2015.10.31 / Sobota / 18:01 - Polski YouTube rośnie w siłę

Na YouTube zachodzi obecnie ważna zmiana. Pojawią się nowi twórcy, z doskonałym wykonaniem swoich kanałów, ze świetnym sprzętem do nagrywania, zupełnie innym niż aparaty i kamery wykorzystywane dotychczas. Przykładem takiego kanału jest znaleziony przeze mnie dzisiaj kanał Arleny Witt, poświęcony nauce języka angielskiego i ciekawostkom z nim związanym. Tym sposobem YouTube przestaje być czysto amatorski, z jednej strony upodabnia się do telewizji, z drugiej zaś powstaje na nim zupełnie nowa jakość, nieznana dotychczas z niczego innego. Bardzo mi się to wszystko podoba i jestem z tej przemiany bardzo zadowolony. Na naszych oczach powstaje coś nowego i dobrego.

Podoba mi się szczególnie to nowe pokolenie wykształconych, inteligentnych ludzi, których znam także ze swojego otoczenia. Jest to pewien typ ludzi, których wcześniej się nie spotykało, pozytywnie nastawionych do życia i świata, ale nie bezmyślnych. Zadbanych i modnych, ale nie pustych w środku. Widzę kilku takich ludzi wokół siebie i nie mogę się nadziwić jak bardzo różnią się oni od tych typowych, wiecznie narzekających, nie doceniających niczego, Polaków. To takie pozytywne dzieci kapitalizmu.

Oczywiście ważne jest, aby amatorskie treści także się na YouTube pojawiały, bo pod wieloma względami są cenne, ale dobrze, że jest jakiś postęp, że ktoś potrafi naprawdę pracować nad tym, by zmieniać oblicze współczesnego świata. Ciekawe jest też to w jaki sposób ci nowi YouTuberze mówią o telewizji, jakby była ona jakimś złym reliktem przeszłości, jakby była wypełniona ludźmi, których już więcej nie chcemy oglądać. Zgadzam się z nimi.


2015.10.31 / Sobota / 14:58 - Porządki na grobie Mamy

Piękna pogoda. Wsiadłem na rower i przyjechałem na cmentarz. Siostra dostała się tu autobusem i teraz myje grób Mamy, a ja siedzę sobie z tabletem na ławce, bo ma chory kręgosłup i nie mogę nic robić. Zresztą nawet siedzieć mi ciężko, za to na rowerze czuję się doskonale, dlatego w poniedziałek przejadę się do Dęblina, jeśli będzie tak ładnie jak dzisiaj. W tym roku byłem w Dęblinie tylko przejazdem, samochodem z Gosią.


2015.10.31 / Sobota / 00:23 - Przykleiłem się do YouTube

Cały dzień spędziłem przed monitorem komputera, głównie na oglądaniu YouTube. Szczególnie do gustu przypadł mi kanał Włodka Markowicza, nowoczesny, wyprzedzający inne polskie kanały, bardzo profesjonalnie tworzony, z bardzo pozytywnym i chyba całkiem mądrym prowadzącym. Oglądając jego kanał jest się świadkiem ewolucji całego YouTube'a.

Dzięki jednemu z jego filmików poznałem też stronę internetową, na której trzymane są stare wersje przeróżnych stron internetowych z całego świata. Można sobie przypomnieć jak wyglądał serwis Photoblog.pl dziesięć lat temu, jak wyglądała Sympatia.pl w czasach, gdy zaczynałem na niej swoje poszukiwania, trwające do dzisiaj, lub jak wyglądało martwe już dzisiaj Grono.net.

Skoro o umieraniu dawnego Internetu mowa to warto zauważyć, że od dzisiaj właścicielem Gadu Gadu jest inna firma, zarejestrowana na Cyprze, ponieważ dotychczasowy, polski właściciel postanowił sprzedać swój program, tak niegdyś popularny. Ludzie porzucili Gadu Gadu, przenieśli się na czat Facebooka, zostawiając za sobą trupa aplikacji, która kiedyś odgrywała ważną rolę w moim życiu. Do dzisiaj wszystkie rozmowy z Gadu Gadu mam zapisane w obszernym archiwum i mam nadzieję, że nowy właściciel nie postanowi tak po prostu usunąć tego wszystkiego, tak jak usunięte zostało wielkie Grono.net.

Taki wpis o niczym. Nadal lekko boli mnie kręgosłup i co jakiś czas kłuje mnie coś w sercu. Wyszedłem dzisiaj z mieszkania tylko raz, by spotkać się z moją puławską rodziną, składającą się już głównie z samych starców. Z Kanady przyleciała moja matka chrzestna, ale mogę chyba powiedzieć, że mam ją gdzies, odkąd wyrzuciła mnie ze znajomych na Facebooku za to, że pisałem na blogu o Mamie w czasie, gdy umierała na raka. Tymczasem matka mojej matki chrzestnej, moja ciocia, najstarsza siostra Mamy, też już umiera, chyba można tak powiedzieć. Cała rodzina stopniowo będzie przechodzić do historii. Wtedy my, niegdyś młodzi, staniemy następni w szeregu nad krawędzią.


2015.10.30 / Piątek / 13:28 - 1200 km rowerem non-stop

Jestem od wczoraj w Puławach. Przyjechałem po nocnym dyżurze busem i wypoczywam. Nie jest dobrze, bo od wczoraj łapią mnie jakieś dziwne bóle w okolicach serca, połączone z nagłym atakiem duszności. Serce wali mi wtedy mocniej, czuję silne pulsowanie w szyi, a zdarza się, że coś mi dziwnie bulgocze pod sercem, zupełnie tak jak w kiszkach. Nigdy czegoś takiego nie miałem. Do wszystkich moich dolegliwości doszła kolejna? :( Pewnie będę miał zawał jeszcze przed czterdziestką.

Leżę sobie na wersalce i oglądam YouTube oraz filmy z dysku. Odwróciłem monitor w taki sposób, by móc się na niego gapić podczas leżenia i jest to bardzo wygodne. Natrafiłem na filmik człowieka, Polaka ze Śląska, który przejechał rowerem 1200 kilometrów bez snu, za jednym zamachem. Zajęło mu to trzy doby, a jego trasa wiodła ze Śląska na Mazury i z powotem. Jest to absolutnie największy mistrz rowerowy o jakim słyszałem.

Moje 223 km przejechane za jednym zamachem przestały dla mnie cokolwiek znaczyć. Nawet nowy rekord, jaki chciałem pobić, ponad 300 kilometrów, nie ma już żadnego znaczenia. Teraz wrażenie na mnie może zrobić tylko ktoś, kto przejechał więcej niż tysiąc kilometrów. :)

Największy możliwy respect.


2015.10.27 / Wtorek / 14:36 - Gosi coraz mniej

W poniedziałek siostra wróciła do Puław. Chciałem ją odwieźć do Warszawy, a następnie spotkać się z Gosią, ale Gosia nie miała na to czasu już o godzinie 15:00, tylko dopiero wieczorem, dlatego ostatecznie nie odwiozłem siostry na Śródmieście, a jedynie do Truskawia. Gosię zdążyłem jednak odwiedzić w jej mieszkaniu przed dyżurem nocnym, choć było to krótkie spotkanie, trwające mniej niż godzinę.

Cała ta sytuacja z Gosią zaczyna mnie już trochę męczyć. To zmierzanie donikąd jest pozbawione sensu, o czym zresztą doskonale wiem od samego początku. Najważniejsze, że Gosia już na drugim spotkaniu wyjaśniła mi, że i tak nic z tego nie będzie, dzięki czemu nie angażowałem się niepotrzebnie. Było miło, ale pora kończyć to wszystko, by można było zacząć coś nowego, coś poważniejszego. Gosia pyta czy będziemy przyjaciółmi, gdy będę miał nową dziewczynę, a ja odpowiadam, że raczej nie będzie to możliwe. Jasne, będziemy się przyjaźnić, ale co z tego, skoro po prostu nie będziemy się spotykać. Mam taki zwyczaj, że nie spotykam się ze swoimi byłymi partnerkami, gdy jestem w nowym związku. Gosia nie była moją dziewczyną, ale przez pewien czas była partnerką, choćby seksualną. Myślę, że moja zasada jest całkiem dobra i zamierzam się jej trzymać.

Gosia to dobra dziewczyna, ale w sumie i tak bym chyba nie chciał, by była ze mną w związku. W związku mogę być tylko z kimś kto mi imponuje, nie tylko samą swą dobrocią, ale też mądrością. Tymczasem Gosia, mimo że jest doktorantką, nie do końca potrafi myśleć samodzielnie. Albo myśli samodzielnie, ale w głupi sposób. Nawiązuję tutaj do jednego z podstawowych punktów spornych w wielu moich znajomościach - do ufania mediom. Nie mógłbym być w związku z dziewczyną, która je mediom z ręki i uważa, że zmach na World Trade Centrer z 2001 roku to sprawka terrorystów z Bliskiego Wschodu.

Powiesz Gosi o zamachu na Kennedy'ego - nie uwierzy. Powiesz o zamachu na Lincolna - nie uwierzy. Powiesz, że Lepper został zamordowany - nie uwierzy, mimo tego, że w chwili gdy Lepper żekomo popełniał samobójstwo, w Ministerstwie Rolnictwa na pół godziny wyłączył się monitoring. Powiesz jakąkolwiek prawdę, nawet już potwierdzoną - głupi człowiek nie uwierzy, bo woli się trzymać swojej wizji świata, stworzonej przez media i przez spiskowców.

Jest to bardzo smutne, że wielu ludzi uważających się za inteligentnych, po dobrych studiach, to tak naprawdę umysłowe wydmuszki. Co z tego, że są w stanie używać swojego mózgu do zarabiania pieniędzy, skoro nie potrafią go używać do odnajdywania prawdy. A to przecież prawda jest jedną z największych wartości na świecie.

W sumie jest to dosyć straszne. Nie wiem czasem kto jest gorszy - kłamca, czy człowiek uważający się za dobrego, który odrzuca kłamstwo kłamcy i staje w jego obronie. Dlaczego ludzie stają w obronie kłamców? Być może chcą wierzyć w to, że system, w którym żyją, jest dobry i uczciwy. Ale system nie jest dobry. Dobra jest właśnie prawda. Jeśli będę miał kiedyś dziewczynę, którą będę kochał, to z pewnością będzie ona wyznawczynią i poszukiwaczką prawdy. Może kiedyś taką znajdę.

Podam tu jeszcze inny przykład stawania w obronie kłamców, działający na tej samej zasadzie. Kolega perkusista kupił sobie słuchawki. Mówię mu, żeby spodziewał się tego, że wytrzymają one mniej więcej rok, a po tym czasie będą się nadawać do wyrzucenia. Mówię to, bo przez ostatnie lata miałem wiele słuchawek i żadne z nich nie przetrwały nawet roku. Tak po prostu są teraz robione słuchawki - montuje się w nich super cienki przewód, który przeciera się po kilku miesiąch używania, co można nazwać spiskiem słuchawkowym. Kolega perkusista nie wierzy, staje w obronie firm produkujących słuchawki, czyli w obronie kłamców i twierdzi, że nic takiego się nie stanie. Chce wierzyć w to, że żyje w uczciwym świecie, a produkt, który kupił, jest stworzony według uczciwych zasad, najlepiej jak to tylko możliwe. Nie pamięta tego, że kilka lat temu w drukarkach firmy Hewlett-Packard odkryto chip, który psuł drukarkę po tym, gdy wydrukowała ona pewną konkretną ilość stron, by nabywca musiał wydać pieniądze na kolejną. Niby mądry człowiek, którego bardzo lubię, ale dochodzi do pewnego sprawdzianu swojej mądrości i według mnie nie przechodzi go pomyślnie. Zmądrzeje dopiero wtedy, gdy słuchawki przestaną mu działać po kilku miesiącach. Tak jak zmądrzał w swoim czasie Steve Woźniak, twórca pierszego komputera osobistego, który w młodości wierzył w swój kraj, w Stany Zjednoczone, a później poznał prawdę na jego temat i zrozumiał w jak wielkim był błędzie.


2015.10.27 / Wtorek / 14:36 - Po zagłosowaniu na wyborach

Dodałem zdjęcia w złej kolejności - to powyższe powinno być wrzucone przed zdjęciem z koncertu, bo zrobiłem je wcześniej, rano, zaraz po wzięciu udziału w wyborach. Załatwiłem sobie w urzędzie gminy specjalny papierek, dzięki któremu mogłem głosować w Warszawie, na człowieka, o którym już tutaj wspominałem, czyli na Atora - Krzysztofa Woźniaka, prowadzącego kanał Wideoprezentacje na YouTube. Startował on z lisy Korwina, choć nie należy do tej partii politycznej.

Gdy pisze te słowa jest już po wyborach, wyniki są znane i w sumie jestem z nich zadowolony, choć ostatecznie partia Korwina nie weszła do sejmu. Zobaczymy jak będzie teraz wyglądać sytuacja polityczna w Polsce, czy jedni złodzieje zastąpią drugich, czy faktycznie coś się zmieni. Najważniejsze, że PO zostało odsunięte od władzy, bo było ono najgorszą opcją polityczną ze wszystkich jakie nawiedziły nasz kraj. Mnóstwo straconych lat, mnóstwo wydojonych z nas pieniędzy.

Tymczasem w Czechach najwidoczniej mają mądrego prezydenta, który nie boi się powiedzieć prawdy o imigrantach, o których przecież nasze media wypowiadają się tylko i wyłącznie z szacunkiem i troską. Ilość kłamstw w mediach jest ostatnio niezwykle przytłaczająca. Szkoda czasu na pisanie o tym, bo od moich słów nikt nie zmądrzeje. Każdy musi sam umieć używać swojego mózgu.

Wracając jednak do głosowania - miło było odwiedzić swoją dawną szkołę, szczególnie o tak wczesnej godzinie, bo był to piękny, słoneczny i zarazem mglisty poranek. Żoliborz o tej porze wyglądał rewelacyjnie. Cholernie lubię tę dzielnicę.


2015.10.26 / Poniedziałek / 00:31 - Renata Przemyk po raz czwarty

To już czwarty koncert Renaty Przemyk na jakim byłem. Jak zwykle było przezacnie. Towarzyszyła mi starsza siostra, choć bilet kupowałem z myślą o Mai, która ostatecznie nie mogła ze mną iść, bo znalazła sobie nowego mężczyznę. Gosi nie zapraszałem, bo nie zna Renaty Przemyk i chyba w sumie nie za bardzo by ją polubiła, więc specjalnie na tę okazję z Puław przyjechała starsza siostra. Ponownie mieliśmy bardzo fajne i wygodne miejsca na bocznym balkonie, z których ma się doskonały widok na całość koncertu - zarówno na scenę jak i publiczność. Renata Przemyk wkrótce będzie mieć 50 lat. Kiedyś powiedziałbym, że to dużo, ale teraz twierdzę inaczej.

Pod koniec tego roku będzie parę ciekawie się zapowiadających koncertów - IAMX, Róisin Murphy, Editors... Nie wiem jeszcze czy na którykolwiek z nich pódję, chyba nie, bo jestem ostatnio dosyć biedny, zrujnowany finanosowo przez meble. Może jednak w przypłwie chęci kupię sobie bilet na jeden z tych koncertów. Najchętniej na IAMX, bo bardzo lubię Stodołę, odkąd odkryłem jak fajnie jest na balkonie bocznym.


2015.10.24 / Sobota / 12:30 - Trzy godziny przepychania szamba

Piękny poranek. Po powrocie z nocki nie mogłem zjeść śniadania i pójść spać, bo zatkała się rura odprowadzająca ścieki do naszego prywatnego szamba. Przepychanie trwało trzy godziny i używaliśmy do tego celu łańcuchów z drutem kolczasym, wszelkich metalowych szperaczy oraz rąk. Okropność.

Coś takiego stało się też cztery lata temu, gdy mieszkałem w wynajmowanym mieszkaniu w Warszawie. Wtedy ten koszmar mnie ominął, bo nie było mnie w domu, ale teraz nie miałem wyjścia. Najpierw pojechaliśmy do Truskawia, do starszego pana, który przepychał rurę cztery lata temu. Niestety jest on już schorowany, więc mógł pomóc tylko w ten sposób, że pożyczył nam łańcuchy. Cztery lata temu to on wymyślił jak przepchać zatkaną rurę i w sumie trwało to dwa dni, bo początkowo Tata nie wiedział jak się za to zabrać.

Teraz plan był ułożony, Tata wiedział czego się spodziewać i co robić, a ja z moją starszą siostrą byliśmy wykonawcami tego planu. Młodsza siostra nie brała udziału w przepychanu rury, bo poszła spać po nocnym dyżurze. Ogólnie polegało to na tym, że najpierw dokopaliśmy się do rury, w której jest już wycięty otwór. Tata wyciął go cztery lata temu, podczas ostatniej akcji. W środku rury natkneliśmy się na bardzo twardy czop (jest takie słowo?), który powstał z proszków do prania. Proszki osadzają się na ściankach rury przez co stale zmniejsza się jej przepustowość. W końcu dochodzi do tego, że woda zupełnie przestaje odpływać, wylewając się w naszej kotłowni. Taki czop niełatwo jest rozbić, trzeba mieć na to sposób - do rury od strony szamba wpuszcza się żmijkę, czyli taki długi, sprężysty drut z korbą na końcu. Gdy żmijka pojawia się w otworze wyciętym w rurze, wyciąga się ją, mocuje się do niej łańcuch, a do łańcucha mocuje się drut kolczasty. Następnie wycofuje się żmijkę w taki sposób, by łańcuch pojawił się też po stronie szamba. Wtedy zaczyna się przeciągać łańcuch z drutem kolczastym w przód i w tył, rozbijając w ten sposób czop zatykający rurę. Niestety okazało się, że to za mało, bo grudy proszku do prania, zmieszana ze wszelkimi okropnościami, na które można się natknąć w szambie, nadal tam tkwią, zatykając rurę. Trzeba było wkładać do środka rękę, kruszyć je palcami, a następnie wyciągać na zewnątrz. Totalna okropnośc.

Po trzech godzinach robota była skończona, woda przepływała normalnie, choć nie wiemy jak wygląda sytuacja w tej części rury, której nie widać, i do której nie można sięgnąć ręką. Postaramy się nie używać już proszków do prania, by coś takiego już się nie powtarzało. Będziemy też częściej opróżniać szambo, bo jego wysoki stan sprzyja powstawaniu tego problemu. Ciekawe czy znalazłby się specjalista, który z miejsca wiedziałby jak należy postąpić w takiej sytuacji i ile by wziął pieniędzy za robotę, którą sami odwaliliśmy. Tata wróży, że następny raz rura zatka się w najbardziej nieodpowiednim momencie, na przykład w Wigilię.

W końcu, po czternastu godzinach spędzonych na nogach, poszedłem spać, a następnego dnia udałem się na dyżur liderski, w tych samych spodniach, w których babrałem się w szambie. Wspaniały ze mnie lider i jakże elegancki...


2015.10.23 / Piątek / 13:14 - Niszczyciel dokumentów

W pracy dostałem ciekawe, nietypowe zadanie. Zamiast układać durne treści spamów, w czym zresztą nie jestem ani trochę dobry, zostałem skierowany do pracy fizycznej. Kierownik dał mi niszczarkę i zaprowadził do pokoju, w którym leżał na ziemi stos wielkich segregatorów, wypełnionych po brzegi wszelkimi dokumentami sprzed lat. Były wśród nich przede wszystkim listy obecności i rachunki, czyli nic ciekawego, ale jeden segregator zawierał prawdziwe skarby - listy przysłane do naszej firmy przez klientów i klientki, dosyć już stare, z lat 2003 - 2005, gdy wielu ludzi nadal pisało listy na papierze, odręcznie.

Najczęściej w listach znajdowały się reklamacje, ale było też wiele listów napisanych przez klientki zakochane w naszych fikcyjnych postaciach, w których prosiły one o udostępnienie im numerów telefonów owych wspaniałych mężczyzn. Pracuję w tej branży już ponad dziewięć lat, ale dopiero teraz poczułem, że dla klientek wszystkie te bzdury są czymś realnym, ci nieistniejący mężczyźni są niekiedy najlepszą częścią ich życia. Smutne to i przygnębiające, ale jak zwykle także głupie. Najchętniej w ogóle nie niszczyłbym tych listów, ale nie pytałem kierownika czy mogę je zachować tylko wkładałem do niszczarki, jeden po drugim, widząc jak przepada ważny kawałek historii naszej branży.

Trafił się też list od jakiegoś biednego człowieka z Radomia, który pokrzywionym, łamanym pismem prosił o jakąkolwiek pomoc, gdyż jest niepełnosprawny, bezrobotny i ma czwórkę dzieci na utrzymaniu, którym nie ma już czego dawać do jedzenia. Ciekawe co się dzisiaj dzieje z nim i jego dziećmi, dwanaście lat później...

W wielu listach ludzie skarżą się na to, że dali się naciągnąć na koszty i stało się to dlatego, bo ufali telewizji, która stoi za naszą firmą i myśleli, że ze strony tak poważnej marki nie może ich spotkać nic złego. Oto ich podstawowy błąd, bo każdy mądry człowiek wie, że mediom nie można ufać. Jako przykład można tutaj podać sprawę Lotto, w które ludzie wierzą, bo jest ono powiązane z telewizją. Wszystko wskazuje jednak na to, że jest to jedno wielkie oszustwo, a pieniądze wydawane na kupony przez zwykłych ludzi trafiają do kieszeni zwykłej mafii, która nad tym zapanowała.

Przez chwilę ponownie poczułem, że stoję po ciemnej stronie mocy, że pracuję dla złych ludzi, wykorzystując tych, którzy zawinili swoją naiwnością i samotnością. Jest to szczególnie odczuwane u nas ostatnio, odkąd firma uruchomiła czaty dla kobiet. Stało się to w prosty sposób - klienti ezoteryki, piszące do wróżek, otrzymały od nas spam towarzyski, wiadomości od mężczyzn (oczywiście fikcyjnych) zainteresowanych znajomością. Dały się wciągnąć w rozmowy i są obecnie dojone, a jednym z moich zajęć jest przykładanie do tego ręki. Nie jestem zadowolony z takiego stanu rzeczy, ale nie winię się też za działanie całego tego systemu. Jestem tylko trybem w tej maszynie.

Wracając jednak do niszczenia dokumentów - trwało to tak długo, że po czterech godzinach pierwszego dnia miałem opróżnione dopiero trzy segregatory. Wyszło na to, że zniszczenie wszystkich papierów zajmie mi dwa kolejne dyżury, a nie jest to wcale proste i lekkie zajęcie, bo trzeba się pochylać nad niszczarką, która dodatkowo stale się zacina i przegrzewa. Szkoda mi też było tego całego papieru, który trafiłby na śmietnik, a który przecież byłby doskonałym materiałem na rozpałkę w naszym domu.

Zaproponowałem więc kierownikowi, że pojadę do domu, wrócę rowerem i załaduję wszystkie te papiery do sakw, a następnie spalę je w domowym piecu. Kierownik uznał, że w dokumentach nie ma niczego ważnego i pozwolił mi to zrobić. Przejechałem się więc jeszcze raz w tym roku na rowerze, przywiozłem do firmy sakwy, wypełniłem je papierami i obciążony czteredziestoma kilogramami wróciłem do domu. Żałuję tylko, że zniszczyłem listy od klientów i nie mam ich teraz w domu, bo warto było je zachować jako piękny dowód na naiwność ludzi i na zło gnieżdżące się w mediach.

Póki co powstała jedna książka na temat naszej branży, którą zresztą mam, którą przeczytałem i pokazywałem na swoim blogu. Jest ona niezła, choć moi znajomi z poprzedniej firmy powiedzieli, że ja prawdopodobnie napisałbym lepszą. Takie listy, jak te, które trafiły do niszczarki, byłyby bardzo fajnym dodatkiem do tej książki. Na szczęście nie planuję pisać swojej. Wystarczy ten nudny blog.


2015.10.20 / Wtorek / 22:42 - Nowy widok z kuchni

Z naszego kuchennego okna w firmie rozciąga się teraz taki widok. Kierunek na Mokotów, na ulicę Chałubińskiego oraz Nowogrodzką. Całkiem miło. Stoję sobie w oknie i gapię się na ruch uliczny i na spacerujących na dole ludzi, jedząc batona, wafla lub burgera. Przede mną jeszcze dwa dyżury rozpoczynające się o godzinie 9:00, które nie są przeze mnie lubiane ze względu na okrutny dojazd w godzinach szczytu, a później będę miał znowu dwie fajne i przyjemne nocki. Jedna będzie o godzinę dłuższa, bo z soboty na niedzielę przestawiamy zegary.

Na Sympatii rozmawiam z kilkoma dziewczynami, całkiem fajnymi, a niektóre z nich nawet chciałyby się ze mną spotkać, co w sumie mi się podoba. Gosia i tak mnie nie chce, dała min nawet pozwolenie na spotykanie się z innymi dziewczynami, więc powinienem szukać sobie nowej kandydatki na życiowa partnerkę. Zawsze muszę być szczery i prawdomówny, więc owe dziewczyny już na wstępie się wkurzają, gdy tłumaczę im swoje relacje z Gosią, ale trudno, nie mogę ukrywać prawdy, bo bardzo tego nie lubię. Pokręcone to wszystko, ale może z czasem jakoś się naprostuje, bo najwyższa na to pora. W końcu jeszcze w szkole mówiłem, że żonę znajdę sobie mając 33 lata. Oto nadszedł ten czas... W czasach szkolnych nie spodziewałem się tylko, że w wieku 33 lat będę już takim wrakiem.


2015.10.20 / Wtorek / 22:33 - Człowiek z lekką pracą

Za moimi plecami największa atrakcja naszej firmy - osiemnastoletnia Ukrainka. Takich imigrantów zapraszam do nas z otwartymi ramionami. Przed innymi przestrzegam, bo są tylko i wyłącznie narzędziem w masońskich rękach. Ale o tym nie będę się rozpisywał, każdy ma swój mózg, choć niektórzy mają wyprany przez media.

Z Ukrainką pisałem nawet na Facebooku jakieś dwa miesiące temu i jest przemiła, powiedziałbym nawet, że zupełnie inna niż każda polska dziewczyna, a poza tym robi urocze błędy gramatyczne. Założyłem się nawet z kolegą, byłym partnerem mojej firmowej, platonicznej miłości sprzed roku - Lidii, który także zachwycił się Ukrainką, że namówię ją na sesję zdjęciową. Ukrainka niestety się nie zgodziła, przez co przegrałem zakład, tracąc w ten sposób aż 10 złotych. Dziwne, bo byłem przekonany, że się zgodzi. ;)

Wysiedziałem dzisiaj dzielnie w pracy, robiąc bardzo niewiele, jak zwykle. Byłem na dyżurze tak zwanym dodatkowym, do którego nie są przypisane żadne obowiązki. Zaczyna mnie to trochę drażnić, że tak się opierdzielam w swojej pracy i gdy na godzinę zalogowałem się na smsy, by wspomagać operatorów w walce z dużym ruchem, poczułem radość, że znowu mogę sobie popisać ciekawe wiadomości z klientami.

Po pracy poszedłem do Saturna w Złotych Tarasach, w którym kupiłem sobie słuchawki. Mają tam teraz świetną opcję polegająca na tym, że wszystkie słuchawki można zakładać na głowę, podłączać do swojego odtwarzacza i słuchać ich brzmienia. Sprawdziłem mnóstwo modeli w różnych cenach, przekonując się, że żadne nie grają tak dobrze jak moje dawne AKG, które nie są już obecnie produkowane. Trudno, musiałem kupić gorsze i wybrałem firmę JVC, model za 150 złotych. Co prawda tabliczka informacyjna mówiłą co innego, że słuchawki kosztują 200 złotych, ale brzmiały tak zacnie, że postanowiłem je kupić nawet za tyle. Przy kasie okazało się, że są o 50 złotych tańsze, co bardzo mnie ucieszyło, ale do czasu. W autobusie wszedłem do Internetu i zobaczyłem ile te słuchawki kosztują w innych sklepach. Ich cena to około 90 złotych, a więc przepłaciłem okrutnie i przekląłem Saturn na wieki. Ech, pozwalają ludziom testować słuchawki, a ludzie je w ten sposób psują, a zepsute słuchawki są finansowane poprzez zawyżanie ceny. Warto więc wpaść do Saturna tylko na odsłuch, a słuchawki zamówić przez Internet. To kolejna lekcja życiowa - nie należy nigdy kupować niczego bez sprawdzenia wcześniej ile dana rzecz kosztuje w Internecie. Co prawda na Allegro zawsze można się nadziać na podróbkę, ale nic nie wskazuje na to, by oferowane tam słuchawki JVC były takimi podróbkami. Mogłem się skapować w Saturnie, że ceny są tam zawyżone, gdy zobaczyłem słuchawki Koss Porta Pro za 200 złotych, gdy tymczasem ich normalna cena to około 150 złotych. Tyle kasy straciłem... Głupi ja.

Słuchawki musiałem sobie kupić, bo jeżdżę ostatnio do pracy autobusem i ciężki mi wytrzymać z tymi wszystkimi ludźmi dookoła. Szczególnie upierdliwe jest jednak to, że autobus stoi teraz w o wiele większych korkach niż rok temu. Rok temu jechał do Marymontu około 40 minut, obecnie jedzie 1 godzinę i 5 minut. Wszystkiemu winni ludzie wożący swoje dupska w prywatnych samochodach. W dodatku jest ich coraz więcej, bo na Bielanach powstały nowe bloki, a nowe bloki to przecież kolejne samochody blokujące ruch. Okropność, tyle czasu się traci przez wygodniackich baranów, którzy nie mogą podjechać do miasta autobusem. Tak wielką mam ochotę olać to wszystko, wsiąść na rower i omijać tych dupków po swojemu.

Niestety jest na to trochę za zimno... Albo po prostu ja jestem trochę za słaby. A może jutro pojadę rowerem?


2015.10.19 / Poniedziałek / 20:08 - To ma być widok?

Widok niestety nie jest już imponujący, choć lepiej widać to co dzieje się na ulicy. Nadal jestem zadowolony ze zmiany piętra, a raczej nie spodziewałem się, że tak będzie. Martwi mnie natomiast to czego się ostatnio dowiedziałem, że firma w zasadzie na siebie nie zarabia i właściciele rozważają nawet jej zamknięcie. Nie wiadomo czy tak się kiedykolwiek stanie, ale szkoda by było, bo jest mi w niej bardzo dobrze. Tym bardziej jest mi ostatnio głupio, że na nowym stanowisku tak niewiele robię. Czuję się trochę jak jakiś leniwy darmozjad, który utrzymuje się z pieniędzy wypracowanych przez operatorów stukających przez cały dzień w klawisze.

Może będę wkrótce bezrobotny. Tym prędzej powinienem znaleźć sobie kobietę, która będzie mnie utrzymywać. Ona będzie pracować, a ja będę w tym czasie siedział w domu, wychowywał dzieci i przygotowywał smaczne obiadki, których na razie nie umiem robić. ;) Kura domowa - mój wymarzony zawód.


2015.10.18 / Niedziela / 23:22 - Dziwna szafa Raflo

Pięć godzin zajęło mi zmontowanie szafy z serii Raflo. Wygląda ona tak jak widać na załączonym zdjęciu, jest jaśniejsza od dwóch regałów, które stoją po bokach. Druga taka sama szafa czeka jeszcze na złożenie, ale zabiorę się za to kiedy indziej, bo dzisiaj muszę już iść spać. Nowy mebel wygląda dosyć dziwnie, ciężko powiedzieć czy te ozdobne boki serii Raflo to motyw azjatycki czy afrykański. Całość jest wykonana dosyć tandetnie i nie wszystko styka się tak jak powinno, ale trudno, jest to najwidoczniej normą w meblach produkowanych masowo. Wkrótce będę musiał kupić także mniejszą szafkę, którą postawię po lewej stronie pokoju, bo z tego co widzę to wszystkie moje graty zajmują więcej miejsca niż myślałem.

Montowanie szafy zajęło pochłonęło w całości mój wolny czas, a teraz będę już szedł spać, bo jutro do pracy jadę na godzinę 9:00. Przede mną cały tydzień pracy, dzienne i nocne dyżury, a na koniec wolna niedziela i koncert Renaty Przemyk. Pod koniec miesiąca zmykam za to do Puław, w których już dawno nie byłem.


2015.10.18 / Niedziela / 17:13 - Trzy nocki w nowym biurze

Trzy fajne, nocne dyżury już za mną. Przede mną kilka dyżurów, których za bardzo nie lubię, w ciągu dnia, podczas których nie mam za bardzo co robić. Dzisiaj natomiast mam wolne i zaraz zabiorę się za składanie szafy. Tydzień temu leżałem bez ruchu w łóżku, a dzisiaj mogę wykonywać różne fajne czynności. Obym tylko znowu się nie zepsuł. Wkładam do odtwarzacza świetną płytę Lany Del Rey i zabieram się za montaż, z pewnością dosyć skomplikowany i mało przyjemny.


2015.10.18 / Niedziela / 17:11 - Gosiowy kocur

Kotkowi rośnie głównie ogon. Wczoraj zmieniłem zdanie i postanowiłem jedak odwiedzić na chwilkę Gosię w jej imieniny. Kupiłem nawet bukier róż z tej okazji, po bardzo okazyjnej cenie, od pani z sąsiedniej wsi, która handluje kwiatami pod stacją metra na Młocinach. Tym sposobem Gosia trafiła na listę kobiet obdarowanych przeze mnie kwiatami, a jak wiadomo, wręczam kwiaty bardzo rzadko... Hmm.


2015.10.17 / Sobota / 18:44 - Więcej przestrzeni

Kolejne zdjęcie z nowego biura. Ostatnio mam nocki, na których siedzę sobie spokojnie sam jeden w całym rzędzie. Nocki tak mi się podobają, że być może w przyszłości będę chciał dostawać głównie nocne dyżury. Nikt w firmie ich nie lubi, więc dostaję propozycję zamiany swojego dyżuru z dyżurem lidera wyznaczonego na nockę i chętnie się na taką zamianę godzę.

Dzisiaj imieniny Gosi, ale nie mam nawet czasu się z nią spotkać. Zresztą i tak nie kupiłem jej żadnego prezentu. Jutro wolna niedziela i jeśli zdrowie mi dopisze to zabiorę się za składanie swoich szaf. Być może podczas tej czynności znowu się rozpadnę...


2015.10.16 / Piątek / 16:44 - W nowym biurze

W miarę wydobrzałem i mogłem w końcu udać się do pracy. Nie obyło się bez bólu, szczególnie w tramwaju, gdy ciężko było mi się podnieść z siedzenia, ale dałem radę. Nowe biuro spodobało mi się pod każdym względem, jest w nim więcej miejsca i ma ono w sobie jakiś pozytywny klimat, choć widok za oknem nie jest już tak imponujący. Mamy teraz kuchnię w innym pomieszczeniu, poza biurem, ale może nawet jest to lepsze rozwiązanie. Panie telefonistki są ulokowane za szybą w taki sposób, że już nie słyszymy ich... Rozmów. Ogólnie wszystko na plus. Nie trzeba jechać tak wysoko windą, dzięki czemu nie zmienia się ciśnienie i nie zatykają się uszy. Teraz życzę sobie tylko, bym był w pełni zdrowy, aby móc się cieszyć pracą. Cieszę się zresztą ostatnio nawet z tego, że jestem w stanie w miarę normalnie chodzić, myć się, ubierać i robić sobie samemu jedzenie, a następnie nosić je po schodach na górę.


2015.10.14 / Środa / 13:18 - Pola Raksa jako Beata

Z moim kręgosłupem jest coraz lepiej. Dzisiaj nawet pierwszy raz wziąłem w ręce tacę z jedzeniem i wszedłem z nią po schodach na górę. Nadal jest niełatwo, ale muszę się trzymać, bo jutro jadę już do pracy. Dzisiaj kończy się więc moje bolesne lenistwo, wracam do swojej zwykłej codzienności, a w firmie czeka mnie jedna duża zmiana - zmiana piętra.

Oglądam po kolei wszystkie filmy swojej nowej idolki, pani reżyser Anny Sokołowskiej, która przez całe swoje życie nakręciła ich tylko osiem. Póki co obejrzałem ich sześć, a najbardziej zachwycił mnie film "Beata", z piękną i charyzmatyczną Polą Raksą, którą dotychczas ignorowałem, widząc ją w "Czterech pancernych i psie". Teraz powiesiłbym sobie nad łóżkiem jej wielki plakat, gdyby tylko był taki dostępny w sprzedaży...

Coraz częściej dochodzę ostatnio do wniosku, że lata sześćdziesiąte były naprawdę świetne. Nie żyłem w nich, ale zawsze będę pamiętał jak Mama pozytywnie wypowiadała się o tamtym czasie. Nie ma się zresztą chyba czemu dziwić, każdy człowiek dobrze mówi o latach swojego dzieciństwa i swojej młodości. Lata siedemdziesiąte też były świetne, za to później wszystko zaczęło się powoli chylić ku znanej nam obecnie komercji, czasem dobrej, zazwyczaj jednak złej. Prawdziwy artyzm i prawdziwe człowieczeństwo przepadło gdzieś z czasem, a dzisiaj zarówno w telewizji jak i w polskim kinie nie ma już prawdziwych ludzi, są tylko napędzane kasą maszynki, na które w ogóle nie mam ochoty patrzeć.

Od piętnastu lat krytykuję telewizję i marzę o jej upadku i o dziwo właśnie teraz, na moich oczach, telewizja naprawdę zdycha. Dokładnie w tym roku przestałem ją oglądać, jej miejsce zajął Internet z YouTubem na czele. To pozytywne zjawisko dotknęło zresztą nie tylko mnie, ale także mojej starszej siostry i wielu innych osób w moim otoczeniu. Ilość kłamstw zmieszanych z gównem osiągnęła w telewizji tak wysoki poziom, że rozumny człowiek praktycznie nie jest w stanie jej już oglądać.

Zarazem można przewidzieć co będzie się działo w przyszłości. Kłamcy władający mediami zrozumieją jak ważny jest YouTube i tak zwany "drugi obieg informacji", a następnie spróbują nim zawładnąć. Póki co najbardziej denerwuje mnie cenzura, której w Internecie absolutnie nie powinno być. Denerwuje mnie to, że ludzie we frajerski sposób się na nią godzą. Ja zaprotestowałem, nie mam już konta na Facebooku i nigdy tam nie wrócę. Tyle mogłem zrobić. Inni tego nie zrobią, bo nic ich najwidoczniej nie obchodzi...

Odbiegłem od tematu, choć ciężko powiedzieć co było tematem tej notki. Chyba różnica między latami sześćdziesiątymi i obecnymi. Różnica jest duża. Pierwszy raz spojrzałem na swoje ukochane dotychczas lata dziewięćdziesiąte z pewnym obrzydzeniem. Mam ochotę wyjąć z ram plakat "Pulp Fiction" i "Terminator 2", a następnie wstawić tam jakieś retro plakaty sprzed czterdziestu lat. Niestety nie można ich nigdzie kupić...


2015.10.13 / Wtorek / 13:18 - Powoli wracam do życia

Oglądanie siedmiu filmów dziennie jest całkiem fajne, ale brak możliwości opuszczenia łóżka już nie. Na szczęście stan mojego zdrowia faktycznie powraca do normy, choć dzieje się to tak powoli, że dopiero od wczoraj jestem w stanie chodzić bez kul, a dzisiaj po raz pierwszy odważyłem się zejść do kuchni.

Zadzwoniłem przed chwilą do firmy i poprosiłem o anulowanie jutrzejszego dyżuru, za to zapowiedziałem, że przyjadę do pracy w czwartek, na dyżur nocny. Sam nie wiem czy dam radę, ale powinno się udać, szczególnie jeśli wezmę ze sobą kule. Oczywiście przez las przejadę samochodem, bo przejście dwóch kilometrów w tym stanie jest dla mnie niewyobrażalne

Tata pojechał dzisiaj samochodem na przegląd techniczny i po raz kolejny został on dopuszczony do ruchu. W czwartek panowie z Black Red White przywiozą mi moje dwie szafy, ale póki co nie będę ich składał, bo znowu mogłoby mi się stać coś niedobrego z kręgosłupem.

Leżę dalej i oglądam kolejne filmy. Dobre, złe, współczesne i klasyczne. Przypominam sobie także te, które już kilka razy widziałem, patrząc na nie w nieco inny sposób niż wiele lat temu. Najbardziej spodobał mi się polski film "Inna", wspaniałą ekranizacja książki Ireny Jurgielewiczowej, którą bardzo cenię od czasów dzieciństwa za ksiazkę "Ten obcy". "Inną" wyreżyserowała Anna Sokołowska, której praca tak przypadła mi do gustu, że od razu ściągnąłem wszystkie filmy jakie nakręciła. Tymczasem na FilmWebie tak wspaniały film jak inna oceniło zaledwie 150 osób. Tragedia. Czasem coś wartościowego po prostu nie jest ludziom znane, przemija i ostatecznie już nikt o tym nie pamięta. Tymczasem pani Anna Sokołowska zabrała się także dwukrotnie za ekranizację książek Małgorzaty Musierowicz, choć z tego co widzę efekt nie jest już tak dobry jak w przypadku ekranizacji "Innej". Przekonam się dzisiaj, oglądając kolejne filmy.

Wspaniale jest znowu móc wstawać z łóżka bez krzyków i wycia. Istnieje kilka poziomów bólu, a ja już drugi raz w tym roku dosięgłem dosyć wysokiego. Domyślam się, że istnieją jeszcze wyższe i mam nadzieję, że nigdy do nich nie dojdę, choć z drugiej strony prawdziwy ból jest czymś co naprawdę potrafi zmienić człowieka. Nie jest niczym sztucznym, jest bardzo prawdziwym elementem tego świata.


2015.10.11 / Niedziela / 17:37 - Uwięziony w łóżku

Tragedia. Kilkanaście minut po napisaniu ostatnich dwóch notek na blogu, czyli w piątek w nocy, kręgosłup zaczął boleć mnie tak bardzo, że praktycznie nie mogłem się ruszać. Noc z piątku na sobotę była straszna, tak samo jak cała sobota. To drugi największy ból w moim życiu. Co prawda wczoraj mogłem chodzić do łazienki, ale zwykłe wstanie z łóżka trwało jakieś 10 minut i było pełne koszmarnego, przeszywającego bólu, podczas którego krzyczałem i wyłem zupełnie jak Mama na miesiąc przed swoją śmiercią. Dzisiaj jest już trochę lepiej, ból zmalał o tyle, że nie krzyczę, ale nadal jestem uwięziony na piętrze w domu i póki co nie jestem w stanie chodzić do pracy. Moje dyżury został na szczęście zostały anulowane, bo mój kierownik to miły człowiek, z którym zawsze można się dogadać, gdy jest się uczciwym pracownikiem. Wczoraj co prawda pracowałem dziesięć godzin, ale był to dyżur spędzony w łóżku, w tórym mam klawiaturę i myszkę. Najbliższy dyżur mam w środę, ale jeśli nadal nie będę w stanie się poruszać, to będę musiał prosić o anulowanie kolejnych dni pracy. Głupio, nie chciałem żeby tak wyszło, ale cóż mogę na to poradzić...

Nie mogę robić niczego innego poza leżeniem w łóżku, więc oglądam zaległe filmy. Opiekuje się mną młodsza siostra, która także pracuje zdalnie i wczoraj miała dyżur trwający aż 13 godzin. Nie mogłem zrobić sobie dramatycznego zdjęcia, na którym byłoby widać jak chodzę o kulach, więc wrzucam zdjęcie zrobione w moim łóżku. Na ekranie telewizora kanał Wideoprezentacje, blokowanego przez Facebook człowieka, na którego będę chciał głosować w najbliższych wyborach. Nie wiem tylko czy do wyborów zdążę powrócić do zdrowia... U niektórych trwa to nawet dwa tygodnie, u innych miesiąc. Oczywiście do tego wszystkiego stale boli mnie głowa.

Ponownie doceniłem zdrowie, a nawet więcej, doceniłem możliwość normalnego poruszania się, chodzenia i przekręcania się w łóżku na bok, a nawet normalnego siadania na sedesie. Człowiek nie docenia tego wszystkiego, gdy jest zdrowy, ale wystarczy przeżyć coś takiego jak mój obecny stan, by spojrzeć na wszystko inaczej. Może jest mi to do czegoś potrzebne...

To jedno z najgorszych wydarzeń w moim życiu. Jak okropnie byłoby, gdybym nie miał przy sobie rodziny i nikogo do pomocy. Gdybym nie mógł sobie pozwolić na nie chodzenie do pracy.


2015.10.10 / Sobota / 00:38 - Żegnam się z tym widokiem

Niestety zbliża się koniec naszego panowania na dosyć wysokim piętrze. W poniedziałek firma przenosi się znacznie niżej i teraz będziemy na wysokości dachu Dworca Centralnego. Biuro będzie większe, więc jego okna będą wychodzić także na inne strony, do których teraz nie mamy dostępu, ale co z tego, skoro widok będzie raczej przeciętny.

Mimo wszystko i tak strasznie lubię swoje obecne miejsce pracy i bardzo mi się podoba to, że pracuję w samym centrum stolicy, przy jednym z najważniejszych skrzyżowań w Polsce. Chwała naszym pracodawcom, że nie wpadli jeszcze na pomysł przeniesienia nas na jakieś zadupie, tak jak szef poprzedniej firmy.

Niepokoją mnie ostatnio niepokojące objawy zdrowotne u Gosi. Przypominają one moje objawy, a to może oznaczać, że zapadłem na jakąś chorobę, którą następnie zaraziłem Gosię. Może to jakaś choroba weneryczna? Sypiałem z kim popadnie i się doigrałem. Może nawet jestem nosicielem wirusa HIV? Ludzie o nim zapominają, a przecież nadal powinno się na niego uważać.

Ciekawe ile chorób przywiozą nam w przyszłości afrykańscy imigranci. Póki co czytam świetną książkę o wyprawie rowerowej przez Afrykę, ale nie chodzi o wyprawę Kazimierza Nowaka sprzed Drugiej Wojny Światowej, tylko o wyprawę czterech, a raczej trzech Polaków, (bo jeden po pewnym czasie zrezygnował), którzy przejechali z północy na południe Afryki na przełomie lat 2009 - 2010. Książka jest niemal tak samo fascynująca jak opowieść Nowaka i można się dzięki niej dowiedzieć jak naprawdę wygląda Afryka, której nie da się tak dobrze poznać z pozycji typowego turysty jadącego na miejsce autokarem. Wszystko wskazuje na to, że najgorszym krajem na całym świecie jest Etiopia. Nie chodzi tylko o to, że jest ona jednym z najbiedniejszych krajów, ale o ludzi, którzy ją zamieszkują. O dziwo Muzułmanie, przynajmniej ci z Sudanu, są w książce oceniani całkiem dobrze, jako ludzie gościnni, mający pewne dobre zasady. Na przykład w Sudanie można zostawić rower obładowany bagażami na środku miejskiego placu i nikt go nie ukradnie. Można też liczyć na to, że miejscowi poczęstują nas za darmo jedzeniem i piciem. Za to w Etiopii, w której połowa ludności to niby Chrześcijanie, powszechnym zjawiskiem jest na przykład to, że mieszkające tam dzieci rzucają w rowerzystów kamieniami i krzyczą stale "Give me money!" albo nawet "Give me my money!", a to tylko jedna z licznych wad tego kraju. Wielki, żebraczy naród, nie potrafiący nic zbudować, nie potrafiący w żaden sposób wziąć się w garść. Należy natomiast bardzo pochwalić misjonarzy, którzy naprawdę odwalają tam kawał dobrej roboty. O dziwo pieniądze zbierane w polskich kościołach podczas mszy, te, które są przeznaczane właśnie na wsparcie misji w Afryce, nie są marnowane. Na taki cel sam z przyjemnością wpłacę zarobione przez siebie pieniądze!

Czytam książkę z tym większym zainteresowaniem, że mój kolega ze szkoły, jak już kiedyś wspominałem, wybiera się w taką samą lub podobną podróż już za kilka lat. W tym roku objechał rowerem Włochy, a następnie Grecję, we wrześniu. Podobno w Grecji nie widział żadnych imigrantów, a i bankructwo tego kraju zdaje się być niezauważalne. Ja natomiast powoli rezygnuję z przyszłorocznej wyprawy wokół Niemiec z dwóch powodów - mojego marnego stanu zdrowia i braku finansów. Co prawda zdołałbym jeszcze uciułać sześć tysięcy do maja, ale... No właśnie, nie odważę się tam jechać z takim zdrowiem jakie mam obecnie. Póki co myślę o odwiedzeniu południa naszego kraju, ze szczególnym uwzględnieniem zachodniej części, a także o kilkudniowym wypadzie do Czech i południowo-wschodniej części Niemiec.

Europa nie ma jednak porównania z Afryką, Europa to bajka, raj dla podróżnika rowerowego, dostępna praktycznie dla każdego, kto tylko ma ochotę po niej jeździć. W Afryce trzeba być niezwykłym twardzielem. Dla mnie nie do pomyślenia jest sama waga bagaży, które wozili przy sobie podróżnicy z książki, którą czytam. Mój bagaż ważył około 20 - 30 kilogramów, a i tak miałem problemy z podnoszeniem roweru. Ich bagaż ważył sto kilogramów. Nie wyobrażam sobie nawet jazdy po płaskim terenie na tak obciażonym rowerze, a oni wspinali się na nich pod górę, na takie wysokości, na jakich ja jeszcze nigdy nawet nie byłem. Respect - jak głosi napis na ramie mojego roweru.


2015.10.10 / Sobota / 00:27 - Majestatyczny biurowiec

Znowu mnie nawiedzają bóle głowy, ale teraz leczę je wódką, która o dziwo pomaga. Dodatkowo teraz, gdy piszę te słowa, nawiedził mnie ból kręgosłupa, a raczej prawej strony ciała w odcinku dolnej części kręgosłupa. Jak widać wiosenna rehabilitacja nic nie dała, choć może po prostu powinienem ją kontynuować prywatnie, w domu? Mam teraz duże łóżko, na którym mogę wykonywać te wszystkie, dosyć męczące, ćwiczenia, tylko musiałbym sobie jeszcze kupić dużą piłkę, taką jaka była w ośrodku.

W pracy spokojnie i leniwie. W ogóle na stanowisku lidera jest tak leniwie, że aż wstyd przyznać jak mało się robi. Nawet trochę dziwnie się z tym czuję, bo przez ostatnie dziewięć lat nauczyłem się, że w pracy raczej przez cały czas się ostro zapierdziela, a teraz po prostu wystarczy, że siedzę i czasem zrobię to czy tamto.

Na zdjęciu widać charakterystyczną dla Warszawy rzecz - biurowce przylegają do zwykłych, starych bloków mieszkalnych. Z jednej strony jest to głupie i brzydkie, z drugiej ciekawe i śmieszne. W sumie mógłbym kiedyś wynająć sobie mieszkanie w tym bloku, stykającym się z naszym Central Tower, by mieć blisko do pracy.

A teraz ciekawostka - zawsze mnie to dziwi. Wrzucam tutaj notkę o godzinie 1:00 w nocy, albo nawet o 3:00, a po dwóch, trzech minutach już mam dwie odsłony. To znaczy, że ktoś zagląda na mojego bloga nawet o tak później porze. Przyznać się - kto tak robi? :P Może sami pracownicy Photoblog.pl? ;) Może mój blog jest w ich środowisku znany i czytany? W końcu niewiele jest na tym serwisie blogów, które można naprawdę czytać.


2015.10.06 / Wtorek / 20:51 - Siostra pracująca w domu

Siostra w końcu pracuje przy własnym komputerze, dzięki czemu Tata może kilka razy w ciągu dnia zaglądać do Internetu. Szkoda tylko, że laptop Lenovo siostry jest tak żałosny. Nie spodziewałem się, że jakiekolwiek współczesny laptop może być wyposażony w tak słaby procesor, by nie był on w stanie płynnie odtwarzać filmów z YouTube w rozdzielczości hd, nie wspominając już o pełnym full hd. Porażka i strata kasy. Przecież nawet telefony sobie z tym radzą. Na szczęście do pracy laptop nadaje się całkiem dobrze, choć siostra oczywiście musiała dokupić do niego klawiature i myszkę, by nie wykończyć swoich palców.

Myślałem, że pojadę dzisiaj gdzieś na rowerze, ale pogoda nie była zachęcająca, więc zostałem w domu. Zabrałem się za wrzucenie na swoją stronę zdjęć z czwartego dnia majowej wyprawy i zaktualizowanie swojego fotobloga z przystankami autobusowymi. Od siedzenia przy komputerze ponownie rozbolała mnie głowa i szyja, a po obejrzeniu filmu "Gra Endera" Gavina Hooda, na podstawie książki, którą czytałem w dzieciństwie, ból się jeszcze nasilił. Na szczęście po wypiciu kawy ból minął. Dziwne.

Nie mam już konta na Facebooku i każdemu rozsądnemu człowiekowi radziłbym się usunąć z tego zakłamanego portalu społecznościowego. Niestety alternatywy nie ma, bo zarówno Grono.net jak i Nasza Klasa, umarły śmiercią naturalną, choć tak naprawdę mam pewne mroczne podejrzenia co do przyczyn upadku świetnego Grono.net. Z pewnością masoni maczali w tym palce, przygotowując miejsce dla Facebooka. ;)

Przed chwilą skończyłem pracować nad zarysem kolejnego działu na swojej stronie internetowej, w którym będę opisywał i recenzował posiadane przeze mnie wydania filmów na płytach blu-ray oraz dvd. Kiedyś ludzie pracujący w czasopiśmie "DVD Video Magazyn" robili to za pieniądze, a ja jestem na tyle głupi, by robić to za darmo, dla samej przyjemności. Hmm... Najgłupsze jest to, że nie ma obecnie w Polsce żadnego serwisu i żadnego czasopisma, w którym ktokolwiek recenzowałby wydania filmów na płytach dvd lub blu-ray. Wiem, piractwo się panoszy i płyty w sumie nikogo już nie obchodzą, ale muszę przyznać, że w ogóle mi się ten stan rzeczy nie podoba. To tak jakby ludzkość zrezygnowała z rozwoju pewnej dziedziny życia kulturalnego, która zawsze była dla mnie bardzo ważna.

Koniec lenistwa, jutro wracam do pracy. Słyszałem, że po zmianie piętra teamleaderzy zobowiązani są do bardziej eleganckiego ubierania się. Mam tylko dwie koszule, która można nazwać eleganckimi, czy to oznacza, że będę musiał się udać na przymusowe zakupy? Skoro o zakupach mowa to dzisiaj zamówiłem dwie szafy z Black Red White w promocyjnej cenie, oszczędzając w ten sposób 200 złotych. Pieniądze na ten cel pożyczyła mi siostra, bo ja nadal jestem przed wypłatą, kompletnie spłukany. Na szczęście tym razem spodziewam się nieco większej wypłaty, bo we wrześniu nie opierdzielałem się tak bardzo jak w innych miesiącach.


2015.10.06 / Wtorek / 01:16 - Ultraviolence

Zbliża się godzina 1:00 w nocy, na którą zawsze warto czekać w moim domu. Od tej godziny bowiem mogę bez większych ograniczeń surfować po Internecie, pobierając dużę pliki, takie jak kolejne odcinki "Married with childrem" lub "W labiryncie". Nie mogę tego robić wcześniej, bo nocny transfer w sieci Plus, czyli pakiet dodatkowych 200 gigabajtów, które można wykorzystać niezależnie od limitu głównego, obowiązuje w godzinach od 1:00 do 8:00. Bardzo fajna opcja, bardzo przydatna.

Wolny poniedziałek minął, a ja nie wyszedłem nawet na dwór. Wstałem po godzinie 13:00 i było już za późno bym wyruszył na wycieczkę rowerową, ale może zrobię to dzisiaj, we wtorek - mój ostatni dzień wolny. Pogoda nadal jest rewelacyjna i żałuję, że nie pojechałem do Puław, ale w sumie w domu też było fajnie posiedzieć. Ból na szczęście minął, więc nie jest już tak okropnie jak w sobotę.

Posiedziałem ostatnio nad swoją stroną internetową, wrzucając na nią zdjęcia z majowej wyprawy rowerowej. Trwa to bardzo długo i jest bardzo upierdliwe, dlatego udało mi się póki co wrzucić zdjęcia tylko z trzech pierwszych dni.

Słyszałem, że od przyszłego roku prawo jazdy będzie trudniej zdać i konieczne będzie wrócenie na kurs, za dodatkowe 300 złotych, jeśli w ogóle będzie się miało zamiar przystąpić do egazminu. Sytuacja wygląda więc tak, że do egzaminu warto podejść teraz, jeszcze w tym rokku, by uniknąć dodatkowych opłat i obowiązków. Może to mnie ostatecznie zmotywuje to wybulenia kasy na kolejne egzaminy.

Ostatnio strasznie się wkurzyłem na Facebooka, gdy wyszło na jaw, że cenzura na tym paskudnym portalu jest faktem. To straszne, że niby mamy w naszym cywilizowanym świecie demokrację i wolność słowa, a tak naprawdę zamyka nam się usta, gdy chcemy mówić prawdę. Otóż według Facebooka nie można mówić prawdy o imigrantach i obecnej władzy w Unii Europejskiej. Próba wrzucenia linku do filmu YouTube Atora z kanału Wideoprezentacji, w którym porusza te tematy, spotyka się z brakiem zgody ze strony Facebooka. Żeby było ciekawiej, nie można nawet wkleić takiego linku do prywatnej rozmowy ze znajomym. Oto dowód na zbliżające się mroczne czasy spod znaku masońskiej dyktatury. Albo będziesz tańczyć tak jak ci karzą, albo cię zablokują, a w przyszłości za pomocą specjalnego chipu lub innej technologii zablokują Cię lub wyłączą już wtedy, gdy twoje myśli będą niezgodne z ich wizją świata. Niestety, stado baranów będzie siedziało na Facebooku nadal, godząc się na wszystko, nawet na cenzurę wypowiedzi i totalne szpiegostwo. Ja zaś usuwam się z tego szamba...

Wracając do przyjemniejszych rzeczy - w moje ręce trafiła dziś druga płyta Lany Del Rey, nieco sztucznej artystki, która kilka lat temu zachwyciła mnie idealnym albumem Born To Die. Nie spodziewałem się, że jej druga płyta także trzyma wysoki poziom, ale dzisiaj zachwyt powrócił i tym chętniej sięgnę po płytę trzecią, która właśnie się ukazała. Tymczasem w listopadzie w Warszawie na Torwarze odbędzie się koncert Róisin Murphy, jednej z moich idolek. Nie wiem czy jej najnowszy album jest dobry, bo nadal go nie mam, ale tak czy siak na koncert raczej nie pójdę, bo jakoś nie mam już do tego takiego zapału jaki miałem dawniej.


2015.10.04 / Niedziela / 23:47 - 40 km jazdy po zdrowie

Wczoraj było naprawdę marnie z moim zdrowiem, już po obudzeniu się czułem ból głowy z tyłu, a później także ból szyi w okolicy powiększonych węzłów chłonnych. Cały dzień nie miałem siły nic robić i nawet Ibuprom niewiele pomógł. Dzisiaj było już lepiej, zabrałem się więc za dokończenie składania kół od czarnego roweru, co w pełni się udało, choć podczsa tej pracy ponownie zaczęła mnie boleć szyja i głowa. Nie zważając na ból wsiadłem na rower, w którym koła teraz rewelacyjnie się kręcą i są świetnie przeze mnie wyregulowane. Miałem przejechać jakieś 10 kilometrów po najbliższej okolicy, ale pogoda była tak rewelacyjna i tak przyjemnie się jechało, że postanowiłem pojechać trochę dalej. W sumie zrobiłem 40 kilometrów w nieco ponad dwie godziny, bo jechałem dosyć szybko, o dziwo czując się przy tym coraz lepiej. Ból głowy minął, więc jechałem przed siebie, ciesząc się ponad dwudziestoma stopniami ciepła. Dojechałem do Łomianek, z ktróych dostałem się do Łomnej, Czosnowa i Wierszy. Zrobiłem ładną pętlę, odwiedziłem kilka fajnych miejsc, takich jak moja ulubiona szosa w Puszczy Kampinoskiej, widoczna powyżej. Faktycznie, było na niej mnóstwo gadów, szczególnie zaskrońców, rozpłaszczonych przez opony samochodów i rowerów. Jeśli jutro też będzie tak ciepło to być może ponownie wsiądę na rower i przejadę się po okolicy. Rower najwidoczniej fajnie na mnie wpływa. Zdaje się, że pochylanie głowy do dołu wywołuje u mnie ból, a zadzieranie jej do góry, takie jak podczas jazdy rowerem, przywraca normalny stan zdrowia. Tak czy siak nie jest dobrze...

Dzień zacząłem od obejrzenia kolejnego filmu Billy'ego Wildera, wspaniałego reżysera, który świecił triumfy w latach pięćdziesiątych. "Bulwar Zachodzącego Słońca" okazał się być najlepszym filmem tego reżysera, jaki dane mi było oglądać. Piękna opowieść o starzeniu się i przemijaniu, nic dziwnego, że tak przypadła mi do gustu...


2015.10.02 / Piątek / 19:16 - Laptop Lenovo

Młodsza siostra kupiła sobie laptopa, by podczas zdalnej pracy nie blokować Tacie dostępu do Internetu. Wybrała dosyć tani model firmy Lenovo i po kilku dłuższych chwilach mogę tę firmę odradzić. Laptop jest wykonany dosyć tandetnie, ma ekran ze słabo nasyconymi kolorami i mało sztywną, uginającą się klawiaturę. Posiada za to pierwszy w naszym domu dysk typu SSD.

Tak bywa ze sprzętem. Czasem warto dopłacić kilkaset złotych, by mieć coś lepszego. Na przykład stary monitor kineskopowy, który dostałem jakiś czas temu od Gosi. W swoim czasie był jednym z najdroższych modeli, absolutnie topowym, ale do dzisiaj widać jego jakość. W porównaniu z naszym Philipsem, jednym z najtańszych, zachwyca nasyceniem kolorów i mnogością ustawień. Szkoda tylko, że to cacuszko ma porysowany kineskop... Ale chyba pisałem już o tym.

Siostra właśnie siedzi w pokoju i pracuje, już dziesiątą godzinę. Ruch jest duży, więc możliwe, że posiedzi pełne dwanaście godzin, a jutro od 8:00 zaczyna kolejny dyżur. Ja zaczynam kolejny dzień odpoczynku, choć tak naprawdę od ponad roku nie jestem w stanie porządnie odpocząć, przez wszystkie moje dolegliwości. Może po prostu mam zatkane zatoki?


2015.10.01 / Czwartek / 23:56 - Bełkot o niczym

Jakoś rzadko się tu ostatnio pojawiam. Przyczyną jest ból szyi i głowy, związany z powiększeniem węzłów chłonnych. Do tego nieprzyjemnego zjawiska dochodzi w moim organizmie już od ponad roku, więc pewnie powinienem pójść wreszcie do laryngologa, ale jakoś nie mogę się za to zabrać. Ach tak, w tym roku miałem zdać egzamin praktyczny na prawo jazdy, ale nawet do niego nie podszedłem...

Dzisiaj 1 października, co oznacza, że mijają 23 lata od czasu naszej przeprowadzki do Truskawia. Sporo, ale ja swoim duchem i umysłem nadal jestem w tamtych latach, dla mnie lata dziewięćdziesiąte nigdy się nie skończyły...

Mam już w pokoju drugi regał, który Gosia przywiozła mi jakiś czas temu swoim samochodem. Później spędziła u mnie noc, ale moje szerokie łóżko jej nie podpasowało, bo rozbolał ją od niego kręgosłup. Ja już bardzo lubię swój tani materac, bo po miesiącu zaczął się on robić miękki i teraz jest moim zdaniem bardzo wygodny. Jak widać na powyższym zdjęciu, mam podłączony komputer do telewizora, dzięki czemu mogę go obsługiwać z łóżka. W zasadzie rzadko już używam monitora i rzadko siadam zasiadam do komputera przy biurku. Tym bardziej byłoby dobrze mieć naprawdę wielki telewizor i jeśli teraz miałbym kupić jakąś droższą rzecz to byłby to właśnie wielki, ponad 55 calowy telewizor, najchętniej mojej ukochanej marki Sony. O projektorze już nie myślę, gdyż jest to zbyt problematyczna inwestycja.

Dzisiaj miałem dzień wolny, pierwszy z sześciu. Pojechałem na pocztę po paczkę i wstąpiłem przy okazji do składu budowlanego, w którym dostałem za darmo gwoździe. Posłużyły mi one do zawieszenia czterech ram na plakaty, spośród których na zdjęciu widać tylko dwie. Pozostałe dwie nie wyglądają na razie zbyt ciekawie, bo nie mam w nich jeszcze żadnych plakatów, przez co są po prostu całe białe. Wbicie gwoździ w taki sposób, by wszyskie plakaty wisiały w jednej linii i dzieliła je taka sama odległość, nie było łatwe, ale dzięki moim specjalnym wyliczeniom wszystko się udało. Prawie, bo nie przewidziałem, że haki w ramach mogą znajdować się na różnych wysokościach, przez co ostatecznie każdy plakat wisi na nieco innej wysokości. Różnica wynosi parę milimetrów, ale widać to doskonale gołym okiem i wkrótce będę musiał coś z tym zrobić.

Gosia jedzie jutro do Wilgi, a ja miałem się zabrać razem z nią, by następnie wsiąść tam na rower i dojechać nim do Puław, do siostry. Tak się jednak nie stanie, bo moje ogólne osłabienie i mój ból szyi połączony z zawrotami głowy nie pozwalają mi na taki wysiłek. Albo zostanę w domu, albo pojadę z Gosią wieczorem do Wilgi i w sobotę wyruszę z pobliskiego Garwolina do Puław pociągiem lub busem, albo pojadę jutro busem prosto z Warszawy.

Obejrzałem dzisiaj "Czas Apokalipsy" na blu-ray, przypominając sobie jak cudowny jest to film. Pierwszy raz widziałem go w wersji pierwotnej, krótszej o kilkadziesiąt minut i w sumie uznałem ją nawet za nieco lepszą. Niestety, plakat z "Czasu Apokalipsy" nie będę mógł sobie zawiesić w pokoju, tak samo jak plakatu z "Draculi" Coppoli i "Leona" Bessona, gdyż wszystkie te fajne plakaty mają inny wymiar niż moje ramy. Nie przewidziałem tego, że istnieją dwa podstawowe wymiary plakatów filmowych i kupiłem wszystkie w jednym rozmiarze.

Ach, "Terminator" i "Terminator 2" Jamesa Camerona. Jakie to były zacne filmy. Jakie zacne było kiedyś kino... Niemniej ostatnio coraz częściej wracam do znacznie wcześniejszych lat, szęśćdziesiątych i pięćdziesiątych. Oglądam tamte filmy i w sumie rozumiem Krzysztofa Kieślowskiego, który w latach dziewięćdziesiątych twierdził, że kino umiera na jego oczach. Co prawda ja uważam inaczej, że lata dziewięćdziesiąte były wspaniałym czasem dla kina, natomiast upadek i rozpad nastąpił jakieś dziesięć lat później. Wszystko przez marketingowców, wszystko przez pieniądze, oni i one zawsze doprowadzają do upadku wszystkiego.