2016.12.31 / Sobota / 12:49 - Pentagon

Ostatni dzień roku spędzam w łóżku, czytając książkę Sławomira M. Kozaka "Demony zagłady" oraz oglądająć dołączone do niej filmy na płytach dvd. Miałem się dzisiaj pojeździć na rowerze, ale lepiej nie będę tego robił, by się nie przeziębić. I tak się ostatnio marnie czuję, cały czas. Po północy pójdę grzecznie spać, a jutro rano będę musiał pojechać do pracy, na godzinę 8:00, na premiowany dyżur.

Czytając książkę i oglądając film ponownie wkurzam się na wszystkich tych durnych ludzi, którzy zupełnie ignorują wszelkie dowody i wierzą w oficjalną wersję wydarzeń z 11 września 2001 roku. Na filmie można obejrzeć wypowiedzi świadków tego co stało się wtedy w Pentagonie i wszyscy oni wskazują miejsce, w którym widzieli nadlatujący samolot. Ich wersja, tak zwana ścieżka północna, nie zgadza się zupełnie z oficjalną wersją, ścieżką południową. Jeden ze świadków, pracujący wtedy po drugiej stronie Pentagonu, na rampie rozładunkowej, mówi, że w chwilę po ekplozji widział duży pasażerski samolot oddalający się od budynku. Tymczasem podstawiony świadek, mający potwierdzać oficjalną wersję, czarnoskóry kierowca taksówki, w którą niby wbiła się część latarni powalonej przez przelatujący samolot, sam przyznaje się do tego, że brał udział w mistyfikacji, że jest to gra ludzi mających ogromne pieniądze, i że do historii przechodzi nie jest to co jest prawdą, tylko to co ludziom się wmówi. Mówi to wszystko na filmie nagranym z ukrytej kamery, gdy myśli, że nie jest już filmowany. Ciekawie się składa, że żona tego człowieka pracowała wtedy w FBI.

Żałosne to wszystko. Specjalnie powalone latarnie, które mają uwiarygodnić oficjalną ścieżkę lotu samolotu, niezgodną z zeznaniami kilkunastu poważnych świadków, zniszczenia w budynku Pentagonu, które zupełnie nie odpowiadają tym, jakie wywołałby uderzający w niego samolot pasażerski. Fakty wskazują na to, że w rzeczywistości samolot tylko przeleciał nad budynkiem, a eksplozja była wywołana albo pociskiem rakietowym, albo w inny sposób. Nagrania z kamer przemysłowych znajdujących się na okolicznych budynkach, takich jak stacja beznynowa czy hotel, FBI skonfiskowało w kilkanaście minut po wydarzeniu, a to co udostępniono, to jedynie pięć klatek filmu pokazującego samą eksplozję, który niczego nie wyjasnia. Najlepiej strzeżony budynek na świecie i żadnego sensownego nagrania z jakiejkolwiek kamery. Pentagon wyposażony jest w wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych, które powinny zestrzelić zbliżający się niezidentyfikowany samolot z wyłączonym transponderem, ale do żadnego zestrzelenia nie doszło. Nie wspominając już o tym, że samolot taki powinien być przechwycony przez myśliwce, które jednak nigdy za nim nie poleciały, gdyż nikt nie wydał takiego rozkazu. Do tego wszystkiego dochodzą dziesiątki innych faktów, których nie będę tutaj teraz przytaczał. To wszystko jest tak oczywiste, że trzeba być totalnym kretynem, aby nadal wierzyć w oficjalną wersję. Tymczasem ludzie wierzą, ot tak, bezmyślnie, bez choćby chwili zastanowienia. Ludzie, których kiedyś uważałem za mądrych. Dziś nie mam już o nich dobrego zdania.

W jakim świecie ja żyję? Świadomość, że otaczają cię bezmyślni ludzie, którzy w przyszłości wychowają swoje dzieci w bezmyślny sposób, na takich samych ignorantów, jest bardzo przygnębiająca. W takim nastroju kończę ten rok, w którym znacznie poważniej zacząłem się interesować tymi zgadnieniami. Od dawna znałem prawdę, ale w tym roku zacząłem poznawać szczegóły, głównie dzięki książkom Sławomira M. Kozaka, które otworzyły moje oczy jeszcze szerzej. Przejrzenia na oczy życzę wszystkim czytającym te słowa.


2016.12.30 / Piątek / 13:44 - Spacer bez telefonu

Przestawiłem się z życia nocnego na dzienne. Obudziłem się już o godzinie 2:30, obejrzałem cztery cudowne odcinki trzeciej serii "Black mirror", a rano pojechałem do Warszawy. Specjalnie nie wziąłem ze sobą telefonu, by przypomnieć sobie jak się funkcjonuje bez tego diabelskiego urządzenia. Wstąpiłem na pocztę, na której nadałem paczkę z książkami, które sprzedałem, odwiedziłem Empik, a później przeszedłem się Chmielną, Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem. Fajny, wolny, spokojny dzień. Próbowałem pić wódkę, ale zabrałem ze sobą śliwkową, która okropnie smakuje, wiec nie byłem w stanie wprowadzać się nią w odpowiedni stan. Zresztą picie wódki od godziny 8:00 rano nie jest chyba dobrym pomysłem. Do domu wróciłem po południu, odczuwając w kręgosłupie i prawej nodze nieprzyjemne efekty spaceru po Warszawie. Wrak ze mnie. Kiedyś mogłem spacerować kilka godzin, a teraz muszę pamiętać o tym, by nie robić więcej niż dziesięć kilometrów. Dobrze, że rowerem mogę jeździć bez żadnego bólu. Jutro chyba się przejadę po okolicy. Wszystkie tegoroczne wycieczki i dojazdy do pracy zapisywałem na Stravie, dzięki czemu wiem, że w roku 2016 zrobiłem w sumie 4800 kilometrów. Mało, bo zabrakło dużej wyprawy po Polsce i za granicę.


2016.12.28 / Środa / 01:45 - Taka sama kurtka

Dzisiaj w nocy mam dyżur i w sumie mógłbym na niego pojechać do firmy, mam przecież bilet miesięczny i obudziłem się o odpowiedniej porze, czyli o godzinie 18:00, ale mimo wszystko popracuję w domu, w łóżku, by nie narażać się na przeziębienie. Miałem zarobić w grudniu kupę kasy, ale coś poszło nie tak i pierwsza wypłata w roku 2017 będzie równie skromna jak kilka ostatnich. Tymczasem roztańczona Anna podpisała dziś umowę w swojej nowej pracy, w której będzie zarabiać dziesięc razy więcej niż ja. Podobno mężczyzni czują się źle, gdy kobiety zarabiają więcej od nich, ale ja tego zupełnie nie rozumiem. Czułbym się wyśmienicie mają kobietę, która zarabia dziesięciokrotnie więcej niż ja. Zresztą roztańczona Anna byłaby wartościowa nawet gdyby zarabiała tak mało jak Michał Górka, bo ma w głowie wszystko bardzo fajnie uporządkowane.

Tymczasem na powyższym zdjęciu ja i Linda Cardellini oraz taka sama kurtka, czyli oficjalna kurtka wojsk NATO z dawnych lat. Dostałem ją od wujka, który przywiózł ją z Iraku, gdy pracował tam kilkadziesiąt lat temu. W kurtce tej chodziłem pod koniec zeszłej dekady, ale później powiesiłem ją w jakimś wiglotnym miejscu, przez co kompletnie mi zgrzybiała i nadawała się już tylko do wyrzucenia. Szkoda. W serialu kurtka podkreśla dziwaczność głównej bohaterki i na mnie chyba też patrzono jak na dziwaka, gdy w niej chodziłem. Zresztą na mnie zawsze tak patrzono...

Tymczasem teraz zachwycam się niezwykłym serialem "Czarne lustro", który jest czymś w stylu współczesnej "Strefy mroku". Świat niedalekiej przyszłości, zachipowani ludzie, nowe możliwości, nowe zagrożenia, nowe wątki, o których wcześniej nie mówiono zbyt często w kinie i telewizji. Perfekcyjne wykonanie, świetne pomysły, istne cudo. Zdecydowanie jeden z najlepszych seriali jakie widziałem widziałem w życiu, składający się w sumie z niewielkiej liczby odcinków, nie powiązanych ze sobą, pięknie dopracowanych. Została mi jeszcze tylko trzecia seria do obejrzenia. W jednym odcinku znakomicie wykorzystano i rozwinięto mój własny pomysł, na który wpadłem kilka lat temu, polegający na tym, że mimo śmierci bliskiej osoby nadal można do niej zadzwonić telefonem. Co prawda mój pomysł w żaden sposób nie uzasadniał jak to jest możliwe, natomiast w serialu główna bohaterka rozmawia ze swoim zmarłym mężem, gdyż po drugiej stronie jest program komputerowy, który zebrał o nim wszystkie dane, przeanalizował jego charakter, nagrał próbki jego głosu i teraz jest on jego wirtualnym odzwierciedleniem, które mówi jego głosem. Później robi się jeszcze ciekawiej, gdy ów program, na życzenie kobiety, przenosi się do sztucznego organizmu, cyborga, wyglądającego niemal dokładnie tak jak zmarły mąż. Super wątek, szkoda, że wymyśliłem tylko jego początek, bez dalszego rozwinięcia. Inne odcinki są równie ciekawe. W serialu czuć ducha NWO.

Tymczasem zabieram się za pracę, podczas której przypomnę sobie kilka filmów posiadanych przeze mnie na płytach. Po pracy trzy dni wolne. Muszę choć raz spotkać się z roztańczoną Anną przed końcem roku. Sylwestra spędzimy osobno, Anna tańcząc, a ja leżąc w łóżku, a konkretnie śpiąc.


2016.12.28 / Środa / 01:45 - Freaks and geeks

Wczoraj nad ranem skończyłem oglądać na Netflixie świetny serial "Freaks and geeks" z 1999 roku. Wzruszyłem się, że to już koniec, że nigdy już nie będę mógł obejrzeć go po raz pierwszy, a drugi sezon nigdy nie powstanie, bo nakręcono tylko 18 odcinków. Główni bohaterowie grający w nim uczniów szkoły średniej, mają dzisiaj po 35-40 lat, co jest dosyć dołujące. Znowu rozpaczam nad upływem czasu i chciałbym go jakoś zatrzymać, co w sumie udaje się w pewien sposób właśnie poprzez oglądanie tego typu rzeczy. Fajnie było cieszyć się każdym odcinkiem, wracając do lat osiemdziesiątych, w których dzieje się akcja i zarazem do lat dziewięćdziesiątych, w których serial nakręcono, ale najprzyjemniejsze było oglądanie mojej drugiej ulubionej aktorki odkrytej przeze mnie w tym roku - Lindy Cardellini. Ach, będę musiał obejrzeć wiecej seriali i filmów, w których wystąpiła. Pocieszające jest, że nawet teraz, mając 41 lat, wygląda świetnie. Może ja też się ładnie zestarzeję? Właściwie to już chyba można to oceniać...

Przedwczoraj straciłem 150 złotych. Myślałem, że mam dyżur od godziny 15:00 do 22:00, a okazało, że miałem na 7:00 rano. O 9:20 zadzwoniła do mnie teamleaderka, by zapytać się czemu nie jestem zalogowany, a ja dopiero o 6:00 poszedłem spać. Uzmysłowiłem sobie wtedy, że wszystko mi się pokręciło i musiałem szybko zalogować się z łóżka, tracąc przez to 150 złotych bonusu, który przysługuje tylko podczas pracy w biurze. Ech, głupi sposób na stracenie łatwych do zarobienia pieniędzy. W dodatku okazało się, że w Wigilię pracę powinienem skończyć o 23:00, a wyszedłem sobie już o 22:00, bo byłem przekonany, że mam do 22:00. W dodatku nikt mnie nie zatrzymał. Muszę sobie dokładnie zapisywać grafik i zerkać na niego co jakiś czas, bo mój mózgl najwidoczniej może mnie w tym wieku już zwodzić. Ponownie kwestia starości...

Tymczasem zabieram się za oglądanie filmu z Lindą Cardellini, choć nosi on dosyć ryzykowny tytuł "Operacja Hamburger". "Freaks ang geeks" polecam natomiast wszystkim tym, którym podobały się "Cudowne lata". Czekam, aż "Cudowne lata" pojawią się na Netflixie, w wersji z odnowionym, na nowo zeskanowanym obrazem w Full HD. Podobno nie nastąpi to zbyt szybko, bo w takim przypadku trzeba na nowo kupić prawa do utworów muzycznych, które były w serialu wykorzystane, a w "Cudownych latach" było ich sporo. Właśnie z tego powodu "Freaks and geeks" trafiło na blu-ray dopiero po piętnastu latach.

Koniec świąt. Siostra wraca jutro do siebie, a ja mam zwykły, nocny dyżur. Później trzy dni wolne, a po nich rok 2017, najgorszy w tym stuleciu. Za rok sprawdzimy czy się sprawdziło.


2016.12.25 / Niedziela / 19:52 - Pracowite święta

Święta trwają. Dzisiaj mam wolne, ale Wigilię spędziłem w pracy, bo miałem dyżur na czatach dla kobiet, od godziny 14:00 do 22:00. Niewiele się działo, ale zarobiłem około 300 złotych, więc myślę, że opłacało się pójść. Wcześniej pisałem, że w tym roku nie planuję pracować w święta, ale zmieniłem zdanie i podałem dyspozycje, przez co dostałem kilka dyżurów bonusowych. Jutro także jadę na dyżur i miałem też jechać w Sylwestra, na noc, ale zamieniłem się z koleżanką i będę pracował 1 stycznia, od godziny 8:00 rano. Trochę pokręcone, ale dzięki temu szybciej spłacę siostrze dług za samochód, którym wczoraj pojechałem do pracy. W Sylwestra pójdę spać zaraz po północy, a może nawet wcześniej...

Starsza siostra jest przeziębiona, tak samo jak roztańczona Anna, która pojechała na święta do rodziny na Śląsk. Ja ostatnio zająłem się oglądaniem seriali na Netflixie, co oczywiście mogę robić tylko w nocy. Skupiłem się na "Freaks and geeks", bo lubię seriale, których akcja dzieje się w szkole i na przedmieściach, szczególnie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Inne seriale, bardziej współczesne, także są całkiem niezłe, ale ogólnie nadal wolę jednak filmy, choć pochłonę z pewnością kilka seriali w całości. Z Netflixem raczej się prędko nie rozstanę, ale to oznacza całkiem spory koszt - 516 złotych na rok.

Śniegu nie ma, choć wczoraj w czasie mojego dyżuru sypnął mocno. Szybko się roztopił, bo temperatury mamy raczej dodatnie.


2016.12.20 / Wtorek / 04:24 - Śmierć bezimiennej kici

Nie wspominałem jeszcze o tym, że tydzień temu nasza kicia, która lubiła wylegiwać się na kaloryferze, odeszła z tego świata. Jeszcze niedawno była ruchliwa i pełna życia, robiłem jej fajne zdjęcia, a teraz leży zakopana w zimnej ziemi. Jakiś czas temu pisałem o tym, że zaczęła ona mieć problemy z oddychaniem lub po prostu się przeziębiła, ale później sytuacja szybko się pogorszyła. Kicia przestała jeść i pić, słabła z każdym dniem, ale myśleliśmy, że jej to minie i nic w tej sprawie nie robiliśmy. Wpuszczaliśmy ją do domu, dawaliśmy jej jedzenie, ale ona go nie ruszała. W końcu, po około pięciu dniach bez jedzenia i picia, kicia całkowicie opadła z sił i leżała przy naszym budynku gospodarczym, przy schodach, z których prawdopodobnie spadła. Poszedłem do niej wtedy, przed zachodem słońca, i był to bardzo smutny widok, bo kicia miała już czarny pyszczek i śmierć w oczach, co było mega przygnębiające. Patrząc na mnie wydała z siebie żałosne miauknięcie przypominające płacz, po którym wiedziałem, że zostało jej już tylko parę godzin życia. Pomyślałem, że może zawiozę ją do weterynarza, ale musiałem zaczynać dyżur i kicię po prostu zostawiłem samą sobie na mrozie, by mogła tam umrzeć. Było już za późno i weterynarz nic by raczej nie poradził. Gdy wieczorem siostra wyszła do kici i poświeciła na nią latarką to była ona już sztywna, a rano Tata gdzieś ją pochował, nie wiem nawet gdzie. Ciężko było mi wtedy pracować, bo cały czas myślałem o umierającej na mrozie kici i ogólnie o śmierci, którą zobaczyłem wtedy w jej spojrzeniu. Można oglądać dużo filmów fabularnych, w których ktoś umiera, ale zetknięcie z prawdziwą śmiercią to zupełnie coś innego, nawet jeśli jest to śmierć zwierzęcia takiego jak kot. Nie wiemy co kici dolegało, w sumie od początku była dziwna, prawie w ogóle nie miauczała, tylko otwierała pyszczek, by nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Może trawił ją jakiś rak, a może naprawdę dopadło ją coś w stylu zapalenia płuc od tego, że nie była przyzwyczajona do mrozu. Ktoś ją nam w tym roku podrzucił i została u nas, nieprzystosowana do leśnych warunków. Gdy nadeszły zimne dni, zaczęliśmy ją wpuszczać do kuchni, na kaloryfer, więc może właśnie to ją wykończyło, bo po wygrzaniu się na kaloryferze musiała wracać na mróz, którego bardzo nie lubiła. Ja myślę, że kot wyczuwa zbliżającą się śmierć i dlatego kicia przestała jeść i pić. Podobnie było z naszą Sabą, suką, która zdechła ze starości i tuż przed swoją śmiercią wyszła z komórki, w której leżała, poszła do ogrodu i tam właśnie skonała pod płotem. Tam też została pochowana. W naszej religii twierdzi się, że zwierzęta nie mają duszy, że tylko my jesteśmy takimi wyjątkowymi istotami, ale nie wiem czy ma to jakiś sens. W oczach kici było widać taki sam smutek spowodowany umieraniem jaki zapewne byłoby widać w oczach człowieka. Może to i dobrze, że nasza Mama umarła z daleka od nas, choć jednak tak samo jak w przypadku śmierci kici, właśnie ja miałem okazję być ostatnią osobą, która spojrzała w żywe jeszcze oczy. Mama, która kochała życie i swoją rodzinę, odeszła wśród innych umierających osób, w hospicjum, a kicia, która kochała wygrzewać się na ciepłym kaloryferze, odeszła leżąc na zimnej ziemi, przy temperaturze -5 stopni, w ciemną noc. Po zetknięciu się z prawdziwą śmiercią uświadomiłem sobie, że obozy zagłady z czasów wojny były dużo okropniejszym miejscem niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Każda śmierć była okropniejsza niż myślimy. Filmy, książki, wywiady, rozmowy, nic tak naprawdę nie daje nam odczuć jak to jest obcować z prawdziwą śmiercią, jak ona tak naprawdę wygląda i jaka jest zimna. Każdy musi się z nią zetknąć samodzielnie, na początku jako obserwator, później w nieco trudniejszej roli, jako umierający. Ech...


2016.12.16 / Piątek / 21:01 - Płyty kupione w roku 2016

Patti Smith "Easter" - Po zapoznaniu się bliżej z twórczością Patti Smith na Spotify uznałem, że kupię sobie wreszcie jakąś jej płytę i mój wybór padł na jej trzecu album, nagrany w roku, w którym urodziła się moja starsza siostra. Patti Smith miała wtedy 31 lat i była ważną, wpływową artystką, na której później wzorowały się znane mi dobrze, rockowe kobiety z lat dziewięćdziesiątych, takie choćby jak PJ Harvey. Ważna, dobra płyta, a sama Patti Smith do dzisiaj śpiewa i mimo że jest już siwą babcią, przypominającą z wyglądu Micka Jaggera, to pod względem wokalu i energii trzyma się rewelacyjnie.

Russian Red "Agent Cooper" - Na wokalistkę występujacą jako Russian Red trafiłem przypadkowo, wpisując na YouTube losowe słowo, by sprawdzić jakie wyniki otrzymam. Wybrałem słowo Russian i na jednym z pierwszych miejsc wyskoczył mi koncert Russian Red. Wokalistka śpiewająca po angielsku, ciekawa, popowo-rockowa muzyka, chwytliwa linia melodyczna. Okazało się, że wokalistka tak naprawdę nie ma nic wspólnego z Rosją, gdyż urodziła się w Hiszpanii i nazywa się Lourdes Hernández. W czasie nagrywania trzeciej płyty miała 29 lat i słychać, że jest daleka od jakiegokolwiek wypalenia artystycznego. W zasadzie osiągnęła tu swój szczyt, gdyż dwie poprzednie płyty były bardzo delikatne, spokojne i akustyczne, natomiast ta jest głośna, radosna i przebojowa, a najlepszym utworem znajdującym się na niej jest "Casper".

Tori Amos "Unrepentant geraldines" - Z pewną niechęcią sięgnąłem po ostatni studyjny album swojej idolki, bo wiem, że od pewnego czasu jest ona już porządnie wypalona. W czasie nagrywania tej płyty miała ona równe 50 lat i to niestety słychać, nie tyle w wokalu, co w samej konstrukcji utworów. Poczekałem aż cena płyty spadnie do kilkunastu złotych i kupiłem ją, by mieć pełną kolekcję. Kilka utworów zaskoczyło mnie swoim dobrym poziomem, szczególnie "Trouble's lament" i tytułowe "Unrepentant geraldines", nie różniące się od tego co Tori oferowała jeszcze dziesięć lat temu. Ogólnie płyta nie jest tak zła jak poprzednia, eksperymentalna i trudna do zniesienia. Jest całkiem znośna, nawet niezła, miejscami wręcz dobra. Niestety czasy prawdziwej świetności Tori skończyły się tak naprawdę pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Wtedy była boginią numer jeden.

Tic Tac Toe "Klappe die 2te" - Jeden z najlepszych utworów w jaki się wsłuchiwałem w tym roku pochodzi właśnie z tej płyty. W swoim czasie, gdy płyta została wydana, w roku 1997, słyszałem go tylko raz i tylko przez chwilę, ale zapadł mi w pamięci. W tym roku postanowiłem do niego wrócić i od razu się w nim zakochałem. Mam tu na myśli "Warum?" niemieckiego zespołu Tic Tac Toe, tandetnego i sztucznego, komercyjnego i prostego, który jednak ma coś w sobie. Trzy dziewczyny śpiewające i rapujące, często w dosyć agresywny sposób. O dziwo cała płyta jest bardzo dobra i każdy utwór na niej w jakiś sposób się wyróżnia. Poza tym jest to świetny materiał do nauki języka niemieckiego, który ja osobiście uważam za piękny. Płyta pełna życia, od początku do końca, a samo "Warum?" rewelacyjne. Czuć w tym wszystkim fajnego ducha lat dziewięćdziesiątych.

Tic Tac Toe "Tic tac toe" - Za mało mi było Tic Tac Toe, więc kupiłem też ich pierwszy album, który niestety okazał się być dużo gorszy od drugiego. Brakuje przebojowości znanej z drugiej płyty, jest ogólnie za wesoło i za głupio, choć w samych wokalach słychać tą samą wykrzyczaną agresję dobrze pasującą do języka niemieckiego. W sumie jest to najgorsza płyta jaką kupiłem w tym roku i nadaje się ona głównie do nauki języka.

Milla "The divine comedy" - Nie wszyscy wiedzą, że ukraińska piękność, Milla Jovovich, jest nie tylko aktorką i modelką, ale także piosenkarką. W wieku osiemnastu lat nagrała bardzo fajną płytę, którą w końcu zakupiłem, korzystając z tego, że jeden sklep internetowy mógł ją bezproblemowo sprowadzić do Polski. Jak na tak młodą dziewczynę płyta jest bardzo dojrzała i wszystko wskazuje na to, że Milla to lepsza piosenkarka niż aktorka. Przyjemnie ogląda się jej koncerty z tamtych czasów i przyjemnie słucha się tej płyty. Naprawdę dobry wokal i porządne utwory. Ciekawe połączenie folku z popem. Dzisiaj Milla Jovovich ma już 41 lat.

Lana Del Rey "Born to die - The paradise edition" - Idealny, pierwszy album Lany Del Rey, absolutnie cudowny, moim zdaniem najlepszy album ostatnich dziesięciu, a nawet piętnastu lat, który pokazał, że muzyka pop może być naprawdę wielka. Album "Born to die" mam od 2012 roku, ale to jest jego pełniejsze wydanie, zawierające drugą płytę, na której znajduje się kilka dodatkowych utworów, w tym wspaniały "Ride", jeden z najbardziej filmowych utworów artystki. Nadal należy zaznaczać, że jest to sztuczny twór, a sama Lana Del Rey jest produktem. Najlepszym ze wszystkich produktów.

Mortal Kombat Soundtrack - Jeden z najbardziej znanych soundtracków lat dziewięćdziesiątych, który w tamtych czasach znał każdy dzieciak grający w gry komputerowe. Sam film na podstawie gry komputerowej nie był zbyt dobry, ale muzyka, która się w nim znalazła na zawsze pozostanie symbolem tamtych czasów. Druga oryginalna kaseta magnetofonowa jaką w życiu kupiłem to był właśnie ten soundtrack, więc mam do niego wielki sentyment. Dziś kupić go można już tylko na Allegro, by ponownie zanurzyć się w tym świecie. Pierwsza część płyty to głównie muzyka elektroniczna, druga to ciężki rock i metal. Esencja lat dziewięćdziesiątych, od początku do końca wzorowa. Muzyka elektroniczna już nigdy później nie brzmiała tak samo jak w połowie lat dziewięćdziesiątych.

PJ Harvey "Let England shake" - Dziesiąty album studyjny PJ Harvey, jednej z moich ulubionych artystek, która nagrywając go miała 41 lat. Ponownie zaśpiewany inaczej niż dawne albumy z wokalem sięgającym wyższych rejestrów, co może być nieco denerwujące, choć ma swój urok. Piosenki mają swój nawiedzony charakter i trzymają niezły poziom, ale nie są już tak rewelacyjne i nie ma w nich tej siły, na której były zbudowane wszystkie utwory artystki z lat dziewięćdziesiątych. PJ Harvey miała w tym roku koncert w Polsce, w Warszawie, na Torwarze, ale nie wybrałem się na niego i w sumie żałuję, bo z tego co widzę na YouTube, był on po prostu dobry. Mam wszystkie jej płyty z wyjątkiem dwóch.

Nick Cave amp; The Bad Seeds "Skeleton tree" - Nick Cave ma już 59 lat i mimo wszystkich narkotyków, które zażywał w młodości, a także mimo tragicznej śmierci syna, nadal dobrze się trzyma. Wydał ze swoim zespołem szesnasty album studyjny, bardzo ciekawy pod względem dźwiękowym, nieco gorszy pod względem muzycznym, ogólnie niezły. Smutny, nostalgiczny, powolny, bez szaleństw. Nie jest źle, choć poprzedni album, sprzed kilku lat, podobał mi się bardziej, a był utrzymany w podobnym tonie. Ten jest bardzo krótki i dziwnie wydany - użyto tekturowego pudełka w nietypowym rozmiarze, które ma imitować opakowania płyt gramofonowych. Niestety takie wydanie sprawia problemy, bo nie daje się wcisnąć na półkę, między inne płyty. Z tego powodu płyta leży samotnie, odłożona na bok, jedyna z całej mojej kolekcji, nie chcąca się dopasować do reszty.

Sandra "The long play" - Esencja lat osiemdziesiątych! Najlepsza płyta jaką kupiłem w tym roku. Zawiera tylko osiem utworów, ale każdy z nich jest rewelacyjny. Z biegem lat coraz bardziej kocham lata osiemdziesiąte i muzykę, która wtedy powstała, a za kupienie tej płyty zabierałem się od dawna. Świetny wokal, nagrany z dużym pogłosem, piękna wokalistka, znakomite utwory, pośród których znajduje się najlepszy moim zdaniem utwór lat osiemdziesiątych "Maria Magdalena". Płyta zawsze skutecznie napełnia mnie bardzo pozytywną energią. Sandra jest Niemką, a w czasie nagrywania tego albumu, czyli w roku 1985, miała 23 lata.

Sandra "Into a secret land" - Zakupiłem od razu dwa albumy Sandry, wybierając pierwszy i trzeci, czyli właśnie ten, który także zbliżony jest do ideału. Nagrany trzy lata później, w roku 1988, gdy Sandra miała 26 lat. Druga najlepsza płyta spośród kupionych przeze mnie w tym roku. Ponownie stanowiąca esencję lat osiemdziesiątych, tych nieco późniejszych. W dzieciństwie Sandry prawie wcale nie słuchałem i prawie wcale jej nie znałem, skupiając się głównie na równie wspaniałej Kim Wilde, ale teraz po płyty Sandry sięgam regularnie. W tej muzyce jest to coś, co już dawno znikło z naszego świata kompletnie. Radosna, niegłupia prostota, w której była jednak jakaś dziwna głębia. Jakiś tajemniczy dramatyzm.


2016.12.12 / Poniedziałek / 19:49 - Roztańczona jedzeniem napełniona

Skorzystałem w końcu ze swojego biletu miesięcznego w jakimś innym celu niż zwykły dojazd do pracy. Pojechałem do Warszawy spotkać się z roztańczoną Anną, która akurat miała w centrum kolejną rozmowę w sprawie dobrze płatnej pracy na wysokim stanowisku. Zanim się spotkaliśmy, wstąpiłem na pocztę na stacji metra, gdzie nadałem kilka starych numerów czasopisma Gambler z lat 1997 i 1998, które sprzedałem na Allegro za 37 złotych. Na sprzedaż wystawiłem tylko te numery, które mi się dublowały, bo pełna kolekcja nadal leży sobie u mnie na półce, czekając na czsay, gdy będę potrzebował pieniędzy. Myślę, że w czasopismach takich jak Bajtek, Top Secret, Gambler i Secret Service mam skumulowane jakieś 1000 złotych, albo nawet więcej.

Z Anną wybraliśmy się do La Tomatina, w której Anna zamówiła to co widać na powyższym zdjęciu, a ja tym razem nie zamawiałem niczego, by uniknąć problemów żołądkowych, które ostatnio mnie nawiedzały po zjedzeniu czegokolwiek. Przy okazji nie musiałem wydawać pieniędzy, których i tak przecież nie mam. Anna stwierdziła, że jedzenie było pyszne i smakowało tak samo jak we Włoszech, w których kilkukrotnie była. Fajnie, cieszę się, że smakowało.

Po wizycie w restauracji pojechałem z Anną do Ursusa. Musieliśmy jechać dwoma autobusami, a gdy dotarliśmy na miejsce, Anna zaprosiła mnie do swojego mieszkania na herbatkę. Tym razem jednak podziękowałem i postanowiłem wrócić od razu z Ursusa do domu. Z ulicy, przy której Anna mieszka, można łatwo dojechać do drugiej linii metra jednym autobusem, więc w przypadku braku korków nie jest źle.

To był bardzo zimny dzień, a ja ubrałem się zbyt lekko i przez to ciągle marzłem. Zostawiłem samochód w Izabelinie, przez co później musiałem go przez 15 minut rozmrażać, by w ogóle było cokolwiek widać przez szybę. O tej porze roku zostawianie samochodu gdziekolwiek poza garażem nie ma zbyt dużego sensu, więc będę nim jeździł wyłącznie po zakupy.


2016.12.12 / Poniedziałek / 01:49 - Deszczowa niedziela

W sobotę źle się czułem, obudziłem się niewyspany i szybko rozbolała mnie głowa. Mimo tego przez trzy godziny ślęczałem nad retro-komputerem, z którego po kolei wyjmowałem wszystkie napędy optyczne cd-rom, by je wyczyścić. Każdy napęd rozkręcałem tak, by dobrać się do soczewki lasera, przemywałem ją zwykłym denaturatem, a następnie skręcałem i podłączałem. W ten sposób przywróciłem życie niemal wszystkim napędom, które każdy normalny człowiek już dawno wyrzuciłby na śmietnik. Jedynie dwa z nich okazały się już być wrakami z mechanicznymi uszkodzeniami. Miło jest popatrzeć i posłuchać jak stary napęd o czterokrotnej prędkości, wyprodukowany w 1995 roku, odczytuje płytę równie dobrze jak dwadzieścia lat temu.

Dzisiaj czułem się już lepiej i po południu pojechaliśmy ze starszą siostrą po część zakupów na święta. Myślałem, że będziemy musieli jechać do jakiegoś sklepu w Warszawie lub okolicy, ale okazało się, że w Izabelinie znaleźliśmy wszystko co siostra postanowiła kupić. Siostra przez połowę weekendu siedziała w kuchni i robiła nam pyszne jedzonko, które teraz możemy pałaszować, a przez drugą połowę ozdabiała wnętrze naszego domu lampkami i choinkami., dzięki czemu mamy teraz piękny, świąteczny klimat.

Podczas powrotu samochodem z zakupów doznałem nagle ostrego kłucia pod prawym żebrem. Ból był dosyć podły i gdybym w tym momencie jechał przez Warszawę to byłoby bardzo źle. Dojechałem do domu i w sumie po jakichś pięciu minutach ból minął, ale było to nieprzyjemne zdarzenie. Tata twierdzi, że to wątroba, i że jego matka też miewała takie bóle. Ech, kolejna dolegliwość... Teraz będę co chwila spodziewał się ataku bólu wątroby. A najgorsze, że nie jest to żaden urojony ból, ale i tak większość osób może myśleć, że go sobie wmawiam...

Przez ten ból nie pojechałem do Warszawy, do Ursusa, gdzie miałem odwiedzić Anię. Przygotowała ona dla mnie pyszny rosołek, który bardzo chciałem ocenić swoim wyczulonym językiem smakosza, ale nie mogłem go spróbować, bo wieczór spędziłem w domu. Nadal niezbyt dobrze się czuje i ogólnie cały czas jestem jakiś taki słaby, ale trudno, taki już mój los. Zapewne już nigdy nie będzie dobrze. Znowu przyjdzie mi umrzeć. Wszystkie te Anny, Ule, Agnieszki, Zuzy, Marie i Katarzyny na nic mi się nie zdadzą, gdy będę martwy. Może przynajmniej przyjdą na mój pogrzeb. Będzie fajnie, siostra porobi zdjęcia i wrzuci tutaj notkę z mojego pochówku. Muszę jej tylko udostępnić hasło do swojego bloga, by mogła to zrobić. Amen.


2016.12.09 / Piątek / 17:00 - Przedświęta

Cztery dni wolne. Dziś wieczorem przyjeżdża do nas siostra z Puław, która być może zdąży przez weekend upiększyć nasz dom świątecznymi ozdobami. Święta już blisko. W tym roku chyba nie będę w nie pracował lub popracuję tylko w jeden dzień świąteczny, ale na pewno nie mam ochoty spędzać w pracy Sylwestra, bo w zeszłym roku był on jakiś taki marny i nijaki. W zasadzie nie mam nic do napisania więc zmykam zrobić sobie śniadanie z rakotwórczych składników.


2016.12.07 / Środa / 21:49 - Anna żegna się z Warszawą

Anna opuszcza Warszawę, porzuciła pracę, w której zarabiała grube tysiące, by otworzyć w Lublinie własną kawiarnię. Z tej okazji spotkaliśmy się w pizzerii La Tomatina i zjedliśmy małą pizzę Contadina, która jednak tym razem nie smakowała mi tak dobrze. Po wypiciu piwa w ogóle zrobiło mi się niedobrze i obiecuję sobie, że następnym razem, podczas wizyty w La Tomatina, do picia wezmę sobie coś innego. Wszystko wskazuje na to, że biznes Anny wypali i wkrótce będzie ona jeszcze bogatsza niż obecnie, a przede wszystkim spełniona zawodowo. Ja też jestem spełniony zawodowo, a za listopad zarobiłem niecały tysiąc złotych. Do maja powinienem oddać siostrze cały dług za samochód, jeśli nic się nie zmieni i nadal będę zarabiał po tysiąc złotych miesięcznie... Przynajmniej mam dużo wolnego czasu, a to jest bardzo ważne i przyjemne.


2016.12.05 / Poniedziałek / 14:29 - Laura Dekker

W nocy obejrzałem dwa kolejne filmy na Netflixie, tym razem trafiając bardzo dobrze. Pierwszym filmem był "The lifeguard", o trzydziestoletniej dziewczynie porzucającej swoje dorosłe, samodzielne życie, wracającej do domu rodzinnego. Ładnie skontrastowano trzydziestolatków, rozmyślających o tym jak ułożyło się ich życie, z nastolatkami, którzy są dopiero na początku swojej drogi. Fajnie pokazano też romans trzydziestoletniej bohaterki z nastoletnim chłopakiem. Zawsze podobały mi się takie międzypokoleniowe romanse, choć ja sam przestałem już szukać żony młodszej ode mnie o dziesięć lub więcej lat. O dziesięć lat starszej też zresztą nie chcę.

Później włączyłem drugi film, tym razem dokumentalny, "Maidentrip", także zupełnie mi nieznany, ukazujący samotną podróż jachtem dookoła świata. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w podróż tą wyruszyła czternastolatka, Laura Dekker, która tym sposobem została najmłodszą osobą opływającą dookoła cały glob. Podróż trwała aż dwa lata, bo Laura zatrzymywała się po drodze na wielu wyspach, więc gdy ją zakończyła, miała już szesnaście lat. Wyruszyła z Gibraltaru, dopłynęła na Karaiby, przebiła się na drugą stronę kontynentu amerykańskiego, korzystając z Kanału Panamskiego, za którym znalazła się na Oceanie Spokojnym, a płynąc nad Australią dotarła do Oceanu Indyjskiego. Na koniec upłynęła Afrykę od południa, całą pętlę zamykając na Karaibach, gdyż nie chciała już wracać do Europy, której nie lubi. Tak naprawdę po pobiciu rekordu nie zatrzymała się na Karaibach, tylko popłynęła dalej, aż do Nowej Zelandii, na której urodziłą się w roku 1995, podczas podobnej podróży swoich rodziców. Jest Holenderką i dorastała właśnie w Holandii, żyjąc tylko z ojcem, gdyż jej matka od nich odeszła.

Film jest świetny, bo użyto głównie nagrań z kamery, którą Laura miała ze sobą na pokładzie. Zwykły videoblog pełen mądrych przemyśleń, dokumentujący niezwykłą podróż malutkim jachtem Guppy. Laura wykazuje się fajną pogardą dla mediów, dziennikarzy i wszystkich tych ludzi, którzy w swoim życiu gonią tylko za pieniędzmi. Na początku władze Holandii próbowały nie dopuścić do jej wyprawy i przez rok toczono w sądzie walkę z jej ojcem, bo przecież zawsze znajdzie się ktoś kto lepiej wie co jest dla ciebie dobre. Tymczasem Laura już w wieku trzynastu lat dotarła samodzielnie łódką do Anglii, wypływając w tajemnicy przed rodzicami. Trzynaście, czternaście lat, a takie plany, takie przedsięwzięcia i to podobno bez namowy ze strony ojca.

Gdy pomyśli się jakimi pierdołami my wszyscy jesteśmy, porównując się z taką Laurą, to aż robi się człowiekowi głupio. Często przeżywamy swoje życia zgodnie ze schematami narzuconymi nam przez innych, tkwimy w swoich marnych pracach, bojąc się zrobić cokolwiek co mogłoby odmienić nasz los. Zawsze tkwiło we mnie wielkie umiłowanie wolności, które objawiło się już pierwszego dnia mojego pobytu w szkole, gdy chciałem z niej jak najszybciej uciec. Uczucie to zostało we mnie już na zawsze i pewnie dlatego tak dużo w życiu wagarowałem. Tymczasem Laura po prostu porzuciła szkołę i wyruszyła w rejs dookoła świata.

W czasie wyprawy spotkała starsze małżeństwo, które wyruszyło w swoją własną podróż po tym, gdy mąż dowiedział się, że ma raka. Tak, dopiero w takich chwilach niektórzy ludzie zaczynają zauważać jak wiele dobrego i ciekawego można zrobić ze swoim życiem i jak nieważne jest to wszystko czym otaczamy się na co dzień. Ciekawe co wyjątkowego ja zrobię, gdy dowiem się, że mam raka.

Niewiele w życiu robiłem ciekawych rzeczy, ale cieszę się, że w końcu zacząłem przynajmniej jeździć na wyprawy rowerowe, spełniając w ten sposób swoje marzenia. W sumie właśnie te wyprawy były najlepszym czasem mojego życia, gdy czułem się wyjątkowo, nawet wtedy, gdy nie było łatwo. To właśnie z nimi mam związane najlepsze wspomnienia, choć przecież były one bardzo skromne - Mazury, Śląsk, Niemcy, morze. Dosyć to żałosne. Tegoroczna wyprawa niestety się nie udała, a na przyszłoroczną mogę nie mieć pieniędzy, albo znowu mogę się źle czuć, ale chciałbym jeszcze kiedyś wyruszyć gdzieś naprawdę daleko. Ciekawe czy mój dawny kolega ze szkoły zgodnie ze swoimi planami naprawdę przejedzie rowerem przez Afrykę.

Wielki plus dla Netflixa, za to, że udostępnia w Polsce ten film, przetłumaczony na język polski, najwidoczniej zupełnie nieznany, nieopisany nawet na Filmwebie. Streaming to przyszłość.


2016.12.04 / Niedziela / 22:52 - Wizyta roztańczonej Anny w lesie

Odwiozłem Annę do Ursusa, wróciłem szczęśliwie i mogę napisać parę słów. Spotkaliśmy się na Ochocie, na przystanku autobusowym, na którym zdążyłem zamarznąć podczas kilkuminutowego czekania, choć przecież wcale nie było tak zimno. Przejechaliśmy autobusem i tramwajem przez całe Bemowo i wsiedliśmy do 708 na Bielanach, w miejscu, w którym Anna rozważała kiedyś zakup mieszkania. Po przejażdżce autobusem czekała nas atrakcja w postaci spaceru przez ciemny las, choć nie było tak całkiem ciemno, gdyż wyposażyłem Annę w czołówkę, którą niosła w ręku. Nie napotkaliśmy po drodze ani na dzika, ani na łosia, ale za to słyszeliśmy bobra obgryzającego drzewo przy naszym kanale. Pierwszy raz w życiu coś takiego słyszałem, ale pomimo poszukiwań snopem światła, samego bobra nie widzieliśmy.

W domu Anna zajęła się głaskaniem kotów, choć kicia z kaloryfera nie była z tego powodu jakoś szczególnie zadowolona. Może nadal jest trochę dzika. Za to Tymotek, żyjący na co dzień pod stołem, był bardzo zadowolony, jak zwykle. Nie chciał jedynie siedzieć z nami w moim pokoju i od razu z niego uciekł, gdy przyniosłem go na rękach.

Na zdjęciu uwieczniłem smaczne ciasteczka nadziewane budyniem, którymi Anna nas obdarowała. Póki co Anna zapłaciła za mnie ponad połowę rachunku w kawiarni, poczęstowała mnie winem i ciasteczkami, a ja ciągle tylko biorę i biorę, a jeszcze nic nie dałem. Może zabiorę kiedyś Annę do Puław, to będę jej tam mógł podać pyszny obiad mojej siostry. ;)

Obejrzeliśmy razem film na blu-ray i wybór Anny padł na trzygodzinnego, rewelacyjnego "Wilka z Wall Street", który podoba się chyba każdemu. Co prawda Annie nie spodobało się to jak w tym filmie są pokazywane kobiety i w sumie mi też się to za bardzo nie podoba, jako mężczyźnie o kobiecym sercu i umyśle. Dowiedziałem się też dzisiaj, że Anna oglądała już kiedyś film "Vicky Cristina Barcelona" i nie przypadł on jej do gustu, zanudzając ją totalnie. To niedobrze, bo właśnie od tego filmu rozpoczęła się moja wielka miłość do twórczości Woody'ego Allena i nie jestem w stanie pojąć jak tak wspaniałe dzieło może się komukolwiek nie podobać.

Zdaje mi się, że gdybym chciał stworzyć kobietę idealną, to musiałbym jej wstawić swój własny umysł i swoje własne serce. Może w przyszłości coś takiego będzie możliwe? Ale może nie, może to by było nudne... Nie wiem, idę zjeść jeszcze jedno ciasteczko. W każdym razie umysł Anny wydaje się być w porządku. Z sercem nie wiem jak jest. Chyba dobrze.

Ogólnie było bardzo fajnie, mi się podobało i okazało się, że Anna jest bardzo przyjemna w dotyku. Niestety zmarzła u mnie bidula. Za słabo rozgrzewałem. Koty też się nie postarały.


2016.12.04 / Niedziela / 12:17 - Dom nieczysty

Na swoich zdjęciach zbyt rzadko prezentuję marność naszego leśnego domu, brudne, zawilgocone miejsca, takie na przykład jak nasza łazienka. Najpiękniejszy jest oczywiście mój pokój, w którym rok temu wymieniłem meble, ale nawet w nim mam sporą plamę wilgoci na ścianie, której nie chciało mi się zamalować. Zaraz idę wziąć prysznic, a później jadę do Warszawy, po roztańczoną Annę, którą zaprosiłem do nas na tortury. Dobrze, że przestała mnie boleć głowa, po tym gdy się porządnie wyspałem. To najważniejsze.


2016.12.03 / Sobota / 14:41 - Śniegopady

Spadł śnieg, zrobiło się biało i pięknie, pojawiła się świąteczna atmosfera, ale kilka godzin później śnieg zaczął się topić i ostatecznie skończyło się paskudną pluchą. Dwie noce temu wysiadł prąd w całej okolicy i nie mogłem oglądać filmu na Netflixie, więc poszedłem spać. Na szczęście nad ranem prąd był już włączony.

Jutro przyjeżdża do mnie roztańczona Anna, która na spacer po naszej drodze powinna przygotować odpowiednie obuwie, najlepiej gumowce. Ja przed chwilą pojechałem po zakupy do Truskawia i Izabelina, pierwszy raz prowadząc Toyotę po jako takim śniegu i było bardzo dobrze. Wczoraj w nocy, gdy wracałem z pracy do domu, przez las podwieźli mnie jacyś młodzi ludzie z Truskawia, chłopak i dziewczyna. Myślałem, że jadą dalej, do Budy lub do Mariewa, ale okazało się, że po odwiezieniu mnie pod dom zawrócili do Truskawia, więc przez las jechali tylko po to, by mnie podrzucić. Zdaje się, że niedawno sprowadzili się do jednego z nowych domów w Truskawiu, zapewne któregoś przy naszej drodze.

Jestem jakiś zmęczony, niewyspany i obolały. Możliwe, że zbyt marnie się ostatnio odżywiam, więc będę musiał zadbać o to, by dostarczyć swojemu organizmowi coś więcej niż tylko pasztet, parówki, żółty ser i kiełbasę. Zabiorę na pizzę Annę, tą drugą, od balonów, waty cukrowej i biznesów, bo w połowie grudnia wyprowadza się z Warszawy, by zamieszkać i prowadzić kawiarnię w Lublinie. Zaraz zabiorę się za tworzenie dla niej pięknej strony Internetowej, zgodnej ze standardami lat dziewięćdziesiątych. Mam już nawet dobrą nazwę dla kawiarni - "Między balonami". Dobra, wiem, to trochę zerżnięte z "Między słowami", ale jednak ciekawsze.


2016.12.01 / Czwartek / 20:15 - Wygrzewanie ostateczne

Ta kicia zbyt często gości ostatnio na moim blogu, ale nie miałem dziś czasu na fotografowanie czegokolwiek innego, bo przez sześć godzin oddawałem się pracy, leżąc w łóżku. Kicia zmokła dziś na deszczu i chciała się wysuszyć na kaloryferze, więc znowu ją wpuściłem. Niestety przeziębiła się przez tą częstą zmianę temperatur.

Jeszcze tylko sześć godzin pracy w dniu jutrzejszym i będę miał kolejne trzy dni wolne. A pod koniec przyszłego tygodnia ponownie mam trzy dni wolne, na czas przyjazdu siostry z Puław. Podobno mamy wtedy zrobić zakupy na święta. Do Puław samochodem raczej nie pojadę, bo drogi są już śliskie.

Zdaje się, że przedłużę sobie Netflixa na kolejny miesiąc, Orzyzwyczaiłem się do niego, choć filmy mogę oglądać tylko w nocy, gdy mam większy limit na Internet. Niestety liczba filmów jest śmiesznie mała, zdaje się, że jest to w sumie około siedemset pozycji, gdy tymczasem w Stanach Zjednoczonych za te same pieniądze ma się dostęp do siedmiu tysięcy filmów. W dodatku 10 dolarów w Ameryce to nie to samo co 10 dolarów u nas, o ile się nie mylę.

Dzisiaj ostatecznie odłączyłem antenę telewizyjną od swojego telewizora. Przełączyłem ją na telewizor Taty, który wcześniej miał problem z łapaniem wszystkich kanałów. Obecnie mamy 27 darmowych kanałów telewizyjnych, więc faktycznie po wprowadzeniu telewizji cyfrowej ich liczba się zwiększyła, bo przecież za czasów telewizji analogowej kanałów było siedem albo osiem. Co z tego jednak, skoro Internet kilka lat temu pokonał telewizję i dzisiaj bez telewizji można pięknie żyć, tym bardziej, że jest w niej mnóstwo kłamstw i mnóstwo chłamu. Wybieram więc kanał "Niezaleznatelewizja" na YouTube, a ze zwykłą telewizją publiczną i niepubliczną żegnam się na zawsze.


2016.12.01 / Czwartek / 00:36 - Jestem światłem

Dzisiaj przez las przeszedłem z czołówką na głowie, pierwszy raz, bo mam ją od niedawna. Czołówka to oczywiście taka latarka na elastycznych paskach, którą zakłada się na czoło, co jest bardzo wygodne i nie zajmuje rąk. Bardzo fajnie oświetla się w ten sposób drogę, do czasu, aż w lesie zaświecą się zwierzęce oczy. Co prawda dzisiaj zaświeciły się tylko oczy jakiegoś lisa, ale kiedyś mogę trafić na stado dzików i wtedy oczu będzie znacznie więcej. Przy kanale widziałem też bobra, drugi raz w życiu, ale jemu oczy nie świeciły, bo był do mnie odwrócony tyłem, czyli swoim płaskim ogonem.

Wróciłem z pracy o północy, a jutro dyżur zaczynam rano, przez co nie chce mi się jechać do firmy do Warszawy. Popracuję wyjątkowo w domu, a mam tylko sześć godzin dyżuru, więc długo to nie potrwa. Ciężko jest się przestawiać z dyżurów wieczornych na poranne, szczególnie jeśli jest się już nauczonym iść spać około godziny 4:00 rano.