2015.07.30 / Czwartek / 18:58 - Wprowadzam się do pokoju

Malowanie tak jakby zakończone. Jeszcze tylko w miejscu zacieków będę musiał pomalować specjalną farbą stworzoną do tego celu, którą poleciła mi młodsza siostra. Tak w ogóle to siostra wróciła już do nas z Puław i od razu zabrała się za zdzieranie farby w łazience. Dobrze, że ja nie muszę się z tym męczyć...

Za chwilę kupię sobie łóżko, za kolejną wypłatę wstawię sobie okno i dopiero za następną będę mógł kupić meble. Mimo wszystko wniosłem już pierwsze rzeczy do swojego wyremontowanego pokoju, wpadając przy tym na mądry pomysł, by telewizor i wszelkie sprzęty audio-video postawić na półce, któa dotychczas wisiała na ścianie. Dzięki temu jest ładnie i funkcjonalnie, tylko szkoda trochę, że tak zakryłem kaloryfer. Łóżko będzie oczywiście stało na wprost telewizora, bo innego ustawienia sobie nie wyobrażam. Nie wiem jeszcze czy będę wieszał zasłony i firanki, czy po wymianie okna będę po prostu korzystał z żaluzji.

Jest dobrze, jest lepiej niż dotychczas, podoba mi się, jestem zadowolony.

Wczoraj po raz ostatni odwiedziłem Gosię na Białołęce. Zjedliśmy naszego ukochanego burgera w pobliskiej burgerowni, poprzytulaliśmy się, a następnym razem zobaczę Gosię już w jej nowym mieszkaniu, do którego przeprowadza się w sobotę.


2015.07.28 / Wtorek / 18:56 - Malowanie jest fajne

Malowanie przyniosło efekt, pokój wygląda już całkiem sympatycznie, choć nadal walczę z sufitem, z którego już po pomalowaniu zaczęła schodzić farba. Od tego czasu zrezygnowałem z wałka i zacząłem malować pędzlem, co jest o wiele bardziej upierdliwe. Tak czy siak za dwa dni malowanie swojego pokoju powinienem uznać za skończone. Patrzę na zdjęcie sprzed kilku dni i dziwię się, że aż tak paskudnie wygądały te ściany przed malowaniem.

Pierwszą rzeczą, którą powinienem zrobić po malowaniu jest wymiana okna na nowe. Wydatek to niemały, ale obecne okno sprawdza się dobrze jedynie latem, za to zimą jest ono przyczyną mojej udręki. Gdyby obecne okno było szczelne to bym go nie zmieniał, ale z jakąkolwiek szczelnością nie ma ono nic wspólnego.

Skoro o udręce mowa to dwa dni temu zaczęły mnie boleć węzły chłonne po lewej stronie szyi, które ponownie się powiększyły. Teraz jest już troszkę lepiej, ale wszystko wskazuje na to, że powinienem w końcu pójść do laryngologa. Martwi mnie ta dolegliwość...

Gosia wróciła i od razu w niedzielę mnie odwiedziła. Po raz pierwszy została u mnie na noc, a rano zawiozła mnie do Warszawy. Nie wziąłem ze sobą roweru, więc po skończonym dyżurze miałem okazję trochę pospacerować po swojej ukochanej stolicy. Doszedłem do Harendy, w której zjadłem kotleta schabowego i napiłem się piwa. Tym razem byłem tam sam, bez żadnej kobiety i bez kolegi. Na koniec przeszedłem się nad Wisłę, by wsiąść tam do metra, na nowej stacji przy Centrum Nauki Kopernik.

Z Gosią ponownie widzę się jutro, po pracy. Mam kolejny dyżur liderski od godziny 8:00 do 16:00, za to w czwartek mam wolny dzień, w którym chyba uda się doprowadzić malowanie do szczęśliwego finału. Przedpokój i łazienkę niech maluje młodsza siostra, bo ja mam już dość.

Ech, tak naprawdę wszystko jest łatwe i przyjemne, gdy nic człowieka nie boli...


2015.07.24 / Piątek / 11:51 - Pierwsze pociągnięcia wałkiem

Malowanie nie jest takie złe. Dzisiaj wstałem o 9:00, zjadłem śniadanie i zabrałem się za malowanie z pomocą słowną Taty. Okazało się, że mam za mało folii na podłogę, więc będę musiał dzisiaj dokupić drugą, by móc pomalować cały pokój. Póki co pomalowałem tylko połowę, jeden raz, więc efekt nie jest za bardzo widoczny.

Za półtorej godziny wsiadam na rower i jadę do pracy. Wczoraj kurier dostarczył mi nowe siosdełko do mojego czarnego roweru i oczywiście nie jest ono tak wygodne i tak idealnie dopasowane do mojego tyłka jak poprzednie, które zgiąłem w zeszłym tygodniu.

W pracy podałem dyspozycje na cały sierpień i wszystko wskazuje na to, że nie będę miał wolnego tygodnia na małą wyprawę rowerową po Lubelszczyźnie. Nie szkodzi, bo i tak marnie się czuję, a pieniądze przydadzą się na nowe meble lub wymianę okna.


2015.07.23 / Czwartek / 22:26 - What a mess!

Jedno już wiem na pewno - nienawidzę remontów, nienawidzę malowania! Najchętniej zleciłbym to cholerstwo komuś innemu, ale nie mam nikogo chętnego pod ręką. Poza tym żal mi pieniędzy. Jutro lub pojutrze czekają mnie pierwsze pociągnięcia wałkiem, a dzisiaj po pracy użerałem się ze zdzieraniem farby. Cóż za męczące i upierdliwe zajęcie. Paskudny kolor ktoś tu miał przede mną - najbrzydszy odcień żółtego jaki istnieje. W ogóle co za chlew z tego mojego pokoju. Zapach chloru zmieszał się z zapachem grzyba, tworząc totalnie obrzydliwe połączenie.

W pracy było lekko, co jest typowe dla liderskiego dyżuru. Jutro mam kolejny dyżur, tym razem popołudniowy, a po nim wolny weekend. Gosia rozpacza, że nie mogę z nią jechać do Wilgi na dwa dni, a nawet twierdzi, że nie tyle nie mogę, co nie chcę. Dziwne, przecież wie, że mam remont w pokoju, a to nie zdarza się w moim przypadku często - jedynie raz na dziesięć lat. Miło, że za mną tęskni, ale to tylko sprawia, że nasze relacje coraz trudniej w jakikolwiek sposób okreśić. Gosia z jednej strony nie chce byśmy byli parą i wyjaśnia mi, że jest w stosunku do mnie obojętna, a z drugiej strony ma skrajnie uczuciowe podejście, tak jak niemal żadna inna dziewczyna do tej pory. W zasadzie chyba lepiej rozumiałem kobiety, gdy byłem nastolatkiem, niż teraz, lub przynajmniej tak mi się wydawało, bo ich nie znałem. Im dłużej żyję tym mniej wiem o kobietach, a jedyne czego się nauczułem, to że trzeba się jak najmniej nimi przejmować w takich trudnych do zrozumienia sytuacjach.

Skoro mowa o kobietach to nie wspomniałem chyba, że Kasia z Lublina jest już mężatką. Ślub wzięła 4 lipca, w drugą rocznicę śmierci mojej Mamy. Kto by przypuszczał, że tak to się wszystko ułoży... Jej mąż mnie nie lubi, choć mnie nie zna.

W listopadzie koncert IAMX w Stodole. Chętnie kupię sobie bilet i mam nadzieję, że tym razem koncert nie będzie odwołany z powodu złego stanu zdrowia wokalisty, tak jak dwa lata temu. Będzie nowa płyta, choć nie spodziewam się rewelacji, bo singiel jest dosyć zwyczajny.

Mój stan zdrowia jest podły, choć w ciągu dnia czułem się nieźle. Najwidoczniej coś mi później zaszkodziło, istnieje jakiś nieznany mi czynnik, który negatywnie wpływa na moje zdrowie. Jeśli chodzi o raka to ostatnio dopatrzyłem się czerniaka na mojej lewej ręce. Pewnie czerniak wywołał przerzuty do węzłów chłonnych, a stamtąd rak rozszedł się po całym ciele. Umrę w ciągu kilku miesiący, tak jak się spodziewałem rok temu.


2015.07.22 / Środa / 14:14 - Zrzucanie mebli z tarasu

Dwa dni wolne. Wczoraj wyniosłem wszystkie rzeczy ze swojego pokoju, a przy okazju zrzuciłem z tarasu stare meble, które uznałem za zbędne. Meble bardzo ładnie roztrzaskiwały się o ziemię, rozpadając się przy tym na poszczególne elementy i widać wtedy, że są zrobione po prostu z wiórów. Będziemy nimi palić w piecu zimą. Po malowaniu powinienem sobie kupić nowe meble, choć nie mam na nie pieniędzy. Póki co będę więc siedział w spartańskich warunkach. ;)

Dzisiaj miałem już malować, ale okazało się, że muszę jechać do Izabelina po płyn do zwalczania pleśni na ścianach, bo ten, który mieliśmy w domu, już się skończył. Właśnie popsikałem wszystkie spleśniałe miejsca tym okrutnym, śmierdzącym płynem, którego głównym składnikiem jest chlor i będę mógł malować dopiero jutro, po powrocie z pracy. Wczoraj co prawda byłem z Tatą w Izabelinie w tak zwanym składzie budowlanym, ale o płynie do zwalczania wilgoci zupełnie zapomniałem. Kupiłem za to wałek do malowania, pędzel, folię, taśmy samoprzylepne i przede wszystkim 10 litrów białej farby Dekoral.

W dwóch pokojach, w których upchnąłem wszystkie swoje rzeczy, zrobło się bardzo ciasno. To mi dało trochę do myślenia i zrozumiałem, że w przyszłości, gdy będziemy się przeprowadzać do jakiegoś ciasnego mieszkanka, którego zresztą nie mamy, będziemy musieli zrezygnować z wielu rzeczy, które teraz swobodnie mieszczą się w naszym domu.

Gosia wczoraj do mnie zadzwoniła, więc jednak wieczorami włącza swój telefon, by kontaktować się ze światem. Nie zrobi tego dzisiaj, gdyż w ośrodku, w którym się znajduje, mają dzisiaj... Dzień milczenia. Hmm. :P

Wszystko fajnie, tylko szkoda, że tak mnie boli głowa, szyja i ucho...


2015.07.20 / Poniedziałek / 21:11 - Walking on water

Powinienem sobie wypychać spodnie watą, żeby nie mieć takich chudych nóżek... Ech. Znowu marnie się czuję, znowu boli mnie lewa stroja szyi, znowu co jakiś czas biorę Ibuprom, by życie było takie jak dawniej. Znowu jestem przekonany, że mam jakiegoś raka, ale w sumie to jestem już stary, pora umierać, by się nie zdołować po przekroczeniu pięćdziesiątki.

Gosia wyjechała na sześć dni do jakiegoś ośrodka, w którym medytuje i wypoczywa, a w tym czasie nie używa telefonu. Miałem całą listę dziewczyn z Sympatii, z którymi miałem się w tym czasie spotkać, ale jakoś nie mam do tego serca... Moje serce uważa najwidoczniej, że to Gosia jest tą odpowiednią dziewczyną. Poza tym każdej rozmówczyni opowiadam szczerze o Gosi, co od razu stawia mnie w złym świetle, bo wychodzę na mężczyznę z pokręconą sytuacją życiową. ;)

Wczoraj po południu spadł wielki deszcz, tak wielki, że na jaw wyszła kolejna wada naszego starego domu. Okazało się, że w dachu jest dziura, którą woda wlewa się do ściany, a następnie wycieka kropla po kropli w pokoju z tarasem. Trzeba było podstawić miskę, zrobiły się zacieki, odeszła farba, ogólnie zrobił się mały syf.

Ja jutro jadę z Tatą do sklepu po rzeczy niezbędne do malowania mojego pokoju i przedpokoju. Kupię pięć litrów farby, wałek, folię i inne rzeczy, a pojutrze zabiorę się za malowanie. Nie chcę, ale muszę. Już wyniosłem wszystkie płyty z filmami z pokoju, a zaraz zacznę wynosić płyty z muzyką...

Gosia przeprowadza się do swojego nowego mieszkania, a jej obecne będzie można wynająć, płacąc około 1300 złotych za 2 pokoje. Lokalizacja całkiem fajna, mieszkanie sympatyczne, wynająłbym je, gdybym miał z kim. Myślałem o tym, by wynająć je z młodszą siostrą, ale co wtedy zrobiłby nasz Tata? Zostałby sam w Pusczy, co byłoby dla mnie za bardzo przygnębiające. Nie możemy tak postąpić, musimy dotrzymywać Tacie towarzystwa.

Moja młodsza siostra jest w Puławach i jutro będzie tam pracować przy komputerze, logując się do naszego firmowego systemu przez Internet. Ja jeszcze nie miałem zdalnego dyżuru w tej firmie, ale obecnie, gdy jestem już liderem, praca zdalna i tak nie jest możliwa.

Po pracy spotkałem się z Magdaleną, którą poznałem na jesieni zeszłego roku. Posiedzieliśmy na Polu Mokotowskim, pogadaliśmy, głównie o jej nieco dziwnym chłopaku, i tyle. Przy Pole Mokotowskie kojarzy mi się teraz przezde wszystkim z Gosią, która będzie od sierpnia mieszkać tuż obok. Świetne miejsce.


2015.07.16 / Czwartek / 21:02 - Współczesne obudowy komputerowe

Dawno nie lałem wody na tematy komputerowe, pora więc odkręcić kurek i lać bezlitośnie wodę, aż się wszyscy potopią. Chciałem dzisiaj zaprezentować wnętrze nowej-używanej obudowy mojego komputera, kupionej za 300 złotych na Allegro, produkcji szwedzkiej firmy Fractal Design, modelu Define R4. Nowsza wersja, Define R5, kosztuje w sklepie ponad 450 złotych, więc faktycznie jest to niemały wydatek, niekoniecznie niezbędny.

Czym różnią się współczesne obudowy z nieco wyższej półki od tych, które mogliśmy kupić dziesięć lat temu? Najważniejsze jest schowanie wszystkich kabli łączących zasilacz z podzespołami z tyłu, za ścianką, do której przymocowana jest płyta główna. Dawniej każda obudowa była wypełniona plątaniną kabli, które nie tylko brzydko wyglądały, ale także blokowały swobodny przepływ powietrza. Dzisiaj wszystkie kable z zasilacza wchodzą w specjalną wnękę, idą do swojego celu z tyłu, za wspomnianą ścianką i wychodzą zza niej przez kolejne wnęki, tam gdzie są potrzebne. Długo trzeba było czekać na tę rewolucję.

Drugą zmianą jest przeniesienie zasilacza z góry obudowy na dół, co z pewnością ma jakieś uzasadnienie związane z przepływem powietrza, ale tutaj pojawia się pewien problem - kabel zasilający procesor jest często zbyt krótki, by sięgnąć z dołu obudowy do góry płyty głównej, tam gdzie znajduje się gniazdo, do którego jest on podłączany. W moim przypadku tak się stało i dlatego musiałem wydać dodatkowe złotówki na przedłużacz.

Trzecia nowość to wyciszenie obudowy. Hałas generowany przez komputer zmniejszył się o jakieś 75%, gdy zmieniłem obudowę. Ścianki oklejone są matami wyciszającymi, któe bardzo dobrze się spisują. Zakryto też otwory, które kiedyś pojawiły się na ściankach obudów, przy procesorze i karcie graficznej. Kiedyś były one uznawane za oznakę postępu, dzisiaj natomiast za postęp uważa się ich zakrywanie. Komu jednak nie zależy na walce z hałasem wentylatorów, ten może zdjąć zaślepki, by wnętrze obudowy było lepiej chłodzone.

Inne nowości są już mniej znaczące - dodano filtry wyłapujące kurz oraz przełącznik sterujący prędkością wentylatorów w obudowie. Obrócono o 90 stopni blok z kieszeniami na dyski twarde, dzięki czemu kable do dysków są teraz całkowicie niewidoczne. W przypadku obudów firmy Fractal Design dyski twarde montuje się na specjalnych, białych szynach, dzięki czemu ich demontaż jest bajecznie prosty i wygodny. Obudowa posiada dwa bloki kieszeni na dyski, z czego jeden z nich można kompletnie usunąć, by nie zajmował miejsca i nie blokował obiegu powietrza, gdy nie jest potrzebny. Ja tego drugiego bloku nie używam, dlatego nie widać go na zdjęciu.

Na koniec jeszcze jedna cecha współczesnej, porządnej obudowy - duża waga. Sama obudowa waży ponad 12 kilogramów, co oznacza, że po zamontowaniu w środku podzespołów komputera całość jest naprawdę ciężka. Przenoszenie komputera z pokoju do pokoju jest bardzo męczące, a jakiegolwiek transportowanie go na większą odległość jest torturą, której wolałbym nigdy nie być poddany. Zawiezienie do Puław komputera, który złożyłem siostrze w starej, lekkiej obudowie, nie było niczym trudnym, natomiast próba przewiezienia w ten sposób mojego obecnego komputera mogłaby się skończyć co najmniej zawałem.

Żeby nie było za idealnie, muszę wspomnieć o jednej wadzie, o której nie miałem pojęcia podczas dokonywania zakupu. Nie wiadomo czemu, być może ze względu na minimalizm zewnętrznego projektu tej obudowy, zrezygnowano z diody informującej o pracy dysku. Jedyna dioda, w kolorze niebieskim, informuje nas czy komputer jest włączony czy nie. Jak dla mnie to zdecydowanie za mało. Brakuje mi drugiej diody, bo lubię wiedzieć kiedy mój dysk odczytuje i zapisuje dane, szczególnie, że przez wyciszenie wnętrza matami nie słyszę jego pracy.


2015.07.16 / Czwartek / 17:08 - Wycieczka rowerowa z katastrofą

Piękna pogoda, wolny dzień, wsiadłem więc na rower i pojechałem na małą wycieczkę po puszczy. Wcześniej zdjąłem ze swojego roweru bagażniki, przywracając mu tym sposobem niewielką wagę. Postanowiłem przejechać się czerwonym szlakiem, a konkretnie tym jego odcinkiem, którym już dawno nie jechałem, od Dziekanowa Leśnego do cmentarza w Palmirach. Kiedyś, dawno temu, na tym odcinku złamałem oś w tylnym kole swojego starego roweru, dzisiaj natomiast zgiąłem swoje ukochane siodełko, podczas małej katastrofy lądowej spowodowanej obecnością dosyć dużego pnia leżącego na ścieżce. Żeby było ciekawiej, pięć minut wcześniej tak mocno nacisnąłem przedni hamulec, że przeleciałem przez kierownicę. Otrzepałem się z piachu, ruszyłem dalej i po chwili przejechałem rowerem przez leżący pień, który okazał się być większy nić sądziłem. Niewiele brakowało, a ponownie przeleciałbym przez kierownicę! Uratowałem swoje chude ciało siadając na krawędzi siodełka podczas uderzenia, co poskutkowało jego zgięciem i zepsuciem. Trzeba uważać, rower też może sprowadzić na człowieka śmierć.


2015.07.14 / Wtorek / 16:11 - Kosi Most

Wieża obserwacyjna w miejscu noszącym nazwę Kosi Most. Poinformowali nas o niej funkcjonariusze Straży Granicznej, gdy zapytaliśmy o ciekawe miejsca. Leży ona kilka kilometrów od drogi łączącej Narewkę z Białowieżą, w samym sercu puszczy. Musieliśmy zostawić samochód na parkingu, wyciągnąć rowery i przejechać się niezbyt fajną ścieżką, by dotrzeć na miejsce. Widok z góry, na rzekę Narewkę, jest całkiem fajny, choć nie zapiera tchu w piersiach, bo wieża nie jest bardzo wysoka. Udało nam się z niej wypatrzeć dwie sarny oraz jednego ptaka, którego nie byłem w stanie zidentyfikować.

Po zejściu z wieży wróciliśmy rowerami do samochodu i wyjechaliśmy z Puszczy Białowieskiej, kierując się ponownie do Hajnówki. Postanowiłem, że będziemy wracać inną trasą, by obejrzeć kilka innych miast, i wybrałem trasę pokrywającą się przez pierwsze 60 kilometrów z moją zeszłoroczną trasą pokonaną rowerem z Hajnówki do Puław.

Byliśmy głodni, więc zatrzymaliśmy się w Hajnówce, by coś zjeść i trafiliśmy akurat do Zajazdu Bartnik, w którym nocowałem rok temu. Zjedliśmy w towarzystwie całkiem sympatycznych robotników niemieckich, których mowy w ogóle nie rozumiałem. Marna ta moja znajomość języka niemieckiego, będę musiał się poduczyć przed przyszłorocznym wyjazdem do tego pięknego kraju. ;)

Za Hajnówką powstała bardzo fajna ścieżka rowerowa, którą budowano rok temu, a która teraz jest już gotowa. Ciągnie się ona jakieś 20 kilometrów w kierunku Kleszczeli, co sprawia, że jest to chyba najdłuższa znana mi ścieżka rowerowa leżąca poza miastem. Bardzo ładnie, bardzo niemiecko.

Do Warszawy wróciliśmy przez Kleszczele, Siemiatycze, Drohiczyn, Sokołów Podlaski, Węgrów i Łochów. W Warszawie zaczęło mocno lać, ale ja na szczęście nie musiałem wsiadać na rower i w ten deszcz jechać do domu, bo Gosia jak zwykle ugościła mnie w swoim łóżku. Przez większość nocy spałem sam, gdyż Gosia ponownie musiała pracować przy komputerze, tym razem do godziny 4:00 nad ranem.


2015.07.14 / Wtorek / 15:59 - Zbieraczka poziomek

Gosia co chwila się zatrzymywała, by zbierać i zjadać poziomki. Mieliśmy szczęście, że w tym roku nawet w Puszczy Białowieskiej nie ma komarów, bo bylibyśmy brutalnie przez nie pokąsani. Ja zrzuciłem sobie z dłoni jednego kleszcza, ale Gosi nic nie dopadło, mimo że leżała sobie na jednej łące na trawie, a raczej na kurtce.

Lasy Puszczy Białowieskiej faktycznie są solidne, gęste i potężne, ale żubrów ani wilków niestety nie widzieliśmy. Moim zdaniem najfajniej byłoby wsiąść na rower i objechać wszystkie szlaki w ciągu jednego lub dwóch dni, ale Gosia nie ma kondycji, która by na to pozwoliła, więc zobaczyliśmy w sumie niewiele.

Gosia zaskoczyła mnie nową fryzurą, którą zauważyłem od razu, ale z której zdałem sobie sprawę dopiero po godzinie. ;) W Warszawie odwiedziliśmy starszą siostrę Gosi, której jeszcze nie znałem, i zostawiliśmy u niej małego kotka, który już wcale nie jest taki mały. Straszny rozrabiaka się z niego zrobił, istne szaleństwo wcielone w kota, nadal jednak bardzo sympatyczne.


2015.07.14 / Wtorek / 15:53 - Szlakiem wokół uroczyska Głuszec

W poniedziałek znowu padało, ale mimo tego postanowiliśmy jeszcze pospacerować. Zajazd musieliśmy opuścić o godzinie 12:00, więc wstaliśmy dosyć wcześnie i o 13:00 byliśmy już w miejscowości Stare Masiewo, leżącej przy samej granicy z Białorusią, na samym końcu Polski, na północy Białowieskiego Parku Narodowego. Zostawiliśmy samochód na parkingu i ruszyliśmy szlakiem, by wreszcie zobaczyć prawdziwą puszczę.

Po przejściu kilkuset metrów natkneliśmy się na dwóch sympatycznych funkcjonariuszy Straży Granicznej poruszających się na motorze. Kazali nam pokazać dowody osobiste, wypytali o to gdzie się zatrzymaliśmy i co tu robimy, a także poinformowali, że kilometr dalej znajduje się granica z Białorusią, której nie wolno przekraczać. Mandat za przekroczenie granicy wynosi 500 złotych, gdy złąpie nas polska Straż Graniczna, ale gdy wpadniemy w ręce białoruskich funkcjonariuszy to podobno zostaniemy wypuszczeni dopiero po dwóch tygodniach.

Po pożegnaniu się z funkcjonariuszami, którzy ruszyli szybko do legitymowania kolejnych turystów widocznych na horyzoncie, przeszliśmy się na stary cmentarz, z którego ruszliśmy dalej, dwiema różnymi drogami. Gosia postanowiła iść na skróty, ja jednak wolałem kierować się szlakiem turystycznym, ale najważniejsze, że po kilku minutach ponownie byliśmy razem. Przestało padać i zrobiło się całkiem przyjemnie, a nasz spacer w sumie trwał jakieś dwie godziny, licząć z odpoczynkami po drodze.

Na zdjęciu widać nas we wnętrzu wagonu kolejki wąskotorowej, którą odnowiono i postawiono w środku lasu, by każdy mógł ją sobie oglądać. Pod koniec spaceru zaczęła mnie boleć prawa noga, ta sama, która zawsze mnie boli, gdy za dużo chodzę. Teraz mam już pewność, że nie mógłbym pojechać w Bieszczady, bo bardzo szybko się rozpadam, a rehabilitacja w ogóle nie pomogła. Szkoda.


2015.07.14 / Wtorek / 15:45 - Rowerami wokół Białowieży

W niedzielę pogoda poprawiła się, a my wyszliśmy z łóżka odpowiednio wcześnie, dzięki czemu o rozsądnej porze dotarliśmy samochodem do Białowieży. Leży ona na południowy wschód od Narewki i aby się tam dostać, trzeba przejechać około 20 kilometrów przez las, całkiem dobrą, piaszczystą drogą.

W samochodzie Gosi bez problemu mieszczą się dwa rowery, dzięki czemu mogliśmy je zabrać ze sobą i pojeździć trochę po okolicy. W Białowieży okazało się, że nie ma żadnej mapy, na której byłyby zaznaczone szlaki turystyczne, dlatego próbowałem znaleźć jakąś mapę w Internecie. Niestety nie udało mi się to, bo wszystkie dostępne mapy albo były jakieś dziwne, albo miały tak małą rozdzielczość, że ciężko było cokolwiek na nich dostrzec. Coś tam jednak wypatrzyłem i uznałem, że najlepiej będzie przejechać się czarnym szlakiem, który prowadzi na północ od miasta, prosto na teren Białowieskiego Parku Narodowego.

Wsiedliśmy na rowery, ruszyliśmy na wschód, a następnie wjechaliśmy na czarny szlak. Szybko okazało się, że jest to inny szlak, nie pieszy, tylko rowerowy, który początkowo faktycznie skręca na północ, ale po chwili zawraca i jedzie się nim na południe. Objechaliśmy więc Białowieżę od strony południowej i pojechaliśmy na zachód, w całkiem ładne, ciekawe miejsca, nie mające jednak wiele wspólnego z samym Białowieskim Parkiem Narodowym.

W sumie zrobiliśmy jakieś 25 kilometrów, odwiedzając po drodze zagrodę pokazową żubrów, do której jednak nie wstępowaliśmy bo bilet wstępu kosztował aż 9 złotych za jedną osobę. Jakaś dziewczyna, która akurat stamtąd wyszła, poinformowała nas, że i tak niczego ciekawego w środku nie ma, więc sobie darowaliśmy. Zrobiliśmy małą pętlę i wróciliśmy do Białowieży przez Pogożelce. Miła, fajna przejażdżka, po której zjedliśmy placki ziemniaczane w jednym skromnym barze. Tak minęła nam niedziela.


2015.07.14 / Wtorek / 15:37 - Cienie nad Zalewem Siemianówka

Zalew Siemianówka leży w kierunku na północny wschód od Narewki, w odległości około 10 kilometrów. Jak widać na powyższym zdjęciu, cały czas towarzyszyły nam ciemne chmury, które wisiały nad nami właściwie przez wszystkie dni wypoczynku. W tym miejscu podjechaliśmy pod zalew po raz drugi. Całkiem fajnie, ale dosyć odludnie, choć trafiło się kilka osób z wędkami.


2015.07.14 / Wtorek / 15:33 - Gosia nad Zalewem Siemianówka

Wczoraj przed północą powróciliśmy z Gosią do Warszawy, a ja dzisiaj powróciłem rowerem do domu. Mogę teraz to i owo napisać, wrzuając kilka zdjęć.

Na powyższym zdjęciu widać Gosię siedzącą nad Zalewem Siemianówka, sztucznie utworzonym, powstałym w miejscu kilku wsi, które w tym celu wysiedlono. Miejsce to nie cieszy się popularnością wśród turystów i wczasowiczów, nie bardzo wiadomo dlaczego. Być może dlatego, że leży dosyć daleko od cywilizacji, blisko granicy z Białorusią.

W piątek przyjechaliśmy do Narewki, oglądając po drodze takie nudne miasteczka jak Brok, Nur, Ciechanowiec i Brańsk. Po drodze padał deszcz i było już ciemno, więc jechało się w dosyć niebezpiecznych warunkach, ale Gosia wytrzymała i dowiozła nas szczęśliwie na miejsce. Ponownie zjawiłem się z Hajnówce, znanej mi z ubiegłorocznej wyprawy rowerowej i stamtąd dostaliśmy się do Narewki, przejeżdżając po drodze przez mroczne, gęste lasy Puszczy Białowieskiej.

Drugiego dnia obudziły nas odgłosy stukania, wiercenia, cięcia i szlifowania - to robotnicy rozbudowywali zajazd, w którym spaliśmy, akurat pod naszym oknem. Gosia była senna, bo przez całą poprzednią noc pracowała przy komputerze, dlatego pierwszy dzień spędziliśmy głównie w łóżku, z którego nie chciało się nam wychodzić tym bardziej, że było pochmurno i co jakiś czas padał deszcz.

W końcu zwlekliśmy się z wyra o godzinie 17:00, gdy przestało padać, a następnie pojechaliśmy samochodem Gosi właśnie nad Zalew Siemianówka, zapoznając się z okolicą. Ciężko nam było znaleźć miejsce, w którym dałoby się podjechać pod sam zalew, ale w końcu się nam udało, dwa razy. Na zdjęciu uwieczniłem nasze pierwsze spotkanie z Siemianówką, mało atrakcyjne, bo trzcina wszystko zasłaniała.


2015.07.11 / Sobota / 13:11 - Deszczowa sobota w Narewce

Wczoraj o godzinie 23:00 przybyliśmy z Gosią do Narewki pod Hajnówką, do Dworu Bartnika. Przejeźdżałem przez Narewkę rok temu i Dwór Bartnika wpadł mi wtedy w oko, dlatego teraz to wlaśnie tu postanowiłem zarezerwować nocleg. Do Puszczy Białowieskiej mamy stąd jakieś 5 kilometrów, ale dziaiaj pada deszcz, więc leżymy w łóżkach. Do Warszawy wracamy w poniedziałek po południu lub wieczorem.


2015.07.07 / Wtorek / 16:10 - Książki na lipiec

Nadal mało czytam, choć obecnie staram się to zmienić. Coraz bardziej uzmysławiam sobie, że najbardziej lubię książki o tym co wydarzyło się naprawdę, przede wszystkim o ludziach, których w jakiś sposób cenię. Książkę o Beksińskich, pożyczoną od starszej siostry, powolutku czytam, natomiast bardzo szybko wchłonąłem "Życie mimo wszystko", opowiadającą o życiu Christiane Felscherinow, bohaterki mojej ukochanej ksiażki "My, dzieci z Dworca ZOO". Jestem zachwycony, ona nadal potrafi szczerze mówić o swoim życiu, tak samo jak wtedy, gdy była nastolatką, ukazując przy tym otaczający ją świat. Trzeba przyznać, że jej życie było totalnie popieprzone... Kupiłem sobie dwie książki o moich idolach - muzycznych i filmowych, czyli Tori Amos i Lucu Bessonie. Aktualnie czytam właśnie o Tori i także jestem zachwycony, bo wreszcie się o niej czegoś konkretnego dowiaduję. W Internecie jest oczywiście mnóstwo tekstów na jej temat, ale nigdy się w nie nie zagłębiałem, może dlatego, że zdecydowanie wolę papier od ekranu komputera. To, że ktoś w Polsce napisał i wydał książkę o Bessonie w ogóle mnie zadziwia... Czy ktoś dzisiaj jeszcze pamięta jak ważnym i wielkim był on twórcą? Na koniec zostawiam sobie kolejną część Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz, bo uparłem się i stwierdziłem, że przeczytam całą serię, która jest tym bardziej wyjątkowa, że powstaje od ponad trzydziestu lat. "Noelkę" Małgorzata napisała w roku 1991, więc jestem mniej więcej w połowie. Kończę notkę, przerzucam ją także na swoją stronę internetową i kładę się do łóżka, poczytać o Tori Amos. Wcześniej byłem u dentystki, u której wydałem 130 złotych na kolejne wypełnienie ubytku przydziąsłowego, a w piątek jadę z Gosią na wschód, do Puszczy Białowieskiej.


2015.07.06 / Poniedziałek / 00:40 - Przestrzeń

Siedzę w pracy na drugim, nocnym dyżurze liderskim. Tymczasem u mnie w pokoju jest teraz tak fajnie, mam tak dużo wolnej przestrzeni, że aż żal wstawiać w to miejsce jakikolwiek mebel.


2015.07.03 / Piątek / 23:05 - Pozbyłem się szafy

Po powrocie do domu rozmontowałem swoją dużą, starą, zgrzybiałą szafę, którą dawno temu Tata przywiózł z warszawskiego mieszkania dziadka. Teraz puste miejsce w moim pokoju czeka na jakiś nowy mebel. Przydałby się taki z miejscem na płyty i książki, bo nie mam ich już gdzie trzymać. Zresztą ubrań też nie mam gdzie trzymać. Coś się wymyśli, coś się zakupi po pomalowaniu pokoju.


2015.07.03 / Piątek / 17:13 - Wszystko ładnie

Bardzo ladnie. Komputer rozgościł się u siostry na starym stoliku, na którym dawno temu strał telewizor. Wszystko działa jak należy, głośniki microlab bardzo fajnie grają, tylko monitor Iiyama jest wadliwy i ma wyblakłe kolory, ale przynajmniej jest całkiem duży - ma 27 cali. Trzeba było zmienić MAC adres karty sieciowej, na taki sam jaki miała karta sieciowa w laptopie, by Internet z telewizji kablowej chciał działać. Sieci kablowe podobno czasem tak robią, że przypisują łącze do jednego, konkretnego numeru MAC karty, co stwarza pewne problemy. Misja wymiany komputera zakończona powodzeniem.


2015.07.02 / Czwartek / 19:01 - Spacereczek

Po Puławach sobie z siostrą spaceruję... Sporo przeszliśmy, a na koniec zjedliśmy lody i wypiliśmy piwo. Fajnie, że jeszce nie musiałem dzisiaj jechać do pracy.


2015.07.01 / Środa / 19:50 - Ambiwalentny Pan Michał

Chyba nie ma roku bez naszego wspólnego wyjazdu do Kazimierza. Nigdy jednak nie byłem w Kazimierzu Dolnym w czasie festiwalu filmowego, nigdy nie byłem w nim po zachodzie słońca i nigdy nie byłem w nim zimą. Zawsze chętnie wszystkie swoje dziewczyny i koleżanki zapraszam do tego uroczego miasteczka, ale teraz nie mam żdanej dziewczyny, mam Gosię, która w przyszłym tygodniu chce gdzieś ze mną pojechać. Przejadę się z nią chętnie w swój wolny weekend, choć jeszcze nie ustaliliśmy gdzie konkretnie jedziemy. Kasia z Lublina, moja zapomniana przyjaciółka, napisała mi ostatnio, że Gosia do mnie pasuje. Pewnie, że pasuje, ale jej stosunek do mnie jest ambiwalentny. A-M-B-I-W-A-L-E-N-T-N-Y! Amni-kurwa-lentny. :P Moje nowe ulubione słowo...

Kasia z Lublina lada moment zostanie mężatką, ale nie jestem zaproszony na ślub, bo zgrzeszyłem jakiś czas temu w sposób okrutny...


2015.07.01 / Środa / 19:39 - 1 lipca w Kazimierzu

Od poniedziałku goszczę w Puławach, w których jak zwykle bardzo skutecznie sobie wypoczywam. Dostarczyłem siostrze komputer i monitor, podłączyłem wszystko jak należy i teraz jest bardzo fajnie, o wiele przyjemniej niż z laptopem. Nareszcie mogę odtwarzać filmy na YouTube w FullHD!

Wczoraj miałem się wybrać na wycieczkę rowerową, ale zmieniłem zdanie, gdy zobaczyłem na niebie chmury, więc pojechałem tylko na cmentarz. Dzisiaj natomiast siostra wyszła o 13:00 z pracy i razem wybraliśmy się autobusem do Kazimierza Dolnego. Przeszliśmy się drogą, którą jeszcze nigdy razem nie szliśmy, przez cmentarz, a później najedliśmy się w skromnym, choć bardzo fajnym barze. Pokręciliśmy się po rynku, posiedzieliśmy, wypiliśmy piwo i wróciliśmy po paru godzinach do Puław, gdzie odebrałem z Komputronika głośniki do komputera fimy Microlab, za które zapłaciła nasza młodsza siostra.

Najlepsze jest to, że chciałem jutro jechać do pracy, na nocny dyżur, a okazało się, że pomyliły mi się miesiące i dyżur mam dopiero w sobotę. To oznacza dodatkowe dwa dni wolne - jeeeeeee! :)

Czuję, że w lipcu za dużo nie popracuję, ale może uda mi się to odrobić w sierpniu... Albo we wrześniu. Albo później. :P