawie nie ma, zdrowie zmienne, raz lepsze, raz gorsze, głównie jednak gorsze. Jutro moje urodziny, a w związku z nimi wizyta u Gosi w mieszkaniu, przed dyżurem w pracy.


2014.06.25 / Środa / 09:29 - Powrót na właściwą stronę Wisły

Noc była fajna, ale teraz pora wrócić z "Pragi North", jak nazywa ją mój tablet, na Śródmieście, by odbębnić kolejny dyżur w pracy. Jednak najpierw śniadanie - tosty w Mc Donald's!

Uwielbiam warszawskie mosty, wszystkie poza mostem Grota-Roweckiego. Uwielbiam Warszawę o poranku, nawet wtedy, gdy jestem lekko skacowany. Przejechałem obok zoo, by następnie Mostem Gdańskim dostać się na właściwą stronę Wisły. Spod swojej dawnej szkoły dojechałem pod kino Femina, do Mc Donalda, w którym kupiłem dwa tosty. Wchłonąłem je obok liceum artystycznego na Nowolipiu, ale tym razem nie widziałem tam żadnych licealistek, więc po zjedzeniu śniadania, odczuwając głód młodych dziewczyn, udałem się na swoją ukochaną uczelnię, na której zdecydowanie było na co popatrzeć. Posiedziałem z tabletem, poczekałem na nadejście odpowiedniej godziny i w końcu pojechałem do firmy, by ponownie oddać się pracy. W międzyczasie napisałem do trzeciej kandydatki, Kariny, z którą miałem się spotkać już jutro po pracy. Opowiedziałem jej jak pocieszałem w nocy koleżankę, wyjaśniłem, że cenię szczerość i dlatego piszę o wszystkim, nie zatajając niczego, co poskutkowało tym, że nasze spotkanie zostało odwołane. Tym sposobem wykruszyła się kolejna dziewczyna, więc swoje poszukiwania będę musiał rozpocząć od nowa. Szkoda, bo Karina zapowiadała się najciekawiej i nawet kopa dała mi w bardzo ładny, kulturalny i mądry sposób. Przynajmniej Gosia nadal mnie toleruje, choć brała już pod uwagę dodanie mnie do najczarniejszej z czarnych list. W zasadzie fajne jest teraz moje życie, a miejscami nawet piękne. Nie narzekam na nic... Może tylko na to, że za kilka dni przestanę być trzydziestojednolatkiem.


"So ya
Thought ya
Might like to
Go to the show."

Pink Floyd "In the flesh"


2014.06.25 / Środa / 00:49 - Rozpierzchłe paluszki

Przez cały dzień prowadziłem na Sympatii.pl rozmowę ze starszą od siebie Moniką, z którą spotkałem się jeden raz, jakieś dwa tygodnie temu. Rozmowa była prowadzona tak skutecznie, że aż trafiłem na czarną listę Moniki, przez co nie mogę już wysyłać do niej żadnych wiadomości. :) Jedna dziewczyna z mojej aktualnej trójki odpadła... Szkoda, bo przecież była fajna i nawet ją polubiłem.

Tuż przed końcem dyżuru dostałem smsa od Magdaleny, u której byłem niedawno w mieszkaniu na Pradze, i z którą skonsumowałem pizzę w La Tomatina. Magdalena, z powodu pewnego mężczyzny zalana łzami, ponownie zaprosiła mnie do swojego mieszkania, stwierdzając, że potrzebuje wsparcia, pocieszenia, a ja jestem jej jedynym kolegą w stolicy. Początkowo protestowałem, uznałem, że to głupia sytuacja, skoro jest jakiś inny mężczyzna, wywołujący u Magdaleny tak silne emocje, ale po wyjściu na dwór, przed budynek firmy, i uzmysłowieniu sobie, że jest dosyć zimno, a do domu daleko, postanowiłem zmienić zdanie. Wstąpiłem na pobliską stację benzynową po chipsy, cztery piwa i paczkę papierosów, by następnie ruszyć rowerem na Pragę Północ. Po drodze mało nie rozjechałem detektywa Rutkowskiego, na którego natknąłem się po raz drugi w życiu. Przez chwilę przypomniały mi się Siedlce i moja pierwsza randka z Mają, w którą wmieszany był detektyw Rutkowski, ale nie rozmyślałem długo o przeszłości tylko skupiłem się na najbliższej nocy, ciesząc się warszawskim wieczorem. Uznałem, że w zasadzie to lubię głupie i dziwne sytuacje, a Magdalena jest na tyle ładna, że samo patrzenie na nią będzie mi sprawiało przyjemnośc, więc przejechałem na drugą stronę Wisły i skręciłem obok Stadionu Narodowego w lewo, trafiając w ten sposób do najmroczniejszej części miasta. O dziwo o godzinie 23:00 Praga Północ nie wygląda wcale tak źle jak myślałem, wprost przeciwnie, o tak późnej godzinie można tam spotkać więcej cywilizowanych ludzi niż za dnia.

Gdy przybyłem na miejsce Magdalena była już po dwóch piwkach, a ze mną wypiła dwa kolejne. Słuchałem co ma do powiedzenia, pocieszałem ją na swój dołujący sposób, jadłem chipsy, piłem piwo, patrzyłem na zgrabne nogi i ładne oczy, a wszystko to przy dobrej muzyce autorstwa Pink Floyd, Tori Amos i Fiony Apple. Pocieszanie zaczęło nabierać rozpędu, szczególnie wtedy, gdy oboje ułożyliśmy się do snu w jednym łóżku. Nie wiem jak to się stało, że z godziny 1:00 zrobiła się nagle niemal 4:00 i zaczęło świtać, ale najważniejsze, że spędziłem miło czas z fajną, ładną i mądrą, choć także nieco pokręconą dziewczyną, cieleśnie dosyć idealną.

Rano, po zdecydowanie zbyt krótkim śnie, obudziłem się z bólem głowy, namiastką kaca, który u mnie występuje już po dwóch piwach. Mieszkanie opuściliśmy o godzinie 9:00, ja pojechałem w kierunku firmy, a Magdalena na pewien plac budowy, jak przystało na panią architekt. Fajna przygoda, ciekawe wydarzenie, sympatyczna noc. Dwoje wolnych ludzi, kolega i koleżanka, oboje z dobrym gustem muzycznym, młodzi, piękni i zgrabni.


"I think it's perfectly clear
We're in the wrong band"

Tori Amos "The wrong band"


2014.06.24 / Wtorek / 11:06 - Pierwsza noc w namiocie

Siedzimy z Tatą w domu sami, gdyż młodsza siostra została w Puławach, do których na tydzień przyjechała też ciocia z Rzeszowa. Wczoraj po pracy, po powrocie o 22:00, postanowiłem rozbić namiot, by wreszcie po raz pierwszy spędzić w nim noc. Było dosyć chłodno, ale śpiwór się sprawdził i udało mi się w nim przetrwać do rana w całkiem komfortowych warunkach. Jedynie nos miałem zimny. :) Największą wadą spania w namiocie jest konieczność leżenia na niewygodnej, twardej karimacie. Ciężko w ten sposób naprawdę wypocząć, tak jak w miękkim łóżku. Zacząłem żałować, że kupiłem zwykłą karimatę, zamiast wygodniejszej, samopompującej, dwukrotnie droższej. Przydałaby się także mała poduszka pod głowę, bo na płasko ciężko było zasnąć. Mimo że spałem na własnym podwórku, byłem przerażony hałasami dobiegającymi spoza namiotu. Czy to zaskrońce próbowały się wsunąć pod podłogę namiotu, czy jakieś gryzonie po nim spacerowały? Przypomniałem sobie, że kilka razy po naszym podwórku chodził łoś i miałem wrażenie, że za chwilę wpadnie on na mój namiot, tratując mnie na śmierć. ;) Póki co z przerażeniem myślę o nocowaniu gdzieś w lesie, na dziko, bojąc się najbardziej nie zwierząt, lecz ludzi. Chyba nie zmrużyłbym oka przez całą noc. Nie wyobrażam sobie jak Kazimierz Nowak mógł spać w namiocie podczas swojej podróży po Afryce, gdy słyszał odgłosy lwów, lampartów i hien, gdy miał świadomość, że w pobliżu czają się krokodyle i setki innych paskudztw. Tym większy jest mój podziw dla niego. Jego podróż jest czymś niezwykłym, od początku do końca.

W tym tygodniu wolny mam tylko piątek, więc nasiedzę się w pracy i zarobię trochę pieniędzy. Nie wiem jeszcze kiedy wyruszam na Mazury, ale dwie osiemnastolatki, o których wspominałem, już trzy dni temu wyruszyły na zachód, do Portugalii i dzisiaj pokonują odcinek z Włocławka do Poznania. Po drodze spotykają różnych dobrych ludzi, którzy im pomagają na różne sposoby. Wiadomo, ładnym nastolatkom każdy chce pomóc, sam zaoferowałbym im prysznic, ale czy ktoś będzie chciał pomóc takiemu chudemu, spoconemu, obolałemu rowerzyście jak ja, podczas mojej wyprawy? ;) Przydałby mi się jednak ktoś z kim mógłbym podróżować, najlepiej jakaś dziewczyna. :P Niestety, póki co, nie mam nawet chętnego na wyjazd kolegi.

Aktywne są obecnie trzy dziewczyny - Monika, Magdalena i Karina, ale jak będę próbował ciągnąć wszystkie trzy za ogon, to najpewniej zostanę z niczym. :) Oczywiście wszystkie one wiedzą co robię, mają dostęp do mojego bloga, choć nie sądzę, by go czytały. Z przyjemnością podejmę decyzję i skupię się na jednej kobiecie, gdy już będę wiedział, której naprawdę może na mnie zależeć. Mi póki co zależy na każdej. ;) W każdym razie teraz trochę popracuję, później wyruszę na wyprawę, a w międzyczasie może nawet zapiszę się na jakieś studia, choć już mam ochotę odłożyć to na później. Może na rok 2015?


2014.06.22 / Niedziela / 20:19 - Na zaporze w Solinie

Na koniec weszliśmy na samą zaporę, na której przypomniałem sobie, że kiedyś miałem lęk wysokości. Spojrzenie stamtąd w dół przyprawia mnie o zawrót głowy i zaczynam wtedy wątpić czy naprawdę byłbym w stanie kiedykolwiek skoczyć na bungee. Do tego momentu twierdziłem, że tak. Siostra powiedziała, że jednemu mężczyźnie wypadło kiedyś dziecko z nosidełka na plecach, gdy pochylił się, by spojrzeć w dół. Koszmar. Myślę, że nie byłbym w stanie chodzić po naprawdę wysokich górach, bo nadal mam pewien lęk wysokości, który totalnie mnie blokuje w takich momentach. Oczywiście wysoko jest tylko po prawej stronie, bo po lewej, nad jeziorem, wysokość jest mała. Turyści karmią tam ryby, które kłębią się przy zaporze całymi stadami. Zapora jest więc miejscem godnym polecenia, które przypadło mi do gustu, nie licząc festynu urządzonego wokół niej. Nawet nie można było zrobić porządnego zdjęcia, bo w kadr wchodziły elementy z dmuchanego placu zabaw dla dzieci.

Z Soliny pojechaliśmy do Ustrzyk Dolnych, które dawno, dawno temu sam planowałem odwiedzić. Nie są one taką wioską jak myślałem, jest to normalne miasteczko, w którym stoją nawet bloki. My udaliśmy się do Młyna, w którym mieści się muzeum oraz karczma. Zjedliśmy bardzo smacznie, za bardzo małe pieniądze, otoczeni sympatycznymi, uśmiechniętymi i normalnymi ludźmi. A może ja jestem dziwny dlatego, że lubię normalność? Może niektórzy twierdzą, że bycie sztywnym przy stole i przepłacanie za malutkie porcje jedzenia w wytwornej restauracji także powinno się uznawać za normalność? Dziękuję, wolę taki Młyn z karczmą od zakichanego Arłamowa, no ale dobrze, koniec tego tematu, bo znowu zaczynam się denerwowac. :) Młyn polecam, kelnerka miała fajny dekolt, zupa pomidorowa była smaczna, podobnie jak to co zjadłem po siostrze - pyzy z mięsem i skwarkami. Wystrój wnętrza super, prawdziwy młyn.

W długiej drodze powrotnej z Ustrzyk Dolnych do Rzeszowa wstąpiliśmy jeszcze na chwilę do nieczynnej winnicy, na której obejrzeliśmy jedynie winogrona i zająca kicającego między nimi. W sumie przez te dwa dni zrobiliśmy jakieś 500 kilometrów dwoma samochodami, nasza rodzina z Rzeszowa porządnie się na to wszystko wykosztowała, goszcząc nas w bardzo dobrym stylu, który należy pochwalić.

Najprzyjemniej spośród tych dwóch dni i tak wspominam mój całkowicie zwyczajny spacer po Rzeszowie, z młodszą siostrą, na który udaliśmy się po powrocie z pierwszego dnia zwiedzania Podkarpacia. Przeszliśmy razem przez pół Rzeszowa, przekonując się, że jest to miasto dosyć małe, wielkości jednej warszawskiej dzielnicy, ewentualnie dwóch, bardzo ładnie zadbane, z dużą ilością wielkich galerii handlowych i uniwerystetów. Dla mnie, człowieka nienawidzącego dresiarstwa, bardzo atrakcyjne w Rzeszowie jest to, że dresiarzy po prostu w ogóle tam nie ma, a przynajmniej ja na żadnych się nie natknąłem. Rzeszów zdecydowanie jest miastem, w którym mógłbym zamieszkać, a jak wiadomo, niewiele miast za takie uznaję.

W niedzielę rano przeszedłem się przez Rzeszów ponownie, tym razem udając się na Dworzec Lokalny, dawny Podmiejski, z którego odjechałem Polskim Busem do Warszawy, leżącej na zupełnie płaskim Mazowszu. Na Podkarpacie powrócę kiedyś rowerem, a w tym roku być może pojadę z siostrą, lub siostrami w Bieszczady, by po raz drugi w życiu wejść na Tarnicę. O ile Podkarpacie jest bardzo ładne, o tyle Bieszczady są cudowne.



2014.06.22 / Niedziela / 20:18 - Jezioro Solińskie

Szkoda, że nie użyłem filtru antyrefleksyjnego, przez co wszystkie zdjęcia zrobione nad wodą są do kitu. Na żywo jezioro wygląda bardzo ładnie, robi wrażenie i aż ma się ochotę po nim popływać, choćby takim małym samochodem-łodką na pedały. Niestety na miejscu jest także coś co bardzo mi się nie podoba - tandetny klimat festynu, wesołego miasteczka, chiński chłam sprzedawany na straganach, mnóstwo lokali gastronomicznych na najniższym poziomie... Najwidoczniej coś takiego pojawia się wszędzie gdzie licznie ściągają turyści wraz z dziećmi. Facet nawołujący przez megafon, zachęcający do kupowania biletów na rejs statkiem także robił na mnie bardzo negatywne wrażenie. Sceny zupełnie jak z filmu "Wojna Polsko-Ruska", który zresztą bardzo lubię, a nawet uwielbiam. O ile w Arłamowie nie podobali mi się bogacze, o tyle nad Soliną nie podobały mi się te wszystkie typowo polskie, festyniarskie spaślaki. Na szczęście było też mnóstwo młodych dziewczyn, na które patrzyłem równie chętnie jak na wodę i zaporę. ;)


2014.06.22 / Niedziela / 20:18 - Zapora na Solinie

Z punktu widokowego podjechaliśmy pod ruiny zamku, na który weszliśmy, i z którego podziwialiśmy widok na San. Po zejściu podjechaliśmy do samego Leska, przez które przejeżdżałem już w drodze do Wetliny, w roku 2012. Odwiedziliśmy bardzo fajną cukiernię, w której zjedliśmy pyszne słodkości - miejsce zdecydowanie godne polecenia, bardzo tanio i bardzo smacznie - Słodki Domek. Z Leska pojechaliśmy do browaru Ursa Maior, którym wypiliśmy troche piwa. Ciocia i wujek kupili tacie skrzyneczkę z sześcioma butelkami w prezencie. Z browaru pojechaliśmy w kierunku największej atrakcji naszego wyjazdu, efektownej zaporze na Solinie. Powyższe zdjęcie jest dosyć marne i zupełnie nie oddaje jej ogromu, Zapora zrobiła na mnie wielkie wrażenie szczególnie wtedy, gdy rzuciliśmy na nią po raz pierwszy okeim, jadąc samochodem pobliską drogą. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem czegoś tak wielkiego, nawet Pałac Kultury wymięka przy tej budowli. Moja młodsza siostra także była zachwycona, natomiast starsza na zaporze była już po raz trzeci lub nawet czwarty w życiu.


2014.06.22 / Niedziela / 20:18 - Widok na Bieszczady

Z Przemyśla pojechaliśmy w piątek do miejsca, które zupełnie mi się nie spodobało, bo jest całkowicie odmienne od mojego stylu i moich przekonań - do czterogwiazdkowego hotelu Arłamów. W dupie mam to, czy kiedyś mieścił się tam jakiś ośrodek rządowy, czy trzymano tam tego pionka-idiotę Wałęsę, a także to, że teraz jest to miejsce pięknie zadbane i mocno wypasione. Ja takich miejsc po prostu nie lubię, źle się w nich czuję, a gdy patrzę na otaczających mnie tam ludzi to robi mi się niedobrze. Ciocia i wujek chcieli chyba byśmy zaznali tam przez chwilę życia na wyższym poziomie co objawiło się tym, że musiałem zjeść najgorszy obiad w swoim życiu, dziczyznę z warzywami, którą ledwo mogłem przełknąć. W menu tej "cudownej" restauracji znajdowało się zaledwie kilka potraw i dwa desery. Wszystko drogie, wszystkie porcje tak malutkie, że cała rodzina skończyła jeść obiad już po pięciu minutach. Ludzie przy innych stołach okorpni - nadęci, z bogactwem wypisanym na pyskach, z pustym spojrzeniem. Strach pomyśleć jak wyglądają ludzie w naprawdę drogich miejscach! Wujek zapłacił za wszystko kilka stów, ja napchałem brzuch niedobrym mięsem, a gdy poszedłem do ubikacji okazało się, że jest tylko jeden sedes na całą restaurację, a mydło w płynie wylewa się na podłogę, bo ktoś zamontował automat w kretyński sposób. Rodzina postanowiła pokazać nam wnętrze nowego hotelu, bo obiad zjedliśmy w starym. Zacząłem się zastanawiać po cholerę mam oglądać takie miejsce, co to ma być dla mnie za atrakcja i po chwili zaprotestowałem, powiedziałem, że ja tam nie wchodzę i tym sposobem popadłem w konflikt z ciocią, która po raz setny w życiu uznała mnie za dziwaka. Najgorsze jest to, że ciocia z jakiegoś powodu nie lubi dziwaków, rzekłbym nawet, że pała do nich wielką wrogością. To poskutkowało poranną kłótnią przy śniadaniu następnego dnia i moim obrażeniem się na ciocię, która znowu zaczęła truć swoje farmazony, słyszane przeze mnie tak wiele razy w życiu. Najgorsze było to, że ciocia przy okazji obraziła mnie kilka razy, twierdząc na przykład, że tylko jakaś głupia, zdesperowana dziewczyna mogłaby się we mnie zakochać, przy okazji obrażając w ten sposób Gosię i inne wcześniej we mnie zakochane dziewczyny. Na chwilkę wyrwałem się ze schematów, które ciocia pragnie wszystkim narzucać i od razu podpadłem, obrywając przy tym po łbie w charakterystyczny dla cioci psudosłodki i pseudogrzeczny sposób, choć przecież jedyne co mi się nie podobało to hotel, restauracja i otaczający nas tam ludzie. Rano całkowicie szczerze powiedziałem, że zjadłem tam najgorszy obiad w swoim życiu, czym podobno obraziłem wujka, który za niego zapłacił. Postanowiłem już nigdy nie odwiedzać rodziny w Rzeszowie, mimo tego, że dbali o nas i płacili za wszystko. Niech żyje wielki dziwak jakim był Kazimierz Nowak, którego ciocia najpewniej także uznałaby za głupka. :) Zastrzeżeń nie mam jedynie do naszego brata ciotecznego, który zdaje się być bardziej tolerancyjny od cioci.

W każdym razie po porannej kłótni, po której na chwilę nawet postanowiłem pozostać w Rzeszowie, wyruszyliśmy na drugą wyprawę. Naszym głównym celem podróży miała być Solina, ale zahaczyliśmy także o inne fajne miejsca i tym razem odbyło się bez czterogwiazdkowych hoteli. Pierwszą atrakcją tego dnia było odwiedzenie punktu widokowego w okolicach Leska, niedaleko Góry Sobień, na której znajdują się ruiny zamku. Powyższe zdjęcie przedstawia naszą szlachetną familię, beze mnie, gdyż ja trzymałem aparat. Niestety mgła zakryła same Bieszczady, które przecież kocham.


2014.06.22 / Niedziela / 20:17 - Prawie jak rollercoaster

Pod Kopcem Tatarskim znajduje się stok narciarski, wyciąg krzesełkowy, a także widoczna na powyższym zdjęciu kolejka, taki malutki rollercoaster, na którym czas szybkiej jazdy wynosi kilkanaście, lub kilkadziesiąt sekund. Wujek zafundował nam dwa przejazdy, brat zrobił nam zdjęcie, a my z siostrą po raz pierwszy w życiu poszaleliśmy na czymś takim. Myślałem, że już po nas. ;) Prawdziwy, wielki rollercoaster, to dopiero musi być robić wrażenie.


2014.06.22 / Niedziela / 19:59 - Na tle Przemyśla

Przejechaliśmy przez Przemyśl, który z góry wygląda piękniej niż z poziomu ulic, a nastepnie wjechaliśmy na górę, na parking, z którego weszliśmy na Kopiec Tatarski - piękny punkt widokowy, z którego można obejrzeć nie tylko Przemyśl, ale także wielką część Podkarpacia, a nawet Ukrainę. Wrażenie wspaniałe, chętnie zostałbym na górze dłużej, ale rodzina dosyć szybko się stamtąd zmyła. Młodsza siostra była równie zachwycona jak ja. Uwielbiam takie miejsca.


2014.06.22 / Niedziela / 19:59 - Z rodziną wśród roślin

Ciocia i wujek wraz ze swoim synem, naszym bratem ciotecznym, dbali o nas jak mogli, płacili za wszystko i zapewniali nam wszelkie atrakcje. Miło z ich strony. Ja jako człowiek rodzinny dobrze się czułem w tym gronie, aczkolwiek mam tendencję do popadania z ciocią w konflikty, a raczej do kłócenia się z nią. Widocznie za bardzo się od siebie różnimy. Ciocia z wyglądu najbardziej przypomina naszą Mamę, spośród wszystkich trzech cioć. W sumie szkoda, że nie było z nami Mamy, choć kto wie, może towarzyszyła nam stale, jako duch...

Moje spodnie są chyba za mało obcisłe, za słabo podkreślają moją chudość. ;) Młodsza siostra po raz pierwszy zobaczyła na własne oczy jakiekolwiek góry i teraz twierdzi, że chętnie pojechałaby w Bieszczady, by wejść na Tarnicę i inne takie. Ja też bym się chętnie wybrał, choć jeszcze nie byłem na rehabilitacji, mającej naprawić moje wadliwe kości.


2014.06.22 / Niedziela / 19:58 - Arboretum Bolestraszyce

W piątek rano zjedliśmy śniadanie, wypełniliśmy sobą dwa samochody i ruszyliśmy na pierwszą wyprawę. Drugi brat cioteczny także ma Suzuki Grand Vitarę i to z nim jeździliśmy, ja i moje siostry. W drugim samochodzie, który stale za nami jechał, siedziała kierująca nim partnerka brata oraz ciocia i wujek. Przez Łańcut dojechaliśmy do autostrady, która nadal jest w budowie, przez co wjazd na nią jest bezpłątny, a następnie dotarliśmy w okolice Przemyśla, do Arboretum Bolestraszyce. Jest to duży ogród, w którym można oglądać przeróżne rośliny. Podczas pobytu w nim przypomniał mi się nasz park w Sójkach, który jednak w porównaniu z tym ogrodem był dużo, dużo mniejszy. Miejsce bardzo mi się podobało, a z czarnych chmur przetaczających się po niebie ani razu nie zaczęło padać. Przekazałem lustrzankę młodszej siostrze, dzięki czemu jestem obecny na wielu zdjęciach. Po ponad godzinie spacerowania ruszyliśmy w dalszą drogę, do Przemyśla. Z naszym bratem ciotecznym jeździ się bardzo fajnie, mądry z niego facet.


2014.06.22 / Niedziela / 19:57 - Rzeszów jest w porządku

W czwartek wyruszliśmy z Puław, wraz z naszym bratem ciotecznym, do Rzeszowa. Zawiózł nas sprawnie i szybko swoim Suzuki Grand Vitara, dzięki czemu po około trzech godzinach byliśmy na miejscu, w bardzo sympatycznym mieście jakim jest Rzeszów. Ja znalazłem się tam po raz trzeci w życiu, a ciocię i wujka odwiedziłem po raz drugi, po czternastu latach przerwy. Nasza ostatnia rodzinna wizyta miała miejsce w roku 2000 i towarzyszyła nam wtedy Mama. W roku 2012 dwa razy byłem w Rzeszowie przejazdem, z czego raz trochę po nim pospacerowałem, podczas przesiadki w drodze powrotnej z Bieszczad, razem z Marzenką.

Pierwszego dnia, po rodzinnym obiedzie, na którym zjawił się też nasz drugi brat ze swoją obecną partnerką, poszliśmy na spacer przez park leżący nad rzeką Wisłok, przepływającą przez Rzeszów. Dotarliśmy na starówkę, która według mnie i mojej starszej siostry jest raczej pozbawiona jakiegokolwiek klimatu i wyrazu. Mi osobiście o wiele bardziej podoba się starówka w Lublinie, która jest jakby... Starsza. Lubelska ma bardziej artystyczny klimat.

Posiedzieliśmy w kawiarni, a następnie wróciliśmy ulicą Hetmańską na osiedle Piastów, na którym mieszka ciocia z wujkiem, po drodze zahaczając o widoczną na powyższym zdjęciu fontannę, która podobno wyglada atrakcyjniej po zmroku. Ogólnie Rzeszów mi się podoba, można w nim spotkać samych kulturalnie wygladających ludzi, w ogóle nie ma tam dresiarstwa, jest mnóstwo kolorowych bloków i naprawdę dużo zieleni. Doroty nigdzie nie widziałem, więc pewnie wyjechała na długi weekend. ;) Choć w zasadzie widziałem jedną mega podobną do niej dziewczynę, niezwykle piękną...

Wieczorem poszliśmy spać, każdy w innym pokoju, bo ciocia ma czteropokojowe mieszkanie. Na piątek i sobotę zaplanowaliśmy rodzinne wyjazdy, podczas których mieliśmy się bliżej zapoznać z Podkarpaciem.


2014.06.18 / Środa / 20:58 - W czeszkach przez świat

Na Sympatii.pl regularnie zaczepiam nastolatki, mając nadzieję, że któraś z nich podzieli się ze mna swoim młodym, jędrnym ciałem, bym zaznał tego co mnie omijało, gdy sam byłem młody. Czasem natykam się dzięki temu na naprawdę ciekawe dziewczyny, z którymi można sensownie popisać. Tak też było tym razem, na moją niewinną wiadomość dotyczącą lasu zareagowała osiemnastolatka, która okazała się być podróżniczką rowerową. I to jaką! Agnieszka i Angela to spontaniczne, przebojowe dziewczyny, które już rok temu były już na Mazurach, na wyprawie o wiele dłuższej niż ta, którą ja planuję, a obecnie obie wybierają się aż aż do Portugalii, planując tym sposobem przejechanie na rowereach praktycznie całej Europy. Wyruszają już za kilka dni, a swoją wyprawę będą się starały opisywać na bieżąco na swoim blogu, do którego link zamieszczam po prawej stronie ekranu, pod "wpisami obserwowanych", a także na dole tego tekstu. Będę ich wiernym czytelnikiem, bo podziwiam ich odważne podejście do życia i niezmiernie mnie to ciekawi jak dwie nastolatki poradzą sobie podczas tak wymagającej podróży. Jadą na całkiem zwyczajnych rowerach, nie mając nawet butów z systemem spd. Już teraz są moimi idolkami, podobnie jak Piotr Mitko, a nawet Kazimierz Nowak.

Jeśli zdrowie mi pozwoli to już w lipcu sam wyruszę na Mazury, by w przyszłości sięgnąć znacznie dalej, być może nawet pojechać trasą, którą pokonywać będą teraz dziewczyny, ale mam przeczucie, że koniec mojego życia jest już bliski, z powodu raka mózgu lub innego okropieństwa. W życiu jednak nigdy niczego nie można być pewnym, więc może będę żył, może będę jeździł...

Dziewczyny zbierają pieniądze na swoją wyprawę, by nie musieć z Portugalii wracać busem. Póki co mają pieniądze na dojazd do Portugalii, ale nie stać je już na powrót przez Włochy. Uruchomiły jednak zbiórkę pieniędzy pod adresem podanym poniżej, więc każdy chęny może je wesprzeć, tak jak ja. :P Życzę dziewczynom powodzenia i pięknych wrażeń podczas podróży, podziwiam to co robią i proszę o jak najczęstsze fotografowanie podczas wyprawy swoich zgrabnych, młodych ciał. ;) Obejmuję dziewczyny swoim patronatem medialnym. ;)


2014.06.18 / Środa / 20:57 - Puławska spódniczka

Znowu dopadły mnie bóle i różnego rodzaju dolegliwości. Ból kości, ból tylnej części mózgoczaszki, ból tych tajemniczych, czerwonych kropek po prawej stronie brzucha... W zasadzie jestem już pogodzony z tym, ze umrę.

Póki co po pracy razem z młodszą siostrą przyjechałem do Puław. Jechaliśmy dużym, piętrowym autobusem, który ze względu na początek długiego weekendu i tak był cały zapchany. Na miejscu przywitała nas starsza siostra, któa napełniła nasze brzuszki smacznym jedzeniem. Jutro wyjeżdżamy do Rzeszowa, razem z naszym bratem ciotecznym, który był chrześniakiem Mamy.

Na powyższym zdjęciu uwieczniłem właścicielkę ciekawej spódniczki, która na żywo, w ruchu, prezentowała się jednak dużo lepiej. Za kilka dni lato, ciepłe dni, wszędzie wokół setki, a nawet tysiące efektownych kobiet. Raj dla oczu...

Tymczasem na Sympatii.pl wyłoniła się kolejna dziewczyna, tylko zapomniałem jak ma na imię, a może jeszcze nie zdążyłem zapytać... Przede wszystkim jednak po powrocie z Rzeszowa mam się spotkać z Kariną. Piękne imię.


2014.06.17 / Wtorek / 01:11 - Z Magdaleną w La Tomatina

Magdalena stwierdziła, że w La Tomatina podają najlepszą pizzę jaką jadła w życiu. Faktycznie, była pyszna, choć oczywiście nie zdołaliśmy zjeść całej. Na miejsce przyszliśmy około 22:00 i byliśmy ostatnimi gośćmi obsłużonymi tego dnia. Kelnerzy, znani mi już na pamięć, dali nam do zrozumienia, że zamykają lokal, gasząc światło. :) Co prawda nie siedzieliśmy w środku, tylko na zewnątrz, ale nagle zrobiło się jakoś ciemniej, więc randka musiała się skończyć. Ponownie wsiadłem na rower po wypiciu piwa i uważam, że bardzo fajnie się wtedy jeździ. Z Magdaleną pożegnałem się przed stację Metro Centrum, a chwilę później zadzwoniłem po raz pierwszy do Kariny, która chciała się ze mną umówić na czwartek i przysłała mi smsa. Karinie wyjaśniłem, że dopiero w niedzielę wrócę z Rzeszowa, więc spotkać będę się mógł z nią w przyszłym tygodniu. Jeśli Karina także okaże się być fajna i ładna to będę mógł powiedzieć, że w czerwcu poznałem cztery wartościowe dziewczyny. Być może z którąś z nich połączy mnie coś poważniejszego, byłoby miło. Siwych włosów mi przybywa, za dwa tygodnie będę miał już 32 lata. :) Gosia podobno już od dawna ma dla mnie prezent. Ciekawe jaki? :P Hmm, 32 lata... Zdaje się, że Tata miał tyle, kiedy poznał Mamę.


2014.06.17 / Wtorek / 01:10 - Magdalena w oknie

Przesympatyczna, ładna, zgrabna dziewczyna. Najlepsze oczywiście są te kapcie-świnki. ;) Magdalena na Sympatię zapisała się podobno po to, by poznać nowych ludzi z Warszawy, w której nie ma żadnych znajomych poza tymi z pracy. Nie wiem jakie ma zamiary wobec mnie i jakie wyrobiła sobie o mnie zdanie, ale podczas randki powiedziała, że ma wrażenie jakbyśmy się znali od kilku miesięcy. Milutko. Moje zdanie jest jak najbardziej pozytywne. Bardzo kontaktowa, ciepła, swojska dziewczyna, lubiana zapewne przez wszystkich, którzy ją znają. :) Na zdjęciu podczas rozmowy telefonicznej z bratem.


2014.06.17 / Wtorek / 01:09 - U Magdaleny w mieszkaniu

Randka na Starym Mieście trwała tylko pół godziny, bo później Magdalena musiała szybko zniknąć, udając się do swojego mieszkania, w którym czekała na nią pralka dostarczona przez właściciela. Ja miałem czekać na powrót Magdaleny po lewej stronie Wisły, bo mieliśmy później iść razem na pizzę, ale szybko zostałem przez nią zaproszony na Pragę, do mieszkania. Kawalerka bardzo fajna, całkiem duża i ładna, ale osiedle na Pradze Północ okropne, obsadzone dresami, znajdujące się w jednym z najgorszych miejsc, jednym z tych, które chętnie omijam. Oczywiście sama Magdalena w ogóle się tym nie przejmuje i chwali sobie swoją dzielnicę. :P

Musiałem oddać koledze swój jutrzejszy dyżur, by móc pójśc z Magdaleną na pizzę. Miałem na ósmą rano, więc nie wyspałbym się, a poza tym zmęczyłem się nocnymi dyżurami i nie mam siły pracować. ;) Wolny wtorek będę mógł poświęcić na obejrzenie kilku kolejnych Jamesów Bondów. :P


2014.06.16 / Poniedziałek / 18:35 - Randka z z Magdaleną od Allena

Pięknie jest na Starym Mieście dziś. :) Oparłem się o mur Zamku Królewskiego, widoczny na zdjęciu za mnią, ale zjawił się pan ochroniarz i powiedział, że nie można się opierać. No tak, zniszczyć można, porysować... :P

Wczoraj poznałem na Sympatii radosną dziewczynę, która sama do mnie napisała, nawiązując do tego co mam wpisane w polu "wymarzony partner", a mam wpisane "Woody Allen". Magdalena jako fanka Allena już po dziesięciu minutach rozmowy umówiła się ze mną na randkę. Fajnie, zgodziłems się oczywiście, bo lubię takie spontaniczne kobiety, a przede wszystkim dlatego, że spodobała mi się na zdjęciach. :) Mieszka ona w Warszawie dopiero od trzech tygodni, pochodzi z Poznania i jest panią architekt. Dostała tu prace, więc szybko zmieniła miejsce zamieszkania, wynajmując kawalerkę na Pradze Północ.

Po kilku godzinach snu wsiadłem więc na rower i pojechałem do Warszawy. Po drodze odebrałem nowy dowód osobisty, na którym wreszcie mam podany prawidłowy wzrost - 180 cm. Wstąpiłem też do Merlina po rewelacyjną, pierwszą płyte zespołu Cool Kids Of Death, którą dopiero teraz pokochałem. Z Magdaleną spotkałem się pod Zamkiem Królewskim, bo pracuje ona w pobliżu. Przeszliśmy się do mojego ukochanego Metropolitana, w którym dzisiaj prawie nikogo nie było. Pan ochroniarz w Metropolitanie powiedział mi, że nie można opierać roweru o drzewo. Co Ci ochroniarze mają z tym opieraniem? ;)

Na żywo Magdalena okazała się być jeszcze ładniejsza niż na zdjęciach, seksowna, rozmowna, wesoła, pozytywna i spontaniczna. Same zalety. :P


"Generacja nic
Generacja nie
Generacja nikt
Generacja źle
To nie może się udać
To się kończy źle
Generacja nic
Generacja nie"

Cool Kids Of Death "Generacja Nic"


2014.06.14 / Sobota / 14:25 - Przez czarny ląd

Jedna z najlepszych książek jakie czytałem. Kazimierz Nowak stał się moim idolem. Nie żyje od osiemdziesięciu lat, umarł przez rower, przez Afrykę.

Ja póki co na rowerze nigdzie nie jadę, pracuję jedynie, randkuję i myślę o pójściu na studia. Właśnie rozpoczęła się rekrutacja na uczelnie, która nie potrwa zbyt długo, muszę się spieszyć jeśli chcę w tym roku zostać studentem. Pomyślałem sobie, że skoro żaden kierunek mi nie pasuję to mogę pójść na pierwszą lepszą uczelnię, na przykład na APS, czyli uczelnię, którą odwiedzałem razem z Mają. Mają tam takie bezsensowne kierunki jak doradztwo zawodowe, albo edukacja dorosłych i BHP, więc może spróbuję się dostać na jeden z nich? :P Jeśli miałbym iść na coś co naprawdę lubię, co mnie bardzo interesuje, a nawet podnieca, to szedłbym do Warszawskiej Szkoły Filmowej, aby zostać operatorem kamery lub montażystą, ale jest to uczelnia mało prestiżowa, a jednak bardzo droga, bo jeden rok nauki kosztuje ponad 13 tysięcy złotych. Zwykły kurs montażu, trwający dwa semestry, po którym dostaje się tylko nic nie znaczące zaświadczenie, kosztuje 6800 złotych! Bogusław Linda i ten nieudolny reżyser, który tak partacko nakręcał "Trzynasty posterunek" niezłą kasę na tym trzepią. Tymczasem warto zauważyć, że Woody Allen i Steven Speilberg to ludzie, którzy żadnej szkoły filmowej nigdy nie ukończyli. ;) Spielberg jest wielki, ostatnio coraz bardziej fascynuje mnie jego osoba.

Porzucam więc chwilowo temat edukacji, do którego jeszcze w czerwcu powrócę i skupiam się na randkach. Jak wiadomo, znalezienie zaradnej kobiety to inwestycja o wiele bardziej opłacalna niż skupienie się na własnej edukacji. ;) Wczoraj miałem randkę z Moniką i była to moja pierwsza randka z dziewczyną starszą ode mnie o cztery lata, a także pierwsza randka, na którą się spóźniłem - o całą minutę! Skandalu jednak nie było, bo Monika spóźniła się o dwie minuty, nie zauważając mojego spóźnienia. ;) Pierwszy rzut oka na Monikę - to chyba nie ona, bo jakaś taka niepodobna do dziewczyny ze zdjęć i nie tak dojrzała jak się spodziewałem. Na oko 28 lat, figura rewelacyjna, twarz piękna, ładny uśmiech i ciepłe spojrznie. Bardzo fajny głos. Monika jest podobna do mojej dawnej Kasi z Ursynowa, głos także ma do niej podobny, ale przypomina mi też Lindę Hamilton z czasów Terminatora 2, grającą tam pamiętną Sarę Connor, a także... Justynę Kowalczyk. Hmm. Podobnie jak rowerowa Magda z mojej poprzedniej randki, Monika także jest blondynką. Posiedzieliśmy w miejscu pamiętającym czasy PRL'u, czyli w restauracji Mozaika połączonej z dancingiem w starym stylu. Podobno jadał tam sam Krzysztof Kieślowski i od tamtego czasu chyba nawet mebli nie zmieniono. Rozważaliśmy także zmianę lokalu, bo w Mozaice bardzo głośno grała muzyka, poszliśmy więc na chwilę do Re-Generacji, w której byłem półtora roku temu na innej randce, z Martą. Wypiliśmy piwo, ja zjadłem filet z kurczaka, porozmawialiśmy, poznaliśmy się nieco bliżej i było mi z Moniką bardzo, bardzo przyjemnie. Emanuje od niej ciepło, które sprawia, że aż chce się przy niej siedzieć. :) Niestety po dwóch godzinach spotkanie musiało się zakończyć, bo wzywała mnie praca, a do firmy dostałem z Mokotowa się pieszo, by oszczędzić cztery złote na bilecie. ;) Chętnie spotkałbym się po raz drugi z Moniką i być może tak się stanie, jeśli wyrazi ona chęć równie wielką jak moja. :P To jedna z najfajniejszych, najsympatyczniejszych i najatrakcyjniejszych dziewczyn z jakimi się spotkałem. Miło się o mnie wyrażała, uważając, że jestem ciekawą i urodziwą postacią. ;)

W pracy posiedziałem tylko pięć godzin, kończąc dyżur o 3:00 nad ranem. Zabrałem się za wymianę dętki, odkręciłem koło od roweru i zacząłem ją zmieniać, a obok mnie kłócili się jacyś młodzi ludzie wracający z Orange Warsaw Festival, chcąc się nawet ze sobą bić. Nagle z Orco Tower wybiegł ochroniarz, krzycząc, że dzwoni po policję. Myślę sobie, oho, będzie afera, będzie na co popatrzeć, ale szybko okazało się, że ochroniarz nie krzyczy do nich, tylko do mnie, biorąc mnie za złodzieja rowerów. :D Młodzi ludzie zaczeli się śmiać, ja zacząłem się wkurwiać na ochroniarza, próbując mu wytłumaczyć, że to przecież mój własny rower. Sytuację udało się załagodzić i właściwie to miło z jego strony, że tak dzielnie bronił mojego roweru, szkoda tylko, że przede mną samym. :) Okazało się, że dętkę przebiłem zszywką do papieru, która wbiła się w oponę. Co robiła zszywka do papieru na ścieżce rowerowej? Może ktoś ją tam specjalnie rzucił, jakiś nienawidzący rowerzystów złośliwiec. :P


2014.06.12 / Czwartek / 23:04 - Gosia nadal zakochana

Gosia nadal jest przemiła, nadal jest we mnie zakochana, co czuć na każdym kroku. Nałożyła mój sweter, bo było jej zimno i stwierdziła, że pachnie on mną. Według mnie wszystkie moje ubrania pachną grzybem z mojego zawilgoconego domu, co zresztą często powtarzała mi Maja. :P Gosia niestety pachnie dymem ze swojego e-papierosa, którego raczej nie znoszę. ;) Tym razem nie nocowałem u Gosi w mieszkaniu, tylko po seansie w kinie grzecznie powróciłem do domu autobusem 729.

W drodze do pracy przebiłem sobie dętkę w przednim kole roweru, przez co musiałem przejechać pół Warszawy na flaku. Rower został pod firmą, a dętkę zmienię mu po nocnym dyżurze, w sobotę rano. Przed nocnym dyżurem mam randkę z mającą 35 lat Moniką, gdzieś na Mokotowie. Nasza znajomość rozpoczęła się od tego, że napisałem do niej na Sympatii - "ale stare kobiety na mnie wchodzą", a ona odpowiedziała "chciałbyś". Tymczasem mega zgrabna, rowerowa Magda wyjaśniła mi, że jestem dla niej niestety za chudy, przez co nasza znajomość musi się zakończyć, gdyż nie szuka ona kolegi, skupiając się wyłącznie na miłości. Jaka szkoda, że nigdy nie zobaczę jej nago. ;) Jest jeszcze Karina, która wydaje się być bardzo ciekawa, ale póki co ma problemy ze zdrowiem, przez co jeszcze nie mogę się z nią spotkać. Karina i Monika to dwie bardzo atrakcyjne dziewczyny, aż się dziwię, że w ogóle myślą o spotkaniu ze mną. :P

Jest bardzo prawdopodobne, że po randce z każdą dziewczyną będę dochodził do wniosku, że własciwie Gosia jest lepsza. To dopiero będzie problem. :P


2014.06.12 / Czwartek / 22:55 - Mechaniczna pomarańcza w kinie

Podróże rowerowe zakończone, pora trochę popracować. Już mnie ciągnie na następną wyprawę, ciężko mi wysiedzieć przed komputerem w pracy, ale moje marzenia wkrótce znowu się ziszczą, gdy wyruszę w kierunku Mazur, najprawdopodobniej w lipcu.

Po dyżurze znowu przeszedłem się do firmy Gosi, bo byliśmy umówieni do kina, na kolejny film Kubricka. Idąc przez Warszawę niezwykle cieszyłem się, że jest ona moim miastem, porównując ją do lichego Kutna. Tata dobrze zrobił przeprowadzając się z nami tutaj w 1992 roku, choć nie wykorzystaliśmy w pełni możliwości, które daje Warszawa, chociażby nie poszliśmy na studia. Zresztą możliwe, że ja w tym roku wreszcie się na nie wybiorę, tylko muszę jeszcze wybrać odpowiedni kierunek... ;)

Podjechaliśmy z Gosią samochodem pod kino Iluzjon, w którym tym razem było niewiele osób, gdyż "Mechaniczna pomarańcza" była w nim grana po raz drugi. Film znam na pamięć, ale na dużym ekranie, z widzami będącymi fanami Kubricka oglądało się go rewelacyjnie. Kino Iluzjon już nie tylko lubię, ale wręcz kocham i chyba zaraz kupię sobie bilety na inne stare, uwielbiane przeze mnie filmy. :P


2014.06.11 / Środa / 16:09 - Powrót do domu przez Łowicz

Trzeciego dnia wymeldowałem się z hotelu, wsiadłem na rower i po zjedzeniu śniadania w Mc Donaldzie ruszyłem do domu inną trasą, o wiele prostszą, biegnącą przez Łowicz i Sochaczew, tak zwaną Szosą Poznańską. Ruch podejrzanie mały, pogoda piękna, poczatkowo w sam raz, później trochę za gorąco. Wiatr niestety przeszkadzający, wiejący w twarz, ale niezbyt silny, więc nie było tak źle. Po dwóch godzinach byłem w Łowiczu, po czterech w Sochaczewie, a po sześciu w domu. Po drodze zrobiłem sobie kilka postojów, zjadłem zimnego Mc Tosta z Mc Donalda, wypiłem mnóstwo wody. W sumie przez trzy dni przejechałem 300 kilometrów. Niestety niechcący usunąłem sobie wyrysowaną trase z dnia pierwszego, bo zamiast przycisku "nagraj" nacisnąłem "porzuć". Trzeba uważać. :P

Wyjazd był bardzo ciekawym przeżyciem, bardzo ważnym doświadczeniem. Pierwszego dnia zmęczyłem się okrutnie i wpadłem w panikę, że wszystkie moje rowerowe plany są zbyt trudne do zrealizowania, że nigdy nie będę miał siły na to, by pojechać na Mazury, nie wspominając już o dalszych wyjazdach. Na szczęście drugiego dnia podłapałem lepszą kondycję, a trzeciego jechałem już zupełnie bezproblemowo. Dowiedziałem się kilku rzeczy - po jeździe w upale okropnie śmierdzę i cały się lepię, co oznacza, że nocleg w namiocie może być niezwykle trudny i nieprzyjemny. Ustaliłem też, że zawsze warto zabrać ze sobą zwykłe ubranie na zmianę, by móc spacerować po miejscu, które się odwiedziło. Gdybym spacerował po Kutnie w stroju kolarskim to zaraz oberwałbym po mordzie od jakiegoś lokalnego drecha. W ogóle podczas tych trzech dni widziałem tylko jednego rowerzystę, akurat w Sójkach, jadącego na kolarzówce. Nie wziąłem ze sobą pasty do zębów, ani szamponu, a w hotelu ich nie było, więc na następne wyprawy powinienem ze sobą zabierać te środki higieny osobistej.

Rower sprawował się świetnie, a sakwy okazały się być rewelacyjne. Lustrzanka jest na tyle nieporęczna i ciężka, że nie chce się po nią sięgać, a przez to w ogóle nie robi się zdjęć w trasie. Póki co wyprawę na Mazury odkładam na lipiec, a w czerwcu, za tydzień, jadę z siostrami do Rzeszowa, do naszej cioci i wujka. Spędzimy tam cztery dni. Zastanawiam się po co kupiłem namiot i śpiwór, skoro nocowanie w hotelach jest tak przyjemne i wygodne. :)

Jutro powrót do pracy, a po dyżurze idę z Gosią do kina, na film Kubricka. W piątek podobno mam randkę z 35 letnią Moniką, bardzo seksowną kobietą. Owca napisała mi dzisiaj, że śnił jej się sen, w którym miałem raka, i w którym leżałem w szpitalu onkologicznym. Ciekawe kiedy sen stanie się rzeczywistością.


2014.06.11 / Środa / 16:08 - Strzelce

Po zwiedzeniu podwórka i parku wsiadłem na rower i pojechałem do lasu, na jego drugą stronę, by okrężną drogą dostać się do Strzelec, w których znajduje się siedziba gminy. Strzelce to także miejscowość, w której pracowała Mama, w Instytucie Hodowli i Aklimatyzacji Roślin, widocznym na zdjęciu. Instytut nadal funkcjonuje i nadal obsiewa ogromne pola leżące przed Strzelcami. Sama miejscowość, którą kiedyś uznawałem za miasto, do której jeździło się PKS'em lub samochodem służbowym po zakupy, to w istocie żałosna mieścina z kilkoma niskimi blokami, kościołem i paroma sklepami. Bardzo ładne jest natomiast otoczenie Strzelec, na które w dzieciństwie nie zwracałem uwagi, a które obecnie przypadło mi do gustu. Ze Strzelec wróciłem do Sójek, gdzie ponownie zanurzyłem się w lesie, na moment nawet się w nim gubiąc. Dobrze, że miałem przy sobie tablet, bo bez niego przepadłbym na dobre. ;)

Z lasu dostałem się ponownie do Sójek, przejechałem przez naszą ulicę i pojechałem na pola, drogami, których nigdy nie lubiłem, bo zawsze ganiały mnie tam psy. Tym razem było tak samo - podobnie jak w dzieciństwie rzuciła się na mnie chmara psów, przez co musiałem szybko stamtąd spierdzielić. ;) Po raz kolejny musze napisać - bieda, bieda i jeszcze raz bieda. Zupełny brak dzieci, jedynie starzy ludzie siedzący przed domami.

Na koniec po raz ostatni przejechałem się ulicą przy domu i ze smutkiem opuściłem Sójki, patrząc na dom z nadzieją, że będzie jeszte tam stał, gdy za jakiś czas powrócę w to miejsce. Pojechałem do hotelu, w którym zjadłem pyszny kotlet schabowy z ziemniakami i mizerią, popijając obiad piwem. Za całość zapłaciłem tylko 23 złote, co w Warszawie byłoby nie do pomyślenia. Kotlet był świetny, najlepszy jaki w życiu jadłem, co mogło być spowodowane tym, że od jeżdżenia po prostu zgłodniała mi dupa. ;)


2014.06.11 / Środa / 16:08 - Krajobraz Sójek

Po lewej nasz park, na wprost słup elektryczny, na kilku zdjęciach rodzinnych stojący w tle. Tak właśnie wygląda krajobraz Sójek, który podczas tej wizyty bardzo mi się spodobał. Przypomina mi scenerię filmu "Twister", który prawdopodobnie jest bliski mojemu sercu właśnie z tego powodu, że pochodzę ze wsi, że wychowywałem się wśród takich oto pól. Zdradzę wam, że do dziś mam pewną słabość do zwykłych, wiejskich dziewczyn, które zazwyczaj okazują się być niezbyt mądre. Niekiedy podoba mi się jednak to ich wieśniactwo, bo sam kiedyś byłem zwykłym wieśniakiem... Mającym rodziców z miasta.

Wieś jest fajna, ale od ludzi ze wsi zawsze dzieliła mnie bariera, która istnieje do dziś. To dosyć głupi temat, bo przecież moi dziadkowie, zarówno ze strony Taty jak i Mamy, sami pochodzili ze wsi, ale jednak wyczuwam coś takiego za każdym razem, gdy mam styczność z... Wieśniakami. ;)

Wiem, być może jestem trochę wyniosły, gdy tak piszę, zadzieram nosa, ale fakt jest faktem i moje odczucia są prawdziwe. Amen.


2014.06.11 / Środa / 16:07 - Dwór Sójki zamiast szkoły

Być może kiedyś wynajmę pokój w Dworze Sójki, ale obecnie nie było żadnych wolnych. Co prawda kierownik powiedział mi, że ma wolny pokój, ale gdy pytałem przez internet o możliwość rezerwacji, to pokój był zarezerwowany dla kogoś innego, kto najwidoczniej zrezygnował.

Szkoła w Sójkach była wyjątkowym miejscem i każdy kto do niej uczęszczał z pewnością zawsze będzie ją bardzo szczególnie wspominał. Kilka osób w klasie, niespełna pięćdziesiąt w całej szkole. Niestety nie potrafię wyjaśnić na czym polegała wyjątkowość naszej podstawówki, więc niezależnie od tego co bym tutaj napisał, nikt i tak nie zrozumiałby jej fenomenu. W czwartej klasie przeniosłem się do normalnej szkoły w Izabelinie, gdzie w klasie było niemal trzydzieścioro dzieci. Dwa zupełnie odmienne światy - szkoła w Sójkach i normalna szkoła, taka jakich wiele. Fajnie, że to tutaj zacząłem swoją edukację. Byłem jednym z najlepszych uczniów i wszyscy, którzy mnie wtedy znali, dziwią się obecnie, że nie poszedłem na studia i nie wyrosło ze mnie nic mądrego. :)


2014.06.11 / Środa / 16:06 - Droga do Muchnowa

Zdjęcie drogi do Muchnowa. To tutaj chodziliśmy z Mamą na spacery, podczas których pchaliśmy wózek z naszą młodszą siostrą. Po drodze w kilku miejscach śmierdziało nieco obornikiem i te zapachy można tam poczuć do dziś, co jest w pełni naturalne na wsi. Zabawne, że ta droga wydawała mi się w dzieciństwie całkiem porządna i szeroka. Podczas drugiego dnia wizyty w Sójkach przypomniałem sobie jak jadąc tą drogą śledziłem dziewczynę, w której byłem zakochany jako ośmiolatek, starszą ode mnie o dwa lata. Ach, cóż to były wtedy za emocje, jaka fajna jest taka pierwsza miłość...

Muchnów, wioska do której prowadzi ta droga, zawsze było dla nas miejscowością gorszej kategorii, nie umywającą się do Sójek. Mieszkające tam dzieci miały we włosach wszy, ich szkoła nie mieściła się w pałacu tylko w beznadziejnym budynku i w ogóle Muchnów było jakieś dziwne. Dzisiaj w większości wygląda jak wymarła miejscowość, ale w sumie dotyczy to także Sójek. Najzwyczajniej w świecie rodzi się teraz bardzo mało dzieci, wsie biednieją i pustoszeją, ludzie wyjeżdżają za granicę, by mieć jakąkolwiek pracę, Polska umiera, ale nie widać tego, gdy żyje się w Warszawie. Jest sporo gospodarstw rolniczych, które dobrze sobie radzą, ale znacznie więcej jest biednych domów, w których ludzie utrzymują się Bóg wie z czego. Po drodze do Sójek naoglądałem się wiele biedy i mogę tylko powtórzyć to jeszcze raz - kapitalizm wykończył Polskę. W sumie tylko o to chodziło, czyż nie? Mądrzejsi i sprytniejsi od nas wydoili nasz naród, wciskając ludziom kit, że w kapitalizmie będzie im się lepiej żyło. Mądrzy, po studiach, jakoś sobie radzą, ale co z prostymi ludźmi ze wsi?


2014.06.11 / Środa / 16:05 - Sójki od strony Kutna

Pole, na którym kiedyś rosła kukurydza, a na jego końcu nasz mur. Obok domy naszych sąsiadów - Witochów i Wojtasiaków. Z Wojtasiakami planowałem porozmawiać, ale okazało się, że oboje nadal pracują i podczas mojej wizyty po prostu nie było ich w domu. Na zdjęciu widać dwie charakterystyczne topole stojące w naszym parku, będące stałym elementem wielu naszych rodzinnych zdjęć. Niestety gdzieś przepadła równie charakterystyczna sosna. Do przystanku autobusowego nie mieliśmy daleko, raptem parę kroków. Nie to co w Truskawiu - dwa kilometry.


2014.06.11 / Środa / 16:04 - Wjazd do Sójek od strony Kutna

Charakterystyczy widok, kojarzący się z myślą - jesteśmy w domu. Szosa biegnąca do Kutna jest dosyć intensywnie uczęszczana, ale ogólnie bardzo podobają mi się tamtejsze widoki. Nie sądziłem, że podczas mojej wizyty w Sójkach uznam to otoczenie za atrakcyjne, ale jednak tak się stało.


2014.06.11 / Środa / 16:03 - Kutno nie jest takie małe

Zdjęcie zrobione na początku drugiego dnia, z wiaduktu na obowdnicy Kutna. Za naszych czasów tej obwodnicy nie było, ale za to miasto całkiem nieźle funkcjonowało. Obecnie panuje w nim duże bezrobocie, a moi koledzy i koleżanki z podstawówki pracują za 1000 złotych miesięcznie. W mieście nie robiłem żadnych zdjęć, bo uznałem, że i tak wszystko można sobie obejrzeć na Google Street View. Drugiego dnia przejechałem w sumie ponad 60 kilometrów, zwiedzając Kutno, Sójki i okolice.


2014.06.11 / Środa / 16:03 - Zarośnięty park już bez ścieżek

Najważniejsze miejsce w parku, jesion na zakręcie. Tutaj tak naprawdę zaczynał się park dookoła którego prowadziła alejka. Na środku był staw, a za ogrodzeniem była moja szkoła. Zawsze żałowałem, że nie moge do niej chodzić właśnie przez park, tylko muszę jeździć rowerem naokoło, ale teraz moje marzenie z dzieciństwa się spełniło - hotel nie jest w żaden oddzielony od parku. Każdy gość hotelowy może pójśc na spacer po parku, a nawet podejść pod nasz stary dom, by obejrzeć sobie z bliska ruinę. W Polsce jest tylko jedna rodzina, która uzna tę możliwość za niezwykłą atrakcję, rodzina Górków. :P Szkoda, że moja starsza siostra tam ze mną nie pojechała. W zasadzie moglibyśmy się tam wszyscy udać, w czwórkę, choć nie ma już chyba takiej potrzby, skoro nakręciłem filmy, na których wszystko widać. Najważniejsze, że sam mogłem doznać tego niezwykłego uczucia wywołanego powrotem do Sójek.


2014.06.10 / Wtorek / 18:18 - Za murem

Mama zawsze narzekała, że Tata zamknął ją za murem. Nie wiem czy lubiła Sójki, zdaje się, że nie bardzo, choć przeprowadziła się do nich z miłości. Opuściła swoje Puławy i zamieszkała 250 kilometrów od swojego miasta rodzinnego, na wsi pod Kutnem. Rodzice po raz pierwszy zobaczyli się przy furtce, która do dziś stoi, choć jest zupełnie zardzewiała. Tata obejrzał nakręcone przez mnie filmy i zrobione zdjęcia co wywołało w nim wzruszenie podobne do mojego. Pomyślałem, że tak naprawde powinienem nakręcać film z Tatą oglądającym filmy z Sójek i komentującym je. Zadziwiające jak wiele łacińskich nazw roślin zna Tata. Pamięta gdzie rosły jakie krzewy i drzewa, wymienia je z nazwy po łacińsku i polsku, ubolewając nad tym, że wielu z nich już nie ma. Tyle lat dbania o park poszło na marne.

Po tym murze uwielbiałem w dzieciństwie spacerować. Wspinałem się na górę i siedziałem na nim całymi godzinami, gapiąc się na przejeżdżające samochody. Na podwórku i w parku można też było świetnie bawić się w chowanego. Najlepiej jednak jeździło się na rowerze. Po podwórku w Truskawiu na rowerze można jeździć tylko w kółko, wokół kląbu. Każdemu dziecku życzyłbym tak fajnego podwórka i tak fajnego parku jaki ja miałem w Sójkach.


2014.06.10 / Wtorek / 18:15 - Garaże

Garaże, uwiecznione na kilku zdjęciach z przeszłości. Niewiele mamy zdjęć z tamtych lat, w tym ani jednego z widocznym domem od strony podwórka. Na dawnych zdjęciach wszyscy jesteśmy tak pięknie młodzi i przede wszystkim uśmiechnięci. Na dawnych zdjęciach jesteśmy pełną, wesołą rodziną, choć w rzeczywistości przecież nie wszystko było takie jak być powinno.

Podwórko strasznie zarosło pokrzywami, przez co jest obecnie bardzo zmienione, niepodobne do tego z przeszłości. Szkoda, że nie miałem pod ręką kosy. W garażu nadal stoi krzesło pamiętane przeze mnie z dzieciństwa, jako to, na którym siadałem obok Taty przy komputerze.


2014.06.10 / Wtorek / 18:13 - Tu żyły króliki

Króliki miały tu ładną zagrodę, po której sobie wesoło kicały. Tata musiał im codziennie kosić trawę w parku, a na zimę robiło się wysoki stóg siana, który razem z siostrą musiałem ugniatać, chodząc w kółko. Zajrzałem przez okienko do komórki, by przekonać się, że wszystko jest tam tak jak za naszych lat, szczególnie charakterystyczne drzwi przywołały wspomnienia. Po przeprowadzce wszystkie króliki zdechły z powodu myksomatozy, okropnej choroby roznoszonej przez komary w Puszczy Kampinoskiej. W Sójkach w ogóle nie było komarów. Co ciekawe mamy teraz 11 czerwca, a komarów w naszej puszczy nadal nie ma, jak nigdy przedtem. Dzięki temu tegoroczna wiosna jest wspaniała.


2014.06.10 / Wtorek / 18:11 - Detale z przeszłości

Własnie takie detale z przeszłości najbardziej mi się podobały. Przycisk dzwonka, który zostanie w mojej pamięci na zawsze. Dzwonek do dziś zresztą działa, co oznacza, że w domu nadal jest prąd. Ciekawe kto płaci rachunki i kto wpuszcza do środka inkasenta z elektrowni. :P Oryginalna farba sprzed lat nieco już odpadła... Dzwonek znajduje się przy tylnym wejściu, z którego nigdy nie korzystaliśmy. Żeby było ciekawiej tylne wejście znajduje się na froncie budynku. ;) W Truskawiu zresztą jest tak samo.


2014.06.10 / Wtorek / 17:48 - Wiata

Wiata, obok której stał duży baniak na wodę, na którym siadało się jak na koniu. Garaże i komórki zachowały się w całkiem niezłym stanie, choć do dwóch najważniejszych nie ma dojścia, z powodu wysokich pokrzyw. To spod wiaty Tata nosił drewno na opał, w wielkim worze. W domu mieliśmy tak zwane piece akumulacyjne, zawierające podobno azbest, ale w jednym pokoju znajdował się piec kaflowy, a w drugim kominek. W kuchni także był piec, na którym się gotowało, można go chyba nazwać kuchnią kaflową, na drewno lub węgiel. W komórce i na wybiegu przy niej trzymaliśmy króliki, a mieliśmy ich niekiedy ponad setkę. Tata hodował też nutrie, a wcześniej, gdy byłem malutki, kaczki. Kaczek nie pamiętam, ale nutrie kojarzę, najlepiej jednak wspominam króliki, które zawsze bardzo lubiłem. Słodkie stworzonka, z których robiliśmy pasztet.


2014.06.10 / Wtorek / 17:46 - Droga do parku

Droga do parku, prowadząca z podwórka. Niegdyś ładnie wydeptana ścieżka, obecnie zarośnięta, choć przynajmniej wykoszona. Brzozy nieco urosły, ale zmiany tutaj i tak nie są wielkie. Garaż stoi, nadal taki sam, podobnie jak wiata. Z całego parku znikły niestety wszystkie ławki, na których siadaliśmy podczas rodzinnych spacerów. Taki park, z mnóstwem ścieżek, ławek i zakamarków, był świetnym miejscem dla dziecka. Koleżanka z podstawówki, z którą mam kontakt przez internet, także wspomina nasz park jako rewelacyjny. Niestety obecnie zmienił się on w żałosne kłębowisko krzaków, porośnięte wszędzie trawą. Tata bardzo ładnie o niego dbał i w sumie bardzo przyjemnie nam się tam żyło. Obecnie hotel dzierżawi cały teren od IBL'u, czyli Instytutu Badawczego Leśnictwa, do którego nadal należy budynek. Tata był kierownikiem tej placówki, mając pod sobą trzech innych pracowników.


2014.06.10 / Wtorek / 17:44 - Opuszczone podwórko

Włączyłem aparat i zacząłem oglądać dom ze wszystkich stron, przeszedłem się obok garaży i komórek, obok wiaty i miejsca, w którym robiliśmy ogniska rodzinne. Sam budynek zmienił się nieco, bo próbowano go ocieplić z jednej strony, przez co ma teraz otynkowane, białe ocieplenie na górze. Cała reszta została bez zmian, choć niestety zupełniz nikły chodniki ułożone wokół domu. To głównie z powodu ich braku podwórko odbiega nieco od tego co pamiętam z dawnych lat. Poza tym wszędzie jest dużo pokrzyw i krzaków, choć trawa i tak jest w wielu miejscach wykoszona, dzięki czemu w ogóle mogłem się gdziekolwiek dostać. To wielkie drzewo iglaste stojące przed domem wyrosło w ciągu 22 lat naszej nieobecności, bo w chwili gdy wyjeżdżaliśmy z Sójek było ono tylko małą sadzonką. Niektóre rzeczy były zrobione przez mojego Tatę, takie jak na przykład zadaszenie studni, czy barierka na schodach z drugiej strony budynku. Filmy z mojego spaceru po podwórku i parku wrzuciłem na YouTube, więc można je teraz obejrzeć.



2014.06.10 / Wtorek / 17:41 - Drzwi wejściowe

Będąc na miejscu miałem wrażenie, że nie tylko Mama umarła, wydawało mi się, że Taty też już nie ma, że umarły moje siostry i całe moje życie odeszło już w zapomnienie. Poruszałem się po tej ruinie i czułem się trochę jak duch, lub jak człowiek, który zagląda do świata duchów. Ostatnio w jednym dobrym filmie usłyszałem ciekawe zdanie, że przeszłość nie istnieje, że to tylko nasze myśli o tym co było. Tutaj jednak mogłem dotknąć przeszłości, była ona namacalna i realna, setki obrazów z mojego dzieciństwa pojawiły się w mojej pamięci i zrobiło mi się bardzo smutno. Zawsze twierdziłem, że przemijanie i upływ czasu to nasz największy dramat i najlepszy powód do smutku.


2014.06.10 / Wtorek / 17:38 - Wnętrze opuszczonego domu

Drzwu zamknięte, nie można wejść do środka, nie ma nawet klamki. Na szczęście jest wybite okienko w drzwiach, zakryte kawałkiem gumy, którą można odchylić, by zajrzeć do środka. Oto jak teraz wygląda nasz dom. Widok dosyć smutny, dom przypomina raczej grobowiec, jest równie martwy jak Mama. W środku wszystko bez większych zmian, te same drzwi, te same włączniki światła, boazerie na ścianach i lampy na sufitach. Zaglądanie przez okna było najbardziej wzruszające, a widok otwartego okna w naszym małym pokoju na górze przywoływał myśli, że ktoś tam jednak mieszka, że my nadal tam mieszkamy, że jak tam wejdę po drabinie to zobaczę wszystko takie jakie było w przeszłości. Niestety nie miałem ze sobą drabiny, nie mogłem więc dostać się do domu, nie mogłem obejrzeć całego naszego domu zamienionego w grób. Zapach był niesamowity, jak z najgorszego, zgrzybiałego lochu. Nasz dom był zresztą zgrzybiały już za naszych czasów, tak naprawdę już wtedy był okropną norą, za którą nie powinno się tęsknić. A jednak, tęskni się.


2014.06.10 / Wtorek / 17:37 - W naszym domu nikt nie mieszka

Drugiego dnia zjadłem śniadanie w Mc Donaldzie i ruszyłem w kierunku miasta. Do Kutna wjechałem od strony dworca PKP, pamiętnym wiaduktem, na którym w dawnych czasach, po powrocie pociągiem z Puław, czekało się na autobus. Samo Kutno zrobiło na mnie całkiem pozytywne wrażenie, nie jest małe, nie jest bardzo brzydkie, tylko zdecydowanie za dużo w nim niebezpiecznie wyglądających drechów. Ładnie wyląda ulica Królewska i jej okolice. Na obrzeżach natomiast powstały hipermarkety, okradające skutecznie nasze państwo, transferujące pieniądze za granicę. Zawsze byłem im przeciwny, ale Polacy sa głupi i godzą się na wszystko, robią w nich zakupy nie myśląc w ogóle o tym gdzie trafią wydane przez nich pieniądze... Trudno, niech biednieją.

Po przejechaniu obok szpitala, w którym się urodziłem, wyjechałem z miasta i ponownie ruszyłem do Sójek. Na miejscu znowu doznałem wzruszenia i znowu obudziły się we mnie emocje, choć byłem już jednak dużo spokojniejszy. Przejechałem naszą ulicą, dojechałem do stawu i przy domu, w którym mieszkał mój kolega z klasy spotkałem jego mamę. Odezwałem się pierwszy, wyjaśniłem kim jestem i tak rozpoczęła się półgodzinna rozmowa, z której dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, przede wszystkim jednak tego, że w naszym domu już nikt nie mieszka, a park należy teraz do hotelu. Pani Dąbrowska przejęła się tym, że Mamy już nie ma, stwierdzając, że zawsze była taką radosną, uśmiechniętą osobą, którą wszyscy dobrze wspominają. Powiedziała, że Mama nigdy się nie wywyższała, nigdy nie dawała nikomu odczuć, że jest lepsza od innych. Dowiedziałem się, że przez prostych, wiejskich mieszkańców Sójek byliśmy uważani "trochę za takich panów". Heh... :) W zasadzie można powiedzieć, że wielu ludzi z Sójek nas nie lubiło. Ja na szczęście byłem wtedy dzieckiem i wszystko wydawało mi się być piękne oraz dobre.

Miło powspominaliśmy dawne, dobre czasy i dało się odczuć, że ludzie z Sójek tęsknią za tym co było kiedyś. Odczułem to już podczas rozmów przez internet z koleżankami z podstawówki, które z sentymentem wspominają lata, w których tam mieszkaliśmy. Od Pani Dąbrowskiej dowiedziałem się, że moja koleżanka z klasy pracuje w Rossmanie w Kutnie, więc pomyślałem, że może ją odwiedzę, ale zapomniałem zapytać gdzie się ten Rossman znajduje, więc ostatecznie tego nie zrobiłem.

Po rozmowie wsiadłem na rower i pojechałem do Muchnowa, drogą, która była miejscem naszych rodzinnych spacerów. Dojechałem aż do lasu, bo do dziś pamiętam, jak pojechaliśmy kiedyś z Mamą na rowerach, na wycieczkę, która zakończyła się właśnie w lesie. Za bardzo się wtedy baliśmy lasu, aby jechać dalej, więc wróciliśmy do domu. Na drodze do Muchnowa także wydawało mi się, że za chwilę zza zakrętu wyjedzie Mama na swoim rowerze, dołączy do mnie i razem powspominamy przeszłość. Wizyta w Sójkach niestety wzmocnila moją tęsknotę za Mamą...

Po powrocie z Muchnowa, które tak naprawdę jest zabitą dechami wiochą, leżącą na dosyć ładnych teranach, podjechałem pod hotel, wszedłem do środka, przedstawiłem się i zapytałem czy mogę się rozejrzeć po parku i swoim dawnym podwórku. Początkowo rozmawiałem z kelnerem, ale po chwili zjawił się kierownik, który powiedział, że wie kim jestem, że nasze nazwisko jest im dobrze znane, a o moim Tacie krążą tam legendy. Nie wiem czy te legendy stawiają Tatę w dobrym świetle, czy w złym, ale najważniejsze, że kierownik pozwolił mi wejść do parku i rozejrzeć się po każdym jego zakątku. Wyjasnił mi, że nie ma tam niczego ciekawego do oglądania, ale najwidoczniej nie rozumiał, że każdy metr kwadratowy jest dla mnie niezwykle cenny. Z zachwytem wszedłem do parku, skręciłem w kierunku podwórka i po chwili znalazłem się przed domem. Wrażenie niesamowite, trudne do opisania. Ruina, wszystko zapuszczone, wszystko podniszczone, ale jakże piękne. Dawno się tak nie cieszyłem...



2014.06.09 / Poniedziałek / 18:45 - W kutnowskim hotelu

Z Sójek wyjechałem mocno wzruszony, spoglądając na naszą ulicę i nasz dom tak samo jak w dniu wyjazdu w roku 1992. Do dziś pamiętam ten ostatni rzut oka na dom sprzed 22 lat i postanowienie, że kiedyś wrócę do Sójek. Udało się, po dosyć długim czasie, w rok po śmierci Mamy, choć tak naprawdę mogłem tam pojechac już wiele lat temu, pociągiem i autobusem. Właśnie to, że Mamy już nie ma miało podczas całego mojego pobytu w Sójkach ogromne znaczenie, bez tego nie byłoby tak dramatycznie... Zdawało się niemal, że Mama za chwilę wyjdzie z domu, lub pojawi się na ulicy, uśmiechnięta, młoda i zdrowa, taka jak w moim dzieciństwie.

Nie miałem zarezerwowanego pokoju w hotelu w Sójkach, więc dwie noce musiałem spędzić w zajeździe Elza w Kutnie, po drugiej stronie miasta, niedaleko Mc Donalda. Miejsce to okazało się być bardzo dobre, wygodne, a przy okazji o połowę tańsze od Dworu Sójki. Pokój niezbyt duży, z małym łóżkiem, ale za to w łazience zamiast prysznica była wanna, więc oczywiście od razu do niej wskoczyłem. Rower pozwolono mi trzymać w szatni, tuż przy wejściu. Zajazd prowadzi sympatyczna pani, która podaje bardzo smaczne jedzenie, o czym przekonałem się drugiego dnia. Pierwszego dnia, po wykąpaniu się i odzyskaniu sił udałem się do pobliskiego Mc Donalda, w którym zjadłem WieśMaka. Okazało się, że w Kutnie WieśMaki są o całą złotówkę tańsze. Czyżby z powodu biedy panującej w Kutnie i okolicach? Bezrobocie jest tam duże, ludzie nie żyją już tak dobrze jak za dawnych czasów. Oczywiście jest też wielu bogatych, ale obecnie widać silne rozwarstwienie, podział na biednych i bogatych, którego nie zauważałem jako dziecko. Być może istniał zawsze, ale na takie rzeczy nie zwraca się uwagi, gdy ma się kilka lat.

Poszedłem spać po północy, po obejrzeniu na tablecie świetnego filmu Martina Scorsese "Król komedii". Szkoda tylko, że w pokoju byłem sam. Z dziewczynami podróżuje się jednak o wiele lepiej.


2014.06.09 / Poniedziałek / 18:00 - Dziura w murze

Dziura w murze, kolejny detal, który zostaje w pamięci na całe życie. W ogóle ten mur jest wyjątkowy, mało kto ma dom ogrodzony czymś takim. Zresztą cały ten dom, a w szczególności park, to miejsce wyjątkowe, które w dzieciństwie sprawiało, że czułem się inny, odmienny od reszty społeczeństwa. Cała nasza rodzina wydawała mi się wtedy być wyjątkowa. Jako jedyni mieliśmy park, jako jedyni na wsi mieliśmy telefon i komputery. Ja jako jedyny z całej klasy miałem rodziców z wyższym wykształceniem. To wtedy dokonały się w mojej głowie podziały, których trzymam się do dziś, niekoniecznie dobre.


2014.06.09 / Poniedziałek / 17:57 - Nasz dawny dom bez zmian

Zdziwiłem się, że nowi mieszkańcy domu w ogóle o niego nie dbają, że wszystko jest takie jak było, gdy stąd wyjeżdżaliśmy, tylko w dużo gorszym stanie. Spodziewałem się, że mieszkają tam państwo Śliwiccy, bo podczas ostatniej wizyty Taty, w roku 2007, to oni byli mieszkańcami naszego domu. Dopiero drugiego dnia dowiedziałem się, że dom stoi pusty i będę go sobie mógł swobodnie obejrzeć od strony podwórka. Już pierwszego dnia ciężko było ruszyć dalej, ciężko było opuścić Sójki i pojechać do Kutna, zostawiając to wszystko za sobą. Poczułem się jakbym wreszcie po wielu latach tułaczki powrócił do prawdziwego domu.


2014.06.09 / Poniedziałek / 17:54 - Wszystko nadal tam jest

Magazyn sąsiadujący z naszym podwórkiem. Już w moim dzieciństwie był ruiną i duża jego część się zawaliła. Najbardziej w Sójkach podoba mi się to, że tak dużo rzeczy z przeszłości się nie zmieniło, że nadal stoją tam te stare budynki z czerwonej cegły, a przede wszystkim, że nasz dom w ogóle się nie zmienił, ma te same okna, te same drzwi, tę samą bramę i furtkę. Domy naszych sąsiadów też wyglądają tak samo. Widziałem, że sąsiad jest w garażu, ale byłem zbyt zmęczony podróżą, by spróbować z nim porozmawiać. Poza tym byłem też za bardzo podekscytowany i wzruszony.


2014.06.09 / Poniedziałek / 17:48 - Dawny sklep w Sójkach

Po dojechaniu do końca ulicy zobaczyłem autostradę, która otacza teraz Sójki, zmieniając nieco scenerię. Zobaczyłem też to co widziałem także po drodze, czyli dziesiątki elektrowni wiatrowych, których kiedyś nie było. Poza tym cała reszta pozostała bez większych zmian, choć tak naprawdę wszystko się zmieniło. Sklep już nie funkcjnuje, jest zamknięty i zmienił kolor. Teren magazynu należy teraz do jakiejś firmy i nie jest już dostępny dla mieszkańców. Stawy zostały zagrodzone przez bogatego właściciela nowego domu stojącego w miejscu dawnej bazy. Ach, baza, jak fajnie jeździło się po niej kiedyś rowerem, razem z kolegami i koleżankami.

To tutaj, przy magazynie z czerwonej cegły, po raz ostatni widziałem swoich kolegów i koleżanki z klasy, dzień przed przeprowadzką w 1992 roku. Byli akurat przed szkołą, a ja miałem już wtedy dzień wolny, by pomagać w pakowaniu. Machali do mnie, chcieli bym podjechał, ale ja tego nie zrobiłem, oddzielając już wtedy przeszłość od nowej rzeczywistości.


2014.06.09 / Poniedziałek / 17:36 - Na końcu ulicy w Sójkach

Skręciłem w naszą ulicę, która w czasach mojego dzieciństwa wydawała się być zdecydowanie długa, a która obecnie jest po prostu śmiesznie krótka. Po lewej nasz dom otoczony murem, po prawej parę domów, dalej magazyny, stary sklep, tak zwana baza, zamieniona obecnie w skład węgla, nowy dom, stawy po obu stronach i to już koniec. Oto cała ulica, którą przejechałem z takimi emocjami jakich nie zaznałem chyba nigdy wcześniej. Zadziwiające jak wszystko się zmniejszyło, gdy ja przez lata urosłem. Sójki wydały mi się nie być prawdziwymi Sójkami, tylko zabawką, makietą, którą mogę sobie obejrzeć. Sójki z mojego dzieciństwa są trzykrotnie większe, bo ja byłem wtedy trzykrotnie mniejszy.


2014.06.09 / Poniedziałek / 17:32 - Nasz park widziany z szosy

Podróż do Sójek zakończona sukcesem. Zdjęcia wrzuciłem wcześniej, a teraz pora napisać coś sensownego. Z pewnością było to jedno z najciekawszych i zarazem najbardziej wzruszających doświadczeń mojego życia. Warto było wsiąść na rower i przejechać ponad sto kilometrów, by po 22 latach obejrzeć ponownie to wszystko. Wrażenie było niesamowite, na początku emocje były tak duże, że trzęsłem się przez kilka minut. Wjazd do Sójek od strony Muchnic był bardzo emocjonujący i od razu uświadomiłem sobie, że miejsce, w którym się mieszkało w dzieciństwie, w którym się wychowywało, na zawsze pozostaje naszym domem.

Samą wyprawę rowerową mogę podzielić na trzy etapy - łatwy, zwyczajny i męczący. Do Sochaczewa jechało się pięknie, wiatr wiał w plecy, muzyka grała w słuchawkach. Jedną trzecią trasy pokonałem szybko i sprawnie. Po wyjechaniu z Sochaczewa wjechałem na wioski, na których musiałem co pewien czas sięgać po tablet z mapą i gps'em. Mimo tego raz pojechałem prosto, choć powinienem był skręcić, przez co musiałem się wracać ponad kilometr. Ostatecznie dotarłem do poznanej przeze mnie niedawno najgorszej szosy w okolicy, po której jeżdżą tysiące tirów. Całe szczęście, że szybko z niej zjechałem, rozpoczynając drugi etap, który skończył się w Gąbinie. Do Gąbina jechało się średnio przyjemną szosą, z której co pewien czas musiałem zjeżdżać, by ustępować miejsca ciężarówkom. Wiejskie, nudne tereny, z dosyć małą ilością sklepów. W jednym z nich zrobiłem zakupy, by móc ruszyć dalej z nowym piciem i nowymi ciastkami. Wiatr wiał w plecy, więc nie było tak źle i ostatecznie po dwóch godzinach dojechałem do Gąbina, w którym skręciłem w lewo, kierując się już na Sójki. Ten etap był najładniejszy, bo zmieniła się nieco sceneria, na znaną mi z dzieciństwa, na taką jak w Sójkach. Niestety byłem juz mocno padnięty z powodu upału, przez co szybko zacząłem tracić siły. Po przejechaniu setki kilometrów dopadł mnie kaszel, będący skutkiem małej pojemności płuc, więc do samych Sójek wjechałem porządnie wymęczony. Pierwszą oznaką tego, że jestem już blisko Sójek był przystanek autobusowy linii numer 7. Siódemką zawsze jeździło się z Sójek do Kutna i tak też jest do dziś, ta linia nadal funkcjonuje.

Przed samymi Sójkami nowość - wiadukt nad autostradą, w miejscu, w którym kiedyś żadnej autostrady nie było. Na rondzie, którego także kiedyś nie było, skręciłem w lewo i po kilku chwilach ujrzałem mur, będący ogrodzeniem naszego parku. Serce zaczęło mi mocno bić i uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Na zakręcie zatrzymałem się przy bramie i zrobiłem powyższe zdjęcie - alejka w naszym dawnym parku i szkoła, będąca teraz hotelem. Jak już wspominałem, wrażenie niesamowite, jakby bajka stała się rzeczywistością. Takie doświadczenia są zarezerwowane tylko dla tych ludzi, którzy opuścili swoje miejsce zamieszkania i nie byli w nim przez wiele lat.


2014.06.08 / Niedziela / 22:16 - Rowerowa randka z Magdą

Siedemdziesiąt kilometrów randki z imponującą dziewczyną. To znaczy ja przejechałem w sumie 70 kilometrów, ale Magda zrobiła trochę mniej, pewnie około czterdziestu. Spotkaliśmy się na Młocinach, z których wyruszyliśmy razem w kierunku Łomianek. Jeden rzut oka na Magdę i już zdanie wyrobione - atrakcyjna, pięknie zbudowana, zdecydowana, pewna siebie, wymagająca dziewczyna. Głos usłyszałem już przez telefon - bardzo ładny, dosyć niski. Magda zdziwiła się trochę, że na taki upał założyłem długie spodnie, ale wyjaśniłem szybko, że moje rowerowe ubranie zostało w domu, bo chcę by było czyste i świeże na moją wyprawę do Sójek.

Magda już na Sympatii pisała fajne, długie, naturalne i ciekawie wiadomości, więc w sumie od początku całkiem dobrze mi się z nią rozmawiało, choć później było zdecydowanie lepiej. Podczas jazdy za Magdą miałem okazję podziwiać pracę jej ud i pośladków, wpatrując się w obcisły strój rowerowy, który na sobie miała. ;) Było mi tak gorąco, że ledwo żyłem, ale działo się tak głównie za sprawą słońca i moich długich spodni.

Przez Łomianki dostaliśmy się do Palmir, po przejechaniu przez las wstąpiliśmy na cmentarz, na którym posiedzieliśmy trochę dłużej, a następnie dotarliśmy do Truskawia, w którym zjedliśmy to i owo w barze Dzika Fasola. Na koniec odwiozłem Magdę do Warszawy, co podobno uznała za miły gest. W ogóle było bardzo miło, ciekawie, bo Magda to ciekawa dziewczyna, mająca różne sportowe pasje, przede wszystkim tą najważniejszą - rowerową. Na wycieczkę zabrała swój nowy rower, kupiony kilka dni temu, mocno turystyczny, przeznaczony głównie do wypraw szosowych. Za tydzień wyrusza do Gdańska, z grupą zaprzyjaźnionych rowerzystów i ogólnie dużo jeździ, w tym także każdego dnia do pracy. Ciężko powiedzieć co z tej naszej znajomości wyniknie, choć akurat Magda ma nietypowe podejście, którego wcześniej nie spotkałem - zupełnie odrzuca ona możliwość przyjaźni, uważając, że na Sympatię zapisała się tylko i wyłącznie po to, by poznać faceta do związku.

Na koniec powiedziała - do następnego razu, więc chyba planuje się gdzieś jeszcze ze mną wybrać, ja natomiast uważam, że mogłaby sobie znaleźć o wiele lepszego i fajniejszego faceta ode mnie, więc osobiście odradzałbym jej Pana Michała. :) Najważniejsze, że było ciekawie, przyjemnie i miałem na co popatrzeć. :P Porządna dziewczyna z tej Magdy, mająca swoje zasady, silna i zdecydowana chyba tak bardzo jak żadna inna poznana przeze mnie. Niestety nie mogę tutaj zamieścić jej zdjęcia, gdyż żadnego nie zrobiłem, ponieważ nie dostałem na to zgody "na tym etapie znajomości". :)

Póki co skupiam się przede wszystkim na wyprawie do Sójek. Zaraz idę spać, a jutro wstaję około 8:00 i po 9:00 będę już jechał na zachód, dosyć nudną, mało atrakcyjną trasą, do dosyć nudnej, mało atrakcyjnej miejscowości, do której jednak mam wielki sentyment, bo spędziłem w niej najważniejsze lata swojego dzieciństwa.


2014.06.08 / Niedziela / 22:15 - Stacja naprawcza dla rowerów

Na Młocinach pojawiło się takie oto użyteczne cudo przeznaczone do dokonywania wszelkich napraw i regulacji w rowerze. Nie wiem czy ktokolwiek z tego skorzystał, jeszcze nie widziałem, by ktoś używał tych narzędzi, ale dobrze, że coś takiego jest dostępne dla ludu. :P Na Młociny pojechałem dzisiaj rowerem, bo właśnie tam rozpoczęła się moja randka z Magdą, rowerową dziewczyną z Sympatii. To moja pierwsza randka z inną dziewczyną od czasu poznania Gosi. Uznałem, że powinienem jednak kontynuować poszukiwania swojego zakochania. :) To przecież taki piękny, głupi stan ducha. :)

Swoją drogą byłem wczoraj u Gosi na kolacji, w drodze powrotnej do domu. Zostałem poczęstowany bułką z kotletem, bardzo smacznym. Znowu miło spędziliśmy czas w "rodzinnym" gronie, choć przy okazji zostałem ponownie ugryzione przez Kasię, córkę Gosi. :P Kilka dni temu Kasia zalała wodą laptopa Gosi, doprowadzając go w ten sposób do ruiny. Laptop przestał działać, tak samo jak laptop Jacka, zalany piciem przez jego synka. Dzieci to chodząca destrukcja. :)


2014.06.08 / Niedziela / 14:59 - Fjord Nansen Lima II

W ten upalny dzień, wolny dla mnie dzięki temu, że oddałem swój dyżur koleżance, rozłożyłem po raz pierwszy namiot. Oczywiście rozłożyłem go na słońcu, przez co po chwili zrobiło się w nim gorąco jak w szklarni. :) Cała procedura nie była trudna i od teraz wiem już co trzeba zrobić, by w dziesięć minut stworzyć miejsce na nocleg. Namiot jest porządnie wykonany, trafił mi się egzemplarz bez wad, wszystko jest jak należy, a przede wszystkim podoba mi się jego wygląd. Posiedzieliśmy w środku ze starszą siostrą, ledwo się tam mieszcząc, a ja od razu podłapałem kleszcza, który spacerował po mojej ręce. Trzeba uważać i trzeba się dokładnie oglądać. Po godzinie zabawy złożyłem namiot, przekonując się, że zajmuje teraz w torbie o wiele więcej miejsca niż wcześniej. W sumie to torba nie chciała się domknąć, więc chyba coś zrobiłem nie tak. ;)

Super, mam już namiot, mogę podróżować z nim po Polsce, lecz póki co, podczas najbliższej wyprawy rowerowej, do Sójek, na którą wyruszam już jutro rano, namiot zostawię w domu. Nie będzie mi potrzebny, bo mam już zarezerwowany hotel, niestety nie w Sójkach, lecz w Kutnie, nie w mojej dawnej szkole, w której nie było już miejsc, lecz w jakimś marniejszym budynku. Najważniejsze, że pogoda najwidoczniej pięknie mi dopisze. Jadę!


2014.06.06 / Piątek / 01:39 - Warszawski wieczór z Ewą

Przed dyżurem odebrałem ze sklepu swój pierwszy namiot, jeden z najtańszych modeli polskiej firmy Fjord Nansen. Towar wydała mi piękna blondynka o niezwykle szlachetnych rysach twarzy, aż się zdziwiłem, że ktoś tak efektowny pracuje w tym marnym sklepie ze sprzętem turystycznym. Po wzięciu namiotu do ręki szybko przekonałem się, że 3 kilogramy to całkiem sporo. Taszczenie ze sobą namiotu może być nieco bardziej problematyczne niż myślałem, także dlatego, że jest on zapakowany w mało poręczną, długą torbę.

W pracy odbębniłem kolejny żałosny dyżur ze słabym wynikiem, po którym spotkałem się pod budynkiem firmy z przyjaciółką Ewą, która nadal spłaca mi dług finansowy zaciągnięty kilka lat temu. Dzisiaj otrzymałem kolejną, drugą ratę, więc do spłacenia zostało jej jeszcze 800 złotych. Przeszliśmy się pieszo do kina Iluzjon, oddalonego od Orco Tower o niemal 3 kilometry, w którym musiałem odebrać bilety na kolejny film Kubricka, na który wybieram się z Gosią za tydzień. Tym razem Gosia zdecydowała się na "Mechaniczną pomarańczę", którą oczywiście mam na dvd, i którą bardzo sobie cenię. Po drodze dowiedziałem się od Ewy, że wszystkie moje bóle, wszystkie moje objawy, na które od pewnego czasu narzekam, są dokładnie takie same jak u jej koleżanki, u której wykryto boleriozę. Zdaje się, że powinienem zrobić sobie odpowiednie testy, by przekonać się czy przypadkiem nie mam boleriozy. Jakieś osiem lat temu miałem na nodze kleszcza, a bolerioza jest chorobą, która potrafi dać o sobie znać nawet po tak długim czasie. Cóż, lepsza bolerioza niż rak, choć na nią także można umrzeć...

Spod Iluzjonu przeszliśmy się przez całe Pole Mokotowskie aż pod uczelnię, na której studiowała Maja, po drodze kupując w pewnym znanym mi już sklepie chipsy i dwa piwa. Pani ekspedientka poprosiła Ewę o pokazanie dowodu osobistego, biorąc ją zapewne za dziecko, co wcale mnie nie dziwi. Ewa do dziś wygląda trochę jak nastolatka, a gdy weźmie się pod uwagę jej wzrost - jak uczennica z podstawówki. Ekspedientka zażartowała, że nie chciała sprawdzić wieku, tylko patrzyła na adres, bo miała zamiar wprosić się na kolację, co Ewa odebrała jako lesbijski podryw. Napaliła się strasznie, bo jest ona raczej biseksualna i od zawsze marzy o tym, by jakaś piękna kobieta zaprosiła ją do łóżka. Niestety, nigdy tak się nie stało, a wszystkie lesbijki jakie Ewa poznaje, są typowo męskie, co zupełnie jej nie odpowiada.

Posiedzieliśmy sobie na polu przy uczelni Mai, wypiliśmy piwo, zjedliśmy chipsy, pogadaliśmy - było bardzo fajnie, jak za dawnych, dobrych lat. Być może nie powinienem pić piwa, wziąwszy pod uwagę, że musiałem później wrócić rowerem do domu, ale mimo wszystko to zrobiłem i kilkanaście minut później jechałem wesoło przez Warszawę, upojony alkoholem, chwiejąc się na lewo i prawo. Było śmiesznie. Ewa postanowiła pójść jeszcze raz to tego samego sklepu, by naprawdę zaprosić blond ekspedientkę na kolację, dając jej swój numer telefonu na kartce. Ekspedientka wyszła akurat ze sklepu, Ewa dorwała ją przy śmietniku i tam dowiedziała się, że wcale nie jest ona lesbijką, a tekst o kolacji był tylko żartem. Ech, cóż za tragedia, cóż za rozpacz... :)

Ewczi wskoczyła na mój bagażnik i pomkneliśmy razem rowerem do centrum, w okolice Muezum Narodowego, na ulicę Smolną, przy której kiedyś mieściła się kawiarnia dla lesbijek i gejów. Niestety na miejscu okazało się, że kawiarnia została zamknięta, więc pokrążyliśmy jeszcze rowerem po Śródmieściu, oglądając po drodze prostytutki, by na koniec pożegnać się pod Orco Tower. Jak widać, mój rower doskonale nadaje się do transportu kobiet, przynajmniej tych niskich i lekkich. :P

W sumie spędziliśmy razem cztery godziny, a ja przypomniałem sobie jak bardzo zawsze lubiłem Ewę i jak dobrze się przy niej czuję. Spośród wszystkich dziewczyn właśnie z nią czuję się najswobodniej, chyba dlatego, że dobrze się rozumiemy i po prostu jesteśmy do siebie podobni. Poznałem ją, gdy miała 21 lat, a w tym roku, dzień po moich urodzinach, skończy 26. Po raz kolejny mogę napisać - jak ten czas szybko leci...

Gdybym nie spotkał się z Ewą to byłbym w domu cztery godziny wcześniej, dzięki czemu zdążyłbym rozłożyć namiot, by następnie móc spędzić w nim swoją pierwszą noc, na razie na własnym podwórku. Ponieważ jednak w domu byłem tuż przed północą, namiot będzie musiał poczekać, a ja położę się dziś w swoim zwykłym łóżku, a raczej na swojej zwykłej wersalce. Nie wiem czy mam boleriozę, ale z pewnością coś mi dolego i zdaje się, że jest coraz gorzej. Lista moich dolegliwości stale się wydłuża.

Z Gosią widzę się na pewno w czwartek, natomiast na Sympatii wyłoniły się dwie ciekawe dziewczyny - elegancka, efektowna Karina, pragnąca w najbliższej przyszłości zostać matką, oraz rowerowa Magda, pragnąca jeździć ze mną rowerem. Ja na Sympatii powinienem mieć przede wszystkim napisane, że jestem wrakiem, nie nadającym się już do niczego, ani do seksu, ani do wyjazdu w góry, ani do życia codziennego.


2014.06.01 / Niedziela / 22:47 - Razem nad Wisłą w Kazimierzu

Piękny powrót w okolice rynku wzdłuż Wisły, ostatnie chwile naszego wspólnego pobytu w Kazimierzu Dolnym. Gosia nadal zakochana, ja nadal tylko lubiący, Kasia wiedząca chyba, że jestem tylko kolegą jej mamy. Prawdopodobnie wyczuwa, że tak naprawdę jestem kimś więcej, ale może jakiejś wielkiej tragedii z tego nie będzie. To dziecko przecież ma już za sobą inną tragedię, rozwód rodziców, powinno więc być do takich dramatów przyzwyczajone. Może to także oznaczać, że nie powinno nigdy więcej być w podobne dramaty wciągane, należy więc postępować mądrze, ale przecież tak właśnie postepujemy, prawda?

Podoba mi się ta droga, którą mógłbym pójść, droga tatusia i męża, ale moja obecna, samotna droga, także jest dobra, bo może prowadzić do prawdziwej miłości. W moim przypadku o prawdziwą miłość nie jest wcale trudno, zakochuję się średnio kilka razy do roku, więc znalezienie kobiety, przy której moje serce znowu mocniej zabije wydaje mi się być łatwe, pozostaje tylko pytanie, czy serce jakiejkolwiek kobiety zabije dla mnie tak mocno jak serce Gosi? Na to pytanie póki co na razie nie ma odpowiedzi, choć ja skłaniałbym się ku temu, że raczej żadna inna kobieta nie będzie we mnie tak "głupio" zakochana. :)

Do domu wróciliśmy tą samą trasą, przy czym ja wysiadłem już na Ursynowie, na którym przeszedłem obok domu mojej byłej dziewczyny, wspominając to co było, myśląc o tym co jest teraz i o tym co może być w przyszłości. Gosia i Kasia pojechały samochodem w swoją stronę, w lewo, na górę, na obwodnicę, ja zaś poszedłem w prawo, do metra, pod ziemię.


2014.06.01 / Niedziela / 22:46 - Wspólny wyjazd do Kazimierza

Obiad zjedliśmy w Kazimierzu, w restauracji związanej w jakiś sposób ze środowiskiem filmowców. Każdy zamówił coś dla siebie, tylko ja nie chciałem ani jeść, ani pić, by nie wydawać niepotrzebnie pieniędzy, choć na koniec zjadłem to co zostało po Kasi. :P Kasia szalała po restauracji, naruszając spokój i ciszę tego eleganckiego lokalu, zarazem wprowadzając do niego naturalność, spontaniczność i radość. :P Kelnerowi powiedziała, że bardzo go lubi, a pani kelnerce, że pięknie się nami opiekuje. Na czas płacenia rachunku ulotniłem się do ubikacji, by nie ogladać tych okropnych cyferek. :P

Po wizycie w restauracji przeszliśmy się moją ulubioną uliczką nad Wisłę, a do miasta wróciliśmy wzdłuż wału, tak jak dziesiątki razy wcześniej, przy różnych okazjach. W drodze nad Wisłę zrobiliśmy sobie zdjęcia i jedno z nich umieszczam powyżej. Mimo pochmurnego nieba nie spadła ani jedna kropla.


2014.06.01 / Niedziela / 22:46 - Moja pierwsza jazda bryczką

Gosia zrobiła m zdjęcie, więc chętnie je tutaj zamieszczam, ukazując swoją obecną łysinę. Włosów mam coraz mniej i są one coraz słabsze. Powinienem chyba po raz pierwszy w życiu pójść do fryzjera, ale póki co nie mam do tego głowy i żal mi pieniędzy... Niech włosy rosną sobie jak chcą, leniwie i sennie. :P


2014.06.01 / Niedziela / 22:43 - Przejażdżka bryczką

Za 40 złotych można przejechać się bryczką dookoła Kazimierza Dolnego, a Kasia bardzo tego chciała, więc spełniliśmy jej dziecięce marzenie. Ja sam po raz pierwszy jechałem bryczką i było bardzo fajnie, można było zrobić ładne zdjęcia, choć ja wolałem nakręcić film. Opuściliśmy rynek, na którym cyganki męczą wszystkich turystów swoim uporczywym nakłanianiem do wróżb, przejechaliśmy się poza miasteczko i wróciliśmy do niego z powrotem inną uliczką. Po drodze woźnica wyrzucił pustą butelkę po napoju w trawę, na czyjąś posesję. Powiedzmy, że była to jego posesja i nie było nic brzydkiego w jego zachowaniu. ;)

Fajnie jest cieszyć się wszystkim nie tylko samemu, ale także z dzieckiem. Przeżywanie swojego życia razem z dzieckiem jest jakby czymś więcej, choć ja potrafię się cieszyć ze wszystkiego także wtedy, gdy jestem sam. Choć może nie do końca... W Toruniu było mi przecież bardzo źle samemu.


2014.06.01 / Niedziela / 22:42 - Baszta wiecznie zamknięta

Na basztę można wejść tylko do połowy, na drewniane schody. Tak samo było jesienią roku 2011, gdy pojechałem na miejsce z moją ówczesną dziewczyną, Kasią. Wszystko wygląda na gotowe, ale obiekty z jakiegoś powodu nadal nie są otwarte, a co gorsza - na dole brakuje jakiejkolwiek informacji na temat ich zamknięcia. Ludzie idą zdezorientowani na górę nie wiedząc co tam zastaną. Ech... W każdym razie widok ze schodów także jest bardzo ładny, a ja po raz pierwszy zobaczyłem, że dobrze widoczne są stamtąd także Puławy.


2014.06.01 / Niedziela / 22:39 - Na nadal nieczynnej baszcie

Moja siostra, ja i Gosia poszliśmy spać dopiero około godziny 2:00 w nocy, bo gadaliśmy do późna. Ja przede wszystkim starałem się przekonać Gosię do włączenia swojego rozumu i spojrzenia z mądrością na spisek World Trade Center, bo nie wyobrażam sobie bym potrafił w pełni szanować kogoś kto powtarza bezmyślnie to co zasłyszał w telewizji. :P Rozmawialiśmy też o innych romantycznych rzeczach - o Żydach, o długu publicznym Polski, który rośnie z prędkością kilku tysięcy złotych na sekundę, o wojnach... Zdaje się, że rozmawialiśmy także o mnie, choć ja każdą rozmowę na mój temat potrafię obecnie sprowadzić na tor zwany - nie myślę. :P Niektórzy moi znajomi, ci naprawdę mądrzy, przejrzeli mnie już jakiś czas temu i zrozumieli, że ja naprawdę nie myślę, że naprawdę jestem dosyć głupi. Ja po prostu uważam, że tak się lepiej żyje, wtedy kieruje mną Bóg i ja nie muszę sobie niczym zaprzątać głowy. :P Ale mniejsza z tym...

Drugiego dnia obudziła mnie Kasia, która mówiąc "Michał, wstawaj" wyciągnęła mnie z wyra. Przy okazji powiedziała, że da mi dłużej pospać, gdy przyjedzie do Puław następnym razem, a ja pomyślałem - ups, dziecko już ma nadzieję, na kolejne przyjazdy. Co ja narobiłem? :P Wręczyłem Kasi książeczki w prezencie na dzień dziecka, za co dostałem podziękowania, ale także usłyszałem - "A gdzie zabawka?". Na szczęście zabawkę przygotowała mama, podarowując dziecku lalkę My Little Pony, której imienia już teraz nie pamiętam. Kasia oszalała ze szczęscia...

Zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy do Kazimierza Dolnego, mimo dosyć zagadkowej pogody, z dużą ilością chmur. Gosia była ostatnio w Kazimierzu Dolnym wiele lat temu, a Kasia nie była tam jeszcze nigdy. Na miejscu okazało się szybko, że roment zamku i baszty nadal trwa, co oznacza, że te cenne obiekty są zamknięte już od kilku dobrych lat. Trzeba w tym miejscu jasno stwierdzić, że Polska to dosyć popieprzony kraj.


2014.06.01 / Niedziela / 22:32 - Na placu zabaw

Plac zabaw zupełnie pusty, jakby w okolicy nie było żadnych dzieci, dzięki czemu miałem okazję sam pobawić się na zjeżdżalni, na koniku ze sprężyną i na huśtawce. Porobiliśmy sobie zdjęcia, posiedzieliśmy, porozmawialiśmy, Kasia szalała, a ja cieszyłem się z tego, że w końcu mogę się przekonać na własnej skórze jak to jest być tatusiem-mężusiem, choćby przez dzień lub dwa. Z jednej strony to bardzo przyjemne doświadczenie, nadające życiu sensu, sprawiające, że człowiek czuje się bezpiecznie, z drugiej strony trzeba się jednak wtedy pogodzić z tym, że wszystko co się wcześniej znało, wszystkie te sprawdzone, leniwe schematy, w których się tkwiło przez tyle lat swojej młodości, odchodzą na zawsze, gdy zostajesz mężem i ojcem.

Przede wszystkim jednak w tym dniu nie czułem w sobie żadnej miłości męsko-damskiej, wiedziałem więc, że ewentualne dążenie do zostania w tym przypadku prawdziwym mężem i prawdziwym ojcem byłoby czymś nie w porządku, byłoby oszukiwaniem siebie i innych. Owszem, bardzo lubię Gosię i Kasię, być może nawet obdarzałbym je rodzinnym rodzajem miłości, ale zawsze brakowałoby mi tej miłości romantycznej, tego zakochania w kobiecie, które całkowicie zmienia postrzeganie świata i samego siebie. Oczywiście jest taka ewentualność, że mógłbym się po pewnym czasie w Gosi po prostu zakochać, ale obecną szansę na to mierzę już nie w procentach, a w promilach. Wielka szkoda, bo Gosia jest naprawdę świetną kobietą, której ufam bardziej niż samemu sobie. :)


2014.06.01 / Niedziela / 22:31 - W drzewie

Po dziedzińcu parku spacerował paw z pięknym ogonem i kilka samic. Obejrzeliśmy go, zrobiliśmy mu kilka zdjęć, a następnie przeszliśmy do klatki z bażantami, których wcześniej nie widziałem. Z pnia wielkiego drzewa, które wycięto kilka lat temu, zrobiono coś w stylu domku, widocznego na powyższym zdjęciu. Nie wiem czy jest to domek dla pawia, czy dla ludzi, ale zmieściliśmy się w nim w trójkę, a Kasia powiedziała, że byłby to prawdziwy dom, gdyby tylko przyniosło się tam meble. :)

Kasia jest zupełnie pozbawiona jakiejkolwiek nieśmiałości, podchodzi do ludzi i zaczyna z nimi rozmawiać, ku ich wielkiej uciesze i radości. Każdy z kim Kasia rozmawia zaczyna się uśmiechać, bo jest to dziewczynka bardzo zabawna i mądra, zdecydowanie wyróżniająca się na tle innych dzieci. Tuż pod blokiem zaczęła dyskutować z sąsiadka o kwiatkach w ogródku, a w parku podeszła do dziewczyny robiącej zdjęcia i zapytała się co fotografuje. Park spodobał się zarówno Gosi jak i Kasi, a ja ucieszyłem się, że w końcu zakończono wszystkie remonty, które przecież ciągnęły się całymi latami. Przy Świątyni Sybilli zeszliśmy na dół, by następnie wrócić na górę po Diabelskich Schodach, po których musiałem wieźć rowerem Kasię siedzącą na bagażniku.

Z parku poszliśmy na skwerek, na którym znajduje się teraz bardzo fajna fontanna i bardzo przyjemna kawiarnia, w której Gosia zafundowała mi pyszne, czekoladowe ciasto. Posiedzieliśmy, nacieszyliśmy się pięknym dniem i ruszyliśmy dalej. Gosia poszła do sklepu po pasek i kolczyki, a ja w tym czasie zostałem sam z Kasią na bagażniku, więc zacząłem z nią jeździć po osiedlu i pobliskich uliczkach. Od razu natknęliśmy sie na mojego najstarszego wujka Feliksa, który chciał wiedzieć czy wreszcie się uspokoiłem i czy przestanę stale zmieniać dziewczyny. Kasia trzymała się mocno bagażnika, ciesząc się jazdą z Michałem, i jak wyjasniła - ani mama, ani tata, ani dziadek nie wożą jej tak na rowerze, bo nie mają takiej wygodnej torby do siedzenia. :)

Gosia wyszła ze sklepu, dołączyła do nas i razem udaliśmy się na plac zabaw przed blokiem siostry. Spędziliśmy na nim chyba z godzinę.


2014.06.01 / Niedziela / 16:39 - Rower się przydał

Po ponad dwóch godzinach jazdy przybyliśmy do Puław. Trasa była w porządku, ruch raczej niewielki, więc jeszcze przed południem przywitaliśmy się z siostrą w jej mieszkaniu. Na początek musiałem trzy razy chodzić do sklepu, po to i owo, a siostra w tym czasie podała smaczny obiad dla nas wszystkich. Z dzieckiem w domu było bardzo radośnie, Kasia wyciągała biżuterię z koszyczków i pudełek, przymierzając ją i mówiąc, że jest piękna, recytowała wierszyki i śpiewała piosenki. Justynka mogła się poczuć doceniona, bo dziecko powiedziało, że obiadek był pyszny, i w ogóle, że Justyna się nami wszystkim bardzo dobrze opiekuje. Po obiedzie poszliśmy w trójkę na spacer po Puławach, przede wszystkim po parku. Zabrałem ze sobą rower, bo lubię go mieć przy sobie podczas spacerów i okazał się on być bardzo przydatny - mogłem na nim wieźć Gosię, a później Kasię, która wygodnie usadowiła się na sakwie z tyłu. :) Zacząłem się czuć jak prawdziwy tatuś i nawet jeden pan powiedział do Kasi - trzymaj się mocno tatusia! :)